13.
-„ To jakaś pomyłka…"- usłyszałem spokojną odpowiedź po drugiej stronie słuchawki. Guido był cwany, ale i ja jestem nie w ciemię bity, więc, kiedy się rozłączył, natychmiast zadzwoniłem ponownie…
-„ Zanim znów odłożysz słuchawkę, kolego, posłuchaj mnie uważnie!"- zacząłem z grubej rury. –„ Nie fikaj, bo będzie źle!"- powiedziałem najgroźniej, jak potrafię (wysiłek to był dla mnie wielki, bo sami wiecie, żem człek spokojny i zasadniczo gardzę przemocą, ale dla sprawy i…Trudy…wszystko!). Wydarłem więc koparę najgroźniej, jak się dało i chyba zadziałało ( I znów się zrymowało! Może powinienem pisać wiersze, albo coś?...), bo po chwili, Guido odezwał się znowu…
-„ Słucham…"- mruknął pod przymusem, niepewny, co wiem.
-„ Jak już mówiłem…"- zacząłem opanowanym, poważnym głosem, choć w środku moje kiszki skręciły się w precel, skutkiem zdenerwowania. –„ …wiem o tobie wszystko, koleś i tylko od ciebie zależy, czy nie pójdę z tą wiedzą, gdzie trzeba…"- ciągnąłem tonem szantażysty. –„ Nie próbuj też uciekać, bo i tak nie zdołasz. Znajdę cię wszędzie, bo jestem w tym bardzo dobry, wiesz?"- pochwaliłem się, by pomyślał, że ma do czynienia z zawodowcem. Jak na razie, szło całkiem, całkiem. Guido - Vernon słuchał poleceń i to był dobry znak.
-„ Czego chcesz?"- zapytał powoli, kiedy skończyłem się wychwalać pod niebiosa za moją elokwencję.
-„ Pokoju na świecie!"- odparłem, siląc się na ironię, by wyjść na twardziela.-„ Kasy, idioto! A czego mogę chcieć?"- dodałem po chwili. –„ I ty mi ją dasz, bo inaczej sprawię, że będzie nieprzyjemnie. Rozumiemy się?"- zapytałem, jak na wprawnego szantażystę przystało.
-„ A co, jeśli nie mam pieniędzy?"- usłyszałem jego pytanie i roześmiałem się sarkastycznie. Dobrze wiedzieliśmy, że spróbuje każdej sztuczki, byle się wywinąć, ale byliśmy przygotowani na każdą ewentualność. Było nie było, plan sporządziły najlepsze głowy w całym FBI. Nikt nie mógł równać się z moją drużyną!
-„ Nie próbuj robić ze mnie kretyna, Vernon…"- powiedziałem groźnie, umyślnie wspominając jego imię, na wypadek, gdyby pomyślał, że jednak nic o nim nie wiem. –„ Jesteś bardzo pracowitą pszczółką, Vern. Ta blondi, którą ostatnio obrobiłeś, miała chyba dość sporo kasy…"- stwierdziłem. –„ Po drugie… Nawet ja nie wydałbym pół miliona w tak krótkim czasie..."- zaryzykowałem. –„ Jak już wspominałem, wiem o tobie wszystko, więc nie kombinuj, tylko płać, inaczej zadzwonię do tej milionerki, którą naciągnąłeś, zdaje się o nazwisku Van der Berg i poinformuję jej uzbrojonych po zęby goryli, gdzie jesteś, a potem może dam znać glinom, gdzie cię znajdą…"- warknąłem, chociaż, dla takiego spokojnego faceta jak ja, taka artykulacja wcale nie jest łatwa. –„ To, którą bramkę wybierasz?"- zapytałem.
-„ Blefujesz…"- odparł, ale w jego głosie nie było pewności. Ziarno zwątpienia zostało zasiane…
-„ Chyba jednak chcesz się przekonać, że nie…"- powiedziałem spokojnie i klikając bezmyślnie w klawisze drugiego telefonu udałem, że wybieram numer milionerki (oczywiście, wszystko na tyle głośno, by usłyszał….). –„ Z panią Van der Berg, proszę… Przyjaciel…"
-„ Już dobrze!"- spanikował Vernon. –„ Ile chcesz i jak to zrobimy?"- dodał zrezygnowanym tonem.
-„ Sto patyków, za dwie godziny, w starym magazynie na M- street."- odparłem szybko, udając, że kończę połączenie z panią Berg. –„ I nie próbuj żadnych sztuczek, bo nie wiesz z kim masz do czynienia. Kapujesz?"- zagroziłem po raz ostatni.
-„ Będę…"- mruknął i zakończyłem rozmowę. Wszystko szło zgodnie z planem. Teraz wystarczyło tylko, że zjawi się na miejscu (miejmy nadzieję, że nie sam) i się przyzna.
My byliśmy już gotowi. Magazyn był obstawiony i nafaszerowany tymi wszystkimi bajerami, którymi tak lubi bawić się Tara. Brakowało tylko naszego kryminalisty…
Ubrany w kamizelkę kuloodporną ( tym razem, nie musiałem pożyczać od Mylesa, bo dostałem własną!), czekałem na Vernona i modliłem się, by poszło gładko…
TBC
