14.

Te dwie godziny ciągnęły się, jak cała wieczność, ale wreszcie nadeszła pora konfrontacji. Punktualnie w południe, dostałem wieści, że pod magazyn podjechał srebrny sedan, prowadzony przez naszego oszusta. Obok niego, siedziała „mamusia Guido", jak ją nazywała Trudy. Coś tam jeszcze chwilę poględzili między sobą i rozejrzawszy się wokoło, czy są sami, ruszyli w stronę magazynu, w którym siedziałem ja- zwarty i gotowy do swojej pierwszej detektywistycznej akcji…

Mógłbym powiedzieć, że było OK, ale was przecież nie nabiorę. Moje wnętrzności skręciły się jeszcze bardziej, niż dwie godzinki temu, kiedy usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk, jaki wydają przesuwane drzwi magazynu i zobaczyłem tych dwoje. Miałem dziwne przeczucia, może dlatego… Miałem też coś do roboty, więc jakoś wziąłem się w garść i przykleiłem do twarzy najbardziej gangsterski uśmiech, na jaki było mnie stać, po czym przystąpiłem do rzeczy…

-„ Witaj Vernon!"- zacząłem. –„ Jak widzę, jesteście nierozłączni."- dodałem, patrząc na jego małżonkę, trzymającą w ręku torbę. –„ Macie kasę?"- spytałem bez zwłoki, nie czekając na ich zbędne wypowiedzi ( bo przecież szantażysta nie czeka, tylko bierze szmalec i w nogi…).

-„ Tak, ale skąd mamy wiedzieć, że nie będziesz chciał więcej?"- powiedział Vern.

-„ Nigdy nie ma pewności…"- odparłem powoli, nonszalancko oparty o stare skrzynie. –„ Powiedz mi, Vernon… Jak to jest, tak naciągać ludzi? Tfu, poprawka, kobiety. Czy twojej żonie nie przeszkadza, że tak je obcałowujesz, że o reszcie nie wspomnę?"- zapytałem kpiąco, spoglądając na oboje i czekając na reakcję. –„ Musiało jej być ciężko, kiedy podrywałeś tę Van der Berg i jeszcze kilka innych… A może wy lubicie trójkąciki?"- roześmiałem się złośliwie.

-„ Zamknij się!"- zdenerwowała się pani Vernon'owa. -„ Robi to, bo mnie kocha! Nie pozwolę ci go obrażać!"- warknęła Missy.

-„ Dziwny sposób na okazywanie miłości."- mruknąłem. –„ Sypiać z innymi kobietami i to na oczach żony… Czy ta kasa, którą kradniecie swoim ofiarom, jest tego warta?"- zapytałem.

-„ Człowiek musi z czegoś żyć, a one miały pieniądze…"- odezwał się Guido-Vernon. –„ Missy rozumie, że to część naszego fachu. To nie zdrada, tylko praca i ona to wie."- dodał.

-„ Więc, gdy okradałeś Van der Berg, tę blondynę i resztę, jej to nie przeszkadzało?"- znów spytałem.

-„ Mówiłem, że nie! Z tego żyjemy, zresztą, dość pogaduszek, chciałeś kasy, to bież i zostaw nas w spokoju!"- warknął i rzucił w moją stronę torbę. –„ Sto kawałków, jak chciałeś…"- dodał.

Uśmiechnąłem się szelmowsko i już pochylałem się po kasę, kiedy zobaczyłem, jak wyciągają zza pasków pukawki i celują w moją skromną osobę. Skamieniałem…

Dalej poszło już szybko, zanim zdołali strzelić, moja niezawodna ekipa otoczyła ich z każdej strony i zażądała rzucenia broni, co niezwłocznie oboje uczynili ( w końcu, jakie mieli wyjście? Zostali złapani…). Kiedy Bobby odczytywał im ich prawa, mój kumpel Jack upewnił się jeszcze, co do mojego samopoczucia ( miałem lekkie mdłości, ale w życiu bym się nie przyznał) i zerknął do zawartości torby. Wiecie, co było w środku? Na pewno nie kasa… Były tam pocięte gazety, a to oznaczało tylko jedno- Vernon i jego ślubna, z pewnością nie zamierzali mi płacić… Pewnie się domyślacie, że oszustwo, to był teraz najlżejszy zarzut, jaki postawi im prokurator, a co za tym idzie, długo nie wyjdą z pudła.

W każdym razie, akcja przyniosła oczekiwane skutki i kolejni przestępcy trafili za kratki…

To był mój pierwszy (prawie) osobisty sukces. Od teraz, oficjalnie mogłem mówić, że mam praktykę w zawodzie!

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, czym prędzej złożyłem odpowiednie zeznania do raportu FBI i popędziłem ogłosić mojej klientce, że jej koszmar finansowy wkrótce się skończy.

- Kurczę, jestem dobry!- pomyślałem, parkując przed jej domem. Jeszcze tylko tradycyjne poprawki wyglądu i zadzwoniłem do jej drzwi…

TBC