15.

Domyślacie się zapewne, jak uszczęśliwiona była moja klientka (że o mojej skromnej osobie nie wspomnę…). Nawet fakt, że na zwrot pieniędzy będzie musiała poczekać do zakończenia postępowania przygotowawczego, nie zahamował jej entuzjazmu i chwała niebiosom, bo dzięki temu znów się najadłem tych pysznych ciasteczek…

Owo opóźnienie, bardziej zabolało mnie, niż ją, bo, jako masażystka, zawsze mogła zrobić kolejny zabieg i zyskać parę dolców, a ja- biedny, początkujący prywatny detektyw- musiałem poczekać na klienta ( nie wiadomo, jak długo i czy wypłacalnego- ta kwestia była priorytetowa…).

Tym nie mniej, byłem dzielny i cierpliwy, za co dostałem nagrodę… W oczach Trudy, stałem się jej wybawcą, najlepszym przyjacielem, a z czasem… Cóż sami wiecie…

Nie sprawdził się ów straszny scenariusz z morderczą klientką, zabijającą mnie moją własną bronią. Nasza historia potoczyła się w nieco innym kierunku, a właściwie tu, gdzie jestem dzisiaj…

Na wieść, że pomogłem ująć oszusta, który okradł panią Van Der Berg, rzeczona milionerka odpłaciła mi się z nawiązką. Tuż po tym, jak Vernonowi i Missy postawiono zarzuty, po czym skazano ich, po krótkim procesie, za oszustwa i próbę zabójstwa (mojego, ma się rozumieć), wdzięczna kobiecina, z szerokim uśmiechem na twarzy, wręczyła mi małą walizeczkę. Zapytacie, co w niej było? Ano, było… „tylko" 100 kawałków! Miałem gały, jak sandały, a moje gardło wyschło jak Sahara. Szok w trampkach, to zbyt mało powiedziane! Okazało się, że pani Berg, już dawno wyznaczyła nagrodę z tego faceta, a ja okazałem się jej szczęśliwym zdobywcą! Razem z tym, co odzyskała Trudy, wystarczyło nam na, że tak to ujmę, rozwój naszej wspólnej firmy, sygnowanej szyldem "Fines & Fines. Usługi detektywistyczne i salon masażu".

Dobrze kojarzycie… Po półrocznej znajomości, oświadczyłem się Trudy i zostałem przyjęty. Początkowo, mamusia nieco protestowała, bo przecież traciła jedynego synka, ale kilka sesji w boskich rączkach mojej narzeczonej, szybko zmiękczyło jej opór i ostatecznie, odpuściła, witając mojego kociaczka w rodzinie.

Ślub był skromny, ale ładny. Znowu nieocenione, okazały się starania Sue i reszty dziewczyn, które zadbały o klasę uroczystości i w efekcie, ja i moja żona (ładnie brzmi, huh?) byliśmy niezwykle zadowoleni.

Jak dotąd, biznes się kręci. Salon przynosi spore zyski, a i moje biuro- też nienajgorsze, co mogę łatwo udowodnić… Jak? Ha! To proste! Mam asystenta, a nawet jeszcze jednego detektywa w ekipie! A co!

Nie sądziliście, że mi się uda, co nie? To nic- ja też, szczerze mówiąc. Ale udało się! Jak zwykle zacięcie, uczciwość i pozytywne myślenie, podziałały. Dziś jestem bogaty i szczęśliwy, i jedyne, czego mi brak, to spadkobierca. Jednak, nie bój nic! I nad tym popracuję, a jak dobrze pójdzie, to może Howie Junior nawet skończy studia. Byłby, co prawda, pierwszy w rodzinie, ale nie od dziś wiadomo, że cuda się zdarzają…

KONIEC