Białoruś poza schematem

Rozdział 2

Mała, szalona dziewczynka

W sypialni panował przejmujący chłód, który napływał do pomieszczenia przez uchylone okno. Będąc jeszcze jedną nogą zatopiona w marzeniach sennych zakryłam się szczelniej kocem. Ten ruch ostatecznie mnie obudził. Poderwałam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam się zdezorientowana i trochę przestraszona. Po dłuższym czasie uspokoiłam się, rozpoznając swój pokój. Teraz już wszystko sobie przypomniałam, ale przez chwilę zdawało mi się, że nie opuściłam jeszcze Anglii i nie powinnam tu być.

Być może tydzień spędzony poza domem to nie jest dużo, ale wówczas wydawał mi się tak oderwany od rzeczywistości, że powrót wstrząsnął mną i chyba nie do końca do mnie dotarł. O, tu, pamiętam dobrze, wczoraj rzuciłam walizkę w tamten kąt. Jednak w mojej pamięci zapisało się to trochę jak dawno zapomniany sen, o wiele mniej realny od mglistych wspomnień Arthura nawiedzających mnie tej nocy. Zdaje się, że to one ostatecznie sprawiły, że poczułam, jakby koniec wizyty nigdy nie nastąpił.

Odrzuciłam od siebie ciężką i nieprzyjemną pierzynę, która i tak słabo chroniła mnie przed zimnem i usiadłam na brzegu łóżka. Przetarłam oczy starając się ocknąć ze snów, których fragmenty, już teraz niezrozumiałe, nadal chodziły mi po głowie. Wsunęłam zziębnięte stopy do dziurawych papuci i niemal nie przewróciłam się, zahaczając dużym palcem o gruby pled, który zsunął mi się z posłania. To był bardzo stary prezent od Ukrainy podarowany mi na któreś tam święta. Kiedyś żywe kolory na wzorach dawno już wypłowiałe, wyglądały, jakby szczerzyły się do mnie szyderczo, kpiąc z mojej niezdarności. Przyrzekłam sobie, że muszę koniecznie wyrzucić to paskudztwo w najbliższym czasie, obojętnie czy zranię tym uczucia Katiuszy, czy nie. Zresztą, ona nigdy nie wchodzi do mojego pokoju.

Wzdrygnęłam się, kiedy otwierane przeze mnie drzwi zaskrzypiały. Wczoraj wieczorem też tak zareagowałam, przypominałam sobie. Będzie musiało minąć trochę czasu, zanim ponownie się do tego przyzwyczaję. Moja głowa wydawała się taka ciężka. Schodząc po schodach, zmierzwiłam sobie włosy.

Kuchnia była ciasna. Ledwo byłam w stanie manewrować między blatami, każdy skrawek przestrzeni był czymś zawalony. Z uśmiechem ominęłam stojące na szczycie niedomytych patelni otwarte pudełko z woreczkami herbaty i zdecydowałam się na zrobienie sobie kawy. Nie miałam ochoty zbytnio się wysilać, więc ukroiłam sobie w powietrzu dwie kromki suchego, trochę już stwardniałego chleba, dałam kapkę dżemu wiśniowego i opuściłam (nie bez problemu) zagraconą klitkę z moim marnym śniadaniem w ręku.

Usiadłam na granatowej kanapie w salonie. Choć nie był on taki znowu duży to w porównaniu do kuchni wydawał się bardziej przestrzenny niż w rzeczywistości. Było tu też strasznie zimno. Skrzyżowałam kostki u nóg i postawiłam kanapki na brzegu stoliczka na gazety. Zamieszałam łyżeczką w kawie i zagapiłam się w wirującą ciecz. Jakoś czułam się tu nieswojo. Po chwili namysłu chwyciłam talerz, kubek, wcisnęłam jakąś gazetkę pod pachę i wróciłam do kuchni. Mimo ciasnoty, było tam jakoś przytulniej.

Zajęłam jedyne, chyboczące się krzesło i zabrałam się do jedzenia. Czytałam pobieżnie przypadkowy artykuł po rosyjsku i rozmyślałam o Arthurze. Mój wzrok natrafił na niewinne słowo „Rosja" przewijające się w tekście. Ni stąd, ni zowąd nasunął mi się na myśl ten okropny pled od Jekateriny. Tak, będę musiała się go pozbyć jak najszybciej.

Przypomniałam sobie coś jeszcze na temat tego koca. Siostra zrobiła go na jedyne w historii Święta Bożego Narodzenia, które obchodziliśmy razem jak rodzina. Iwan cały czas starał się udawać, że mój widok wcale nie sprawia, że czuje się niekomfortowo. Ja też powstrzymałam się przez wypowiadaniem niektórych słów, które ciążyły mi na końcu języka, ponieważ chciałam, by ta okazja była wyjątkowa dla nas wszystkich. Brat uśmiechnął się bardzo promiennie, kiedy niepewnie przytuliłam rażący pled i powiedział miękkim głosem:

- To bardzo dobrze, że mamy wiele takich drobiazgów, które przypominają nam o sobie nawzajem. Ten koc będzie przy tobie nawet we śnie, symbolizując obecność twojego rodzeństwa. Nie zapominaj o tym skąd pochodzisz, da~?

Choć z założenia miało to mieć wydźwięk pytania, zostało sformułowane bardziej jak rozkaz. Teraz ta czcza gadanina powróciła do mnie przez odmęty czasu i tym razem nie wydała mi się znowu taka bez celu; pled miał wywierać na mnie takie wrażenie, jakby mnie śledził. „Symbolizując obecność twojego rodzeństwa…", czyli po prostu stałą kontrolę. Nie żebym miała coś przeciwko kontroli Iwana, tylko… Teraz miałam pewne sekrety, które wolałabym zataić nawet i przed nim. Wtedy przyszła mi do głowy straszna myśl: czy koc potrafi nasiąkać snami? Jeśli tak… Po tym, co śniło mi się tej nocy… To zdecydowanie było kroplą, która przelała czarę.

Co ja robię? Zastanawiam się jak tu ukryć coś przed Iwanem? Czy ja do reszty zgłupiałam? Kto stawiając na szali mojego wielkiego brata i Arthura wybrałby tego drugiego? Tak dużo popełniłam błędów… Jestem jednak w stanie to naprawić. Ten tydzień to była pomyłka. Nie opowiem o nim Rosji, ale nie mogę tego dłużej kontynuować. Po prostu wymarzę ten okres z pamięci. Zupełnie jakby go nie było. Tak najzwyczajniej w świecie… zapomnę


Wielki, zimny dom pełen pustych, długich korytarzy. Na zewnątrz śnieg. Zamknięty pokój i mała dziewczynka ściśnięta w kącie w holu i czekająca aż jej brat otworzy drzwi. Dobrze zdawała sobie sprawę, że jest to płonna nadzieja.

Ta dziewczynka to ja.

Otarłam wierzchem dłoni łzę z policzka. Mocniej wcisnęłam twarz w fartuszek mojej sukni, przyciągnęłam kolana do czoła jeszcze bliżej. Znów objęłam nogi dłońmi i wyczekiwałam. Cały czas.

Nic się nie zmieniło.

No właśnie, nic! Nie w tej chwili, nie nigdy! Jak byłam samotna, tak byłam i żaden Anglik nie był w stanie tego zmienić. Choćby próbował. Bo wiem, że próbował. Niestety, mam to do siebie, że raczej się nie przestawiam. Wróciłam do domu i wszystko było po staremu. I co z tego, że to mi nie odpowiadało, skoro pozwoliłam temu tak pozostać? I nie miałam odwagi odpowiadać na listy, chowałam się w domu i nie wychodziłam. A kiedy to wszystko stawało się nie do zniesienia to przychodziłam do Iwana, mimo iż wiedziałam, że on nie cierpi tych wizyt. Siedziałam skulona przed jego pokojem, a jedyne co uległo zmianie to mój zapał. Po prostu czekałam nie domagając się brutalnie jego wyjścia. Czekałam i płakałam.

- Braciszku! – zawołałam łamiącym się głosem. Był ochrypły i brzmiał bardziej przerażająco niż błagalnie. Zagryzłam wargę, żeby nie zacząć krzyczeć. Przecież robiłam to wszystko dla niego! Zrezygnowałam z tamtego sennego życia tylko z jego powodu! Ale on… Tu urwałam. Miałam zapomnieć…

- Idź sobie! – jęknął Rosja po drugiej stronie drzwi. Nie byłam już w stanie dłużej hamować łez. Pozwoliłam im skapywać na sukienkę, dbając tylko o to by spadały bezgłośnie. Odwróciłam się twarzą do ściany, żeby ukryć płacz przed niepożądanymi oczami. Czułam ich spojrzenie na swoich plecach.

- Panienko Białoruś… - zaczął cicho Taurys. Skuliłam się jeszcze bardziej, a on westchnął. Nic się nie zmieniło od tak dawna. Jak to się działo, że mimo iż teraz mieszkaliśmy w trzech różnych domach, spotykaliśmy się tym jednym tak jak kiedyś? Usłyszałam jego kroki i poczułam jego dłonie na swoich plecach. Tak, teraz powinnam go odepchnąć.

Tym razem nie starczyło mi sił. Żal, złość, tęsknota i smutek zawirowały we mnie ze zdwojoną siłą. Przecież przyszłam tu tylko do brata. Chciałam, żeby mnie pocieszył, wspierał w tym co robiłam na jego własną korzyść. Ale on się przede mną chował, zawsze to robił, a ja poczułam się jeszcze mniejsza i bardziej zraniona niż przed chwilą. Tak więc odwróciłam się z cichym jękiem i wtuliłam się w pierś Litwy. On tego nie skomentował, jakby to było coś zwykłego dla niego, tylko jeszcze raz westchnął i pogładził mnie po włosach. Nie myśląc już o niczym uczepiłam się jego kurczowo jak małe dziecko szukające za wszelką cenę pocieszenia.

Szlochałam w ramionach Taurysa i wiedziałam, że Rosja za drzwiami również płacze. Tylko, że on był sam.


Nienawidziłam mojego domu. O, jak bardzo go nie cierpiałam. Każde miejsce przypominało mi o niedokończonych sprawach. Postanowiłam całkowicie wymazać je z pamięci, ale one nic sobie z tego nie robiły i głośno domagały się uwagi. Kominek w salonie świecił na czerwono w moich oczach. To tam paliłam wszystkie listy.

Szło mi już całkiem nieźle. To całe zapominanie. Minął tydzień, a ja, można powiedzieć, wróciłam do formy. Sprawiłam, że Raivis popłakał się już trzy razy (trzeba tu zaznaczyć, że musiałam go najpierw znaleźć), Litwa zaniemówił (na całkiem długi okres czasu, co to była za ulga), a ten cały Estończyk roztrzaskał sobie laptopa, kiedy upuścił go na mój widok. Nie był tym zbytnio zachwycony (któż by przypuszczał, że zna takie przekleństwa?). A mój braciszek… tu chyba nie trzeba opowiadać. Niestety.

Wszystko zepsuła niedzielna poczta. Wyciągnęłam się wygodnie na kanapie i zaczęłam przerzucać listy. Rachunek, jakieś reklamy… A to co?

Wyprostowałam się i zamrugałam ze zdziwienia na widok prawdziwego listu. To ktoś jeszcze korzysta z korespondencji listowej? I co najważniejsze – po co ktoś napisał DO MNIE? Może to pomyłka – przekonywałam samą siebie. – Może… Ale miałam co do tego złe przeczucia.

Odwróciłam kopertę i zamarłam. Poczułam jak zimny pot spływa mi po plecach na widok znajomego adresu. Wiedziałam już, że to nie pomyłka. Pozostawało tylko co z tym zrobić.

Obiecałam sobie, że zapomnę. Przyrzekłam to sobie solennie. Ale teraz zaczęły napływać do mnie te wszystkie wspomnienia i wiedziałam, że nie potrafię. Podważyłam paznokciem zaklejoną kopertę. Otworzyć czy nie? Świat wokół zawirował.

Przed oczami stanęła mi JEGO twarz. A zaraz potem twarz Rosji. Skrzywiłam się, kiedy zobaczyłam swoją własną bladą buzię odbijającą się w stojącym na blacie kubku z herbatą. Nagle przypomniałam sobie, że piłam ją WTEDY, bardzo często.

Stchórzyłam. Wrzuciłam kopertę do kominka i natychmiast pobiegłam pędem do kuchni, żeby wylać ciepły napój do zlewu. Nie chciałam widzieć adresu dobrze znanej mi angielskiej ulicy, nawet jeśli paliła się akurat w kominku. Może źle zrobiłam, może gdybym na to spojrzała to jawiłoby mi się to jako coś ostatecznego. Jakbym spaliła cały ten tydzień, wypaliła go z mojego życia. Ale nie miałam siły na to patrzeć. Wypiłam duszkiem pół butelki wody na uspokojenie nie kłopocząc się nalewaniem jej do szklanki.

Już więcej nie zrobiłam sobie herbaty.

Przychodziły i inne wiadomości, ale żadnej nie miałam odwagi przeczytać. Po prostu paliłam je w kominku i po jakimś czasie przestały przychodzić. Niemal udało mi się odzyskać wewnętrzną równowagę.

Kiedy sprawdziłam elektroniczną pocztę mój spokój prysł. ON był najwyraźniej przekonany, że listy po prostu nie doszły i zaczął pisać mi e-maile. Usuwałam je tak jak ich materialne poprzedniki. Nie otworzyłam ani jednego.

Ale najgorszy był wtorek, prawie dwa tygodnie od mojego wyjazdu. Rankiem zadzwonił dzwonek do drzwi, a ja pospieszyłam by je otworzyć. Byłam pewna, że to Taurys (bo któżby inny), ale coś mnie tknęło i sprawdziłam przez wizjer zanim otworzyłam.

To był ON. Nie jestem w stanie opisać targających mną wtedy uczuć. Stałam przed drzwiami jak posąg z lodu niezdolna się ruszyć. Po jakimś czasie dał za wygraną. Poczekałam jak ucichną JEGO kroki i rzuciłam się na łóżko z jękiem. To był pierwszy raz, kiedy się popłakałam.

Komputer, przedpokój, salon… i moja własna sypialnia, w której wylałam tyle łez. Z całej duszy nie znosiłam też swojego biurka. Mimo wszytko chyba to mnie najbardziej bolało. To tam czasami siadałam i pisałam do NIEGO listy. Pierwszy raz natchnęło mnie po JEGO wizycie, kiedy już się wypłakałam. Każdy mój list kończył tak samo – w niszczarce do papieru.

Ale dzisiaj miał nastąpić najtrudniejszy sprawdzian w moim życiu. Miałam przekonać się, czy jestem w stanie GO ignorować, zachowywać się jak dawniej, chociaż… Właśnie, zapominając o każdym nasuwającym się „chociaż". Ponieważ dzisiaj była Światowa Konferencja, a ja musiałam na niej być. Ja, nie to trzęsące się małe dziecko, w które ostatnio się zamieniam.

I pomyśleć, że kiedyś uważałam, że moje jednostronne uczucie do Iwana jest najgorszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać. Dlaczego los zawsze musi mi dawać takie bolesne nauczki?


Anglia z niecierpliwością i lekkim zdenerwowaniem wyczekiwał Konferencji. Z jednej strony – te schematyczne i wycieńczające bójki; z drugiej – Białoruś. Właśnie. Natalia też tam miała być. Wreszcie będzie mógł ją złapać i wyjaśnić to całe zamieszanie. Dlaczego go unikała? To nie dawało mu spokoju. Czy on przypadkiem niczego nie wyolbrzymia? Pytania, same pytania… Nie był pewien czy chce poznać na nie odpowiedzi. A jeśli rzeczywiście coś jest nie tak? Coś zawalił? Jedno szczególnie go dręczyło. Mogła nie dostać listów, nie sprawdzać maili, ale… Kiedy przyszedł ją odwiedzić, nie otworzyła. Wiedział, że była w domu. Na pewno. Czemu więc go nie wpuściła? Po głowie dryfowały mu najczarniejsze scenariusze i nawet sporadyczne dzielenie się nimi z Polską (który zawsze wykazywał ich nieprawdopodobność i pocieszał go najczęściej jak mógł) nie przynosiło ulgi. Musiał wiedzieć.

Jedynym sposobem, żeby położyć kres wątpliwościom była rozmowa. Teraz nie będzie w stanie mu się wymknąć. Pragnął poznać przyczynę jej zachowania, choćby miało go to zranić jak jeszcze nic w jego życiu. Wszystko było lepsze od złudnych domysłów działających mu na nerwy i sprawiających, że czuł się jakby wariował.

Z tego wszystkiego przyjechał na miejsce o wiele za wcześnie. Przez jakiś czas krążył wokół budynku bez celu, ale przestraszył się, że dziewczyna mogła przyjść wcześnie i wtedy przegapi świetny moment na wyjaśnienia, więc szybko pognał do Sali konferencyjnej. Nikogo jeszcze nie było. Arthur zajął swoje stałe miejsce i czekał. Zaczął z nudów porządkować plik nieprzejrzanych przez niego dokumentów i od nowa, i znów, aż stało się to nie do zniesienia. Przez chwilę wystukiwał butem pod stołem jakąś irytującą melodyjkę, w końcu dla zabicia czasu starał się złapać bzyczącą uparcie małą, czarną muchę. Rozgrywka, co nie dziwne, zakończyła się wynikiem Anglia – 0, mucha – 25. Wreszcie dał za wygraną.

Zaraz potem pojawił się Alfred, co było jak na niego rzeczą dość niezwykłą. Arthur pewnie zainteresowałby się tym bardziej w innych okolicznościach, ale teraz nie był w stanie zareagować nawet na jego najśmielsze zaczepki ani zwrócić uwagi na amerykańską denerwującą żywiołowość. Gdyby Ameryka był bardziej wrażliwy, pewnie zapytałby się Brytyjczyka co go trapi, ale że nie należał do nazbyt spostrzegawczych i wnikliwych jeśli chodzi o cudze uczucia, to nie zrobił tego i Anglia, pozostawiony samemu sobie, mógł, nie do końca spokojnie, wyciągać coraz bardziej szyję wyglądając Natalii i kompletnie ignorując inne państwa, które powoli zapełniały pomieszczenie.

Pojawił się nawet Rosja nerwowo rozglądając się na boki, jakby bał się, że z każdego kąta może wyskoczyć na niego jego siostra. Niestety jej nie było i Arthur zaczął tracić nadzieję, że kiedykolwiek się pojawi. Może coś jej się stało? – zaczął się zastanawiać. – Może potrzebuje pomocy? Rozmyślania te urwały się natychmiastowo ucięte jej przybyciem. Nawet się nie spóźniła – zauważył Brytyjczyk zerkając na zegarek. – Jestem po prostu nazbyt niecierpliwy.

Białoruś stała w drzwiach przez chwilę, jakby się zastanawiała. Jej twarz była nieprzenikniona, jak zawsze; Arthur nigdy nie był w stanie odgadnąć o czym akurat myśli. Wiecznie zmarszczone brwi nadawały jej nieco ponurego wyrazu, ale mimo wszystko (to znaczy, mimo trzymanego w ręce noża) wyglądała słodko i niewinnie w tej swojej uroczej sukienczynie i z tą wstążeczką zawiązaną na długich, prostych, jaśniutkich kosmykach. Dziewczyna rozglądała się na boki, a serce Anglii poczęło szybciej bić. Zapomniał czemu na nią czekał, ba, zapomniał nawet jak się nazywa ze zdenerwowania. Czy to mnie szuka? – pytał siebie w myślach. Lecz to był tylko krótki błysk. Zapewne chodzi jej o brata – stwierdził.

Już-już chciał do niej podejść, ale wybuchło wokół niej lekkie zamieszanie, w wyniku którego Rosja musiał uciekać gdzieś w tłum, a ona pobiegła za nim. Anglia uśmiechnął się delikatnie pod nosem. No nic, będzie musiał poczekać, aż się zmęczy…


Pojawiłam się na Konferencji jako jedna z ostatnich. Zatrzymałam się w przejściu i zastanowiłam się co by zrobiła dawna Białoruś. Wróć. Znaczy ja. Co teraz powinnam zrobić?

Odpowiedź była jasna. Iwan. Musiałam go znaleźć i to szybko. Jak na złość nigdzie go nie było. Nie mogłam go dostrzec nawet jak stawałam na palcach, a przecież nie należał do najniższych. Odepchnęłam Litwę, który podszedł do mnie z powitaniem. Jeśli mowa o najniższych…

- Łotwa! – wrzasnęłam na niskiego chłopaka trzęsącego się za Estonią. Mam szczęście, że bałtyckie sieroty chodzą trójkami.

- T-t-ta-t-ta-a… - Najwyraźniej nie był w stanie wydukać nawet „tak?". Mniejsza z tym. Podeszłam do niego gniewnym krokiem i bezceremonialnie odsunęłam na bok Eduarda (upadł twarzą na podłogę starając się ochronić swój bezcenny nowy laptop). Chwyciłam Raivisa mocno za ramię, a on zaczął trząść się jeszcze bardziej, o ile to było możliwe. Starał się unikać mojego twardego wzroku, aż w końcu zacisnął powieki.

- Gdzie jest mój brat? – wycedziłam ostro. Chłopak jęknął cicho.

- N-n-n… - Rzuciłam mu spojrzenie mrożące krew w żyłach. – T-to znaczy… N-nie w-wiem…

- Jak to nie wiesz? – syknęłam. Nie powiem, całkiem nieźle się bawiłam. Cała bałtycka trójca trzęsła się ze strachu i niektóre państwa stojące w pobliżu. Zabawne było posiadać taki wpływ na innych. Nawet jeśli nie było potrzeby, żeby się mnie panicznie bać.

- Białoruś! – wykrzyknął cicho ktoś za mną z niepokojem i śladowym przerażeniem. Puściłam Łotwę tracąc nim nagle zainteresowanie. Odwróciłam się jak błyskawica i wczepiłam się w obszerny płaszcz Rosji.

- Braciszku! – pisnęłam. – Braciszku, gdzie byłeś? Czemu mnie unikasz? Powinniśmy się pobrać! To nasze przeznaczenie! Ja…

I już go nie było. Wyrwał się rozpaczliwie z mojego uścisku i zniknął w tłumie innych narodów, a miał w tym taką wprawę, że pomimo jego wzrostu nigdzie go nie było widać. Przekroczyłam nad Raivisem, który najwyraźniej zemdlał i stanęłam przed Taurysem.

- Gdzie on poszedł? – zapytałam. Litwa lekko się zatrząsł, ale nie byłam taka przekonana czy to ze strachu.

- Nie powiem. Myślę, że powinnaś dać spokój panu Rosji i ja… – urwał napotykając moje spojrzenie. – W tamtą stronę – powiedział potulnie.

Rozpromieniłam się na swój zatrważający sposób (tak mówią) i pognałam za braciszkiem wykrzykując głośno jego imię.


Iwan nie miał wiele szczęścia. Młodsza siostra złapała go jeszcze zanim Konferencja się rozpoczęła. Stała teraz za jego krzesłem i ignorując przerażony wyraz twarzy brata trzymała go krzepko za szalik (przypominało to trochę prowizoryczną smycz) z nieco maniakalną miną. Arthur pomyślał, że gdyby teraz ją zaczepił to miałby jeszcze trochę czasu na rozmowę przed otwarciem posiedzenia i przysłużyłby się Rosji uwalniając go choć na chwilę od Białorusi. Jednak coś go trzymało na miejscu. Byli teraz bardzo blisko siebie, a mimo to dziewczyna nie spojrzała na niego ani razu. Trochę go to denerwowało: czy zamierza go tak po prostu ignorować? Podszedłby do niej i poprosiłby ją na słówko, ale nie był w stanie. Po prostu uparcie wbijał wzrok w jej odwróconą głowę starając się zmusić ją do odwzajemnienia się.

Minął jakiś czas. Nagle Natalia skierowała na niego swoje spojrzenie. Jej tęczówki były ciemne, może nawet ciemniejsze niż zazwyczaj, i tak głębokie, że Arthur nie potrafił odczytać z nich żadnych emocji. Coś jednak było takiego w jej wzroku, co zmroziło go i sprawiło, że odwrócił twarz. Pomyślał, że nie uzyska już odpowiedzi na swoje pytania. Nie będzie miał odwagi by o nie poprosić. Światowa Konferencja rozpoczęła się, a Anglia postanowił wziąć w niej czynny udział, jak zwykle, choć myślami był jeszcze trochę nieobecny.

Z drugiej strony… Czy te zimne, nieprzyjazne oczy nie były same w sobie odpowiedzią?


Kiedy tylko ten napuszony Amerykanin obwieścił koniec spotkania, wybiegłam z Sali jako pierwsza zaskakując przy tym sama siebie swoimi umiejętnościami w dziedzinie sprintu. Nie powinnam była patrzeć w JEGO stronę, naprawdę nie powinnam! Ale czy to moja wina, że jakieś nieczyste siły tak ciągnęły mój wzrok w kierunku w którym siedział, że nie wytrzymałam i musiałam zerknąć choć raz? To i tak było za dużo. Jestem pewna, że nie zapomnę JEGO spojrzenia do końca życia. Wiem też, że nigdy tego sobie nie wybaczę.

Żeby to był tylko jedyny problem! O niczym więcej nie marzyłam, żeby teraz zaszyć się gdzieś w kącie i zdechnąć. Jednak nie tylko JEGO wzrok potrafi parzyć, uznałam bazując na swoim dzisiejszym doświadczeniu. Bo kiedy odwróciłam się plecami do… KOGOŚ, to odkryłam, że siedzę całkiem blisko Polski, akurat na tyle blisko, że jedynie zamknięcie oczu mogło mnie uchronić przed dostrzeganiem jego pełnego wyrzutów spojrzenia. To dlatego uciekłam tak szybko – wiedziałam, że po spotkaniu będzie chciał mnie dopaść.

Nie byłam jednak wystarczająco szybka. Ledwie znalazłam się na korytarzu, a on już wychylał się zza drzwi i zmierzał w moją stronę (jak on to robi?). Nie zdążę przed nim umknąć – oceniłam. – Będę musiała się schować.

Pędem wtargnęłam do damskiej łazienki, przekraczając pewnie wszystkie ograniczenia prędkości obowiązujące na całym świcie. Potrąciłam jakiegoś bliżej nieokreślonego osobnika płci żeńskiej i zamknęłam się ze świstem w kabinie. Opadłam na klapę wzdychając z ulgą. Będę musiała tu przeczekać.

Chyba jednak nie doceniłam Polski. Albo on nie umie czytać, albo nie zważa na takie drobnostki jak wielki znaczek wiszący na drzwiach, który obwieszczał całemu światu, że to toaleta WYŁĄCZNIE dla kobiet. W wolnym tłumaczeniu: wszedł za mną do łazienki ku oburzeniu będących tam innych osób. Zaczął walić w drzwi krzycząc coś po polsku (nie słuchałam, panikowałam) i żeby było jeszcze lepiej gorzej wyciągnął jakąś monetę i spróbował otworzyć kabinę od zewnątrz. Przeklęłam w duszy polską upartość.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejś innej drogi ucieczki. I oto znalazłam – małe okienko prawie pod samym sufitem! Co z tego, że toaleta mieściła się na drugim piętrze? Rozpaczliwe sytuacje wymagają rozpaczliwych rozwiązań. Stanęłam więc pospiesznie na sedesie i otworzyłam okienko. To była ta łatwiejsza część; teraz musiałam się przez nie jakoś wydostać.

O dziwo, nie sprawiło mi to większych problemów. Chwała Bogu, że moje piersi nie są aż tak dorodne jak Ukrainy, pomyślałam. Udało mi się uciec dosłownie w ostatniej chwili. Kiedy tylko stanęłam niepewnie na wystającym gzymsie, usłyszałam huk otwieranych drzwi. Byłabym głupia, gdybym sądziła, że Polska nie wygramoli się przez okno za mną, musiałam więc się pospieszyć. Powtórzyłam sobie w myślach słowa otuchy, przeżegnałam się i zsunęłam się z piskiem po rynnie. To był cud, że nie uszkodziłam ani rynny, ani siebie. Wylądowałam niekoniecznie z gracją twardo na tyłku, ale to i tak było najlepsze co mogło mnie spotkać. Słysząc głośne: „Nataliaaa!" za swoimi plecami wzdrygnęłam się i pognałam do swojego auta. Teraz Feliks nie będzie już w stanie mnie dogonić.


Zadzwonił głośno dzwonek do drzwi. Długo i irytująco. Pomyślałam, że może jeśli go zignoruję to ten ktoś sobie pójdzie. Ledwo co wróciłam do domu po tej nieszczęsnej Konferencji i nie miałam ochoty widzieć nikogo, a aż strach pomyśleć kto przyszedł. Ale natrętny gość ani myślał dać mi spokój. Dzyń. Dzyń, dzyń, dzyń. Dzyń. Dzyyyń!

Stoczyłam się ze złością z kanapy, na którą rzuciłam się wyjątkowo niechlujnie chcąc choć trochę odsapnąć. Zerknęłam przez wizjer. Tak jak myślałam; to był Polska. Teraz nie martwiłam się tym aż tak bardzo. Miałam przewagę w postaci porządnych drzwi, a on mógł sobie tam sterczeć do znudzenia, jeśli taka była jego wola. Nagle coś mnie tknęło, może to ta jego nieprawdopodobna zawziętość i przekręciłam zamek gotowa się z nim skonfrontować. Nie mogłam przecież uciekać przez wieczność.

- Czego? – burknęłam patrząc spod byka na jego rozgniewaną postać. Oparłam dłonie po obu stronach framugi, żeby udaremnić mu wejście do środka. On jednak tylko odtrącił moją prawą dłoń i mnie wyminął. Odwróciłam się szybko w jego stronę.

- Zamknij drzwi – polecił.

Staliśmy tak naprzeciwko siebie – ja, nadąsana dziewczyna z ciemnymi oczami, on, porywczy blondyn o błyskającym spojrzeniu, oboje podobnego wzrostu – i mierzyliśmy się wzrokiem. Walczyła we mnie przekora do wykonywania czyichś poleceń i pragnienie zachowywania prywatności. W końcu zrobiłam to, o co prosił, ale trzasnęłam drzwiami, by nie dawać mu zbyt wielkiego uczucia triumfu. Polak oparł dłonie na biodrach i nieco pochylił się w moją stronę. Chyba był zbyt wściekły, żeby poczuć satysfakcję.

- Natalka, o co ci właściwie chodzi? – krzyknął. W tej chwili niczego bardziej nie żałowałam, niż tego, że on kompletnie się mnie nie boi.

- Chyba jesteś nienormalny! Czyżbyś przyszedł tu, żeby strofować mnie?

Gdyby to nie był on, powiedziałabym, że spojrzał na mnie z nikłym śladem politowania w oczach. Ale musiało to mi się tylko wydawać albo promień światła padał przez chwilę pod wyjątkowo dziwnym kątem. Feliks nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób.

- Wiesz, że, jakby, nie ze mną takie numery! Generalnie to mnie wcale nie przerażasz. Jakiegokolwiek wrażenia byś nie sprawiała, to ja zdaje sobie sprawę, że pod spodem wciąż jesteś tylko małą dziewczynką. Te twoje mroczne oczęta zbytnio mnie nie ruszają. A jak już mowa o szaleństwie, to tobie prędzej do tego, nie mnie!

- Że niby ja…? – wykrzyknęłam z oburzeniem.

- Tak, ty! Co to ma być z Arthurem?

- To moja prywatna sprawa – syknęłam rumieniąc się ze złości. Polska przewrócił oczami.

- Prywatna! – zaczął mnie przedrzeźniać. Zatrzęsłam się gniewnie. – Myślę, że to zaszło trochę dalej. Przyjaciele nie urywają ze sobą kontaktu, tak po prostu, bez powodu!

- Miałam powód! – zawołałam niezbyt zachwycona, że wyszło na to, że muszę się tłumaczyć. – Iwan…

- Jakby, ale z ciebie egoistka! – Feliks wszedł mi w słowo. – Generalnie to jak myślisz, Arthur się teraz czuje? – warknął. Wyglądało jednak na to, że trochę się uspokoił. Przysiadł na ławeczce w hollu i popatrzył na mnie tak, jakby był obrażony. Miałam nadzieję, że udało mi się przywołać z powrotem nieprzeniknioną maskę na twarz. Klapnęłam po turecku na wykładzinę dokładnie naprzeciwko Polski i skrzyżowałam ramiona.

- Nie mam pojęcia – mruknęłam. Chłopak zmierzył mnie krytycznym spojrzeniem. Swoją postawą pokazywałam, że mam go gdzieś, ale w środku czułam się dziwnie głupia i mała.

- Pozwól, że, jakby, cię uświadomię – powiedział sarkastycznie. Mimo jego zabawnego sposobu wyrażania się, zawarte w tych słowach szyderstwo zraniło mnie głęboko. Chciałam się odezwać, kazać mu wyjść, ale nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Patrzyłam tępo na rozzłoszczoną twarz blondyna, a gula w moim gardle rosła. Spróbowałam ją przełknąć; bez skutku.

- Na początku był zdezorientowany – zaczął Feliks. – Uważał cię za swoją przyjaciółkę i nie rozumiał o co ci chodzi. Później był zmartwiony. Myślał co takiego, jakby, zrobił nie tak, że totalnie go olewasz. A teraz… - Polak zrobił pauzę. – Teraz to go bardzo, bardzo boli.

Przymknęłam oczy. Nie mogłam tego dłużej słuchać. Przecież to było niemożliwe. Ale sama widziałam JEGO zielone, smutne oczy. Twarz miał opanowaną, ale ten wzrok pełen żalu… Zacisnęłam dłoń w pięść na samo wspomnienie. Nie patrząc na Feliksa odezwałam się:

- Ale… - Mój głos był cichy i szorstki. Odchrząknęłam. Spróbowałam uformować zawiłe myśli w zdania. – D-dlaczego? To znaczy… Nie powinien się tym przejąć. Ja… nie obchodziłam go, tak? A on…

- Chyba żartujesz? – przerwał mi Polska. Wprost emanował wściekłością i niedowierzaniem. Zerwał się na równe nogi. – Albo jesteś totalnie głupia, albo po prostu chcesz zagłuszyć wyrzuty sumienia! (lub jedno i drugie, pomyślałam, ale milczałam). Jakby, on… - nie dokończył. Nie zastanawiałam się nad tym, czego nie dopowiedział. – Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? Generalnie jeszcze rozumiem ignorowanie mnie. Jeśli chodzi o Arthura, to tylko wtedy gdyby był ci obcy. Ale nie był! Nadepnęłaś na jego wrażliwy punkt. Czy zamierzasz go zranić tak jak Ameryka? Powiem ci, że jesteś na dobrej drodze.

- P-przecież my się prawie nie znamy – wyszeptałam łapiąc się tego jak ostatniej deski ratunku. Polak zmrużył oczy.

- Och, zamknij się – wycedził. Deska zniknęła.

Zatonęłam.

- Przestań! – wrzasnęłam podrywając się do pozycji stojącej. – Przestań mnie dręczyć, ja…

- Natalka…

- Idź. Idź sobie. Już! Wynocha! – krzyczałam. Nie mogłam dłużej znieść jego przeszywających, jasnych oczu, które przypominały mi o pewnych, nieco innych… Niemal wypchnęłam go za próg i zatrzasnęłam za nim drzwi.

Nie zważając na to, że Feliks pewnie jeszcze sobie nie poszedł i może mnie usłyszeć, osunęłam się na ziemię i wybuchnęłam niepohamowanym szlochem.


Od autorki:

Ta część jest jakaś taka, no, nie wiem… zwariowana? Nie będę tu pisać żadnych recenzji, przecież nie jestem krytykiem (och, to byłby dłuuugi i cięty tekst…), tak czy siak, cieszę się, że już to skończyłam.

Nie ma nikogo chętnego do przetłumaczenia tego tekstu? Nie? Tak tylko pytałam. Bo ja dawno zaczęłam, ale jestem zbyt leniwa by skończyć…

PS. Tytuł jest mało oryginalny; wierzcie mi, miałam wiele pomysłów, ale każdy jeden wydawał mi się być od czapy. Więc stanęło na tym.