Białoruś poza schematem

Rozdział 4

Szukaj wiatru w polu

Piątek wieczór, a Feliks Łukasiewicz siedział sam na kanapie i leniwie przerzucał programy w telewizji. Nie, żeby skończył tak z własnej woli. Jego szef wręczył mu rankiem plik papierów, polecając, by je przejrzał. Polska wiedział, że to nie przelewki i powinien być na bieżąco z planami rządu, tak więc postanowił rzucić na nie okiem przy najbliższej okazji.

Gdy wrócił do mieszkania, okazało się jednak, że nie za bardzo potrafi się do tego zabrać. Odwlekał nieprzyjemny moment niemiłosiernie: a to wynosząc śmieci, to sprawdzając zaległe maile, czy nagle przypominając sobie o niepościelonym łóżku. Z godziny 12-tej zrobiła się 19-ta, a on ani razu nie ruszył stosu kartek od swojego zwierzchnika. Jakoś głupio było mu wychodzić na miasto – bo jak to, skoro robota czeka? – ale pracować, kiedy to już weekend właściwie, nie było mu w smak. Wylądował więc gdzieś pomiędzy tym wszystkim, w salonie przed telewizorem. Było jak w tym wierszyku: na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień*.

Jak na złość nie wyświetlano niczego ciekawego, ale tak jest zawsze o tej porze pod koniec tygodnia. Może po jakimś czasie, kiedy nudne jak flaki z olejem filmy, które emitowane były tyle razy, że powinny się już doszczętnie wystrzępić, przejadłyby się Polsce na tyle, że rzuciłby pilotem o ścianę, krzycząc: „kurna!" (co się często w takich momentach zdarzało), zabrałby się wreszcie do pracy dla świętego spokoju i w myśl reguły, że wszystko lepsze niż ta cholerna kablówka. Jednakże oglądanie ogłupiających powtórek nie było jego jedynym zajęciem w owej chwili, tak więc mógł spokojnie maltretować nieszczęsne guziczki ustrojstwa bez obaw, że od tego zwariuje, bowiem poświęcał swoje myśli sprawom całkowicie niezwiązanym z marnym repertuarem telewizyjnym. Nie miały one również nic wspólnego z treścią dokumentów wręczonych mu bieżącego dnia przez premiera RP.

Rzecz dotyczyła Arthura Kirklanda aka Wielkiej Brytanii. Choć notabene państwo, to jest rząd i brytyjskie społeczeństwo ze wszelkimi swoimi skomplikowanymi strukturami, jak i same wyspy, na których wyżej wymienione się znajdowało, pozostawały w stanie niewiele różniącym się od tego, w jakim były przed czteroma dniami, to dla samego Kirklanda ten krótki okres czasu przyniósł, przynajmniej w mniemaniu Feliksa, znaczne zmiany.

Przede wszystkim jeszcze około 96 godzin temu Arthur „był". Teraz go „nie było". Polska rozumiał to w sposób następujący: w tamtym tygodniu można było się z nim skontaktować, od tego poniedziałku już nie. Dzwonił do Ameryki, Francji, Rosji, Niemiec, Belgii, Litwy i Japonii, a nawet do Kanady, kiedy sobie akurat o istnieniu takowego przypomniał, ale żadne z nich nie potrafiło mu za wiele powiedzieć. Polak wykonał dodatkowo kilka krótkich telefonów i był już niemal całkowicie pewien, że każda potencjalna osoba, która mogła wiedzieć cokolwiek o aktualnym miejscu pobytu Arthura, zrelacjonowała mu wszyściutko, co na dany temat wiedziała, czyli nic. Wniosek? Brytyjczyka nikt nie widział, nie rozmawiał z nim ani nie miał najmniejszej styczności z jego marudną osobą od co najmniej 4 dni. Kirkland jakby zapadł się pod ziemię, wsiąkł, wyparował. Jakkolwiek by tego nie nazwać, dla Feliksa go „nie było".

Wiele państw po prostu wzruszyło na to ramionami i nie przejęło się tak sprawą, jak według Polski należało. Cały czas miał w głowie echo słów Emy, jak zawsze pragmatycznej i chłodnej kobiety sukcesu i zdawało mu się, że wystarczyło zadzwonić tylko do niej. Stanowisko, które zajęła, nie różniło się niczym od postawy Ludwiga czy innych członków UE.

- Nie ma najmniejszej potrzeby interweniować – uznała Belgia tonem chłodnym i nieco protekcjonalnym. – Mowa przecież o Arthurze Kirklandzie. Najprawdopodobniej siedzi sobie spokojnie gdzieś tam w Anglii i jest tak bardzo zajęty samym sobą, że nawet nie zauważył, kiedy rozładowała mu się komórka.

- Tak, tak, i do tego popija swoją ukochaną herbatkę nad jakimiś przenudnymi przemowami, którymi planuje nas uraczyć na najbliższej Konferencji, a my się niepotrzebnie o niego martwimy – wymamrotał potulnie Polska, chociaż jego zdanie w tej kwestii było nieco inne.

- Otóż to – potwierdziła zadowolona z siebie Bella. Przewrócił oczami. Jej głos w tej chwili nie mógł mu bardziej przypominać sposobu mówienia filmowej Hermiony Granger.

- Jeśli koniecznie chcesz się czymś frasować, to niech to będzie coś istotnego. Choćby samochodami Zjednoczonego Królestwa w twoim domu – ucięła sprawę, tym razem poruszając bezpośrednio sprawy Unii. Feliks miał wielką ochotę odpowiedzieć jej nieeleganckim „wal się", ale dziewczyna już się rozłączyła. Oczywiście miała na myśli możliwość rejestrowania angielskich samochodów w Polsce, a raczej jej brak. Tu też się z nią nie zgadzał, ale od tego miał rząd.**

Jego ciekawska i przewrotna natura kazała mu drążyć przyczyny zniknięcia Arthura z błogosławieństwem Brukseli lub bez. Bądź co bądź znał się z Anglią już niemały szmat czasu. Postrzegał go mimo wszytko jako swojego przyjaciela. Wspomnienie wyniosłego tonu Belgii tylko zwiększało jego determinację.

Może jednak nie chodziło jedynie o to. Właściwie to w normalnych warunkach Polska pewnie zgodziłby się z teorią Belli i mówiąc potocznie, kichałby na to. Jednakowoż miał niesprecyzowane przeczucie, w które zawsze silnie wierzył, że kluczową postacią do rozwikłania całej zagadki jest Natalia. Toż przecież pamiętał nieudolnie maskowane załamanie Arthura, po tym jak stracił z nią wszelki kontakt. Jeśli jednak spotkał się z nią ponownie i pokłócili się jeszcze bardziej? Kto wie, a jak powiedziała coś, czym – świadomie bądź nie – zraniła go tak dogłębnie, że postanowił przepaść bez śladu? Feliks aż bał się myśleć, gdzie w takim razie mógłby udać się Brytyjczyk.

Białoruś nie słyszała nic o tajemniczym zaginięciu Kirklanda, a Polska przezornie nie napomknął jej o tym ani słowa, lecz starał się dyskretnie wybadać, czy coś na ten temat wie. Chyba nie za wiele, zresztą z trudem udało mu się cokolwiek od niej wyciągnąć; była bardzo rozkojarzona i nie potrafiła się skupić na jego pytaniach, co było dziwne nawet jak na nią.

Feliksa intrygowało również to, czego dowiedział się od Seszeli. O takowych wyspach dowiedział się od Francji, choć w myślach wmawiał sobie, że Bonnefoy mu tylko o nich „przypomniał" (Łukasiewicz nie lubił przyznawać się do błędów czy braku wiedzy). Ich krótka rozmowa zapisała mu się w pamięci jako mocno osobliwa. Francis wydawał się być urażony z tego powodu, że Polska chciał dowiedzieć się czegoś o Arthurze.

- Wypadałoby zacząć od „co słychać?" albo „jak się czujesz?". O nie, nie, nie, teraz to się nie liczy. (…) Czemu miałby obchodzić mnie los tego parszywego chuligana? Jak dla mnie to może sobie gdzieś zdychać w przydrożnym rowie.

Kiedy Feliks zapytał go, czy przychodzi mu na myśl ktoś jeszcze, kto mógłby mu pomóc, Francuz żachnął się i oświadczył:

- Zadzwoń do Seszeli, zdaje się, że są ze sobą bardzo blisko.

- Do kogo? – wyrwało się chłopakowi. Francja tylko westchnął, nie kryjąc zniecierpliwienia i zerwał połączenie.

Seszele okazała się dziewczyną. Polską, który był nastawiony na dialog z jakimś najpewniej niecierpliwym i zirytowanym jegomościem, mocno to wstrząsnęło. Na samym początku wyjąkał kilka niekonkretnych zdań, zupełnie zapominając, po co telefonuje. Zmysłowy głos wyspiarki zaparł mu dech w piersiach.

Victoria, bo takim imieniem się przedstawiła, skrzętnie wykorzystała jego chwilową nieporadność i zalała go potokiem słów, które brzmiały dość zabawnie. Były mieszanką angielskiego, francuskiego i jeszcze jakiś innych niezrozumiałych języków. Z tego wszystkiego Łukasiewicz zrozumiał tylko jedno, za to aż nazbyt wyraźnie – Seszele lubi dużo narzekać. Nie wyrażała się zbyt ciepło o Francji (Feliks wywnioskował z jej monologu, że niedawno się posprzeczali), swoją drogą o Anglii też nie… No właśnie, o Anglii! W tym momencie Polska grzecznie przerwał jej wywód i spytał, czy nie orientuje się co z nim.

Ton dziewczyny zmienił się diametralnie o 180 stopni. Najpierw paplała coś trochę nie na temat i bardzo ogólnikowo, ale później dała sobie z tym spokój. Wyznała, że ostatni raz widziała się z Arthurem w dniu Konferencji. Według niej wyglądał na mocno podłamanego. Na pytanie, czy mówił dlaczego, odpowiedziała przecząco, ale dodała, że łatwo było się domyślić. Tego, jaka była jej interpretacja, już się nie dowiedział, ponieważ Victoria nagle zaczęła coś kręcić i pospiesznie się pożegnała.

- Poczekaj! – krzyknął Feliks, ale usłyszał urywany sygnał. Zaklął. Rozważył krótko, czy powinien ponownie oddzwonić, ale zrezygnował. Wyczuł lekkie zażenowanie wyspiarki i w lot pojął znaczenie owych „bliższych relacji", o których tak gorzko opowiadał Francis. Zadecydował więc, że dłużej nie będzie jej męczyć i da jej spokój.

Jedyną osobą, która choć trochę przejęła się losem Kirklanda, okazał się być, ku wielkiemu zdumieniu Polski, Alfred. Mało tego, że się zmartwił, zadeklarował również czynny udział w rozpoczętych przez Łukasiewicza poszukiwaniach. Śledztwo jednak nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, a tak właściwie to nie dowiedzieli się niczego. Wszak wiadomo nie od wczoraj, że jeżeli były pirat zaweźmie się, by nie dać się odnaleźć, to żadna siła nic na to poradzić nie zdoła. No, chyba, że amerykańska. Nacja to przedziwna, a z historii wynika jasno, iż radę dawała tam, gdzie nikt inny nie śmiał pokładać ani cienia nadziei (i na odwrót również, ale to już inna historia), niemniej potrzeba na to trochę czasu.

Rozumując w ten sposób, Polska postanowił skontaktować się z młodym Jonesem raz jeszcze, a nuż tamtemu bardziej się poszczęściło. Chłopak był już zmęczony długim i męczącym wypytywaniem i jedyne o czym teraz marzył to chwila snu. Jego zapał zdążył się chwilowo wypalić. Zamiast zgromadzić jakieś konkretne informacje, udało mu się jedynie namnożyć mglistych wątpliwości i przyprawić się o ból głowy. Wiadomo jednak, że ze Stanami to zupełnie co innego. Tedy starał się cierpliwie znieść wyjątkowo irytującą melodyjkę, którą ustawiono tak, że grała na nerwach każdemu, kto próbował połączyć się z USA. Po ośmiu sygnałach (pff…) Jankes wreszcie raczył odebrać.

- Yo! Z tej strony twój ulubiony bohater! – rozległo się przesadnie radosne i głośne powitanie (Feliks był zmuszony odsunąć słuchawkę od ucha na długość wyprostowanej ręki).

- Uhm... Cześć, tu Polska – mruknął Łukasiewicz.

- Och, to tylko ty – powiedział już z mniejszym entuzjazmem Alfred.

- A kogo się spodziewałeś? Zresztą nie odpowiadaj – burknął zgryźliwie. Mówiąc szczerze, wyraźne rozczarowanie Amerykanina zabolało go. – A Arthur?

- Przepadł – stwierdził pogodnie Jones, choć w jego wesołym tonie było coś sztucznego. – Ale nie martw się, Poland, znajdę go, bo jestem…

- …bohaterem. Tak, tak, wspominałeś coś o tym – wszedł mu w słowo Feliks. Nie podobał mu się sposób, w jaki tamten wypowiadał jego imię. Chciał już jak najszybciej zakończyć tę nieprzyjemną rozmowę. Był wystarczająco rozdrażniony już przedtem.

- Miałem na myśli „zdeterminowany" – sprostował Alfred nieoczekiwanie suchym tonem. Chyba dotknął go ten mały przytyk. – Ale to też. Trzymaj się, Po! Bez odbioru. – Zaśmiał się gardłowo.

- Ta… Niech będzie – wymamrotał Polska niespiesznie, ale Jones tego nie usłyszał, zdążył wcześniej kliknąć czerwony przycisk.

Tak naprawdę to Ameryka był mniej optymistycznie nastawiony, niż to okazywał. Niechętnie przyjął do wiadomości, że na razie może jedynie snuć domysły. Choćby nie wiem, jak bardzo sobie wmawiał, że jest inaczej, był zupełnie bezradny.

Może coś mu się stało? Odegnał nieprzyjemną myśl. Lubił sądzić, że Arthur potrafi sobie ze wszystkim poradzić, jak nie sam, to z jego pomocą. Teraz, kiedy co najwyżej mógł wykląć domniemane kłopoty Wielkiej Brytanii, więc wolał nie dopuszczać do siebie takiej opcji. Ktoś mu kiedyś powiedział, że możliwą rzecz się staje dopiero wtedy, gdy w nią uwierzymy. Nie zamierzał kusić losu.

W takim wypadku musiał myśleć, że Anglia nie dawał znaku życia z własnej woli. Tylko czemu? A może… Niesprecyzowana teoria zaczęła domagać się jego uwagi. Arthur zawsze beształ go za to, że nie szanuje uczuć innych ludzi. Jeśli się obraził? Ameryka starał się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły ostatniej Konferencji. Gdzie popełnił błąd? Nie potrafił jednak dostrzec niczego nagannego w swoim zachowaniu (ale to o niczym jeszcze nie świadczyło), a już na pewno w skupieniu nie pomagał mu nachalny, wnerwiający dzwonek… Chwileczkę! Dzwonek?

- Co znowu, Poland? – zapytał nieco nieprzytomnie przykładając telefon do ucha. Odpowiedziała mu cisza, a zaraz potem kolejne długie „drrr!". Amerykanin zmarszczył czoło z konsternacją. Po chwili go olśniło. Ruszył w stronę przedpokoju, naśmiewając się z własnej pomyłki. To nie komórka dzwoniła, tylko najwyraźniej miał gościa…

Alfred otworzył szeroko drzwi, nie trudząc się zerkaniem przez wizjer. Skutek był taki: okularnik zamarł w dość zabawnej pozie wyrażającej skrajne zdumienie. Osoba stojąca na ganku była ostatnią, którą spodziewał się ujrzeć.

- Mogę wejść? – zapytał znajomy, choć nieco bardziej pokorny, niż to zapisało się w jonesowej pamięci, głos. USA wybąkał jakiś zlepek głosek o dość niesprecyzowanym znaczeniu. Odwiedzający chyba jednak uznał, że nie potrzebuje wyraźnej zgody, bo wszedł do środka, zdjął płaszcz, po czym powiesił go na haku. Wyminął wciąż skamieniałego z szoku gospodarza i zmierzył go krytycznym spojrzeniem.

- Nie gap się na mnie z otwartymi ustami – zganił go. – To niegrzeczne.

Alfred wreszcie się ocknął.

- Anglio! – zawołał impulsywnie, zupełnie tak, jak wołał kiedyś, gdy był jeszcze małym berbeciem. Spąsowiał i choć odczuł wielką ulgę, nagle ogarnęła go złość. – Wiesz, powinienem cię kopnąć!

Arthur zamarł w powietrzu kilka centymetrów nad krzesłem. Na jego twarzy wymalowało się zdziwienie, a bujne brwi zmarszczyły się.

- Tak, i to najlepiej z całej siły! Cholera, ale nas nastraszyłeś! Żeby tak znikać! I to ze wszystkich ludzi właśnie ty! Będę ci to wypominać za każdym razem, kiedy powiesz, że zachowuję się głupio! Ja… – umilkł, cały sens jego wypowiedzi gdzieś mu umknął wraz z przejściem gniewu. Oczy Brytanii były podkrążone, postać jakaś taka sponiewierana, a wrażenie, że były „starszy brat" nigdy nie wydawał mu się tak przygnębiony, sprawiło, że całkowicie ochłonął. Kiedy Arthur tak patrzył na niego wzrokiem zbitego psa, po prostu nie potrafił się na niego gniewać. Westchnął zrezygnowany, podszedł do niego i mocno uściskał. – Martwiłem się o ciebie.

- Ech, głupolu – skwitował jego słowa Anglia, ale chyba nie mówił tego całkowicie szczerze, bo chwycił się Ameryki tak kurczowo, jakby od tego zależało jego życie.

* Fragment wiersza dla dzieci autorstwa Jana Brzechwy pt.: „Leń".

** W Polsce nie można rejestrować angielskich aut, tj. samochodów z kierownicą po prawej stronie z powodów bezpieczeństwa. Unia Europejska nie zgadza się w tej sprawie z rządem polskim i w razie braku zmiany przepisów grozi procesem. (Nie wiem jak aktualnie rozwija się sprawa, chyba na razie jeszcze nic nie wiadomo).

TEN ROZDZIAŁ JEST NIEUKOŃCZONY i prawdopodobnie nigdy będzie. Na prośbę Anihilli (.net/u/2550188/anihilla) wstawiam to, co już do tej pory napisałam.

Opowiadanie znudziło mi się, wypadłam z klimatu i w ogóle pomysł i wykonanie jakoś już do mnie nie przemawiają... Zamierzam napisać coś innego o Hetalii (może nawet EngBel), tyle że chyba raczej nie opublikuję tego na . Jeśli ktoś jest zainteresowany, niech da znać, chętnie prześlę link. Oczywiście pewnie minie sporo czasu, zanim skończę pierwszy rozdział (nauka, nauka, nauka… Nawet w ferie nie będę miała wytchnienia).

PS Jeśli chodzi o Emę vel Belgię… Ema, jakby ktoś nie wiedział, to oficjalne imię nadane jej przez autora (albo raczej jedna z propozycji Himy. Wybrałam tę, bo najbardziej mi odpowiadała). Natomiast je zachowanie… Wiem, wiem! Kompletnie OOC. To dlatego, że potrzebowałam kogoś, kto by „reprezentował" UE, a Belgia świetnie się do tego nadaje.