„Słowa są jak akt przemocy
Niszczą ciszę
Wdzierają się
Do mojego małego świata
Tak bolesne
Przeszywają mnie
Czy ty to rozumiesz
Moja mała dziewczynko

Wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłem
Wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowałem
Jest tutaj , w moich ramionach
Słowa są zbędne
One potrafią tylko ranić..." *

Przerwa świąteczna – to był właśnie dzień przed jej rozpoczęciem. Dzieciaki jak zwykle robiły to, co im się żywnie podobało. Pod sufitem latały małe papierowe cuda - czy to zwyczajne, tradycyjne samolociki, czy to bardziej zmyślne twory, wliczając w to smoka nadzwyczajnych rozmiarów, który zionął prawdziwym ogniem. Nauczyciel transmutacji z pewnością byłby dumny z młodego Ramireza, gdyby to dzieło zobaczył. Chaos, tym słowem można opisać całą sytuację. Rozmowy, wrzaski i śmiechy, ale przede wszystkim radosne podekscytowanie tym, że niedługo lekcje się skończą. Połowa, jak zwykle wróci na klika dni do domu, ażeby zadowolić swoją obecnością całą rodzinę, zapewnić matki, że wszystko w porządku. Babcie będą dokarmiać ich przeróżnymi słodkościami, czego skutkiem stanie się kilka nadmiernych kilogramów. Każdy w Boże Narodzenie tyje, to odwieczne prawo czarodziejów.

Od jakiegoś czasu lekcje eliksirów nie były tym, czym były kiedyś. Nie towarzyszyła im już atmosfera strachu i grozy. Nie można było usłyszeć cichego dźwięku, który wydawała czarna, dość szorstka w dotyku peleryna w kontakcie z kamienną, wilgotną podłogą. Nie było już haczykowatego nosa i przetłuszczonych włosów. Wybór nowego nauczyciela był sprawą niewątpliwie kontrowersyjną. Dyrektor McGonagall dokonała go wbrew wszystkiemu, nie tłumacząc się nikomu – czy to przyjaciołom, członkom Zakonu Feniksa, czy też samemu Ministrowi Magii.

Haczykowaty nos zastąpiono chorobliwie bladym, idealnym nosem, który przypominał raczej część marmurowego posągu. I gdyby większość uczniów go nie pamiętała, nikt nie powiedziałby, że mężczyzna ma tylko dwadzieścia lat. Teraz pierwszą rzeczą, przyciągającą spojrzenia były jasne, praktycznie platynowe włosy i pewny, ale nieco przytłumiony krok, którym zawsze wchodził do klasy. Draco Malfoy przyciągał uwagę swoich uczniów, niewątpliwie. Uczennice wzdychały, posyłając pełne wdzięku, zalotne spojrzenia, niestety zawsze ignorowane. Chłopcy, cóż, reagowali raczej dwojako. Była nieliczna grupa, zachowująca się podobnie jak dziewczęta, ale była też i taka, która pamiętała dobrze, kim jest ten mężczyzna. Pamiętali, jak wielką grozę jeszcze parę lat temu budziło jego nazwisko. Nie dali się zwieść spokojowi srebrnych tęczówek i monotonnemu głosowi. Wiedzieli, że mężczyzna stojący przed nimi przeżył wojnę. Przeżył tę wojnę po niewłaściwej stronie. Dlaczego więc tam był? Dlaczego zajmował miejsce za biurkiem zamiast gnić w więzieniu wraz ze swoim ojcem? Nikt nie odważył się zapytać. Zamiast tego były te spojrzenia, które usiłowały z niego wszystko wydusić. Jakby byli w stanie zmusić go do mówienia. Draco Malfoy nigdy nic nie mówił. Nic, co nie wiązało się z tym, na której stronie otworzyć podręcznik, albo pod jakim kątem siekać korzonki, żeby wszystko było o wiele bardziej wydajniejsze, niż jest to opisane w książce. Lekcje zawsze wyglądały tak samo. Krótki wykład, parę pytań i odpowiedzi, parę minut przepisywania całego wszystkiego na tablicę – wiedział, że wystarczyłoby machnąć różdżką, ale to znaczyłoby kilka bezczynnych minut potem, nie znosił bezczynności. Zawsze kończyło się grobową ciszą. Siadywał wtedy na krześle i spoglądał przez okno. Może dlatego nie uczył w lochach? Tam nie ma okien, przez które mógłby spoglądać parę godzin. Bez przerwy, majestatycznie, jak posąg.

Tamtego dnia było całkiem inaczej. Nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, że do klasy wszedł nowy Mistrz Eliksirów. Nikt nawet nie raczył wrócić na swoje miejsce. Głośne wymiany zdań o zaplanowanych prezentach. Ci, którzy zostawali w szkole, żegnali się z przyjaciółmi. Parę lat temu i Dracon miał podobne problemy. Martwił się tylko tym, czy dostanie na święta to, czego chciał tak naprawdę, a może tylko to, czego chciał dla niego ojciec. Martwił się, czy rodzice znajdą choć jedną chwilę tylko dla niego, czy może potencjalnie rodzinne święta jak zwykle skończą się licznymi spotkaniami z ludźmi, z którymi z pewnością w takich dniach nie miał ochoty rozmawiać. Wieczne rozmowy o polityce, pieniądzach. Wieczny teatrzyk polegający na tym, by wiedzieć kiedy się uśmiechnąć, a kiedy pozwolić, by na twarz wstąpił złośliwy grymas. Draco był w tym mistrzem. Był mistrzem w udawaniu, że żyje. Tak było i teraz. Od dnia do dnia. Od lekcji do lekcji. Od snu do snu. Od posiłku do posiłku. Po prostu istniał, jak tego od niego oczekiwano. To była mała, niespisana umowa pomiędzy nim a McGonagall. Wyciągnęła go z pewnego rodzaju bagna, o którym nikt nie chciał mówić, a już na pewno nie ich dwójka. Ludziom pozostawały więc tylko plotki. O jego naznaczonym przedramieniu, o tym, jak wojna naznaczyła jego osobę, czy też o tym, że Złoty Chłopiec często bywał w jego gabinecie. Szkoła tego potrzebuje. Potrzebuje zagadek. Za czasów Pottera był to wielki pies strzegący pewnej klapy w podłodze, nielegalne spotkania równie nielegalnej grupy. Teraz musieli zadowolić się tajemniczym, przystojnym nauczycielem, który nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie odzywał się niepytany. Parę Puchonek uważało, że tak naprawdę jest wampirem i wiecznie walczy z pragnieniem. Chciały zostać jego „żywicielkami", ale potem Krukonki wytłumaczyły im, że to niezgodne z regulaminem szkoły. Ślizgonki chciały spoufalić się z nim jeszcze bardziej, ale wystarczyło jedno dobitne wyjaśnienie, że on nie ma na takie spoufalanie najmniejszej ochoty i z ich głów na zawsze ulotnił się fakt, że jeszcze tak niedawno siedział z nimi w Pokoju Wspólnym, popijając piwo kremowe. Wszystko ulega zmianom.

Jak zwykle, niespiesznie dotarł do swojego biurka. Jak zwykle posłał wszystkim zebranym w klasie długie, beznamiętne spojrzenie. Podnieceni szóstoklasiści za nic mieli jego starania. Wtedy nie pozostało mu nic innego. Wyciągnął leniwie różdżkę i już po chwili wszystko ucichło. Nie, nie użył zaklęcia uciszającego. Po prostu strącił ze ściany tablicę, czemu towarzyszył przeraźliwie głośny hałas. Głośniejszy nawet od uczniów, co samo w sobie było niesamowitym osiągnięciem. Chwila poświęcenia, a jakie piękne efekty... Cisza, błogosławiona cisza. Malfoy kochał ciszę i od jakiegoś roku dobrowolnie się w niej pogrążał, poza lekcjami i poza tymi nielicznymi chwilami, w których z jego gabinetu dochodziła muzyka. Pansy usilnie próbowała mu wyjaśnić, że tak nie można, że ta cisza w końcu go wciągnie i nie będzie ratunku. To było zanim wyszła za mąż. Wszyscy kogoś mieli, tylko wieczny idol – Draco pozostawał samotny. Go się podziwia, bez zbliżania się, bez poznawania, tak jest... bezpieczniej.

I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie ta dwójka. Gryfon, przeraźliwie chudy, którego nazwiska mężczyzna nie pamiętał. Drugi chłopak, blondyn o niebieskich oczach, chyba na imię mu było Thomas. Oni... oni rozmawiali i to był taki sposób wymiany zdań, jakiego Malfoy wręcz nie znosił. Był głośny, cholernie głośny. I, kiedy reszta w końcu zajęła swoje miejsca, oni wymieniali się kuksańcami. Ślizgon i Gryfon. Żadnej bójki, tylko kuksańce.

Mimo tego, że pozornie nikogo nie faworyzował, wszyscy wiedzieli, w którym domu jeszcze niedawno się znajdował, ale nie, tym razem nie zadowoli się dobijaniem Gryfiaków, o nie. Tym razem zrobi coś cholernie złośliwego, coś, czego nie powstydziłby się sam Severus Snape.

- Ty – rzucił śmiertelnie znudzonym, wypranym z emocji głosem, patrząc prosto na Gryfona. - Jak ci na nazwisko?

Chłopak nie zareagował od razu, był całkowicie pochłonięty rozmową. Do porządku przywołały go dopiero przyciszone syki znajomych, którzy z głodem w oczach śledzili całą sytuację. Ślizgon, jak to Ślizgon, przyjął pozycję obronną, przypuszczając, że zaraz zrodzi się tu zupełnie niemiła rzecz...

- Levis... Panie profesorze – wydusił z siebie po chwili, co Dracona w ogóle nie zaskoczyło. Dalej mieli problemy ze zwracaniem się do niego z szacunkiem. Przecież sam miałby takie problemy, gdyby nauczał go człowiek starszy tylko o jakieś trzy, cztery lata. Najwięcej problemów miewali ci, z którymi kiedyś spędzał czas. Ich jednak traktował jak powietrze, nic niewarte powietrze. Byli częścią przeszłości.

Kiwnął tylko głową i zanurzył swoje pióro w atramencie, aby naskrobać na kawałku pergaminu złośliwą notatkę. - Pójdziecie z tym do waszych opiekunów. - Ten sam obojętny ton, ten sam wyzuty ze wszystkiego wzrok. - A teraz przeczytaj to na głos, Levis.

Chłopak podszedł do niego. Podszedł krokiem dość niepewnym, kompletnie nie wiedząc, czego się może po nim spodziewać. On tylko uczył, nie znali go z jakiejkolwiek innej strony, oczywiście, jeśli nie wierzyli w te wszystkie głośne plotki...

- No, na co czekasz? - Rozsiadł się wygodniej, zakładając ręce na piersi. Gryfon przez moment wpatrywał się zszokowany w kartkę. Otworzył usta, zamknął, skierował wzrok na profesora, jakby chciał się upewnić, że to tylko żart. Ale to nie był żart i to właśnie dostrzegł w jego zimnych, stalowych oczach.

Zaczął więc czytać.

- Pan Levis usilnie zmierza do osiągnięcia kontaktu fizycznego z Panem Thomasem, mimo tego, że cała klasa, wliczając w to mnie, nie ma najmniejszej ochoty na to patrzeć. Sam zainteresowany pan Thomas wydaje się chętny ku temu kontaktowi, co jest najbardziej niepokojące i uwłaczające domowi Slytherina... Profesor Dracon Malfoy.

A potem znowu wrócił do swojego gabinetu, gdzie panował niepokojący porządek. Usłyszeć można było tylko irytujące tykanie małego budzika tuż przy jego łóżku. Malfoy usiadł w fotelu i patrzył się w ścianę. Aż do rana. Potem wziął prysznic i poszedł na śniadanie, a potem znowu wrócił do pokoju, by kolejny raz zapisywać w pamięci dokładną budowę kamiennej ściany. Nieprzerwanie.

Przyrzeczenia są składane
by je łamać
Uczucia są głębokie
Słowa trywialne
Przyjemności pozostają
Tak samo ból
Słowa są bezsensowne
i zapominane" *

Najczęściej to są właśnie sny. Męczące, niczym przytłaczające pasmo psychodelicznych umartwień, którymi człowiek nigdy nie jest zainteresowany. Których człowiek nigdy nie rozumie. Nie są to typowe koszmary, które Hermiona mogłaby odgonić gorącym mlekiem – co zawsze robiła jej matka, gdy ta była jeszcze mała. Wchodziła do jej pokoju niemal natychmiast po tym, gdy słyszała stłumiony krzyk córki. Ściana jej sypialni była tak cienka, że zawsze mogła przyjść na czas, a w przeciwieństwie do pana Granger miała bardzo lekki, zupełnie niestabilny sen, obudzić ją mógł nawet najcichszy szmer.

Dziś Hermiona znowu się obudziła. Cicho wyszła z łóżka, nie chcąc niepokoić Rona. Wskazówki na zegarze pokazywały, że jest piętnaście minut po trzeciej rano. Gołe stopy zdawały się nie wyczuwać, że stąpają po przerażająco zimnej podłodze. Zazwyczaj w takich chwilach zapisywała w pamięci, że powinni w końcu kupić jakiś dywan, a może zmienić całą podłogę? Nie, teraz o tym nie myślała. Sny za bardzo pochłaniały jej uwagę.

Miewała koszmary też zaraz po wojnie, ale to przecież nic dziwnego. Nie po tym, co przeszła. Zazwyczaj była to Bellatriks, przyciskająca do jej skóry nóż. Jeszcze dzisiaj miała tę bliznę. Tę, która każdego dnia przypominała jej powód wojny. Bezsensownej wojny, w której zginęło zbyt wiele niepotrzebnych ofiar. Zbyt wielu ludzi, których znała. Dalej czuła chłód noża. Metal. Metal zawsze jest chłodny. Prawie zawsze.

Na oślep, bo bez włączania światła, sięgnęła po szklankę. Odkręciła kurek z wodą i nalała do pełna. Potem wszystko wypiła, czując, że kilka kropel wylądowało na podbródku i szyi, spływając na sam dekolt, gdzie zmieszały się z zimnym potem. Koszmary zawsze są nieprzyjemne, ale potem przychodzi ranek. Tym razem też przyjdzie, czyż nie?

Pozostało jej tylko wpatrywać się w okno. Niby miała do wypełnienia kilka zaległych dokumentów, ale nie chciała ryzykować obudzeniem Rona. On tak bardzo potrzebował snu. Jego sen był słodko nieświadomy i tego mu otwarcie zazdrościła.

Za oknem spokojna Tamiza i kilka sów, co na czarodziejskiej ulicy jest zjawiskiem codziennym. Ostatnio wiele nienormalnych kiedyś rzeczy stało się teraz czymś zupełnie normalnym. Powinna się cieszyć, że to między innymi i jej zasługa, ale... Właśnie, ALE. Ale co? Tego powiedzieć nie potrafiła. Przecież miała wszystko, czego zawsze pragnęła. Wszystko to miała na wyciągnięcie ręki. Ba, ona trzymała to codziennie w swoich ramionach, przytulała się do tego. Stabilizacja, przyjaciele, narzeczony i bliski ślub. Gdzieś po drodze... Gdzieś po drodze zagubiła się dawna Hermiona, a teraz każdej koszmarnej nocy łomotała w drzwi, do których nikt nie posiadał kluczyka.

* Depeche Mode – Enjoy the Silence