„ Czuję Cię
Twoje słońce to rozpala
Czuję Cię
Wewnątrz mojego umysłu
Zabierasz mnie tam
Zabierasz mnie gdzie
Nadchodzi królestwo
Zabierasz mnie do
I prowadzisz przez Babilon

Czuję Cię
Twoja drogocenna dusza
I ja jesteśmy jednym
Czuję Cię
Twoje wschodzące słońce
Moje królestwo nadchodzi " *

Ten obraz sam w sobie był dość osobliwy. Otóż, Hermiona Granger stała teraz nad śpiącym Malfoyem. Nie zastanawiała się jednak nad osobliwością tego faktu. Dla niej osobliwy był widok młodego mężczyzny pogrążonego we śnie. Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądali ludzie martwi, których naoglądała się w swoim życiu w zastraszająco wielkich ilościach. Nie, nieprawda, nie wyglądali tak jak on... Wszystkie jego członki trwały na swoich miejscach, a wokół nie unosił się smród strachu, smród przegranej – czyli zapach bezsensownej ofiary. I po co im to wszystko było? Po to, by teraz działo się jeszcze gorzej? Mimo unicestwienia Voldemorta, pomimo tego, że większość jego zwolenników poległa wraz z nim, albo siedzieli teraz „bezpiecznie" w więzieniu strzeżonym przez dementorów – pomimo tego wszystkiego, na świecie dalej znajdowali się żądni mordu psychopaci. O tak, było ich bardzo wielu, po kilka sztuk na jeden kraj. Jedni pytali, czym jest pojedyncze morderstwo wobec tego, co działo się jeszcze parę lat temu. A ona pytała ich wtedy, co z nich za ludzie... Wiedziała, że te morderstwa są gorsze od milionów poległych na wojnie. To uderzało w delikatną konstrukcję, którą starali się ułożyć z cegieł wypełnionych – oczywiście tylko metaforycznie – czymś takim jak bezpieczeństwo, zaufanie. Zaraz po wojnie ludzie bali się sąsiadów, nie ufali własnej rodzinie. Coś takiego z pewnością nie prowadziło do odbudowy dawnych wartości, dawnego porządku.

Więc Draco Malfoy spał, a dwudziestoletnia kobieta, która do niedawna nie potrafiła wytrzymać w jego towarzystwie nawet pięciu minut, po prostu stała nad nim, wlepiając w nienaturalnie bladą twarz swoje czekoladowe oczy. Wyglądał tak spokojnie. Spokojny, chociaż przeżył tak wiele. Sen potrafi nieść ukojenie nawet w najgorszych przypadkach, tego była już pewna. Wszystkie rzeczy, które powinny sprawić, że zmężnienieje nie usunęły z jego oblicza pozostałości po chłopcu, którego pamiętała – tak, te wspomnienia nie były najpiękniejsze, ale były i to się liczy. Jak ktoś taki jak on może być nauczycielem? Przecież to jemu był ktoś taki potrzebny. Kręciła lekko głową, z dezaprobatą, która towarzyszyła jej od bardzo dawna.

Jak ktoś taki, jak on mógł próbować popełnić samobójstwo? - to było główne pytanie.

To kompletnie nie to, czego mogłaby się po nim spodziewać. Po ludziach takich, jak ten blondyn społeczeństwo spodziewa się rzeczy zupełnie innych. Że zdobędą świetną, dobrze płatną pracę. Że będą korzystać ze swojej młodości, każdej nocy trafiając do innego łóżka. A potem, po wielu latach, oczekuje się od nich tego, że w końcu się ustatkują, zakładając rodziny. Potem będą wychować dzieci, będą przykładnymi obywatelami. Przynajmniej powinni być. Ale przede wszystkim oczekiwano od nich jednego – życia. Nie po to tacy cisi bohaterowie jak Harry wypruwali swoje prywatne żyły, ażeby taki Malfoy miał się potem zabijać. Nie, to nie miało być tak. Takiej opcji nigdy nie było w ich planach, po prostu nie istniała.

Nie dane jej było dłużej rozmyślać na te wszystkie absurdalne tematy. Przerwał to wszystko cichy jęk, niewątpliwie należący do obiektu jej chwilowego zainteresowania. Draco się obudził i było to cholernie niepokojące. Odruchowo zerknęła w kierunku drzwi. Nie, znajdowały się za daleko.

Najpierw otworzył oczy na kilka sekund, może tylko na dwie, nie liczyła. Ale oczywiście zdążył zarejestrować, że coś jest nie tak, jak być powinno. Bo... co Granger mogłaby robić przy jego łożu śmierci? To koszmar, zdecydowanie – próbował przekonać do tego umysł, ale ten nie dał się oszukać, co to, to nie. I choć naprawdę nie miał ochoty nawet o tym myśleć, wiedział, że oto Granger stoi parę metrów od niego, bezczelnie się gapiąc. Bo Granger nie patrzyła; ona się gapiła, zawsze, nawet w Hogwarcie. Czasem miał wrażenie, że te wielkie oczyska nigdy się nie zamykają, nawet w nocy. Było z nimi podobnie jak z gębą (tak, Granger miała gębę, nie usta), którą nieprzerwanie kłapała, aż do utraty tchu, przez wszystkie lekcje. To prześladowało go przez parę długich lat.

Sam oczu nie otworzył.

- Granger – zaczął cicho, jego głos był zachrypnięty, pewnie przez to, że już długo go nie używał, a przynajmniej niezbyt często – teraz policzę do pięciu, potem otworzę oczy, a ciebie tu nie będzie. Pasuje ci ten układ? - O dziwo mówił dość spokojnie, jakby nie miał siły się denerwować. To przeraziło ją najbardziej, zaburzało to całą definicję bycia Malfoyem – każdy musi denerwować się i innych i jeszcze niecierpliwić kilka razy dziennie codziennie.

Hermiona, ku swemu własnemu zdziwieniu, posłuchała go i wyszła. Drzwi zamknęły się bardzo cicho, więc Draco – gdy w końcu otworzył oczy – wciąż nie miał stuprocentowej pewności, że to nie był koszmar. Że to była rzeczywistość. Ale potem wszystkie malutkie, z pozoru niewłaściwe kawałki układanki zaczęły do siebie pasować. Dlaczego lekarze nie chcieli zdradzić mu nazwiska pracownicy ministerstwa, która go „uratowała"? Dlaczego nikt nie podał mu żadnych szczegółów? Dlaczego ten dzień zapowiadał się tak cholernie niemiło? Istniała jedna odpowiedź na wszystkie te pytania, a składała się tylko z czterech wyrazów – PieprzonaHermiona Szlama Granger!

Wojna się skończyła, skończyła się, wszystko się skończyło, jest dobrze – kilka sformułowań, które miały być lekarstwem na cały ból tego świata. Wtedy uwielbiali je powtarzać, wtedy jeszcze każdy uważał, że to koniec. Nie przejmowali się stratą w ludziach, zniszczeniami i tym, co miało ich czekać potem – kolejną walką, nie ze Śmierciożercami. Była to walka toczona z samym sobą, a zaangażowany był w nią każdy, kto na własnej skórze poczuł smak tych paru mrocznych lat. Codziennie trzeba było sobie udowadniać, że to miało sens. Codziennie trzeba było wstawać z łóżka, żeby robić wszystko tak, jak trzeba. Musiała pokazywać Ronowi, że go kocha, że to nie była iluzja. Pokazywała więc... Zamieszkali razem, gdzieś z dala od tego bagna, bo Weasley mówił, że tak będzie lepiej – ona słuchała, przecież go kochała. Nikt nie przejmował się tym, że mieszkają ze sobą bez ślubu. Każdy raczej zazdrościł im tego, co mieli, a mieli siebie. Nawet pani Weasley, pozornie kobieta konserwatywna, nie miała nic przeciwko, o ile co niedzielę odwiedzali Norę, jedli z nimi obiad i przyłączali się do ogólnego udawania, że wszystko jest w porządku. Nikt nie mówił o zmarłym bliźniaku, chyba na prośbę tego żyjącego, a może ze względu na obiad. Na początku się nad tym zastanawiała, ale potem to był kolejny element w tej cotygodniowej rutynie. Czasami pojawiał się też Harry, zawsze z Ginny u boku. A czasami się nie pojawiał i właściwie tylko po tym mogli rozpoznać, czy są ze sobą. Ich związek był bardzo skomplikowany, tak wyjaśniała to najmłodsza Weasleyówna. Trzymała się dzielnie, gdy Potter co jakiś czas informował ją, że to koniec, że ma zamiar w końcu korzystać z życia. Zazwyczaj to korzystanie z życia nie zajmowało mu więcej czasu niż miesiąc. Potem z podkulonym ogonem wracał do Ginny, mówiąc jak to cholernie ją kocha... Hermiona była znużona zachowaniem swojego przyjaciela, ale w końcu mu trzeba wybaczyć. To on przeżył na tej wojnie najwięcej. To w jego umyśle zdziałała największe spustoszenie. Chyba. Bo nie wiedziała, czy i on miewał koszmary.

Powietrze było zbyt gęste, by oddychać, a płuca zbyt ociężałe i obolałe, by próbować krzyczeć. Zresztą, była zbyt przerażona, by wydać z siebie chociażby jedno cichutkie skomlenie albo westchnięcie, więc wrzask raczej nie wchodziłby w grę. Byli tuż za nią i co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. W dodatku zgubiła różdżkę, a jej kostka najwyraźniej ostatecznie odmówiła posłuszeństwa – chociaż to i tak nieźle skoro złamała ją dobrych sto metrów temu. Koniec był bliski, czuła to w każdym swoim mięśniu. Drżały... w końcu po tak wielkim wysiłku miały takie prawo, nie musiały pytać Hermionę o zdanie, co czyniło ją teraz zupełnie pozbawioną władzy nad samą sobą. Tego zawsze bała się najbardziej – stracić panowanie nad własnym życiem.

- Jestem pewien, że pobiegła tam, Macnair! Pewnie ukryła się w gąszczu... Nie mogła uciec daleko! - Czy on musiał wrzeszczeć tak głośno? Gdyby robił to odrobinę ciszej, istniałaby płocha nadzieja, że Hermiona jednak straci przytomność, a chwila, w której ją znajdą i zabiją, nadejdzie naprawdę bezboleśnie. Pomyśleć, że to ona była jedną z osób, która głosowała przeciwko pomysłowi Malfoya. Chciał, by wszyscy z zakonu mieli przy sobie malutkie fiolki z trucizną, by samemu być – jak to on określił – Panami Swego Życia i Śmierci. Niewątpliwie, gdyby miała ze sobą taką fiolkę, wypiłaby wszystko jakichś dwadzieścia minut temu.

I, kiedy ciężkie buciory Śmierciożerców zdawały się być naprawdę blisko, poczuła, że ktoś bezczelnie łapie ją za nogi i wciąga w krzaki. Może to jakiś krzakowy potwór? - pytała część jej świadomości, która już z całą pewnością była w innym świecie.

- Na Merlina, Granger, nie dysz tak głośno, bo nas znajdą... Nie chcę umierać ze szlamą u boku, błagam. Wolałbym już skrzata albo centaura, albo...

Głośna muzyka to z pewnością nie jest to, czego organizm domaga się po długiej rekonwalescencji. Z pewnością nie jest to też nadmierne spożywanie alkoholu i wypalanie takiej ilości tytoniu, że przeciętny człowiek od dawna pochylałby się nad sedesem. Jednak Draco Malfoy karteczkę, na której lekarz zapisał mu najważniejsze wskazówki i plan powrotu do zdrowia, wyrzucił zaraz po wyjściu ze szpitala w przydrożnym, przesypującym się – widać śmieciarze nieczęsto odwiedzali tę okolicę – koszu na śmieci. Potem wrzucił do niego też nieugaszoną zapałkę, mając nadzieję, że pożar rozprzestrzeni się na cały Londyn. Niestety tak się nie stało. Londyn był nietknięty, a on siedział w jednym z tych klubów nocnych, na które porządny, szanujący się człowiek nawet by nie spojrzał. Nazywał się Babilon.

Dopijał kolejnego drinka, a barman zerkał na niego w sposób wyraźnie mówiący, że już więcej tego wieczora mu nie sprzeda. I dobrze, bo Draco nie chciał już pić. Teraz polował, namierzał, a za parę sekund przystąpi do ofensywnego ataku.

Była to brunetka. Mężczyzna nie znosił blondynek, mówiąc sobie, że jedna blond głowa w łóżku wystarczy – miał na myśli oczywiście swoją głowę i swoje łóżko. Ale kto powiedział, że to koniecznie musi być łóżko? Może to być zwykła toaleta, pełna bakterii, zarazków – a to wszystko pozostawione przez innych kochanków. Mógł się tylko domyślać, jak wielka liczba przewinęła się tam przed nim i to pociągało go najbardziej. Był martwy, a więc już nic i nikt nie jest w stanie mu zagrozić. Tak, on niezaprzeczalnie jest teraz Panem Swego Życia, chociaż w tym przypadku raczej powinno być Panem Swej Śmierci.

I rozpaczliwie chciał coś poczuć. Nawet, jeśli miało to trwać kilka chwil. Nawet, jeśli to było pozorne... Jeśli wszystko było wymyślone – brunetka, toaleta, seks. Ale czuł.

*Depeche Mode – I feel you

Nazwa klubu wyraźnie podebrana z serialu Queer as folk.