„Nauczyłem się umierać w sobie
Nauczyłem się ukrywać cały strach
Nie do wiary że tak bardzo płonę
Nie do wiary że rozumiem każdy znak
Zapomniałem że od kilku lat
Wszyscy giną jakby nigdy ich nie miało być
W stu tysiącach jednakowych miast
Giną jak psy
Dobre niebo kiedy wszyscy śpią
Pochlipuje modlitwami niestrudzonych ust
Tylko błagam nie załamuj rąk
Chroni nas Bóg"*
To był ranek jak każdy inny. Ron poszedł pod prysznic, a Hermiona po chwili wyśliznęła się z łóżka, żeby zaparzyć mocną kawę i przygotować gofry. Jedli gofry na śniadanie od kilku lat i wcale nie zapowiadało się na to, że przestaną. Pasowała im rutyna. Rutyna była bezpieczniejsza. Hermiona do pracy wychodziła godzinę później, więc miała dla siebie trochę czasu. Zazwyczaj wykorzystywała go tylko po to, żeby się odświeżyć, ubrać. Zawsze wolała być w ministerstwie trochę szybciej, by nikt jej nie zaskoczył. Czytała wszystkie karteczki pozostawione dla niej na biurku, a potem powoli przystępowała do kolejnych zadań, pamiętając o tym, że dzień się w końcu skończy, a ona wróci do pustego domu; Ron wychodził szybciej, ale później wracał. Przygotowywała kolację, czasami miała nawet chwilę, by coś przeczytać, albo przejrzeć papierkową robotę. Lubiła brać papiery do domu. To dawało złudne wrażenie, że nie siedzi bezczynnie.
Po śmierci Freda, Ron zajął jego miejsce w Magicznych Dowcipach Weasleyów. Szybko poszerzyli działalność i z jednego sklepiku na Pokątnej i sprzedaży wysyłkowej zrobiło się kilka sklepów w Europie. Radził sobie świetnie i Hermiona była z niego bardzo dumna, chociaż naprawdę nie rozumiała, jak taki ponury człowiek, którym się stał, może zajmować się działalnością mającą na celu zabawianie magicznego świata. Jedno było pewne, w pracy Ron był zupełnie innym człowiekiem. Był tym Ronem, którego pamiętała z Hogwartu. Na początku było jej przykro, że nie potrafi tak przy niej, ale potem nauczyła się to doceniać. Z czasem nawet mu zazdrościła. Ona miała swoje biuro, swoje papiery, swoje zlecenia, które oczywiście nie dawały jej radości. Ba, nie dawały jej nawet satysfakcji. I pomyśleć, że miała w planach zostać magomedykiem. Po tym, co przeszła i zobaczyła na wojnie, nie mogłaby spokojnie patrzeć na krew, która w szpitalu jest przecież zjawiskiem powszechnym. Gdy Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów zobaczył jej podanie, przyjęli ją bez mrugnięcia okiem. Nie tylko ze względu na niesamowite wykształcenie i kwalifikacje. Chodziło też o nazwisko Granger, które po wojnie pojawiało się wszędzie obok nazwiska Potter. Bohaterowie wojenni mieli wszędzie pierwszeństwo. Prawie jak honorowi dawcy krwi w świecie mugolów.
Kuchnia w ich mieszkaniu nie była imponującym pomieszczeniem. Urządzali ją wspólnie. Jak dzisiaj widziała tam Rona malującego ściany na zielono, a potem ją samą zawieszającą na tych ścianach niezliczoną ilość pejzaży – w większości przedstawiały morze. Na początku nawet wyjeżdżali nad morze, ale potem... Potem było potem i nic nie było już takie samo. Mieli tam tylko cztery krzesła, chociaż teraz wystarczyłyby im z pewnością dwa. Kiedyś niemal codziennie wpadał Harry, czasami brał ze sobą Ginny. Teraz Hermiona widywała go tylko w pracy. I na niedzielnych obiadach u pani Weasley. Czasami.
- Znowu nie spałaś. - Ron nawet nie spojrzał na nią znad gazety. Oczywiście nie pytał, było to czyste stwierdzenie. Hermiona nie miała zielonego pojęcia, co ono miało na celu. Przecież nie było nocy, w której się po ludzku wysypiała i jej narzeczony o tym wiedział. I tak od samej wojny. Na początku Ron budził się przez jej głośne krzyki. Tulił ją, szeptał czułe słówka i tak zasypiała. Spokojna. Śniła bez koszmarów. Teraz miał tak twardy sen, że nie słyszał. Czasami budził się, gdy Hermiona wracała do łóżka o czwartej rano, ale nic nie mówił. Przewracał się tylko na drugi bok i znowu zasypiał, pewien, że nic nie jest w stanie jej pomóc.
Tylko pokiwała głową, chociaż naprawdę nie rozumiała, dlaczego musi to robić. Nie chciała jednak psuć im obu humoru niepotrzebnymi kłótniami z samego rana.
- Wzięłam eliksir uspokajający od twojej matki. Nie pomógł – westchnęła jeszcze i odłożyła Proroka na bok, na puste zielone krzesło. Pamiętała dni, gdy nie mogła na tę gazetę patrzeć. To było wtedy, gdy Skeeter wypisywała w niej te wszystkie wyssane z palca plotki. Później rozpoczynała dzień czekając na kolejny numer, bo tylko tam pojawiały się pełne nazwiska poległych na wojnie. To tam napisali o tej tragedii w centrum Londynu, w której zamordowano tysiąc mugoli. Nazwiska jej rodziców otwierały listę ofiar. Dziś już nie wspominała tego uczucia codziennie. Potem widywała tam nazwiska wielu przyjaciół, więc... nekrologii też w końcu stały się pewną rutyną. Tak, rutyna zawsze jest bezpieczniejsza, chociaż nie zawsze satysfakcjonująca.
- Porozmawiam z Fredem. Może ten jego znajomy aptekarz coś dla ciebie znajdzie. - Ron zdobył się na przywołanie czegoś na wzór uśmiechu. Dojadł gofra, popił go już wystygłą kawą, spakował do teczki gazetę, a potem pocałował ją w policzek – co było kolejną rutyną. Całował ją w ten prawy policzek co rano i nie wywoływało to już nawet przyjemnego mrowienia na skórze. Jakby dotykała suchego pergaminu, choć chyba pergamin wywoływał u niej większe emocje. Ten sztuczny pocałunek był czymś nic nieznaczącym. Po prostu był. Ich cielesne kontakty ograniczały się właśnie do takich rzeczy. Muśnięć w policzki, dotykania dłoni, ramienia... Seksu nie uprawiali od wielu miesięcy. Hermiona wolała o tym nie myśleć. Nawet nie chciała o tym słyszeć, po cichu wspominając dni, kiedy to nie wychodzili z sypialni przez cały weekend, nie mogąc się od siebie oderwać. Wtedy nie istniało nic, poza ich dwójką. Seks często bywał lekarstwem na wszystko, ale nie znosiła nic nie znaczących aktów cielesnych, bo właśnie tym w końcu dla niej były. Potem zrezygnowała. Niekiedy myślała o ludziach, którzy w to uciekają, na przykład o Harrym. Uciekają, by przez godzinę nie myśleć o niczym innym. Tylko jęczeć, zatracać się w drugiej sobie. I nie myśleć... Przede wszystkim, nie myśleć.
Wyczuła gęsią skórkę na karku. Niemal automatycznie zatrzasnęła okno, uznając, że to z zimna.
Nawet nie zwróciła uwagi na to, że od kilku chwil została sama w mieszkaniu. Przez moment po prostu wpatrywała się w pusty kubek, a potem – niczym automat – wrzuciła brudne naczynia do zmywarki. Przyszedł czas na to, żeby wziąć prysznic, ubrać jeden z tych szarych kompletów, w których wychodziła do pracy. Do ministerstwa docierała pieszo. Wiedziała, że wystarczyłoby się teleportować, ale nie mogła odmówić sobie tych piętnastu minut na „świeżym", miejskim powietrzu. Wychodziła też w czasie lunchu, nie mogąc patrzeć na stołówkę w pracy, Czasami miała wrażenie, że zielona galaretka, którą tam sprzedawali żyje.
Awans dostała bardzo szybko. W sumie, wspinała się po drabinie swojego wydziału niemal w zastraszającym tempie i po jakimś czasie szef, stary Harrison, który objął posadę zaraz po śmierci Piusa Thicknesse, poczuł się tak zagrożony, że uczynił ją swoim zastępcą. Ani on, ani ona nie mieli wątpliwości, kto go zastąpi po odejściu na emeryturę. Ale razem żyli też w nadziei, że to wcale nie nastąpi zbyt szybko. Czuła w ustach żółć na myśl o tym, że miałaby przesiadywać w pracy po dziesięć godzin dziennie. Wystarczyło jej siedem, w zupełności.
Ten dzień, już od samego wejścia do biura wydawał się nieść coś nieprzyjemnego, a już z całą pewnością coś, co wcale nie podlega pod dzień pełen rutyny, który sobie skrupulatnie planowała pod prysznicem. A wizyta Harry'ego w jej gabinecie potwierdziła wszystkie najgorsze przypuszczenia. Działo się coś niedobrego. Od wielu lat jej departament ściśle współpracował z aurorami, których szefem był właśnie Potter. Swoją drogą, był najmłodszym głównym aurorem w dziejach. Hermiona wiedziała dobrze, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku. Nigdy nawet nie śmiała brać pod uwagę – nawet w myślach – innej ewentualności. Tak, to było dla Harry'ego najodpowiedniejsze zajęcie. Kiedyś przyłapała się na tym, że sama poradziła mu, by przyjął zaproszenie do gry w kadrze narodowej, ale cóż... Tam nie mógł ratować świata, a to właśnie tym był – bohaterem, od zawsze i na zawsze. Po własny kres.
- Nie wyglądasz zbyt dobrze. - Skrzywiła się na jego słowa i natychmiast posłała mu spojrzenie niezaprzeczalnie mówiące coś w stylu: i kto to mówi, do cholery?
Bez zastanowienia złapała kubek kawy, który ze sobą przyniósł – to była jej druga porcja dzisiaj. Tak, była uzależniona. Nie potrafiła normalnie funkcjonować bez porządnej dawki kofeiny. Przyniósł też rogaliki, ale na razie nie była głodna. Będą na później. Może nawet uniknie wychodzenia z biura w czasie obiadu. Będzie mogła uzupełnić akta z przyszłego tygodnia.
- Błagam, powiedz, że jesteś tutaj w ramach przyjacielskiej pogawędki – westchnęła tylko. Nie miała siły na ich zwyczajne przekomarzanie. Pozwoliła sobie ściągnąć ze stóp niewygodne buty i oprzeć je na biurku.
Harry naprawdę się zmienił. Nie był już tym wychudzonym, nienaturalnie niskim chłopakiem, którego po raz pierwszy zobaczyła w pociągu do Hogwartu. Nie, nie był bardzo wysoki, ale to nadrabiał budową. Praca w terenie miała widać jakieś plusy. Nie podobał się jej tylko parodniowy zarost, który świadczył o tym, że znowu pokłócił się z Ginny. Gdy nie sypiał w domu, nigdy się nie golił.
Tylko okulary na jego nosie dalej były tak znajomo druciane i okrągłe. Aż poczuła jakieś wewnętrzne ciepło.
- Wybacz, Hermiono – westchnął tylko, pociągając kolejnego łyka z kubka. Pił kawę z podwójną ilością cukru i śmietanki. Tak często mówiła, że to cholernie niezdrowe, ale on powtarzał tylko, żeby nie zabierała mu tych drobnych przyjemności. Nie zabierała. Przecież było ich tak niewiele. - Morderstwo – dodał jeszcze, a ona uniosła brwi w ten sposób, który wskazywał na rosnące w niej zainteresowanie.
- Harry, popraw mnie, bo chyba czegoś tu nie rozumiem. - Natychmiast jej nogi znalazły się w odpowiednim miejscu, czyli pod biurkiem. Była spięta, a ból w plecach znowu powrócił. Zawsze wracał. - Czyli przyszedłeś tu z ciasteczkami i kawą, żeby powiedzieć mi... o morderstwie, tak?
- Tak, dokładnie tak, pani Granger. - Przyjął swój służbowy ton, którego szczerze nie znosiła. Wiedział o tym i uwielbiał to wykorzystywać. Po chwili zrezygnował z tej sceny. Ściągnął okulary i potarł dłonią zmęczone oczy, zahaczając też o drobne zmarszczki na czole. Wszyscy się starzeją. Cała trójka. Harry, Ron i Hermiona. - Nie rozumiem twojego zdziwienia. Naprawdę. Gdybyś pracowała z trupami tak długo, praktycznie codziennie, też byłabyś w stanie pić herbatkę dyskutując przy tym o ich obrażeniach i ilości krwi, którą z nich spuszczono...
- Daruj sobie – poprosiła cicho, odsuwając na bok swoją porcję czekoladowych rogalików. Nie, dziś nie będzie w stanie ich nawet ruszyć.
Pracowała tam na tyle długo, by wszyscy zaczynali liczyć się z jej zdaniem. Oczywiście nie tak, jak ze zdaniem Harry'ego, ale zawsze to już jakiś początek. Nie miała zamiaru tego tracić przez jeden nierozwiązany przypadek. Przez jedno nierozwiązane morderstwo. Pieprzone morderstwo – jak nazywała je później w myślach. W tej chwili nie miała jednak pojęcia, że to tylko początek. Zabrali ją na miejsce zbrodni. Harry był tam zaraz po tym, jak znaleźli ofiarę. Aurorzy zawsze byli pierwsi. I pomyśleć, że uciekała od krwi, a ta przybiegła do niej aż do Ministerstwa Magii. Czasami miała wrażenie, że całe życie prześladuje ją ogromny pech.
Podobne sytuacje, kiedy to osobiście miała patrzeć na ofiary, zdarzyły się tylko dwa razy. Pierwsze, kiedy wszyscy brali zamordowanego za Pottera. Okazało się, że to zwykły złodziej, który pięć godzin wcześniej ukradł mu portfel. Szefowi biura aurorów, przecież to niewyobrażalne. Jego znajomi z bandy kieszonkowców poturbowali go do tego stopnia, że niemal nie można go było zidentyfikować. Na szczęście istnieje parę przydatnych w takich przypadkach zaklęć.
Tego dnia był jej drugi raz. Pogoda w marcu nie jest ucieleśnieniem skrytych marzeń, no, chyba, że ktoś przepada za deszczem i zimnem. I tą cholerną wilgocią w powietrzu, która przyprawiała ją o makabryczny ból głowy. Brała już trzy eliksiry przeciwbólowe. Nie pomogły.
Miejsce także nie zachęcało, nigdy wcześniej nie była na wysypisku śmieci, przecież takie nie bywają atrakcją turystyczną albo miejscami, w których można spotkać się z przyjaciółmi. Wysypisko śmieci na przedmieściach miasta jest jednak dokładnie tym miejscem, gdzie w każdym kryminale można się spodziewać znaleźć ciało.
Kupione w zeszłym tygodniu szpilki wbijały się w podmokły grunt. Czy nikt nie mógł jej uprzedzić o całej tej akcji? Cholera, czy morderca nie mógł wysłać jej sowy, że to wczorajszego wieczora – bo tak datowali to fachowcy – ma zamiar zaszlachtować niewinną mugolkę?
Nowe, białe buty. Po cholerę komuś białe buty? Po cholerę tobie białe buty? - pytała samą siebie. Wszystko, byle nie myśleć o tym, co miało ją za chwilę czekać. Zamordowana była młoda. Miała najwyżej osiemnaście lat. Biała kobieta, pięć pchnięć nożem w okolicy serca, okultystyczne symbole wyryte na brzuchu i udach – dokładnie to głosił raport, na który udało się jej zerknąć nim tu przyszła. Niby nic, co wskazywałoby dokładnie na czarodzieja. Nic w sposobie, w który zabił, ale jednak było coś jeszcze – użył na niej Drętwoty. Nie mogła krzyczeć, nie mogła się ruszać, a on po prostu robił swoje, nie bojąc się, że ktoś mu przeszkodzi. Na samą myśl o tym, jej żołądek miał ochotę pozbyć się wcześniej zjedzonych gofrów i tych litrów kawy, które zdołała w siebie wcisnąć.
Czytać o czymś, a zobaczyć to coś na własne oczy – to zupełnie dwie różne sprawy. Hermiona wiedziała już, co przyśni się jej tej nocy. Przyśni się jej młoda, drobna, zakrwawiona szatynka. O pustych oczach. Niemal całkiem naga. Pierś tak poharatana, że przez moment nie mogła przyjąć do wiadomości, że to co przed nią leży, jest człowiekiem. Było człowiekiem. Teraz to był trup. Z wielką okrwawioną dziurą w okolicy serca. To co miała na sobie – skórzana spódnica - wskazywało na to, że nie wracała z pracy. Musiała być w innym miejscu, co potwierdzał też wyzywający makijaż. Badania nie wskazywały na to, że może być prostytutką. Tak, musieli wykluczyć wszystkie możliwości. Dokumentów przy sobie nie miała. Albo miała, ale jej je zabrano...
Coś nagle zaświtało jej w głowie. Zwróciła się do jednego z zastępców Harry'ego, który teraz stał przy kobiecie z jakimś narzędziem, mierząc coś, o czym Hermiona nie miała zielonego pojęcia i chyba nie chciała mieć. Lepiej nie zgłębiać się w szczegóły. Od tego ministerstwo ma innych ludzi.
- Sprawdzaliście, czy w okolicy nie ma jakiś klubów, barów, dyskotek...? Czegokolwiek? - zapytała, za wszelką cenę próbując odwrócić spojrzenie od zamordowanej. Nie wyszło.
- Jest klub. Nazywa się Babilon. Wysłaliśmy tam paru ludzi. Mieli zatrzymać wszystkich magicznych, których tam znajdą i wypytać mugoli...
*Coma – Sto tysięcy jednakowych miast
