„Widziałem gdy spadałeś w zimne lustro
W mojej erze nigdy nie było tak przejrzyste
Liż blask na swoim czole lub
Sprawdź sygnały na korytarzu
Rozświetlasz moją drogę poprzez klubowy labirynt
Będziemy przedzierać się poprzez odurzony dub
Widzę siebie na swoim kochanku
Jak chwytasz się umywalki w męskiej toalecie
Rozmawiamy smutno niczym szaleńcy
Widzę siebie na swoim kochanku
Nie znam jej przez inną panienkę
Nie znam Ciebie przez innych
Uciekam, teraz odchodzisz.
Marzę." *
- Nie moglibyśmy go po prostu zamknąć? - zapytała cicho tuż przed obskurnymi drzwiami do tego jeszcze bardziej obskurnego miejsca. Pytanie samo w sobie mogłoby wydać się w miarę sensowne, ale kiedy zastanowiła się nad nim dłużej niż dziesięć sekund, nie myśląc o tym, że zaraz będzie zmuszona wejść do środka i znajdzie się w typowym miejscu oddawania się rozpuście i nierządowi, to... nie, nie mogli go sobie ot tak zamknąć. Po pierwsze...
- Hermiono, po pierwsze musimy być dyskretni. - Podskoczyła jak oparzona i przez długą chwilę wpatrywała się w Harry'ego tak, jakby podstępnie wkradł się w jej myśli. Co ją najbardziej niepokoiło? Najbardziej niepokoiło ją to, że Potter zerkał na te same, pokryte czerwoną, odpadającą farbą olejną drzwi, acz w całkiem inny sposób. Odrobinę zbyt obojętnie. - Po drugie, nie mamy jeszcze potwierdzenia, że ofiara była tu tamtego wieczora. I, dopóki nie przekonasz właściciela, by pokazali nam nagrania z monitoringu, nie będziemy tego wiedzieć. W końcu po trzecie, nie możemy tego klubu zamknąć, bo to nie bezpośrednio tutaj ją zabili. A po czwarte... skup się w końcu.
Oczywiście nie mogła jego słowom zaprzeczyć, w żaden możliwy sposób, toteż tylko naburmuszyła się jeszcze bardziej. Już dawno temu przyjaciele Hermiony Granger zrozumieli, że owszem, jest niesamowicie inteligentna, wręcz nieprzeciętnie, ale tylko wtedy, gdy ma na to ochotę. Kiedy nie chciała połączyć w całość logicznie układających się faktów, po prostu je od siebie odpychała w oczekiwaniu, że problem sam zniknie. Była naprawdę dobra w tworzeniu pozornego życia, bo łatwiej jej było ignorować drobne kawałeczki układanki niż całość problemu. Ale problemy nie znikają same, nigdy.
Jakąś godzinę temu ustalili, że to ona zajmie się przekonywaniem właściciela Babilonu, by zgodził się im pokazać nagranie. Właściwie to Hermiona przekonała Pottera, że jest do tego zadania odpowiedniejsza. Były Gryfon bywał w takich sytuacjach mało taktowy i o wiele gorzej od niej rzucał Obliviate.
Zauważyła, że Harry od dobrych paru sekund, w szarmancki – a przy tym piekielnie natarczywy - sposób przytrzymuje przed nią ciężkie drzwi. Może i mógł to sobie wewnętrznie tłumaczyć tym, że wypada, by kobieta szła przodem, ale ona wiedziała swoje, po prostu stchórzył. Już z zewnątrz łomot, który goście tego miejsca nazywali muzyką, był nie do wytrzymania, ale to, co powitało ich w środku... Głośno, potwornie głośno, a nie wzięła żadnych pigułek przeciwbólowych, czy chociażby jakiegoś odpychająco pachnącego eliksiru o tych samych właściwościach. Migrena gwarantowana. Na całą obrzydliwość tego miejsca nie składała się tylko „muzyka" dobiegająca z głośników. Były jeszcze światła, zbyt jaskrawe i, przede wszystkim, zbyt czerwone. Tworzyły dziwny, psychodeliczny nastrój, od którego wszyscy wokół zdawali się być w jakimś transie, co, gdy przyjrzeć się temu trochę bliżej, okazywało się kuszącą perspektywą, acz nieco przerażającą. Szary komplet, który Hermiona miała dziś na sobie wyglądał w tym świetle bardzo niekorzystnie. Kątem oka spostrzegła potwierdzenie swojej tezy o szkodliwości tego promieniowania dla wzroku, Harry na moment ściągnął okulary, dość ospałym ruchem przetarł oczy i dopiero wtedy ponownie wsunął je na nos.
Czy po to w swoim krótkim, jakże zasadniczym jednak życiu, jak ognia omijała takie miejsca, by ostatecznie trafić tam przez pracę? Tak, chyba na to wyglądało. Podobne sytuacje zdarzały się ostatnio stanowczo za często.
- Merlinie, nie spinaj się tak... - Harry zmuszony był do niej krzyczeć, a i tak wydawało się jej, że dzieli ich jakaś gruba szyba. Potem poczuła na łopatce jego wielką rękę i została popchnięta w głąb lokalu, chociaż według niej to miejsce z całą pewnością nie zasługiwało na to, by móc użyć słowa lokal. Melina było bardziej odpowiednie. Niezręcznie, to było dobre słowo, które mogło w zbliżeniu opisać to, jak się czuła przesuwana do przodu przez Harry'ego i zmuszona do przeciskania się pomiędzy tymi wszystkimi pijanymi i spoconymi ludźmi.
- To tylko klub. Ludzie przychodzą tu coś wypić i potańczyć, a nie oddawać się dzikim, regularnym orgiom, więc się uspokój i pomyśl o naszym zadaniu.
To wcale nie tak, nie jestem zdenerwowana – chciała powiedzieć, ale potem pomyślała, że byłoby to tak oczywiste kłamstwo, że nawet nie warto tych słów wypluwać i pozwolić im dotrzeć do Pottera. Miała już dość pokrzepiających uwag w jego wykonaniu. Cóż, zamiast siedzieć w domu nad stertą jakichś dokumentów, była właśnie tam. Na jej rosnące zirytowanie składało się więc naprawdę wiele czynników. Na przykład to, że Potter wręcz wytapetował sobie biuro zdjęciami tamtej martwej dziewczyny – Monici McGrath, jak udało się im ustalić – a potem, jakby nigdy nic, kazał jej pić przed tymi zdjęciami kawę i opychać się croissantami. Co z tego, że widziała ją wczoraj na żywo? Już wcześniej podejrzewała istnienie u Harry'ego osobowości psychosocjalnej, najwyraźniej wziął sobie do serca, by udowodnić jej, że rzeczywiście tak właśnie jest. Czasami, w chwilach słabości i zapominania o tym, że mężczyzna jest przecież jej przyjacielem, Hermiona głowiła się nad tym, w jaki sposób udało mu się przejść te wszystkie testy osobowości i badania przed wstąpieniem do szkoły aurorskiej. Potem uświadamiała sobie, że ktoś, kto nosi nazwisko Potter, raczej pomiędzy tymi próbami się po prostu prześliznął. To nie tak, że próbowała umniejszyć wagę zasług Harry'ego. Nie, nie i jeszcze raz nie. Jego nazwisko już na zawsze zapisało się na wielkich kartach księgi czarodziejskiej historii i każdy, kto usiłował temu zaprzeczyć, był zwyczajnym głupcem.
Do czego to doszło, że to oni, a nie jacyś młodzi, mało doświadczeni aurorzy, którymi w takich chwilach Harry miał w zwyczaju się wysługiwał, musieli tam iść? Po cichu podejrzewała, że Harry „wkręcił" się w tę sprawę odrobinę za bardzo i nie chciał jej oddać komuś innemu. Więcej pracy w jego przypadku oznaczało rzadsze powroty do domu, albo do hotelu, w zależności od tego, gdzie obecnie nocował. To jednak do końca nie wyjaśniało, dlaczego zaciągnął ją tam ze sobą. Przynajmniej do chwili, gdy Granger nie zobaczyła baru, a za nim tych wszystkich butelek z tanim alkoholem. W jej obecności Potter zawsze się hamował.
Wczoraj, kiedy ludzie z ministerstwa byli tam po raz pierwszy, nie natknęli się na nic wartego uwagi. Przede wszystkim, żadnych czarodziejów, co tylko potwierdzało tezę Hermiony – ta sprawa nie da im spokoju przez bardzo, bardzo długi czas. To samo przeczucie sprawiło, że na jej czole pojawiała się brzydka zmarszczka, a na karku denerwujące, nieprzyjemne dreszcze, na które nie miała najmniejszego nawet wpływu. Chciała przekonać Harry'ego, że w pójściu tam nie ma żadnego sensu, ale przecież nie mieli innego punktu zaczepienia. Musiała ukryć swoje osobiste animozję głęboko w kieszeni, unieść głowę i udawać, że jest profesjonalistką. Jeszcze parę lat temu naprawdę uważała się za profesjonalistkę. Potem okazało się, że profesjonalizm ma się do życia tak, jak marchewka do psa i musiała go odsunąć na bok. Mniej oficjalnie dalej się krzywiła, widząc wokół te wszystkie poubierane w cekiny i skóry namiastki kobiecości i, dosłownie, klejących się do nich mężczyzn. Wszyscy wydawali się tak przerażająco podobni. Jak zaprojektowane roboty. Wolała nie myśleć, do czego je zaprojektowano. Zawsze raziło ją obsceniczne okazywanie uczuć, ale tutaj było jeszcze gorzej, bo nie chodziło o okazywanie uczuć a o samą obsceniczność.
- Wyczuwasz choć trochę magii? - zagadnął Harry, tonem dość swobodnej konwersacji, chociaż jakiś szatyn po lewej wbijał mu w żebro łokieć. Nie chciał dać po sobie poznać, że podejście Hermiony nieźle go rozbawiło. Jakby wziął do ręki zmieniacz czasu i wrócił na kilka chwil do Hogwartu. Jako pani prefekt, potępiała wszelkie przejawy imprezowania po ciszy nocnej, a każdą butelkę Ognistej natychmiast konfiskowała, nawet jemu i Ronowi, zgadzając się przy tym łaskawie tylko na kremowe piwo, którym tylko ktoś taki jak ona był się w stanie upić.
- Mam nadzieję, że to tylko pytanie retoryczne – mruknęła, podejrzliwie zerkając w kierunku barmana, który jakby przymierzał się, by zapytać ich, co podać. - Tu jest ponad setka niemagicznych na małym skrawku podłogi. Sam Dumbledore, Merlin niech trzyma pieczę nad jego duszą, nie wyczułby magii w tak zatłoczonym miejscu! - Spokojnie mogliby tam rozmawiać głośno o wszystkim, co dotyczyło śledztwa, a nawet całego czarodziejskiego świata. Ludzie byli pochłonięci innymi sprawami, najczęściej obściskiwaniem się, ku rozpaczy panny Granger. Harry tylko wzruszył ramionami i rozsiadł się wygodnie na wysokim, barowym stołku. Przez chwilę wróżyła mu, by okazało się, że wiekowy mebel nie zdzierży jego wagi, ale nic na to niestety nie wskazywało. W swojej mugolskiej, nieśmiertelnej, czarnej pilotówce odstawał od reszty o wiele mniej niż Hermiona, co tylko bardziej ją przybiło.
Znali swoje zadania na ten wieczór. Potter miał obserwować i wyciągać wnioski, w czym był najlepszy. Udało się im dowiedzieć, od dość niechętnego barmana, że biuro właściciela znajduje się na drugim piętrze. Potem Hermiona zniknęła gdzieś w tłumie i Harry całkowicie stracił ją z oczu. Przez moment rozważał, czy nie zamówić drinka. Teoretycznie nie byli już na służbie, ale nie chciał sobie nawet wyobrażać jak zareagowałaby Hermiona, gdyby tego wieczora wyczuła od niego alkohol. Lepiej nie drażnić nieźle wkurzonego smoka.
Zazwyczaj pił naprawdę dużo, zazwyczaj po to, by w końcu stracić to przykre poczucie czasu. Uwielbiał czarne dziury w swojej głowie. To tak, jakby przez chwilę go nie było, a potem wracał, czekając na kolejne momenty niebytu. Uwielbiał nie panować nad swoim życiem, jakkolwiek nienormalnie brzmi to dla całej normalnej reszty. Babilon, nie bywał tu, ale w dziesiątkach, może nawet setkach podobnych miejsc. Każde różniło się od drugiego tylko drobnymi detalami, których i tak nie byłeś w stanie zapamiętać, bo byłeś na to zbyt pijany. Nawet ludzie byli identyczni. Lubił patrzeć na ich zamroczone twarze. Wymyślał powody, dla których przychodzili do tych nor. Czasami nawet nadawał im imiona. Na przykład, niedaleko jego mieszkania (nie mieszkania jego i Ginny) mieścił się mały bar, który nazywał się tak banalnie, że już dawno zapomniał jak owa nazwa brzmiała. Osobiście uważał, że nazwa Speluna oddałaby w stu procentach cały urok tego miejsca. Popołudniami przychodziło tam naprawdę wielu zdesperowanych ludzi. To, że i Potter bywał tam popołudniami potwierdzało, że i on należał do ludzi zdesperowanych i szukających. Na barmana mówili Joe, dokładnie Bezzębny Joe, bo brakowało mu górnych jedynek. Bezzębny Joe to tak oklepana ksywka, że Harry'emu robiło się go żal, ale Bezjedynkowy Joe nie brzmiało już tak dobrze.
W rogu, pod karykaturą Damy z łasiczką, od trzech miesięcy siadywał ten sam facet, grubo po czterdziestce. Zawsze zamawiał jasne piwo, następnie ciemne. Potem żłopał już kolejne kufle, nie bardzo martwiąc się ich zawartością. Tak do momentu, aż ledwo trzymał się na nogach. Harry nazwał go Stephen, bez powodu. Wyimaginował sobie, że Stephen jest gejem, ale ożenił się przez presję otoczenia. Stephen ma już piątkę dzieci, a w weekendy chodzi do gejowskiej dzielnicy, by wynagrodzić sobie całe popieprzone życie. Harry nie wiedział, czy mają taką gejowską dzielnicę tu w Londynie, ale Stephen na pewno mógłby mu powiedzieć, gdzie ją znaleźć. Chociaż Potter uważał, że Soho** naprawdę blisko do zostania gejowską dzielnicą. Bywał tam wielokrotnie.
- Też lubię Soho, ale chyba tylko przez Hendrixa. Wiedziałeś, że zagrał tam swój ostatni koncert? Piętnastego września siedemdziesiątego roku w klubie Ronniego Scotta. Byłeś tam kiedyś?
- Grał tam szesnastego września, Malfoy. - To chyba nie była najlepsza reakcja na pojawienie się tuż u jego boku kogoś magicznego, prawda? I to kogoś magicznego o nazwisku Malfoy. Jego aurorskie radary natychmiast powinny zacząć świecić na czerwono. - Wiesz, że używanie legilimencji bez pozwolenia drugiej strony jest teraz przez ministerstwo karane bardzo wysokimi grzywnami?
- Oczywiście, że wiem, ale w tej sytuacji ty jesteś tą drugą stroną, więc nie mam się czego obawiać, Potter.
Miał rację. Jakże mu Harry teraz zazdrościł. Malfoy zamówił sobie szklaneczkę Jacka Danielsa i wypił ją jednym, szybkim łykiem. Przez chwilę, jak zamroczony, gapił się na jego przełyk, jakby chciał mu ukraść tę palącą ulgę, którą zawsze przynosił alkohol.
- Potter, ty jesteś alkoholikiem? - Bardziej stwierdził niż zapytał, a zrobił to tak nonszalancko, że Harry nie mógłby być zły. Czasy, gdy podejrzewał Malfoya – zaraz po Voldemorcie - o całe zło tego świata już dawno przeminęły. Pozostała oczywiście niechęć, ale niechęć zazwyczaj nie ma nic wspólnego z nienawiścią. Zresztą, obecny Potter był tak apatyczny, że nie byłoby go stać na coś ponad tę właśnie niechęć.
- Malfoy, to prawda, że połknąłeś całe opakowanie Ibuprofenu, czy innego gówna? - Szybko odbił piłeczkę, ani na moment nie odrywając zaciekawionego spojrzenia od oblicza Dracona. Po wojnie widywali się nawet częściej niż wtedy, gdy ta jeszcze trwała. Wtedy wszystkie rany zdołały się już zagoić, a blizny zaczęły się zlewać ze skórą. Wybraniec często bywał w szkole, ażeby prawić moralizatorskie przemowy młodej fali, jak to miały w obowiązku żywe legendy. Wtedy też Harry przestał się przejmować tym, z kim rozmawia i tym, kto rozmawia o nim. W gazecie z czasem pojawiało się coraz więcej bzdurnych artykułów o jego życiu, których już nawet nie czytał.
- Potter, kiedy Weasleyówna urodzi ci stadko dzieciaków? Wiesz, już w szkole podejrzewałem, że chce założyć małą fabrykę Złotych Chłopców. Jest tak popieprzoną fanatyczką twojej osoby, że pewnie zaczęłaby wycinać im gwoździem blizny na czole... - Harry wiedział, że uderzy w Ginny. Zawsze, gdy on trafiał w jakiś czuły punkt, Malfoy zaczynał mówić o jego rodzinie, albo o Weasleyach. Kamienne oblicze blondyna nie zmieniało się ani odrobinę, ale Harry wiedział, że się udało. Już dawno przestał czuć z tego powodu satysfakcję i już dawno przestał ruszać na Malfoya z pięściami, gdy ten wyrażał swoje zdanie o wszystkich jego znajomych. Lubił myśleć, że wydoroślał, ale to wcale tego nie oznaczało. Oznaczało tylko tyle, że nie ma już o co walczyć
O Lily, jego matce, nie mówił już od dawna. Podejrzewał, że to przez pamięć dla Severusa, ale przecież nie miał na to żadnych dowodów. - Wybacz, dłużej z tobą nie pogawędzę, ktoś na mnie czeka i perspektywa przebywania z tą osobą wydaje mi się o wiele atrakcyjniejsza, Potter. Nie płacz, pewnie się jeszcze zobaczymy. A w ramach... czegokolwiek, postawię ci drinka. - Jak powiedział, tak zrobił. W chwili, kiedy kelner postawił przed nim szklankę z podwójną whisky, Harry miał ochotę rzucić się na Malfoya już nie tyle z pięściami, co z pazurami, zębami, butami i całą resztą pomocnych atrybutów. Szklaneczka na tyle przyciągnęła uwagę, że umknęło mu zniknięcie blondyna. Nie potrafił sobie przypomnieć, dlaczego jego obecność tam była tak ważna, ale wiedział, że Hermiona go...
- Harry! Własnoręcznie rozszarpię cię na strzępy, czy to był Malfoy? Dlaczego go nie zatrzymałeś? - Burza brązowych loków na moment zasłoniła mu widoczność. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a on pozostał sam na sam ze swoją szklaneczką.
Biedny Dracon.
Tak, Hermiona go zabije, a potem i jego. Skoro za kilka chwil ma być martwy, to, jako skazaniec, ma prawo do ostatniego życzenia. Jego życzeniem był Jack Daniels.
Długo zajęło jej wyśledzenie w tłumie jasnych włosów Malfoya, ale w końcu się udało. Przedzierała się poprzez tę całą zgraję, jednocześnie próbując nie stracić go z oczu, co okazało się czymś nad wyraz niemożliwym. Poczuła ulgę, gdy znalazła się przed Babilonem, ale zaraz po niej wypełniła ją wszechogarniająca panika. Zniknął...
* Massive Attack - Risingson
** Dzielnica Londynu. Znana z licznych barów, pubów i takich tam. Ogólnie jest też bardzo otwarta kulturowo i obyczajowo.
