„Kończyna po kończynie
Ząb po zębie
Rwą się do środka, do mojego wnętrza
Każdego dnia
Każdej godziny
Żałuję
Że nie jestem kuloodporny
Nawoskuj mnie
Ukształtuj
Rozgrzej szpilki do czerwoności
I wbij je
Zmieniłeś mnie w to coś
Po prostu żałuję
Że nie jestem kuloodporny
Także zapłać mi
Wyceluj we mnie
Strzel
Wypełniona ołowiem
Dziura we mnie
Mógłbym przekłuć
Milion pęcherzyków
Całkowity substytut
I kuloodporny" *
Sekundy mijały boleśnie szybko. Czuła pętlę zaciskającą się na jej szyi, z każdą chwilą coraz mocniej i mocniej. Nie znosiła uczucia bezsilności. Był tam, miała go na wyciągnięcie ręki, a pozwoliła mu uciec. W takich sytuacjach myślenie odkłada się na drugi tor, a liczy się na instynkt, który posiada każdy człowiek – trochę mniej lub bardziej zagrzebany pod tymi „ludzkimi" odruchami. Jej instynkt bardzo wyraźnie podpowiadał, że musi dorwać Malfoya. Niezależnie od tego, czy był winny, czy też nie. Jego obecność nie mogła przecież przynieść nic dobrego – nigdy nie przynosiła.
Łysy pracownik ochrony pojawił się przed nią, niczym spod ziemi. Gdyby miała teraz na to czas, zapytałaby, dlaczego nie siedział przy tych drzwiach cały wieczór. Przecież taki jest jego piekielny obowiązek, siedzieć przy tych czerwonych drzwiach i pilnować, by do środka nie dostał się żaden morderca, czy Malfoy, co w tamtej chwili wydawało się być tym samym.
- Widziałeś może...?
Przerwał jej jednym, beznamiętnym ruchem ręki, wskazując na ciemny zaułek po drugiej stronie ulicy. - Blondyn poszedł tam.
Ruszyła bez zastanowienia, miała świadomość, że liczy się każda sekunda. Poczuła na ramieniu ciężką łapę ochroniarza. Miała tak mało czasu, a on jej przeszkadzał. Taki natrętny, taki... - Tacy jak on nie są warci, by ich szukać. Pełno tu takich. Nie sposób ich nie zauważyć. Przychodzą i wychodzą z innymi dziwkami. Zawsze znajdzie się jakaś naiwna, która ich z nimi znajduje...
Wystarczyło mocno pociągnąć za rękaw marynarki, by uścisk wielkiej pięści natrętnego człowieka zelżał, a ona mogła iść dalej.
Pierwszym, co przykuło jej uwagę był mętny, odurzająco nieobecny wzrok Malfoya. Opierał się o brudną, ceglastą ścianę i patrzył gdzieś ponad te wypełnione po brzegi kontenery i nietrafione graffiti na ścianach. Miał na sobie tylko czarną koszulkę z logo jakiegoś zespołu. Żadnej kurtki, a przecież było okropnie zimno. Odczuła dziwną ochotę, by podejść i dowiedzieć się, co to za zespół, ale, kiedy miała to zrobić, coś na twarzy blondyna uległo drastycznej zmianie. Między brwiami pojawiła się ledwie widoczna, niespokojna zmarszczka i coś... To była chyba przyjemność. Dzika i nieokiełznana, której człowiek może ulegać tylko wtedy, gdy nad sobą nie panuje, albo – gdy jest pijany.
Cofnęła się z przerażeniem, gdy zorientowała się, że nie jest tam sam. Była zbyt pochłonięta jego twarzą, na którą padało wątłe światło z pobliskiej lampy ulicznej, by zauważyć klęczącą przed nim kobietę. To była dziwna sytuacja i Hermiona z całych sił chciała stamtąd odejść, ale przecież nie mogła. Możliwe, że to Malfoy jest zabójcą, a tamta dziewczyna jego kolejną ofiarą. Możliwe, że i poprzednią przywiódł do tego zaułka, by ostatecznie wywlec ją na wysypisko śmieci i zrobić jej te wszystkie okropne rzeczy. Możliwe, że... Hermiona wcale nie chciała się stamtąd ruszać. Stała jak zahipnotyzowana, obserwując blade palce Malfoya, które z każdym ruchem dziewczyny zatapiały się głębiej i głębiej w jej brązowych, gęstych włosach. Powinna krzyczeć, kazać się im od siebie odsunąć. Może nawet zwyzywać ją i wywlec za te włosy, które mimo ciemności zdawały się błyszczeć po każdym ruchu Ślizgona. Powiedziałaby jej, że seks z nieznajomym w tych okolicznościach skończyłby się dla niej tragicznie i... Właśnie, co potem? Nie mogła zrobić nic. Mogła tylko patrzeć jak z Malfoya zsuwają się czarne spodnie, jak tamta go dotyka i pieści. Granger wiedziała, że powinna czuć obrzydzenie, albo chociaż coś w stylu zawstydzenia, a stać ją było tylko na zniecierpliwienie, że to wszystko trwa tak długo. Widziała jak kolana tej idiotki są poranione od zbyt długiego kontaktu z bezlitosną, asfaltową nawierzchnią. Przecież mogła założyć spodnie. Usiłowała sobie przypomnieć, czy ofiara miała podobne zranienia, ale miała w głowie tak wszechogarniającą pustkę, że nie była w stanie przypomnieć sobie nawet, gdzie jest Harry.
Malfoy był ich jedynym podejrzanym i Hermiona nie da się odstraszyć przez takie obsceniczne i...
Rozpustnie rozchylone usta mężczyzny wydały z siebie pierwszy niski jęk i wiedziała już, że jest całkowicie stracona. To było jak zbyt gorący prysznic, który jednocześnie rozluźnia twoje mięśnie, ale też daje im sygnał, że coś jest nie tak. Powinna być teraz w mieszkaniu z Ronem, albo siedzieć przed jak najbardziej niebezwstydnymi aktami, usiłując podpisać je odpowiednimi, równie niebezwstydnymi, datami.
Bezwiednie zabłądziła wzrokiem od dziewczyny, poprzez jej dłonie wsunięte trochę zbyt mechanicznie pod uniesioną czarną koszulkę. Błądziły gdzieś po jego piersi. To było zbyt... Jak można robić coś tak osobistego z jakąś lafiryndą za rogiem, gdzie każdy może cię zobaczyć? Gdzie Hermiona może cię zobaczyć, chociaż tak naprawdę nie ma na to najmniejszej ochoty.
W końcu osunęła się po ścianie, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo drżą jej nogi. Jakby same chciały stamtąd uciec, nawet za cenę oderwania się od całej reszty. W końcu, całkowicie pokonane, odmówiły posłuszeństwa. Usiadła robiąc przy tym tyle hałasu, że bez problemu mogliby ją usłyszeć. Przerażenie zawładnęło każdą komórką jej ciała. Jesteś zwykłą podglądaczką, Granger. Zwykłą... - Usłyszała w głowie głos, który w niepokojący sposób przypominał ten, którym zazwyczaj zwracał się do niej Malfoy.
Czuła palące spojrzenie i resztki złudzeń osunęły się w nicość – tak, zauważył ją. Ostatnia nadzieja, że jest zbyt pochłonięty, że po wojnie jego refleks i czujność nieco się stępiły, została pokonana. Uniosła wzrok, tylko po to, by się upewnić. Zimne, stalowe oczy wymierzone prosto w jej twarz. Najgorsze było jednak to, że nie wyrażały zdenerwowania, czy nienawiści. Widziała w nich tylko namiętność. Nie, żądzę. Tak, to była praktycznie zwierzęca żądza, od której człowiekowi może się tylko zakręcić w głowie. Chciała odejść, ale naprawdę nie była w stanie się nawet poruszyć.
- Ty mała... - sapnął cicho, niebezpiecznie. Nie dosłyszała końcówki, bo słowa zniknęły gdzieś pomiędzy czerwonymi, spuchniętymi wargami kobiety. Podniósł ją, nazbyt brutalnie ciągnąc za włosy. Przycisnął do ściany. Ani na moment, ani na jedną głupią chwilę nie spuszczał spojrzenia z Hermiony. Nawet wtedy, gdy nacierał na tamtą. Nacierał, ssał, gryzł, ranił i kąsał...
Hermiona słyszała, że jej własny, zdradliwy oddech przyspiesza, staje się niespokojny. Że krew płynie coraz szybciej. Słyszała, ale nie chciała przyjąć do wiadomości, z jakiego powodu tak się dzieje. Sama myśl o tym wywoływała w niej obrzydzenie. Wstręt do swojej osoby, że też w ogóle mogła patrzeć na tego człowieka w podobnych kategoriach.
Nawet nie zauważyła, kiedy nogi znowu poniosły ją do Babilonu. Panujący tam gwar wydawał się jej teraz czymś tak bezpiecznym i pożądanym...
Dom się rozpadał. Zawsze sądził, że ta ich sławna Nora się rozpada, chociaż nigdy wcześniej nie dostąpił wątpliwej przyjemności, by zobaczyć ją na własne oczy. Czego innego mógłby się spodziewać po Weasleyach?
A teraz, kiedy siedział tam w kuchni, przy otwartym oknie, miał potwierdzenie swoich słów. Nora się rozpadała. Był to rozpad widoczny gołym okiem, chociaż nie chodziło tylko o niestabilną konstrukcję, która wprawiała go w stan lekkiego zniesmaczenia. Chodziło o ludzi. Stary zegar tykał gdzieś w środku domu. Molly usiłowała go zniszczyć. Myślała, że nikt nie patrzy, gdy ciskała przeróżnymi zaklęciami w starą, zdezelowaną tarczę i żelazne wskazówki. Zaklęcia oczywiście nic nie dawały. Zegar powstał poprzez silną magię i poprzez nią mógłby zostać zniszczony. Zresztą, pani Weasley tak naprawdę nie zależało na tym, by się go pozbyć. Nie mogłaby zagrzebać go w szafie pod stosami czarnych szat, które dawała synom, gdy któryś z nich wychodził na misję. To był pretekst. Mogła siedzieć przy tej szafie i wsłuchiwać się w powolny takt wskazówek, jakby sam fakt, że one żyją znaczył, że i jej kolejny rudy syn wróci do domu. Patrzeć nie chciała. Wszyscy i tak znajdowali się w śmiertelnym zagrożeniu. Draco zaś patrzył, czaił się w swoim kącie i udawał, że nie istnieje. To było już po śmierci Narcyzy. Na początku jego obecność mogła wzbudzać pewnego rodzaju kontrowersje, ale szybko się przyzwyczaili, przeskakując wzrokiem z jego kąta na wszystko inne. Wszystko inne było bardziej interesujące. Nosił przecież żałobę, więc mu współczuli. Było inaczej niż w głównej kwaterze Zakonu Feniksa. Tu mogli go ignorować do woli, tu był ich dom.
Zegar tykał i tej nocy, chociaż nikt inny poza Malfoyem go nie słuchał. Tykał tylko dla niego, bo wszyscy spali, nikt nie był poza domem, nawet Potter. Jak zwykle otworzył stare okno, wpatrując się w zaniedbany, pełen gnomów ogród, otaczający dom. Jeden papieros za drugim, jeden za drugim.
Tik-tak, tik-tak, tik-tak...
- Dostanę papierosa, Malfoy? - Popiół opadł mu na szarą, jedwabną szatę, wypalając w niej drobną, niemal niewidoczną dziurkę. Widać Granger nie spała. Powinna przecież spać. Niedawno dodali do zegara wskazówkę z jej imieniem. Hermiona. Pieprzona Hermiona z żelaza powinna spać, znajdując się w stanie śmiertelnego zagrożenia.
Ona też była wtedy w żałobie.
- Przecież nie palisz – mruknął, ale bez zastanowienia podsunął jej paczkę papierosów. Papierosy papierosowe. Żadne mentole, żadna wanilia, żadna czekolada. Papierosy papierosowe.
W kuchni było zbyt ciemno, by mógł zobaczyć jej twarz, nawet księżyc był wtedy niewidoczny. Nie zobaczył więc, ale wyczuł, że odsuwa sobie krzesło tuż obok niego i siada, ocierając się ramieniem opatulonym w flanelową piżamę o jego ramię – opatulone w szarą, jedwabną szatę. Granger wzięła papierosa, wsunęła do ust, a zaraz potem podpaliła go końcem różdżki. Wtedy nikt nie czuł się bezpieczny w nocy, nawet we własnym łóżku miał przy sobie różdżkę, zawsze.
- To trucizna... - Zaczęła, ale Dracon przerwał jej niemal natychmiast.
- Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego...
- Trucizna zabija. Lubię mieć kontrolę – wyjaśniła cicho, nawet nie patrząc w jego kierunku. Patrzyła w okno, na księżyc za ciemnymi, gęstymi obłokami. Czekała aż nadejdzie ranek. Rozumiał. Też chciał mieć kontrolę nad swoim życiem. Nad śmiercią również. Może dlatego walczył? Bo chciał to zrobić po swojemu?
Każdy chciał mieć kontrolę, ale wtedy, w czasie wojny, kontrolę sprawował tylko jeden człowiek – Lord Voldemort. Panował nad twoim ciałem i umysłem, a ty niekoniecznie o tym wiedziałeś. Panował, nie musząc rzucać na ciebie Imperiusa, bo i bez tego całe swoje życie podporządkowywałeś jego indywiduum. Czy nie to było jego celem? Byś myślał o nim od ranka aż po ranek, nie mogąc spać, nie mogąc jeść? Draco się bał. Cholernie się bał i czuł do siebie odrazę. Matka umarła, a on mógł się tylko bać.
Przy pierwszym zaciągnięciu dymem, jej płuca niemal wymiotowały powietrzem.
Palili do rana. Jeden papieros za drugim. Potem nadeszła piąta rano, a Hermiona bez słowa wróciła do łóżka. Draco palił dalej.
*Radiohead - Bullet Proof...I Wish I Was
