16 kwietnia 1979 roku. Błonia Hogwartu.
W nocy zaczęło padać. Niezbyt miło było wstając rano trafić nogą w kałużę, chociaż Łapa i Rogacz byli zachwyceni i zrobili sobie z kałuży wannę. Po kąpieli, po której zresztą byli jeszcze brudniejsi niż przed, udaliśmy się na śniadanie. Dopiero w Wielkiej Sali zorientowaliśmy się, że o czymś zapomnieliśmy. A mianowicie o Glizdogonie. Wbiegł w połowie śniadania w pidżamie z lekko rozmazanym makijażem, który mu zafundowali przyjaciele, a cała sala wybuchnęła śmiechem. Najbardziej śmiał się oczywiście Łapa, który aż zaczął tarzać się po podłodze, przez co zresztą zabrudził ją błotem i został wygoniony przez McGonagall do łazienki.
To jednak jeszcze nic w porównaniu z przywitaniem jakie przygotowała nasza klasa aby powitać nas żywych po pierwszej nocy poza zamkiem. Niestety plan nie do końca wypalił, bo jako pierwsza do klasy weszła McGonagall, a nie my i to na nią wyleciało mnóstwo złoto czerwonych wstążek i kilka ogromnych żab, a na ścianie pojawił się wielki transparent z napisem: Nigdy więcej nie śpiewajcie. Sądzę, że gdyby nie owo hasło, z którym się chyba w stu procentach zgadzała, cała klasa została by ukarana szlabanem.
Na korytarzach również wszyscy nas uwielbiali. Do tego stopnia, że Łapa i Rogacz zaczęli rozdawać autografy, co również nie spotkało się z zadowoleniem ze strony profesorów i tym razem to Flictwick wygonił nas wraz z grupką trydziestu dziewcząt, które ustawiły się w kolejce po autograf.
Wieczorem podoba ilość uczniów pojawiła się w naszym namiocie, lecz o dziwo większość z nich stanowiła płeć piękna. Rogacz i Łapa byli w swoim żywiole, natomiast Glizdogon chodził pomiędzy wszystkimi z wypiekami na twarzy i zerkał tylko nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa.
Zabawa dobiegła jednak końca kiedy Rogacz wymyślił zabawę w skoki przez płonące obręcze, ale zamiast wyczarowania obręczy podpalił jedną ze ścian naszego namiotu. Mimo naszej szybkiej reakcji i ugaszenia pożaru McGonagall kazała wszystkim wracać do zamku, a na nas tylko spojrzała z góry i pokręciła głową. Wtedy Łapa doszedł do wniosku, że nigdy nie spotkał tak spokojnej i wyrozumiałej kobiety. Po tych słowach profesorka oblała się rumieńcem i odeszła szybko w stronę zamku.
Tak, myślę, że jak narazie szczęście nam dopisuje - wciąż żyjemy i nie zarobiliśmy jeszcze szlabanu! Jest co świętować! Zaraz, zaraz, gdzieś tu miałem ognistą!
Cieszę się, że wam się podoba :) Postaram się nie zawieść.
