Długo nic nie pisałam. Przepraszam bardzo, ale zaczął się rok akademicki i spędzam całe dnie na uczelni tak, że kiedy wracam wieczorem do domu marzę już tylko o ciepłej kołderce i kubku gorącej czekolady.


17 kwietnia 1979 roku. Błonia Hogwartu.

Myślałem, że dziura w dachu i spalona ściana namiotu to szczyt możliwości moich przyjaciół. Jednak myliłem się. Kiedy wróciłem dzisiaj po popołudniowych zajęciach z numerologii do namiotu mało nie przewróciłem się z wrażenia. Na samym środku 'salonu' stała olbrzymia łaciata krowa. Przy jej wymionach klęczeli Łapa i Rogacz kłócąc się o coś zawzięcie. Odchrząknąłem chcąc zwrócić na siebie uwagę, jednak żaden z nich nawet nie spojrzał w moją stronę. Podszedłem więc powoli i klepnąłem lekko Łapę w plecy.

Wtedy nastąpiło coś czego sie wcale nie spodziewałem. Mój przyjaciel podskoczył z piskiem (nawiasem mówiąc bardzo kobiecym piskiem) na pół metra do góry wypuszczając przy tym z rąk wiaderko do połowy wypełnione mlekiem, które pech chciał, wylądowało na mojej głowie. Poczułem jak ciepła, słodko pachnąca ciecz spływa mi po twarzy wprost na szatę. Zdjąłem z głowy metalowe naczynie by spojrzeć na Rogacza, który cały czerwony na twarzy tarzał się po ziemi ze śmiechu. Łapa siedział między nami na ziemi, a na jego twarzy malowało się zdezorientowanie. Już miałem siegnąć po różdżkę, by odwdzięczyć się przyjacielowi, gdy nagle usłyszeliśmy przyspieszone kroki.

W tym momencie do namiotu wbiegł zdyszany Glizdogon. W ręku trzymał małe metalowe wiaderko podobne do tego, które chwilę wcześniej wylądowało na mojej głowie. Usiadł na ziemi i zaczął coś bełkotać kiwając się do przodu i do tyłu. Pomyślałem, że to napewno jakiś głupi żart moich przyjaciół, jednak widząc niepokój na ich twarzach przeraziłem się nie na żarty.

Zanim zdążyłem jednak cokolwiek zrobić do namiotu wszedł Hagrid. Podobnie jak Glizdogon był strasznie zdyszany i nie wyglądał na zadowolonego. Szczerze mówiąc chyba nigdy nie widziałem go tak złego. Zamiast zwykłego "Sie macie?", którym zwykł nas witać machając swoją olbrzymią ręką, powiedział "Czy wyście do końca zgłupieli?!".

Łapa i Rogacz zerwali się na równe nogi i zaczęli coś haotycznie tłumaczyć. Chyba udało im się w końcu przekonać gajowego, bo złość na jego twarz ustąpiła miejsca rozbawieniu. Niestety mimo tego, że Hagrid zdawał się zrozumieć o czym mówili, to ja wciąż nie miałem pojęcia co w naszym namiocie robi krowa, która właśnie zaczeła zjadać podręcznik do transmutacji Łapy, i dlaczego Glizdogon wygląda jakby właśnie przebiegł maraton goniony przez stado wściekłych hipogryfów.

Odpowiedź poznałem dopiero wieczorem, kiedy cała nasza czwórka zasiadła wygodnie w fotelach i popijając kremowe piwo Rogacz i Łapa opowiedzieli całą historię. Okazało się, że pod moją nieobecność, przyjaciele postanowili otworzyć własny biznes polegający na sprzedaży świeżego mleka prosto od krowy. Udali się więc do Hogsmeade, gdzie od jakiegoś kupca udało im się kupić dwie krowy. Przyprowadzili je do namiotu, jednak ze względu na to, że obydwie nie mieściły się razem w niezbyt dużym wnętrzu, Glizdogon miał wydoić jedną z nich za namiotem. Nie było to jednak tak proste jak myśleli, bo okazało się, że zostali oszukani i krowa, która przypadał w udziale Glizdogonowi nie była krową lecz bykiem. Gdy tylko przyjaciel zbliżył się do niego, byk zaczął nerwowo chrząkać i uderzać kopytem w ziemię. Całe szczęście, że Glizdogon w porę zorientował się, że trzeba uciekać i że od razu natknął się na gajowego, który już zajął się rozwścieczonym zwierzęciem. Ku ogromnej uldze Rogacza i Łapy, Hagrid zgodził się przymknąć oko na ten wybryk i obiecał nie mówić o tym McGonagall.

Kiedy teraz o tym pomyślę nie mogę powstrzymać się od chociażby uśmiechu. Szczególnie jeśli przypomnę sobie przerażone miny przyjaciół. Tak, to był zdecydowanie jeden z nielicznych momentów, kiedy widziałem ich naprawdę przestraszonych.