Po pierwsze, bardzo przepraszam za tak długą przerwę! Brak czasu, brak weny, brak chęci. Jednak wróciłam i mam dla was kolejny rozdział Pamiętnika!

Po drugie, nie gniewajcie się, że tak rzadko i mało piszę o przygodach Huncwotów. Nie jest mi łatwo wymyślać takie szalone, nieprawdopodobne i śmieszne historie.

Po trzecie, cóż mam więcej rzec, zapraszam, enjoy! :)


18 kwietnia 1979 roku. Błonia Hogwartu.

Nigdy więcej! Nigdy, przenigdy nie zgodzę się na szklaneczkę ( albo osiem! ) Ognistej Whiskey. Po raz pierwszy we śnie gonił mnie płonący hipogryf o tłustych włosach Smarkeusa! Jeśli dorzucić do tego atrakcje dzisiejszego wieczoru, można by rzec, że McGonagall ma anielską cierpliwość, a moi przyjaciele nierówno pod sufitem. Znając jednak ich możliwości, na dzień dzisiejszy jestem w stanie zgodzić się jedynie z tym drugim, bo jak to powiedział Łapa: "McGonagall wciąż zaskakuje!".

Zacznę od tego, że nigdy nie zgodziłbym się na to, gdybym był trzeźwy. Oświadczam więc, że zostałem spojony alkoholem, chociaż Rogacz powiedział, że nie stawiałem oporów, i wykorzystany do niecnych celów, a następnie zmuszony do wzięcia odpowiedzialności za część z nich.

Dobrze, kiedy już wyjaśniłem zasadniczą część, mogę z czystym sumieniem opowiedzieć z czego moi przyjaciele są niezwykle dumni, a ja staram się o tym zapomnieć.

Dzień był nadzwyczaj spokojny choć czułem, że czegoś mu brakuje. Dopiero na trzeciej lekcji zdałem sobie sprawę, że od śniadania nie widziałem moich przyjaciół. Ostatnie, przelotne spojrzenie posłane w ich stronę nastąpiło gdy wychodzili szybkim krokiem z Wielkiej Sali i rozmawiali o czymś po cichu niezwykle podekscytowani. To wspomnienie sprawiło, że aż odechciało mi się wracać do namiotu, jednak ciekawość zwyciężyła i gdy tylko skończyła się lekcja pobiegłem w tamtym kierunku, powtarzając w myślach: "Bądź asertywny, myśl rozważnie, nie pij niczego czym cię poczęstują." Niestety moje postanowienia odeszły w zapomnienie równie szybko, jak wypiliśmy pierwszą szklaneczkę Ognistej. Przyznam, znowu zwyciężyła ciekawość. Namiot bowiem wyglądał jakoś inaczej. Łapa i Rogacz przyozdobili go kolorowymi wstęgami, a na samym szczycie umieścili powiewającą na wietrze chorągiew. Jak się później okazało, również w środku wiele się zmieniło. Mały, zjedzony przez mole fotel i krzesła z połamanymi nogami zostały wyniesione do jednej z sypialni, a na środku została utworzona niewielka arena otoczona rzędami drewnianych ławek. Szczęka opadła mi z wrażenia tak nisko, że prawie słyszałem jak uderza o najbliższą ławkę. Moi przyjaciele byli jednak z siebie niezwykle dumni i już po chwili wcisnęli mi z uśmiechem na ustach kolejną pełną szklaneczkę. A po chwili kolejną i kolejną i kolejną..

Do samego końca jednak nie wiedziałem co planują. Oczywiście domyślałem się patrząc na ich kolorowe stroje, za duże buty, kolorowe peruki i wielkie czerwone nosy, ale chyba nie chciałem dopuszczać do siebie tej myśli. Ostatecznie moje wątpliwości, i jednocześnie najgorsze przypuszczenia, sprawdziły się kiedy do namiotu zaczęli tłumnie przybywać uczniowie z całej szkoły, a cuchnący wódką Łapa, z ogromnym uśmiechem na twarzy witał gości przy wejściu i od każdego zbierał 5 sykli tłumacząc, że utrzymanie takiego wielkiego cyrku sporo kosztuje. Nie miałem jednak wyboru, wszystko już za daleko się posunęło i nikt nie był w stanie tego przerwać, wypiłem więc kolejną szklankę Ognistej i pozwoliłem Rogaczowi przetransmutować moją szkolną szatę w kolorowy strój klauna. Tak nawiasem mówiąc, muszę przyznać, że do twarzy mi w czerwieni.

Gdy tylko wszyscy zasiedli już na swoich miejscach Rogacz wypchnął mnie na arenę karząc przywitać gości i zaprosić na występ wspaniałych akrobatów. Wyszedłem więc chwiejąc się na nogach i modląc się do Merlina, żeby podłoga przestała płatać mi figle i stanęła wreszcie w miejscu. Nie mam pojęcia co takiego zrobiłem, ale publiczność pokochała mnie gdy tylko wyszedłem na scenę. Przywitali mnie gromkimi oklaskami, a ja zacząłem mówić. W mojej głowie mówiłem składnie, elegancko, a jednocześnie szalenie zabawnie i zawadiacko. Jednak to co docierało do moich ust musiało również przejść przez bardzo rygorystyczną cenzurę alkoholu, który czaił się w mym umyśle i kontrolował go bardzo skrupulatnie. Publiczność przyjęła to jednak salwą śmiechu i oklasków i już po chwili na scenie pojawili się Łapa i Rogacz.

Był to najwspanialszy pokaz akrobatyczny jaki w życiu widziałem! Przyjaciele podnosili się nawzajem, stawali na rękach by po chwili się przewrócić, odtańczyli wspaniałe tango, a na koniec wykonali popisowy numer, w którym Rogacz miał podrzucić Łapę pod samo sklepienie namiotu. Coś jednak poszło nie tak i Łapa wyleciał przez wypalone okno w namiocie, a po chwili wbiegł z powrotem już normalnym wejściem wśród okrzyków i oklasków publiczności. Ukłonili się głęboko upadając na kolana i zeszli ze sceny.

Kolejną atrakcją, jak powiedział mi Rogacz, miała być foka bawiąca się piłką. Nie chciałem uwierzyć w to, że mają fokę, ale ponieważ znam moich przyjaciół od dawna, posłusznie zapowiedziałem występ. O Merlinie, jak bardzo się myliłem. Łapa przyniósł niewielki niebieski basenik wypełniony wodą i kolorową piłkę, a zaraz za nim na scenę wszedł Glizdogon ubrany w równie kolorowy jak nasze stroje kobiecy strój kąpielowy. Na jego policzkach pojawiły się czerwone rumieńce. Gdy teraz o tym pomyślę, dochodzę do wniosku, że rumieńce nie były wywołane jedynie wstydem i tremą, ale duży wpływ na nie miała na pewno spora porcja Ognistej wypitej za kulisami. Łapa zaprosił gestem przyjaciela do basenika. Glizdogon wszedł więc do niego, a już po chwili, z wysoko uniesionej różdżki Łapy wyleciał błękitny promień i zamiast Glizdogona w baseniku siedziała teraz szara foka, w kolorowym stroju kąpielowym. Publiczność zaniosła się śmiechem bijąc brawo, a Łapa rzucił piłkę w stronę Glizdogona. Odbijał ją niezdarnie płetwami wydając przy tym dziwne odgłosy, a po chwili Łapa postawił mu piłkę na nosie i zakręcił nią z całej siły. Utrzymała się może dwie sekundy po czym spadła, a Glizdogon znowu odzyskał swoje ciało. Publiczność była jednak w znakomitym nastroju i nagrodziła ich gromkimi oklaskami, co jeszcze bardziej zawstydziło Glizdogona i pospiesznie opuścił scenę.

Nadszedł wtedy moment, którego najbardziej się bałem. Pokaz połykacza ognia. Przyjaciele nie wtajemniczyli mnie jednak w swoje plany, więc znowu ciekawość zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem i zapowiedziałem artystę. Okazał się nim Łapa, który wyszedł na scenę w jednej ręce trzymając różdżkę, na której końcu zabłysnął wesoły ogień, a w drugiej butelkę Ognistej. Wypił łyk z butelki, a po chwili czknął wesoło uśmiechając się do publiczności. Spróbował jeszcze raz przykładając butelkę do ust i przechylając. Odwrócił się w stronę ognia i już miał wykonać popisowy numer gdy znów czknął i połkną napój zanosząc się śmiechem. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, za każdym razem wywołując salwę śmiechu wśród publiczności. Nie było mu jednak dane dokończyć sztuczkę, gdyż przy chyba piątej próbie drzwi namiotu rozchyliły się gwałtownie a na scenę wbiegła McGonagall mierząc go zabójczym spojrzeniem. Skulił się w sobie, zgasił różdżkę, wyszczerzył zęby i uciekł z krzykiem za kulisy. To również zostało skwitowane przez publiczność śmiechem. Nauczycielce jednak nie było do śmiechu. Kazała wszystkim natychmiast wracać do szkoły, a my wysłuchaliśmy wykładu na temat ostrożności z ogniem, głupich pomysłów, zabawy z alkoholem i nadużywania jej cierpliwości. Jednak kiedy Rogacz wyjął bukiet czerwonych róż z magicznego kapelusza i wręczył go jej, uśmiechnęła się lekko zdezorientowana, podziękowała, po czym kazała wszystko doprowadzić do porządku i wróciła do zamku. Tej nocy spało nam się wyjątkowo dobrze, zaspaliśmy na trzy pierwsze lekcje, a sny które dręczyły nas przez całą noc stanął się chyba niedługo bajkami opowiadanymi niegrzecznym dzieciom.

Chyba mamy na prawdę bardzo dużo szczęscia!