dla Księżycka, wyłącznie, i na jej odpowiedzialność.

Do niczego nie doszło!

Prawie.

epilog 3

Kira Izuru zaciskał z całej siły powieki, na które choinkowe światełka rzucały anielskoskrzydłe cienie. Wigilijny wieczór wprawił całe jego złotopromienne jestestwo w stan ciepłej, puchatej, rzewnej, sielankowej szczęśliwości — tym bardziej, że niepojęte upodobanie kapitana Ichimaru do śnieżnych zasp nie doprowadziło, jak się wcześniej obawiał Izuru, do nieodwracalnych odmrożeń u obydwóch shinigami. Właściwie Ichimaru—taichou bardzo szybko zrezygnował z kontemplacji świątecznej aury i poprowadził swojego Izuru—promyczka w ciepłe, bezpieczne miejsce — czyli do wspólnego pół—oficjalnego salonu dowództwa Oddziału Trzeciego. Bo jeszcze by Izuru—promyczek złapał grypę, albo wilka złapał, a tam sobie akurat uwiją razem takie milusie, wigilijne gniazdko pod choinką, i czy to nie jest wspaniały plan? Kira próbował przytakiwać ze wszelką gorliwością, ale nie było to takie łatwe, gdyż w szale troskliwości kapitan wpakował go pod swój oficerski płacz. Siebie z niego oczywiście nie wypakowywał, więc obaj z porucznikiem, na szczęście szczuplutcy i gibcy, odbyli drogę do kwater Oddziału Trzeciego wtuleni w płaszcz, swoje nawzajem kościste żebra i atmosferę świątecznej miłości bliźniego.

Kira nigdy nie odczuwał miłości bliźniego tak żarliwie i gorąco, jak tamtej wigilijnej nocy.

Kapitan Ichimaru natychmiast po powrocie zapalił światełka na choince, opakował Izuru—promyczka w kocyki jak Dzieciątko w żłóbeczku, zwinął się na jego podołku w szczęśliwą, srebrnowłosą żmijkę i paplał swoją rukongajską gwarą beztroskie bzdurki, opowiastki, wspomnienia, wyznania i sekrety.

Izuru zasnął jeszcze na etapie opowiastek.

Choinka, koce i obecność zrelaksowanego, zadowolonego, uśmiechniętego całkiem bezkwaśnie Ichimaru—taichou podziałały na porucznika jak najczulsza kołysanka. Było — pięknie. Dobrze. Szczęśliwie. Wszystko było tak idealne, że można się było tylko pławić w tym obrazie aż do granicy bezprzytomności. Zatracić się.

Zachrapać.

Oczywiście, kojące elementy otoczenia miały także swoje wyraźne efekty uboczne. Sen, który nawiedził Izuru tuż po zaśnięciu, należał do tych bardziej realistycznych, a także takich, których raczej nie wypada przeżywać w obecności własnego kapitana.

Zwłaszcza, kiedy leży w tym czasie z głową na kolanach swojego śpiącego porucznika i wierci się nieustannie jak podrygująca mysz.

Izuru zaciskał oczy — do dna płomiennej duszy ogarnięty natrętnym obrazem ze snu, gdzie policzek ocierał się dalej, głębiej, śmielej niż tylko o policzek. I do dna poczciwego serca przerażony zdziczałą, krnąbrną, niegodną śmiałością wizji. Już prawie przebudzony, jakąś desperacką częścią siebie czuł ciepło koca, blask choinki na rzęsach, a nie potrafił się do końca oderwać od tych innych, wewnętrznych, wyimaginowanych doznań.

Czuł, że ktoś go maca.

Dłoń Ichimaru—taichou w niedbałej, zaczepnej pieszczocie pocierała rozgrzaną skórę Izuru. Kostki palców, rozbieganych frywolnie po wąskim ramieniu porucznika, zatrzymały się na dłuższe, błogie muśnięcie przy ciepłym skrawku ciała pod obojczykiem. Długopalca dłoń popełzła głębiej, zaczepiając kciukiem o skraj munduru, pod który wtargnęła, i zadrapując czule samymi brzeżkami paznokci zarysy żeber. Gin schylał głowę prawie pokornie nad roześnioną postacią swojego fukutaichou — jak strażnik bezcennego skarbu, jak smok nad niepowtarzalnym diamentem, jak Wabisuke nad swoim łupem.

Jak głodny menos.

Izuru zadrżał, próbując jednocześnie uczepić się upajającej gorączki snu, i powrócić z zawstydzającego marzenia do rzeczywistości. W rozpaczliwych zmaganiach z samym sobą uchylił jedno oko.

Cisza.

— Aj, ajajaj—jaj, Izuru—promyczku, to naprawdę nie tak jak myślisz! — Ichimaru Gin odskoczył jak oparzony od swojego rozbudzonego porucznika i, wielce strapiony, poszarpał sobie obiema rękami srebrzystą grzywę. — Ja naprawdę... Naprawdę nie chciałem cię obudzić!

Izuru milczał. Sen i jawa turlały się wokół jego półprzytomnej głowy, okrążając w dzikim tańcu wspomnienie kapitana, który jeszcze przed momentem dokonywał znaczącego naruszenia przestrzeni osobistej Kiry—fukutaichou. Obecnie zaś — przepraszał.

— To naprawdę nie o to chodzi! — zapewniał Ichimaru—taichou gorliwie. Izuru wpatrywał się w niego bez wyrazu. Nie o to chodziło?

Co za podły pech.

Gin otworzył szeroko oczy i zmrużył je szybciutko, kręcąc się w miejscu jak skonfundowany lis.

— Gdyby, gdybym coś, jeśli bym, ach, ajajaj, no przecież, Izuru—promyczku, gdybym cokolwiek, to przecież bym cię obudził najpierw!

Ach.

— Obudziłem się! — palnął szybko Izuru z niestosowną nadzieją i natychmiast poczerwieniał aż po czubek głowy i ze wstydu zakopał się w kocyku. Gin przyglądał się temu z czułym, melancholijnym rozbawieniem.

— Ochhchchochchco? — zaszemrało spod koców. Ichimaru—taichou dźgnął ciepły kokon na chybił trafił w jakiś wzgórek — sądząc po nagłym podskoku, trafił ze swoim zwykłym wyczuciem w samo sedno sprawy.

— Co mówiłeś?

Błękitne oko wyjrzało na świat.

— Więc o co właściwie chodziło...?

— Ach. — Ichimaru Gin powiercił się przed choinką i rozłożył ręce. — Bo wtedy, na przedstawieniu... Kiedy śnieg padał... A tyś tak się na mnie patrzył wymownie, że hoho... I gwiazdy były... I tyś patrzył jeszcze bardziej wymownie...

Kira spojrzał spod koca bardzo, bardzo wymownie.

— I co?

— Ach. — Kapitan poczochrał się po głowie. — Tak się jakoś wtedy zagapiłem, że zupełnie zapomniałem zabrać z naszej ławki galaretek z persymonki! No i pomyślałem sobie, że może tyś pamiętał, i zabezpieczyłeś je za pazuchą przed tym strasznym śniegiem...? Hę? Izuru— promyczku? Oj.