Rozdział drugi

Blaise uniósł brew na znak zdziwienia.
— Ktoś wykorzystał wewnętrzny system wymiany informacji w ministerstwie do rozsyłania anonimowych łańcuszków o dość nienawistnej treści. Pierwszy taki pojawił się pod koniec zeszłego tygodnia, gdy byłem w Rumunii. Nigdy nie cierpiałem twojego dziwacznego Rumuna. Zakład, że Marcus Flint ma rumuńskie korzenie, a dobrze wiesz, jaki był z niego zboczony świr, teraz jednak nienawidzę całego ich kraju. Blaise, ja nie żartuję. Jestem przekonany, że główne danie, które mi zaserwowali, to nic innego jak wysmażone gówno testrala, ułożone na gniazdku z makaronu. Co, jak mi się wydaje, miało korespondować ze szczynami jednorożca, które podali do picia. Obie te rzeczy zawierają w sobie, hmm, pewien pierwiastek hippiczny. Nawet bez udziału prawdziwych koni. A deser? Pomyślałbyś, że nic nie będzie w stanie zakasować horroru z głównym daniem, ale, jak się okazało…
— Draco.
Draco westchnął w duchu, ponieważ głos Blaise'a dobitnie świadczył o najgorszym z możliwych, absolutnie denerwującym, potrafiącym zmieścić całe pokłady nagany w jednym jedynym słowie, wydaniu zenu. Draco słyszał kiedyś od kogoś, że Innuici mają dwadzieścia różnych słów na określenie śniegu. Nie miał wprawdzie pojęcia, kim, do diabła, byli owi Innuici, ale wywnioskował, że nie używaliby tak wyspecjalizowanego języka, gdyby ich jajom nie groziło odmrożenie i odpadnięcie od ciała — bo jeśli ktoś ma dwadzieścia słów nazywających rodzaje śniegu, ilość takowego dokoła musi być pokaźna. A jeśli Shacklebolt, sugerując cel kolejnej podróży służbowej, miałby kiedykolwiek w jego obecności wymówić słowo „Innuita", Draco z miejsca złożyłby rezygnację. Wystarczająco dużo czasu spędził już, trzęsąc się z chłodu podczas szkockich zim, tak ostrych, że czuł się zmuszony do rutynowego sprawdzania, czy jego penis wraz z przyległościami nadal jest twardo przytwierdzony do ciała, a nie spoczywa gdzieś w ukrytym zakątku bokserek w postaci zamrożonej kupki. Kolejny powód do wdzięczności za to, że szkolne lata miał już za sobą.
Punkt, do którego zmierzały jego rozważania, był następujący: Blaise dysponował piętnastoma różnymi sposobami wymówienia imienia „Draco". Najpopularniejszy z nich można by określić jako „Nie mam nastroju na słuchanie twojego porąbanego nonsensu". Z jakiegoś niezrozumiałego dla Dracona powodu właśnie tej wymowy Zabini używał najczęściej, podczas gdy on sam zdecydowanie preferował tę, w której głos Blaise'a opadał o trzy oktawy, z głównym akcentem położonym na „Dra", przedłużającym „a" do tego stopnia, że zamykające jego imię „co" było zaledwie domysłem. Ten rodzaj „Draco" oznaczał „Zdejmuj spodnie i wyciągaj swego cudownego fiuta. NATYCHMIAST!".
Wypowiedziane właśnie przez Zabiniego „Draco" było wariacją na temat najmniej lubianej możliwości. Draco nadawał im rankingowe numery, zależnie od częstotliwości użycia, a to plasowało się na drugiej pozycji. Zawierało elementy „Draco, świrujesz" oraz insynuowało „Znów zaczynasz ględzić, zbaczać z tematu i jak zwykle wszystko kręci się wokół ciebie. Nudzisz mnie jak sama cholera, przejdź więc wreszcie do rzeczy."
Draco naprawdę chciał przejść do rzeczy, miał bowiem nadzieję, że Blaise mógłby rzucić choć trochę światła na to, dlaczego Pansy zareagowała aż taką furią. Zaprotestował jednak ironicznym prychnięciem, ponieważ nie zamierzał dostosowywać się do żądań Blaise'a bez walki.
— Ktokolwiek był autorem pierwszego łańcuszka, wykazał się prawdziwym sprytem. Cała sprawa nosi wyraźne odciski ślizgońskich palców. Sądząc po tym, ile pracy wymagało uzyskanie takiego efektu, powiedziałbym, że zrobiła to Granger, ale sam wiesz, iż ona wolałaby raczej podkreślić własną inteligencję i wytknąć ci prosto w oczy, jak żałosna w porównaniu z jej umysłem jest twoja własna mózgownica. Na Boga, ta baba…
Widelec Blaise'a uderzył z niezbyt dyskretnym brzękiem o porcelanę talerza.
— Łańcuszek ukazał się wokół fontanny koło dziewiątej, tak że każda czekająca tego ranka na windę osoba nasłuchała się do woli. To rodzaj wyjca. Udający troskę głos wykrzyczał swoją codzienną porcję jadu. I tu pojawia się wspomniany sprytny element: autor łańcuszka przekazał instrukcję, jak wysłać własną porcję nienawistnych uwag, podpinając ją pod pierwszy wpis. Cały kłopot, Blaise, polega na tym, że ci w ministerstwie nie mogą się tego pozbyć. W odróżnieniu od wyjca, łańcuszek nie eksploduje na koniec, ale pozostaje nietknięty i zdobi atrium niczym tapeta. Możesz sobie na niej poczytać, kogo opluto jadem poprzedniego dnia. Łańcuszek nie reaguje na żadne przeciwzaklęcia. W zasadzie całe atrium drży pod naporem zaklęć wymachujących różdżkami aurorów, którzy próbują usunąć ze ścian cały ten gnój, co im się oczywiście za cholerę nie udaje. Doprowadza ich to do białej gorączki, a Shacklebolt wygląda jak kupa gówna — zakończył Draco z satysfakcją. Nadal był wściekły za tę misję handlową. Rumunia? Co ten Shacklebolt sobie myślał? Jeśli ci kulinarnie upośledzeni dranie nie mieliby nic do powiedzenia na rynku smoków, noga Dracona już nigdy nie postałaby w tym koszmarnym kraju. — Na dzisiejszą naradę zwołano wszystkich najlepszych pracowników ministerstwa. Planowano burzę mózgów, której celem miało być zatrzymanie całej tej sprawy. Ministerstwo nakazało zaprzestanie pracy, bo najwyraźniej Granger wydumała sobie jakąś pochrzanioną teorię, jakoby łańcuszek podkradał magiczną sygnaturę pracowników wysyłających zwykłe wewnętrzne wiadomości. Co, gdyby nie była to sugestia Granger, można by określić jako w miarę logiczne. Z tym, że jakoś nikomu nie rzuciło się w oczy, że odkąd magiczna sygnatura została raz skradziona, łańcuszek reprodukuje ją z kolejnych dołączanych do niego wpisów.
Ponieważ Blaise interesował się wyłącznie magią seksualną (a ostatnio również uzdrawiającą), jego oczy nabierały zwykle szklanego, nieobecnego wyglądu, gdy dyskusja schodziła na tematy niezwiązane z wariantami zaklęć powiększających. Lub kurczących. Czego Draco nigdy nie był w stanie zrozumieć, bo zdawało mu się, że przy takim obrocie spraw w którymś momencie potraktowane tymi czarami elementy anatomii wymanewrują się wzajemnie, a wtedy cała ta piękna zabawa z różdżką pójdzie na marne. Historia z łańcuszkiem nienawiści zdawała się jednak przyciągać autentyczną uwagę Zabiniego.
— Komu poświęcona była pierwsza wiadomość? I czy ludzie naprawdę dodają do łańcuszka własne wpisy?
— Potterowi. Co za niespodzianka. Były to te same bzdury co zawsze, o tym, że jest półślepy i jak ktoś ze wzrokiem charakterystycznym raczej dla kreta mógł zostać aurorem pierwszej klasy, skoro nie skończył jeszcze nawet dwudziestu pięciu lat. Kompletny idiotyzm, co nie? Nawet ja nie zazdroszczę mu tej pozycji, a zwykłem zazdrościć mu wszystkiego. W wieku osiemnastu lat zabił potężnego szaleńca, którego pociąg do węży przybrał tak ekstremalnie zboczoną postać, że sam nadał sobie czarami ich wygląd: jeśli nie jest to najbardziej porąbana rzecz, o jakiej słyszałem, to… Na jaja Merlina, jestem Ślizgonem i potrafię zrozumieć niejedno, ale zdaje się, że ktoś tu potraktował swój fetysz zbyt poważnie. Nos jest zdecydowanie koniecznym elementem. Nie jest czymś, o czym można by dyskutować, jak choćby długość włosów…
Widelec ponownie brzęknął o talerz.
— Zaczynasz mnie drażnić, Blaise. Jakby nie było, pokonanie tego psychopaty zasługuje w moim rankingu na kilka punktów. Z drugiej strony, z całego serca zgadzam się z autorem pierwszego łańcuszka, jeśli chodzi o wzrok. Czemu ten idiota Potter nie wybierze się do uzdrowiciela i nie każe sobie potraktować oczu jakąś centryfugą lub czymś w tym stylu? A w piątkowym łańcuszku było coś o tym, że Potter najwyraźniej musi być impotentem, skoro Łasica rzuciła go dla Longbottoma. Na Boga, naprawdę nie wiem, czemu Potter do tej pory nie popełnił honorowego samobójstwa. Ja bym to zrobił na jego miejscu. Co za hańba. Pansy mówiła mi, że Longbottom ma kutasa wielkiego jak ogier. Jakbym uwierzył w taki nonsens. I skąd Pansy, swoją drogą, miałaby wiedzieć… Oczywiście, to znaczyłoby, że dla Łasicy liczył się tylko rozmiar…
Blaise wykaszlał coś, co zabrzmiało jak „przyganiał kocioł garnkowi".
— Zamknij się, Blaise. Dziś rano w łańcuszku pojawiły się kolejne naprawdę paskudne wzmianki na temat Pottera, Granger i Weasleya, że niby robią to ze sobą wszyscy razem. W tym momencie przestałem czytać dalej. Wiesz, że brzydzę się piegów. Jeśli chodzi o mnie, piegi i seks nie powinny występować w jednym i tym samym zdaniu, nie wspominając już o jednym i tym samym pomieszczeniu.
Blaise nadal był zajęty wyjadaniem ścieżki w półmisku z serem, co skłoniło Dracona do zamówienia następnej butelki wina. Zdecydowanie, w koronowaniu posiłku serem tkwiło coś z samego założenia błędnego. Zwłaszcza serem połyskującym błękitem pleśni. Draco wiedział, że ten gatunek sera pochodził z Francji, ale i Francuzom zdarzało się od czasu do czasu coś spieprzyć. Wystarczy tylko spojrzeć na tę ich całą rewolucję.
Jeśli chodzi o przekąski, pojawiający się w nich ser powinien cechować się przyjemnym, jasnym odcieniem bieli lub pomarańczy (tak jak cheddar) lub rozmytą bielą (tak jak brie*). Każdy inny kolor był zdaniem Dracona skandaliczny. I wcale nie było tak, że nie dał szansy potrawom o błękitnej barwie: czując się dotkniętym niekończącymi się, uszczypliwymi komentarzami Blaise'a i Pansy na temat kulinarnej konserwatywności, zdecydował się pewnego razu odrzucić swą zwykłą nieufność i spróbować czegoś niebieskiego. Uznał, że czarne jagody będą bezpiecznym wyborem. W przeciwieństwie do sera pleśniowego nie cuchnęły jak skarpetki Grega Goyle'a. Niepozorne, podstępne bestie. Jak coś tak małego mogło mieć aż taką moc rażenia? Przez trzy dni cierpiał na niewyobrażalną biegunkę, która raz na zawsze wyleczyła go z chęci eksperymentowania z niebieskimi potrawami, a której intensywność osłabiła, niestety, triumf z udowodnienia swojej racji. Został z niego zresztą bezzwłocznie odarty: Pansy utrzymywała bowiem, że tak tchórzliwy drań jak Draco byłby jak najbardziej zdolny do wywołania biegunki na tle psychicznym, byleby tylko dowieść, że racja stoi po jego stronie. Co z kolei sprawiło, że Draco stanął przed swoistym dylematem, bo insynuacja sięgnięcia po tak drastyczną metodę nawet by mu się spodobała, gdyby nie bazowała na równie bolesnych przeżyciach. Jednak dopóki Pansy i Blaise nadal decydowali się na jedzenie niebieskich potraw, jego cierpienie i poświęcenie były daremne.
Podsumowując całość, można by pokusić się o pytanie: po co jeść ser, skoro deserem mogą być całe góry czegoś czekoladowego? Przecież to idiotyzm. Nie po raz pierwszy Draco zastanawiał się nad tym, dlaczego rzeczy, które zaprzątały mu myśli, inni uznawali za dziwaczne, jak chociażby półmiski z serem na deser czy brak porządnych magicznych wytwórców obuwia — poza nim absolutnie nikt się tym nie przejmował. Oto jeden z drażliwych tematów. Co do innego, to dopóki miał z Blaise'em cichą umowę o nieporuszaniu kwestii wojny, wszystko było w porządku, Pansy zaś na szczęście nie przejmowała się wspominaniem ciągu przyczynowo-skutkowego, który w tamtych czasach determinował jej i Dracona poczynania: Voldemort = wężowy fetysz = megaloman z wężowym fetyszem o znamionach obsesji = czas podsumować straty, zacisnąć zęby, zmienić strony i jak najszybciej dołączyć do drużyny Pottera. Czy Vince i Greg byliby…
— Skończyłem. — Blaise przerwał tok jego rozważań. Roztrząsanie zagadnienia sera pleśniowego mogłoby naruszyć nietykalną granicę dyskusji zatytułowanej „A co ty robiłeś podczas wojny, Blaise?". Czego należało uniknąć za wszelką cenę. — Przestań opijać się winem i powiedz mi wreszcie konkretnie, co ten cały jadowity łańcuszek ma wspólnego z tym, że Pansy tak wsiadła na ciebie i Pottera. Wlewasz w siebie tyle alkoholu, że będę musiał cię stąd wylewitować.
— Po pierwsze, wszyscy myśleli, że to ja.
— Oczywiście — wymamrotał Blaise.
— Co jest naturalnie wierutną bzdurą, Blaise.
— Jak najbardziej — zgodził się Zabini. — Niewątpliwie jesteś zdolny do wykombinowania czegoś tak podstępnego i złego, ale jeśli chodzi o Pottera, gdybyś miał go już obrażać, to z pewnością twarzą w twarz. Nie musiałbyś się uciekać do żadnych anonimowych chwytów. Bo jaki byłby tego efekt? Anonimowe przewalanki nie zakończą się przecież tym, że rzucicie się na siebie z pięściami. — Przesycony samozadowoleniem ton w głosie Blaise'a sygnalizował, że za chwilę jego usta opuści coś na kształt przepowiedni wstrząsającej posadami ziemi. Ale nie Draconem. — Co mogło wkurzyć Pansy do tego stopnia, że tylko aportowanie się do Paryża potrafiło powstrzymać ją przed rozwaleniem ci łba?
— Ty mi to powiedz — prychnął Draco. — Siedzimy więc na tej naradzie. Weasley oskarża mnie bez ogródek o autorstwo oryginalnego łańcuszka. Ja mu na to, żeby się odpieprzył. Dostaję reprymendę od Shacklebolta. Mówię, że w czasie, gdy pojawił się pierwszy łańcuszek, byłem w Rumunii i jadłem testralskie gówno. Każdy z wyjątkiem Weasleya jasno widzi, że to nie ja. Trzęsę się ze złości jak nie wiem co, Pansy próbuje mnie uspokoić, karmiąc mnie czekoladą…
— To przecież tylko twoje zwykłe, stare niesnaski z Weasleyem. Nadal umyka mojej uwadze, dlaczego jesteś tak wkurzony, że wlewasz w siebie Bordeaux o równowartości trzystu funtów. — Blaise ziewnął, delikatnie dotykając palcem czoła i przywołując na usta mały, niegrzeczny uśmieszek.
— Nigdy więcej nie nazywaj mnie świrem, Blaise. Wiem, że myślisz teraz o seksie na zgodę z tą wariatką, którą poślubiłeś. Uważaj, jej psychoza może być zaraźliwa. Moja ciotka Bella była zupełnie normalna, zanim nie zaczęła pierdolić się z Sam-Wiesz-Kim.
Blaise nie zaszczycił Dracona odpowiedzią na temat nieuzasadnionego występowania przemocy domowej. Obaj doskonale wiedzieli, że rozważania, kto był bardziej szalony: ciocia Bella czy Voldemort, nie miały najmniejszego sensu. Podobnie jak nie miało go wytykanie Draconowi, że Bellatriks nigdy nie była normalna. Dorośli już w dzieciństwie potrząsali nad nią głową, mrucząc pod nosem „złe nasienie". A gdy już mowa o odchyłach, to Lucjusz Malfoy był odrobinę szalony, ale z pewnością nie głupi.
— Dobra, Pansy karmi cię czekoladą, wszyscy ignorują Wiewióra tak, jak powinni. A teraz ryzykując, że się powtórzę: nadal nie dostrzegam w tym żadnego przekonującego usprawiedliwienia dla twego humoru.
— Blaise! — wykrzyknął Draco, no bo ileż można. — Jeśli ktoś naprawdę nienawidzi Pottera, to właśnie ja. Ci wszyscy nieudaczni, spóźnieni naśladowcy i ich bzdurne wymysły! Co oni sobie wyobrażają? Potter jest mój. Ja i tylko ja mam prawo obrażać go w sposób, na jaki zasługuje. Te całe łańcuszki nienawiści. — Draco pogardliwie machnął ręką. — Słuchaj, jak oni śmieli? Jeśli tylko dojdę, kto był autorem pierwszego wpisu, wyczaruję mu drugą dziurę w dupie. Po pierwsze, te bzdety o wzroku. Totalny banał. Wyzywałem Pottera w ten sposób, gdy byliśmy w pierwszej klasie. A ta sprawa z Łasicą? Chyba nikt nie oczekiwał, że ten związek przetrwa wieczność. Nie pracowałeś z tą dwójką podczas wojny. A trójkącik z Granger i Wiewiórem? Którego w zasadzie wolałbym nie wspominać ze względu na niebezpieczeństwo skojarzenia z piegami. To prawdziwe wyzwanie dla wyobraźni, autor tego wpisu był niezłym świntuchem. Mniej więcej poziom czwartej klasy. Pluję na tych podrzędnych wrogów Pottera.
W ostatnie zdanie Draco włożył nieco więcej bezpośredniego zaangażowania, niż zwykł to robić zazwyczaj (zwłaszcza w kontekście swego upodobania do dygresji), przechodząc z impetem do sedna rzeczy. Na nieszczęście uczynił to chyba ze zbyt wielkim rozmachem, ponieważ Blaise błyskawicznie zmienił tryb z wyznawcy zenu w naznaczoną długotrwałą udręką irytację o tytule „Jestem zaprzyjaźniony z wariatem", co napełniło Dracona niemałym strachem. Nie znosił tego, gdyż kończyło się zawsze Blaise'em rzucającym pod jego adresem kąśliwe uwagi. Na twarzy Zabiniego malowała się identyczna frustracja, jaką Draco widział już dziś u Pansy. Kładąc sobie obronnie dłoń na jądrach, które przestały go nareszcie swędzieć (albo stały się już zupełnie niewrażliwe od wina, trudno ocenić), stwierdził, że brak mu już sił na potencjalne kłótnie. Był zmęczony po tych wszystkich dalekowschodnich ukłonach. I w dodatku naprawdę pijany.
— Powiedziałeś Pansy dokładnie to samo. — Draco spodziewał się, że Blaise podkręci intonację w górę, sygnalizując pytanie, najwyraźniej jednak znał już na nie odpowiedź. — Pansy miała rację. Tym razem naprawdę nieźle ci odbiło. Dobrze, postaram ci się to wyjaśnić jeszcze ten jeden raz. Mam nadzieję, że wreszcie zrozumiesz, bo powoli zaczyna się to robić autentycznie nienormalne. Nie uważasz, że zawsze miałeś niezdrową fiksację na punkcie Pottera? I to do tego stopnia, że zaryzykowałbyś swą pozycję w ministerstwie, atakując kogoś tylko dlatego, że naraża twój status oficjalnego wroga numer jeden Harry'ego Pottera. Za dziesięć lat przypomnę ci o tej rozmowie, Draco, a ty ostatecznie docenisz, jak bardzo byliśmy z Pansy powściągliwi przez cały miniony czas. Czy możemy raz na zawsze zakończyć tę farsę? Zaraz po tym, jak Potter zabił Voldemorta, natychmiast wróciliście do przerwanej wojną zabawy, zmieniliście szaty szkolne na ministerialne i podjęliście na nowo wasze hogwarckie przepychanki. Wątpię, żeby Potter zajarzył, o co w tej kwestii chodzi, ale prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że przynajmniej tobie uda się rozpoznać, co jest motorem całej tej waszej dynamiki.
— Przede wszystkim, strzeliłeś w dziesiątkę. Powinienem być uznany za oficjalnego wroga Pottera numer jeden. A ci wszyscy niezdarni naśladowcy a la Malfoy niech się odpierniczą.
To, co Draco uznał w jego wypowiedzi za najważniejsze, najwyraźniej zaskoczyło Zabiniego tak, że aż zgubił wątek. Gdyby Draco nie wiedział lepiej, oskarżyłby Blaise'a i Pansy o ustalenie identycznego przebiegu stawianych mu zarzutów. Z tą różnicą, że Blaise nie planował aportować się do Paryża po zakończeniu własnej tyrady, ale wrócić do domu i zerżnąć swą psychotyczną żonę. Każdemu to, co mu się należy.
— Zamierzam powiedzieć ci to, czego Pansy i ja nie odważyliśmy się powiedzieć ci do tej pory. Nie odbierz tylko tego jako szczerego pragnienia, by cię uszczęśliwić, Draco. Po pierwsze, wcale na to nie zasługujesz, ty wnerwiający palancie, a po drugie, wszyscy jesteśmy Ślizgonami: Pansy i ja nie obrażalibyśmy cię, udając, że chodzi jedynie o ostatnią, rozpaczliwą próbę zakończenia tej nudnej jak sama cholera, żałosnej sprawy między tobą a Potterem. Mamy po uszy tej waszej chorej imitacji pieprzenia się ze sobą, którą pielęgnujecie od ostatnich pięciu lat. Jeśli chcesz go rozłożyć na łopatki, zacznij kłaść mu rękę na tyłku, zamiast, zwiniętą w pięść, wpychać mu ją do gardła. Czy mógłbyś więc wreszcie przespać się z Harrym Potterem naprawdę i raz na zawsze wybawić nas od tej męczarni?
W restauracji zapadła nagła cisza.

Koniec rozdziału drugiego