Rozdział trzeci
— Blaise, czy mogę powiedzieć ci jeszcze jedną rzecz, zanim cię zabiję?
— Ależ oczywiście, Draco. Eliksir przeciwkacowy stoi na stoliku nocnym. Mam zdjąć ci buty?
— Jeśli byłbyś tak miły, dzięki.
Draco leżał rozwalony na łóżku, gapiąc się na wywijający koziołki sufit i zmagając z dzikimi akrobacjami żołądka. Gdzieś w bardzo, ale to bardzo dalekich zakamarkach jego mózgu, prawdopodobnie w tym jednym procencie, do którego nie dotarła marynata alkoholu, narodziło się rozpoznanie dwóch krytycznych faktów: po pierwsze, od kompletnego urwania filmu dzieliła go najwyżej minuta, a po drugie, jeśli rzeczywiście zamierzał zamordować Blaise'a, to najwyższy czas się za to zabrać.
— Uwierz mi, jestem daleki od podawania w wątpliwość twojego fenomenalnego talentu do zaklęć seksualnych. Sam Merlin wie, że nie raz i nie dwa korzystałem z błogosławieństw twych różdżkowych wyczynów. Ale kiedy zwracam się do ciebie z następującymi słowami: „Ja biorę na siebie jedną połowę restauracji, a ty drugą", to chyba nie muszę dodawać, że jeśli nie wymażemy do czysta pamięci każdej znajdującej się tam osobie, to będę musiał z miejsca popełnić harakiri twoim nożem do sera. Nie wydaje mi się, żebym miał zbyt wygórowane oczekiwania, zakładając, że bezzwłocznie zaczniesz rzucać na prawo i lewo odpowiednim zaklęciem. Wyobraź więc sobie mój szok, kiedy stwierdziłem, że podczas gdy jedna połowa restauracji, ta moja, prezentuje odprężone twarze i nieskupiony wzrok ludzi potraktowanych wyjątkowo brutalnym Obliviate, ta druga połowa, twoja, promieniuje albo zachwytem, (faceci) albo zgrozą (kobiety). Mógłbym spontanicznie wymienić co najmniej pięć różnych czarów, które wystarczyłyby do modyfikacji pamięci… — tu Draco poczuł wielką satysfakcję, bo udało mu się zachować rzeczowy ton aż do tej chwili — ALE ZAKLĘCIE POWIĘKSZAJĄCE Z PEWNOŚCIĄ DO NICH NIE NALEŻY!
I w tym momencie urwał mu się film.
XXX
W okolicach wpół do dziewiątej, zataczając się nieznacznie, przekroczył próg ich służbowego pokoju, ze zdziwieniem konstatując, że po przeciwnej stronie biurka już pracowano. Najwyraźniej ostra czerwień była tym kolorem jesieni, ponieważ paznokcie i usta Pansy lśniły najintensywniejszym odcieniem cynobru. Co z kolei sprawiło, że oczy Dracona zareagowały niewyobrażalnym bólem, mimo podwójnej porcji eliksiru od kaca i maski z ogórków, zafundowanej mu przez skrzatkę domową. Jak mugole potrafili obywać się bez skrzatów domowych? Jeśli szare komórki Dracona byłyby zdolne do pracy, zamiast przypominać przesiąkniętą czerwonym winem, gąbczastą substancję, zajmującą miejsce, w którym zwykł znajdować się mózg, kwestia ta zaczęłaby nieprzyjemnie nurtować jego myśli. Uniósł dłoń do oczu. Co. Za. Czerwień. Auć. Auć do kwadratu.
— Przestań dramatyzować. Postawiłam ci na biurku duży sok pomarańczowy. Pomyślałam, że dziś rano espresso mogłoby ci zaszkodzić. Byłam na śniadaniu z Blaise'em, opowiedział mi całą wczorajszą historię. Masz. — Podała mu parę okularów przeciwsłonecznych, transmutowanych z pióra.
Draco spojrzał na nią wilkiem i zawahał się.
— Pansy, to model od Armaniego z zeszłorocznej kolekcji.
— Lepiej uważaj, Draco. Nadal jestem na ciebie wkurzona, ale postanowiłam wykazać pewną pobłażliwość w obliczu tego, że Blaise obnażył cię publicznie przed całą restauracją. — Draco założył okulary, uniósł trzęsącą się rękę i powiódł nią po wnętrzu pokoju. — Na Merlina, ależ ty z tego dramat robisz. Zachowujesz się jak cholerny duch przyszłych świąt u Dickensa*.
— A więc się ze mną zgadzasz. — Draco opadł na krzesło i pociągnął maleńki, ostrożny łyczek soku pomarańczowego. Ach. Świeżo wyciśnięty. Omal wybaczył Pansy jej faux pas z okularami. — Zabijemy Blaise'a. Nie musimy tego robić w jakiś szczególnie bolesny sposób. Och, nie będę zaprzeczał, że minionej nocy rozważyłem kilka różnych scenariuszy, z których mój ojciec mógłby być dumny, ale teraz, w świetle dnia, przemyślałem to na nowo. Byliśmy przyjaciółmi przez te wszystkie lata, trzeba wziąć to pod uwagę jako okoliczność łagodzącą. Musi tylko być martwy. Najlepiej jeszcze dziś. A jeśli ta szalona suka, jego żona, oberwie przy okazji rykoszetem, to mała strata.
— Nonsens, Draco. Z drugiej strony, zabicie jego żony jest całkiem kuszącą propozycją. I zgoda, on za często myśli kutasem. Ale ty wcale nie jesteś inny — wytknęła mu.
— Pansy, sama myślisz cipą, ale przynajmniej miałaś tyle taktu, że oskarżając mnie o chęć przelecenia Pottera, zrobiłaś to w dyskretnych czterech ścianach naszego biura. Choć nie powiem, żebym wczoraj zrozumiał, o czym, do diabła, cały czas wrzeszczałaś. Przy okazji, to zaklęcie swędzących jaj nie należało do przyjemności. Zołza. Ale wracając do Blaise'a: w dokładnie dwie sekundy po prostu zmienił się z wyluzowanego jak sama cholera, pieprzonego mistrza zen w wydzierającego się ile sił w płucach maniaka.
— Potrafisz tak działać na ludzi, Draco. Powiedz mi, czemu rzuciliśmy palenie? Papieros w ręce naprawdę ułatwiłby mi szpanowanie paznokciami. — Zatrzepotała dłońmi w powietrzu.
— Z jednego powodu. Zmarszczki. Wątpię, żebyś zachowała zimny spokój, gdybyś nagle stwierdziła, że twoja cipka nabrała rozmiarów kubła na śmieci. Z pewnością żadnej z kobiet, które widziałem wczoraj wieczorem w restauracji, nie przypadło to do gustu. Gdy on wymawiał przeciwzaklęcie, ja rzucałem Obliviate na drugą połowę sali. I to po tym, jak wymazałem pamięć ludziom siedzącym w mojej połowie. Moja magia jest wyczerpana. Musiałem dziś rano ogolić się brzytwą i strasznie się pozacinałem. Wyglądam, jakbym próbował popełnić samobójstwo. — Draco wskazał małym palcem na zmasakrowany podbródek, przecięty szlaczkiem nieładnych zadrapań i nacięć, pozwalając sobie na małe, nadąsane wydęcie ust. Pansy z pewnością się zlitu...
— Och, biedactwo — wymruczała Pansy, uzdrawiając mu twarz, tak, jak na to liczył. — Proszę, oszczędź mi bzdur o wyczerpaniu twojej magii dlatego, że potraktowałeś pół Londynu zaklęciem czyszczącym pamięć. Twoja magia wyczerpała się, bo wypiłeś dwie butelki wina. Sam. Niczym nie zagryzając.
Wszystko to było prawdą, o czym Draco doskonale wiedział, nie zmniejszyło to jednak pragnienia zabicia Blaise'a.
— No to kiedy go zamordujemy?
— Hmmm? — zapytała Pansy z roztargnieniem, transmutując część blatu biurka Dracona w lustro, przywołując zaklęciem kosmetyczkę o rozmiarach małego nosorożca i zaczynając dłubać sobie w twarzy.
— Blaise. Morderstwo. Dziś. — Co w tym było tak trudne do zrozumienia? Pansy nie bywała zazwyczaj równie niepojętna. Może nałożyła za dużo makijażu? Albo przesadziła z jakimś chłamem typu opalenizna w tubce i pozatykała sobie wszystkie pory? Do jej mózgu z pewnością nie docierała odpowiednia ilość tlenu.
— Mam szminkę na zębach? — wyszczerzyła się w stronę lustro-biurka. — Nie. Doskonale. Nie zabijemy Blaise'a. Po pierwsze, oboje mamy spory interes w tym, żeby zachować jego cudownego fiuta w stanie chętnym i zdolnym do użytku. Możliwe, że na chwilę wyleciało ci z pamięci, jaki Blaise jest w łóżku, ale ja o tym nie zapomniałam. Gdy tylko pójdziesz po rozum do głowy, że się tak swobodnie wyrażę, zrozumiesz własną głupotę. Po drugie, nie powiedział ci wczoraj niczego, czego ja bym ci już nie mówiła pięć godzin wcześniej. Nie żałuje, że to zrobił, ale jest mocno zakłopotany tym, że wyjawił prawdę o tobie i Potterze publicznie. I czuje się trochę winny za to zamieszanie z zaklęciem powiększającym. Właśnie teraz, gdy rozmawiamy, jest w twoim mieszkaniu i na znak skruchy obsypuje je różami.
Draco uwielbiał róże. O czym Blaise doskonale wiedział. Pieprzony Ślizgon.
— Oboje jesteście zwariowani jak marcowe zające — powiedział z pewnym triumfem, ponieważ tymi właśnie słowami to oni przeważnie zwracali się do niego. — Pieprzenie Pottera jest ostatnią rzeczą na świecie, której bym pragnął.
— Dobra, nie ma sprawy. Nie chcesz go pieprzyć? No to bądź na dole. To i tak bardziej odpowiada twoim upodobaniom. Potter wygląda mi na jednego z tych uległych aktywów, podczas gdy ty jesteś najbardziej władczym pasywem w całej Brytanii, a może nawet i Europie. Jak myślisz, czy przesadziłam z czarną kredką?
Draco zerknął na nią sponad brzegu okularów.
— Nie, wyglądasz jak idealna lafirynda.
— Wspaniale. A teraz wychodzę. Już prawie dziewiąta, zaraz zjawi się nowy łańcuszek. Wiedziałeś, że cała ta afera podwyższyła punktualność pracowników o prawie pięćdziesiąt procent? Co ranek tłoczymy się w atrium, czekając na codzienną porcję wpisów. To jak obserwowanie kolizji w powietrzu na meczu quidditcha. Nie sposób odwrócić wzroku. Zakrywasz twarz ręką, ale zezujesz między rozwartymi palcami, żeby nie przegapić ani jednej kropli krwi. — Jednym ruchem nadgarstka usunęła baterię kosmetyków i przywróciła biurku Dracona zwykły, drewniany wygląd. — Bądź grzecznym chłopczykiem i wypij sok do końca. Koło dziesiątej przyniosę francuskiego rogalika, do tej pory żołądek powinien ci się uspokoić.
I musnąwszy czule palcem jego czoło, opuściła pokój.
Koniec rozdziału trzeciego
* Pansy nawiązuje do ducha przyszłych świąt Bożego Narodzenia z Opowieści wigilijnej Karola Dickensa. Jako jedyny z trzech duchów odwiedzających bohatera powieści w wigilijną noc, ten nie wymówił ani słowa, tylko, podobnie jak Draco w tej scence, ruchem ręki wskazywał na to, co chciał przekazać bohaterowi.
