Rozdział piąty

Cóż, wszystko skończyło się zgodnie z przewidywaniami i w każdym innym przypadku Draco na pewno czerpałby z tego faktu pełną satysfakcję. Owszem, miał złamany nos, ale odwdzięczył się za niego z nawiązką: Potter wyszedł z „Wężowego Języka" ze złamanym nosem oraz podbitym okiem. Roztrząsanie, kto tym razem wygrał potyczkę, było więc zbędne. Nawet Draco musiał przyznać, że ostatnie większe zamieszanie tego typu, czyli pojedynek na balu bożonarodzeniowym, zakończyło się nader rozczarowującym remisem. Czy to właśnie dzięki wygrywanym bójkom odczuwał zazwyczaj zadowolenie? Jeśli tak, to czy promieniował teraz radością? Tryskał triumfem? Nie, nic z tych rzeczy.
W nastroju tak fatalnym, że aż nadwyrężającym silnie jego magię, popełnił błąd podczas aportacji, w wyniku czego zamiast trafić na korytarz własnego mieszkania, wylądował na ulicy przed budynkiem. Niestety, właśnie w tym momencie niebiosa postanowiły się nagle rozstąpić i wylać prosto na jego dom deszcz o równowartości dziesięciomiesięcznych opadów. Stojąc po kostki w wypełnionej deszczówką kałuży, zrujnował ostatnią parę mokasynów nieposiadających jeszcze poobijanych czubków, które teraz, kompletnie przemoczone, przy każdym stawianym kroku wydawały z siebie piszczące odgłosy. Z tego powodu przez kilka kolejnych dni zmuszony był nosić obuwie niespełniające jego standardów, ponieważ naprawdę nie można skutecznie drażnić mugolskich sprzedawców, jeśli wchodzi się do sklepu ze złamanym nosem i skrzypiącymi butami.
W przedpokoju stały walizki Blaise'a.
Draco zsunął buty, rzucił zaklęcie suszące na swe porwane i zakrwawione części garderoby, sekundę później pytając samego siebie, po co? Nie miał przecież w stosunku do tych ubrań (łącznie z mokasynami) żadnych innych planów niż ich zniszczenie. I dlaczego, do kurwy nędzy, czuł się tak cholernie bliski łez?
Powlókł się do salonu. Pansy nie kłamała. Pokój tonął w ulubionych różach Dracona: białych, wykreowanych magicznie hybrydach o nazwie „Radość Narcyzy", które ułożone zostały w porozstawianych wokół wazonach. Przed wojną zapełniały one ogrody ich dworu. Bielusieńkie, delikatne kwiaty z różowawym, subtelnie zaakcentowanym środkiem, o płatkach wyglądających tak krucho, jakby mocniejszy oddech mógł im zrobić krzywdę. Tymczasem, gdy potarło się płatki między palcami, te wydzielały zapach zmysłowy do tego stopnia, że palce u nóg Dracona kurczyły się w zachwycie.
Na dźwięk jego kroków Blaise uniósł głowę znad czytanej właśnie książki. Draco rzucił okiem na jej grzbiet, w nadziei, że chodzi o mugolską powieść szpiegowską (czyli coś, co sam czytał w wolnym czasie) i stłumił jęk czystej frustracji. Najnowsze dzieło Le Carre'a*? Ależ skąd. „Książę" Machiavellego. W chwilach takich jak ta Draco zawsze dochodził do wniosku, że intelektualne pozy Blaise'a nie do końca były jedynie pozami. Przyznawał to z najwyższą niechęcią, ponieważ sam nie był aż takim intelektualistą, jakiego udawał, a już z pewnością nie aż takim jak Blaise. Pojawiasz się przed kimś zupełnie niespodziewanie i przyłapujesz go na czytaniu Machiavellego w oryginale — nawet Draco musiał uznać, że nie miało to nic wspólnego z pozerstwem.
Przygotował się na kazanie, jak mógł znów wdać się w bójkę z Potterem, co do diabła sobie myślał i całe temu podobne bla bla bla.
I wtedy uświadomił sobie powód, dla którego byli z Blaise'em przyjaciółmi: kazanie nie nastąpiło, podobnie jak nie usłyszał ani słowa o tym, jak jego chore, podświadome pożądanie skierowane ku Potterowi kolejny raz manifestuje się w formie fizycznej przemocy. Blaise obrzucił go krótkim spojrzeniem, błyskawicznie konkludując, że Draco balansował na granicy nastroju „Uwaga, materiał wybuchowy", po czym odłożył książkę, mówiąc jedynie:
— Oj, to musi boleć. Chodź, daj mi to obejrzeć i zrobić z tym, co trzeba.
Podchodząc do sofy, Draco zauważył kubełek z lodem i tkwiące w nim dwie butelki ulubionego szampana Blaise'a. Standardowe uhonorowanie końca kolejnego małżeństwa.
Blaise uzdrowił mu nos (sześć miesięcy ze świrniętą, miotającą lampami sekutnicą nie było kompletną stratą czasu), zaklęciem zdjął z niego ubranie i przemoczone buty, przywołał jego ulubioną szatę i owinął go w nią. Następnie rozpalił ogień w kominku, zaciągnął zasłony, odcinając ich od paskudnej pogody za oknem i ułożył się jak długi na sofie, przyciągając i kładąc na sobie Dracona i biorąc go w objęcia. W przeciwieństwie do Blaise'a, Draco był kompletną nogą w przytulaniu. Po kilku minutach szczypanie w oczach i pulsowanie w nosie ustąpiło.
— Wywaliła cię, czy sam odszedłeś?
— Odszedłem — odpowiedział Blaise. Głowa Dracona znalazła sobie przytulne gniazdko w zagłębieniu szyi przyjaciela, a jego ciepły oddech łagodnie muskał mu policzek.
— O jeden raz lampą w łeb za dużo?
— Obraziła twoją matkę.
Draco zignorował ostatnie zdanie, ponieważ przebiegało zbyt blisko granicy tematu, na który nie rozmawiali. W dodatku fakt, że Blaise raz na zawsze opuścił tę polską sukę, wprawił Dracona w radosną euforię, choć był zbyt zmęczony, by móc dać wyraz swemu zachwytowi.
— Każę Cranky** przygotować ci sypialnię.
Jego matka wykazała się iście podstępnym poczuciem humoru, ofiarowując mu skrzatkę domową o imieniu Cranky. Między kolejnymi małżeństwami Blaise zwykł pomieszkiwać to u Pansy, to u Dracona, a Cranky, sama w sobie zadowolna ze swego skrzaciego losu, skręcała się za każdym razem w paroksyźmie radości, gdy na horyzoncie pojawiał się Zabini i szybowała wręcz ze szczęścia w powietrzu, uśmiechnięta od ucha do ucha, jakby ktoś podarował jej ubrania. Przypuszczalnie wywijała teraz w kuchni koziołki z uciechy.
Gdyby Draco nie wiedział lepiej, pomyślałby, że Cranky na poważnie zadurzyła się w Blaisie, choć być może miało to jakiś związek z jej niewolniczym oddaniem jego matce. Miał taką nadzieję. Ponieważ połączenie Blaise'a i seksu ze skrzatem naprawdę było czymś, czego wolałby sobie nie wyobrażać. Owszem, preferencje Dracona wykazywały ogólną tendencję do perwersji, ale seks z tymi stworzeniami był zdecydowanie chory. Draco nigdy, przenigdy nie zniżyłby się do takiego poziomu. Już prędzej zdecydowałby się na seks z Weasleyem. Najlepszy dowód na to, jak bardzo to było obrzydliwe.
Do tej pory dumnie obnosił się z postawą bycia otwartym na wszystko, co miało związek z seksem, gotowy do wypróbowania każdej rzeczy choćby raz. O, wystarczy sobie tylko przypomnieć sprawę z niebieskim żarciem — no dobrze, nie było w niej nic seksualnego, zgoda, ale z pewnością dowodziła otwartości jego umysłu. Albo przynajmniej gotowości do otwarcia ust. A otwarte usta mocno nawiązywały do seksu, tak więc wszystko pasuje. Pewnej nocy, gdy Blaise i Draco właśnie kończyli pełną werwy rundkę pod hasłem „Czy wolno mi perwersyjnie…?", leżąc sobie w ramionach i pławiąc się w cudownym, najmilszym z najmilszych zmęczeniu, Draconowi, oddalonemu o pięć sekund od zapadnięcia w poorgazmową drzemkę (najlepszy rodzaj snu, któremu Blaise zdążył się już poddać), przyszła nagle do głowy okropna myśl.
Gdzie, do diabła, podziewała się Cranky?
Odczytywanie z twarzy Blaise'a każdego jego życzenia i radosne realizowanie go przez Cranky, noszące cechy nienormalności nawet w porównaniu ze zwykłą skrzacią gorliwością, sięgnęło tamtego wieczoru swych wyżyn. Czy Cranky poważyłaby się? NIIIEEEEE! Co, oczywiście, utwierdziło Dracona w przekonaniu, że byli obserwowani przez cały czas, począwszy od pierwszego „Czy wolno mi perwersyjnie possać ci palce u stóp?", a kończąc na finałowym „Ja pierdolę, czy wolno mi perwersyjnie odkorkować ci tyłek?". Co z kolei sprawiło, że zaczął już na serio zastanawiać się, czy nie zwlec się natychmiast z łóżka i nie rzucić Cranky skarpetki, gdy nagle chwila głębszej refleksji sprowadziła go z powrotem na ziemię. Jego matka, wykazując iście łasiczy (tu wypadałoby przeprosić za dobór słowa) spryt, wyciągnęłaby z niego, dlaczego ofiarował Cranky element garderoby, co z kolei oznaczałoby konieczność dokładnego opisania sekszabawy z Blaise'em. Własnej matce! Czego absolutnie by nie zrobił, nawet pod działaniem Cruciatusa. Wszystko zakończyło się przeniesieniem igraszek do mieszkania Blaise'a, ponieważ przerażała go sama myśl o obserwujących ich oczach… i, BLEEE, być może nawet skrzaciej masturbacji!
Brakowało słów na wyrażenie okropieństwa oraz totalnej, kompletnej i nieodwołalnej obrzydliwości takiego scenariusza.
Na szczęście Blaise niedługo potem ożenił się ponownie, co zwykle mocno zawężało ich możliwości, ograniczając je do okazjonalnego obciągania w męskiej toalecie. Z drugiej zaś strony Cranky zdecydowanie nie lubiła Pansy, mogli więc parzyć się jak króliki bez obawy narażenia się na skrzacie szpiegowanie.
— Zostanę tylko na dzisiejszą noc. — Wymruczane przez Blaise'a słowa szczęśliwie przywróciły Dracona do teraźniejszości, odrywając od rozważań na temat zjawiska „Dzień dobry, mam na imię Cranky, jestem skrzatką domową, podglądaczką i czuję się z tego powodu dumna". — Wybieram się w podróż. Potrzebna mi zmiana wystroju, że się tak wyrażę.
Draco wahał się przez chwilę, ponieważ poczuł z tyłu szyi podejrzane napięcie. Co nigdy nie zwiastowało niczego dobrego.
— Zamierzasz niebawem wrócić?
— Mhm-mhm.
Draco nie znosił, gdy Zabini udzielał nieokreślonych odpowiedzi. Było to zazwyczaj ostrzeżeniem, że za chwilę pojawi się Blaise w wydaniu zen. Ostatnim razem, gdy Zabini zaczął zalewać go potokiem zasranej filozofii o tym, że niby życie to jedna wielka podróż, Draco nie zdzierżył i wyczarował mu mapę Brazylii na czole. A potem niefortunnie przypomniał sobie powód, dla którego Blaise opuścił wreszcie swoją ciężko psychiczną żonę. Koniec z tematami tabu. Przygotuj się, Draco. Przypnij pasy. W końcu jesteście Ślizgonami, na Boga.
— Czy wybierasz się do kraju, który zaczyna się na literę „W", do osoby, której imię zaczyna się na literę „N"?
— Uhmm. Mam świstoklik na jutro rano.
Jasne. Nawet skończony tuman domyśliłby się teraz, że za dwadzieścia cztery godziny Blaise będzie robił to z jego matką. Z jego matką! Draco musiał to z siebie wyrzucić, bo doprawdy, ileż można? Dość tego. Należało to wypowiedzieć, a Draco miał nadzieję, że Blaise potraktuje go serio, ponieważ w całym swoim życiu nie był tak poważny jak w tej chwili.
— Blaise?
— Tak, Draco?
— Jeśli się z nią ożenisz, to cię zabiję. Nie żartuję. — Nareszcie, balast został zrzucony.
Blaise łagodnie dotknął jego czoła i zaczął je gładzić.
— Nigdy nie obraziłbym twojej matki w ten sposób, Draco. Nigdy. — Powiedział to z takim przekonaniem, że napięcie ściskające kark Dracona ustąpiło, a on sam z wielkim westchnieniem ulgi poddał się pieszczocie dłoni Blaise'a.
— Czy Pansy wie, że wyjeżdżasz do kraju zaczynającego się na literę „W", do osoby, której imię zaczyna się na literę „N"? — Draco nie mógł opanować lekkiego sarkazmu.
— Tak, Draco, wie. Wie już od dłuższego czasu. Jesteś jedynym z naszej trójki, który uparcie trwał przy wyobrażeniu, że ona i ja… Nadszedł czas, Draco.
Draco usiadł, ponieważ to, co usłyszał, nie zwiastowało Blaise'a w wydaniu zen, ale Blaise'a w nieznośnie irytującym wydaniu zen, wygłaszającego przepowiednie, jakby był jakąś cholerną wyrocznią i oczekującego, że Draco i Pansy padną przed nim na kolana, wznosząc peany na cześć jego mądrości. Jedynym sposobem na zniesienie Blaise'a w nieznośnie irytującym wydaniu zen, nie dusząc go przy tym, było urżnięcie się jakimś alkoholem. Szczęśliwym zrządzeniem losu, gust Blaise'a w kwestii szampana plasował się na drugim miejscu zaraz po jego własnym. Co znacznie przybliżało Dracona do wybaczenia Zabiniemu jego męczących, przegadanych wypadów do krainy domorosłej filozofii.
Draco wskazał na kubełek z lodem.
— Otworzymy szampana i wzniesiemy pożegnalny toast dla twojej najnowszej byłej żony? Jak powiedzieć po polsku: „Nie marnuj proszku Fiuu na odejście, ty suko"?
— Nie trać proszku Fiuu odchodząc, suko*** — odparł Blaise lekko zamyślonym tonem, po czym z uśmiechem sprostował: — Ale to ja ją opuściłem, więc takie zdanie nie do końca ma sens. Z pewnością ostatnie pół roku było najgorszym okresem w moim życiu. Jego zakończenie zdecydowanie należy jakoś uczcić. To cud, że mnie nie zabiła.
Dopóki Blaise nie robił nieprzyjemnych uwag pod adresem jego złamanego nosa, Draco powstrzymywał się przed ripostą, że jeśli Zabini nie byłby takim pieprzonym tchórzem i walczył na wojnie, obrzucanie lampami byłoby dla niego dziecinną igraszką. Poprzestał więc na kontynuowaniu obgadywania jego byłej żony.
— Cud? Sranie na ścianie. Nie zabiła cię, bo jest tak cholernie próżna, że nigdy nie założyłaby okularów — wypomniał mu Draco, chcąc jasno podkreślić, że miesiącami ostrzegał Blaise'a przed tą kobietą. Na całe szczęście cierpiała na jakąś pochrzanioną odmianę astygmatyzmu, połączoną z irracjonalnym lękiem przed uzdrowicielami. Nosiła więc soczewki kontaktowe, a i to nie przez cały czas i tylko w jednym oku, która to kombinacja znacznie poprawiała szanse Blaise'a. — Dzięki Bogu była charłaczką, inaczej nie przetrwałbyś dwóch tygodni. Szampana?
— Zaczekajmy na Pans. Przysłała mi sowę, gdy tylko zobaczyła w pracy twarz Pottera, wnioskując z jej wyglądu, że znów nie mogliście zapanować nad swoimi łapami. Miała zamiar wymówić się jakimiś „kobiecymi dolegliwościami" i wyjść wcześniej z biura. Dziwne, że jeszcze jej tu nie…
W tym momencie Pansy wyskoczyła z kominka. Draco od razu rozpoznał po jej opuszczonych ramionach, że coś było cholernie nie w porządku. Tym bardziej, że nosiła okulary, które transmutowała dla Dracona tego ranka, zeszłoroczny model od Armaniego. I jeśli to nie było dobitnym dowodem na to, że coś się nie zgadzało…
— Co się stało? — zapytali unisono.
W odpowiedzi zalała się łzami. Pierwszym i ostatnim razem, kiedy obaj widzieli ją płaczącą, był moment zesłania jej ojca do Azkabanu. Była odważniejsza niż oni obaj razem wzięci, tak więc ten nieskrywany wybuch rozpaczy przeraził Dracona na śmierć.
— Ten pierdolony łańcuszek — wyszlochała. — Zaczęli wysyłać rzeczy o moim ojcu… — zdołała wydusić, zanim kolejny spazm nie zamienił jej słów w nieskładny bełkot.
Popchnęli ją w stronę sofy, sadzając między sobą, z ramieniem Blaise'a obejmującym ją w talii i barkiem Dracona służącym za oparcie jej głowie. Wyciągnięcie z niej całej historii potrwało wieki, ponieważ nie mogła przestać płakać, ale udało im się wywnioskować, że ktoś rozpoczął wątek o ojcu Pansy, który, jak twierdziła, był odgrzewaniem opowieści o jego zbrodniach wojennych. A zważywszy na fakt, że był jednym z ludzi Lucjusza, lista zarzutów wymienionych w łańcuszku musiała być naprawdę długa. Pansy z zasadzie spodziewała się ataku w tym stylu od chwili, kiedy odpowiedziała gnojkom, nienawidzącym jej zadartego nosa, żeby pocałowali się w dupę. Ale potem ktoś zaczął pisać o tym, jak bardzo ostra ma być nadchodząca zima i z jaką rozkoszą przywita spadającą z dnia na dzień temperaturę, ciesząc się myślą, jak zimno musi być w celi jej ojca i jak cienkie potrafią być koce w Azkabanie, niebędące niczym innymi niż większymi chusteczkami do nosa. I jak wszystkich uszczęśliwiłoby, gdyby ojciec Pansy zamarzł na śmierć, uwalniając świat od jeszcze jednego śmierciożercy.
— Jeśli kiedykolwiek dowiem się, kto to napisał, zamorduję go. — Pasja w jej głosie sprawiła, że nie wątpił w to ani przez sekundę. — Draco, wiem, że będziemy mieć ostrą zimę. Dwa tygodnie temu wysłałam mu dodatkowe koce. Myślisz, że mu je przekazali? — Wczepiła się w jego rękę tak kurczowo, że omal mu jej nie złamała. — A co, jeśli tego nie zrobili? Jest taki osłabiony. Boże, schudł dobre trzydzieści kilo, odkąd tam trafił. Została mu tylko ta jedna zima, Blaise. Tylko ta jedna, zanim będzie mógł wyjść i wiem, że to będzie dla niego straszne, ale na pewno nie gorsze od siedzenia tam i gówno mnie obchodzi, co inni mówią, jest moim ojcem i wiem, że robił okropne rzeczy, ale go kocham i nie chcę, żeby umarł W TYM PRZEKLĘTYM PIEKLE! MOŻE TAM ZAMARZNĄĆ NA ŚMIERĆ! ZOSTAŁO MU JUŻ TAK NIEWIELE DO ODSIEDZENIA!
Dwie godziny i kilka napadów płaczu później Draco przekonał Pansy, że znajdzie sposób, by zapewnić jej ojcu te dodatkowe koce, nawet gdyby sam musiał zrobić je na drutach. Czasy, gdy mógł zdać się na swoje układy, właściwie już dawno minęły, ale powinien znaleźć się ktoś, kogo słowo ma jakąś wagę. Shacklebolt należał do porządnych ludzi, na pewno będzie mógł coś zdziałać.
— Tak myślisz, Draco? Naprawdę?
— Naprawdę, Pansy, on będzie w stanie coś zrobić, obiecuję — skłamał i pocałował ją w głowę. Odwróciła się od Blaise'a i ukryła twarz w ramieniu Dracona, by zapłakać ostatni raz. Blaise wyglądał, jakby go to dotknęło. Jak on śmiał? Draco spojrzał na Zabiniego i poruszył ustami w niemym „Pierdol się. Ja tu z nią byłem, a ty nie". Bo Blaise nie został z nimi w czasie wojny, nie pomógł im walczyć przeciwko wszystkiemu, czym karmiono ich od dzieciństwa. Bo nie musiał odwiedzać swych rodziców w Azkabanie albo patrzeć, jak Vince i Greg giną w bitwie, albo słuchać sprawozdań szpiegów relacjonujących to, co zamierzał zrobić z nimi Voldemort, gdy tylko wpadną mu w ręce. Nie, zamiast tego zostawił ich tu samych, żeby przecierali sobie szlaki przez gąszcz nieufności i pogardy jako jedyni Ślizgoni, którzy zdezerterowali z szeregów Voldemorta (Blaise się nie liczył, gdyż uciekł tylko dla samego siebie), bez niczyjego wsparcia.
Blaise zrobił ruch, jakby chciał się odwrócić, ale Pansy zatrzymała go, kładąc mu na przedramieniu dłoń o paznokciach nadal lśniących cynobrem, jedynie tu i ówdzie lekko poodpryskiwanym.
— Chodźcie — szepnęła, drugą ręką chwytając nadgarstek Dracona. Pociągnęła ich za sobą do sypialni i zamknęła drzwi. — Chodźcie — powtórzyła, odpinając górny guzik bluzki.
Nie robili tego ze sobą od bardzo, bardzo dawna. Och, jasne, często zabawiali się razem w gorący, tryskający energią trójkąt, ale nie był to ten rodzaj seksu na pocieszenie. Kiedy zdarzyło im się mieć taki ostatnio? Gdy ojciec Dracona poszedł do więzienia? Byli wówczas jeszcze dość niewinni, choć pełni seksualnej brawury, jakby zdążyli już poznać wszystko na tym polu. Draco musiał uśmiechnąć się na to wspomnienie, mimo że bardzo doświadczona ręka zaczęła właśnie pieścić jego erekcję. Wtedy ta ręka nie była aż tak pewna tego, co robi.
Draco zrozumiał później, że było to pożegnaniem ich trójkąta takim, jakim go znali. Że Blaise odchodził, by wrócić do Włoch, a matka Dracona przyczyni się do ich nieodwołalnego rozłamu. Draco nie mógł pozostać kochankiem mężczyzny, który pieprzył jego matkę, tak jak Pansy nie mogła pozostać kochanką kogoś, kto kochał inną osobę bardziej niż ją samą. I chociaż Pansy mogłaby, bez wątpienia, zabijać dla Dracona, a on mógłby, nie wahając się ani chwili, zabijać dla Pansy, to nie był to ten rodzaj miłości, z której utkane są więzi małżeńskie. Pieprzyli się, ciągle na coś czekając — co to jednak było, nie wiedzieli.
Przybrali swoją starą pozycję, wypróbowaną w seksie na pocieszenie: Blaise powoli pieprzył Pansy, narzucając rytm, w którym Draco pieprzył jego. W pewnej chwili Pansy wyrzuciła rękę w powietrze tak, by Draco mógł ją złapać, a on pochwycił ją kurczowo, podczas gdy, kołysząc się, wbijali się w siebie wzajemnie, niesieni wspólną falą, budując napięcie jednym łagodnym pchnięciem za drugim. Wreszcie Pansy wygięła się w łuk, ku Blaise'owi, na co Blaise odpowiedział skurczem własnych mięśni, doprowadzając tym Dracona na szczyt, co z kolei pociągnęło tam jego samego. Pansy próbowała nie płakać, gdy przytulała się do Blaise'a, a Draco próbował go nie uderzyć.
Odczekał, aż Pansy zaśnie, po czym szepnął Zabiniemu do ucha:
— Nie wracaj tu.
Nie poczuł się specjalnie zdziwiony, gdy Blaise, ziewając, odszepnął:
— Wcale nie zamierzam.

Koniec rozdziału piątego

* John Le Carre to brytyjski pisarz słynący z powieści szpiegowskich.
** Cranky znaczy po polsku tyle co „dziwaczka". Zdecydowałam się nie tłumaczyć tego imienia z powodów czysto subiektywnych: jego akustyczne brzmienie zbyt pięknie kojarzy mi się z bardzo potocznym niemieckim „Krankie", co oznacza albo pieszczotliwe określenie kogoś chorego lub sugeruje coś w stylu „ty głuptasie". A jakoś mi to pasuje do tej skrzatki.
*** Żywcem wyjęte z angielskiego oryginału. Autorka musiała mieć pomocną polską dłoń w pobliżu. Choć, jak widać wiersz wyżej w tym dialogu, sama sformułowałabym to nieco inaczej.