Rozdział szósty
Draco godzinami wsłuchiwał się w łagodne posapywanie Pansy i głęboki oddech Blaise'a. Przesuwał ręką nad ciałem Zabiniego w niemal-dotyku, trwale zapisując sobie w pamięci długość jego pleców, miękką gęstwinę włosów i jędrny łuk pośladków. Nigdy nie myślał, że może to stracić, a wizja utraty napawała go zarazem smutkiem i przerażeniem. Fakt, że nie zależało mu jakoś szczególnie na kontynuacji ich seksualnego trójkąta, wcale tu niczego nie zmieniał. Zanosiło się na zmianę, a Draco nie znosił zmian.
Podobnie jak u większości rozpieszczonych dzieci, każda jego zachcianka i życzenie było spełniane, zanim jeszcze zdążył otworzyć usta. Życie, mogłoby się zdawać, od zawsze toczyło się gładkim, wolnym od przeszkód torem, przerywanym jedynie na posiłki i naukę: śniadanie o ósmej, lekcje od dziewiątej do kwadrans przed dwunastą, obiad w południe, znów lekcje od pierwszej do wpół do czwartej, herbata zawsze o czwartej. Co wieczór o szóstej ojciec i matka spotykali się na drinka w bibliotece, dla niego szkocka, dla niej martini. Kolację podawano o siódmej, a zanim zasiedli do stołu, zmieniali garderobę na oficjalne szaty. Co wieczór. Przez całe pierwsze jedenaście lat jego życia jedynymi zakłóceniami codziennego planu zajęć były irytujące zmiany pogody. Jesień się spóźniała. Jesień nadchodziła wcześniej. Nie można było rozsadzić cebulek kwiatowych, ponieważ zima się spóźniała. Kiedy nadejdzie wiosna? Róże jeszcze nie zakwitły, co to za porządki? Pogoda była fenomenem, którego jego ojciec najwyraźniej nie miał pod swoją kontrolą i, o ile Draco oceniał właściwie, stanowiła jedyne takie zjawisko.
A potem Draco poszedł do Hogwartu i po raz pierwszy został skonfrontowany z brutalną rzeczywistością, która nadeszła wraz ze zmianą: Potter odrzucił jego rękę. Nikt do tej pory nie odrzucił jego ręki. To był zwiastun wszelkiego zła. Oczywiście, wtedy jeszcze Draco o tym nie wiedział. A potem nastąpiła sama kwintesencja zmiany, gdy powrócił Czarny Pan, niszcząc życie ich wszystkich. Tak, Draco nienawidził zmian. Zmiany w życiu Dracona oznaczały popełnianie straszliwych czynów w imię błędnego założenia, że ocala w ten sposób należące mu się z racji urodzenia przywileje, tylko po to, by na koniec zwrócić się przeciw nim, wyprzeć się ojca, stawić na polu walki czoła przyjaciołom z dzieciństwa i ogólnie spieprzyć w swoim życiu wszystko to, co kiedyś było mu drogie.
Jedyną rzeczą utrzymującą go przy zdrowych zmysłach było przeświadczenie, że o ile ojciec zdecydował się postawić nazwisko i majątek Malfoyów jako stawkę w grze, licząc na zdobycie ochłapów władzy, które ten szaleniec bez nosa byłby łaskawy rzucić mu pod nogi, to jego matka nie pokładała aż takiej wiary w megalomanii Voldemorta. Zachowując spokój, po cichu przelała wszystkie swe pieniądze do Włoch i pewnego dnia wręczyła Draconowi świstoklik do Rzymu zaczarowany tak, by uaktywnił się w momencie, gdy wymówi on słowo „litości".
Draco mógł po części zrozumieć dezercję Blaise'a. Gdy Zabini był małym dzieckiem, jego matka ciągała go ze sobą po całym świecie, a Anglia była tylko kolejnym punktem na mapie, w którym mogła rozejrzeć się za bogatymi mężczyznami. Anglia nie była dla niego ojczyzną, określała tylko miejsce, gdzie chodził do szkoły i znosił (krótkotrwałą) obecność kolejnych ojczymów. Dla Dracona jednak Anglia, czarodziejska Anglia, była domem. Nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo ją kocha, zanim nie przemierzył poranionych bitewnymi polami wzgórz, wdychając, zamiast słodkiego aromatu świeżo skoszonej trawy, mdlący smród martwych ciał.
Oczywiście, że już wcześniej istniały wystarczające dowody świadczące o szaleństwie Voldemorta, ale jego prawdziwego rozmiaru nie sposób było zignorować po tej nocy, gdy Snape zabił Dumbledore'a. Jasne, Voldemort zrobiłby wszystko, żeby zdobyć absolutną władzę (choćby, weźmy pierwszy lepszy przykład, zrzucając na barki szesnastoletniego chłopca zadanie zabicia najpotężniejszego czarodzieja w Wielkiej Brytanii: czy mogło być coś bardziej popieprzonego?). Niewątpliwą śmierć Dracona — no bo co on sobie myślał, że Draco pokona Dumbledore'a w pojedynku? — postrzegał z pewnością jako ewentualność bez większego znaczenia, ale czyż nie byłoby miło, gdyby Draco podjął się kilku prób, z których być może jedna zakończy się powodzeniem, zanim sam zarobiłby czapę? Draco nie został wychowany do bycia kimś bez większego znaczenia, ironia tej sytuacji najwyraźniej umknęła jego własnemu ojcu. Po tym, jak po śmierci Dumbledore'a uciekli razem ze Snape'em, bezzwłocznie porozsyłał sowy do Pansy, Grega, Vince'a i Blaise'a, błagając ich, by razem z nim zmienili strony, przyłączając się do wymieszanej, pstrej bandy Pottera. Potter przynajmniej nie był kimś, kto uległ szałowi i dziwacznemu fetyszowi, nakazującemu wyczarować sobie wąskie szparki zamiast nosa. No dobrze, to, co Potter nosił na głowie, można by nazwać czymś na kształt zwierzęcej grzywy, ale to raczej nie ten sam rodzaj odchyłu.
Pansy była jedyną, która zjawiła się w umówionym miejscu na wietrznych bagnach. Greg i Vince nie potrafili przemóc się na tyle, by zdradzić, a Blaise, najbardziej ślizgoński ze wszystkich Ślizgonów, znajdował się już za sprawą świstoklika we Francji. Skorzystał z niego, zanim jeszcze dotarła do niego sowa od Dracona.
Draco drgnął nagle, wyrwany ze wspomnień, zauważając, że Zabini nie śpi. Blaise zawsze uwielbiał włosy Dracona, a teraz wyciągnął rękę i przeczesał palcami delikatne, jasne kosmyki, być może również po to, by zamknąć je we własnej księdze pamięci.
— Twoje włosy — wyszeptał Blaise, dając mu niemy sygnał, by nie budzić Pansy.
— Dupek — odszepnął Draco, nie mógł jednak oprzeć się potrzebie poddania się dłoni Blaise'a.
— Jeszcze tylko ten ostatni taniec, Draco. — Ręka Zabiniego wyśliznęła się z włosów i zaczęła podążać w dół jego pleców w boleśnie powolnej pieszczocie, zwalniając u szczytu pośladków. Draco mógł się od niego odsunąć, mógł z gniewnym fuknięciem wyjść z sypialni, ale tego nie zrobił. Blaise na pewno sobie na to zasłużył, zasługiwał na odrzucenie już wtedy, gdy opuścił ich w potrzebie, ale… Oprócz Millicenty byli jedynymi Ślizgonami z ich roku, którzy ocaleli. A gdy Draco go nie odepchnął, ręka Blaise'a objęła jego pośladki, zatrzymując się o kilka milimetrów od wejścia. Twardniejące penisy otarły się o siebie, drażniąc wzajemnie pulsującym dotykiem. — Proszę.
Cholera, cholera. Draco odwrócił się na brzuch, mrucząc zaklęcie. Ciepłe kolano rozdzieliło mu uda, doświadczony palec odnalazł jego prostatę, wyzwalając rozkosz, która zmusiła go do wygięcia pleców w łuk. Odsłaniając szyję do pocałunku, usłyszał ciche: „Moi chłopcy. Moi piękni chłopcy", dobiegające z drugiego końca łóżka.
XXX
Świstoklik Blaise'a był zaprogramowany tak, by uaktywnić się o ósmej rano. Usiedli we troje, skupieni wokół jednego z rogów przesadnie długiego stołu w jadalni Dracona, jedynego elementu umeblowania, który udało mu się ocalić z dworu Malfoyów. Blaise siedział u szczytu stołu, mając przed sobą duży kielich z weneckiego szkła, a Draco i Pansy zajęli miejsca po obu jego stronach. W ciszy popijali espresso, patrząc na poruszającą się wolno, odmierzającą upływające minuty wskazówkę zegara.
Gdy od dwunastki oddzielała ją już tylko szerokość włosa, Pansy przechyliła się ponad blatem, łapiąc Blaise'a za ramię i żądając: „Pisz do mnie, ty draniu". A potem pocałowała go, twardo i brutalnie, w sposób będący bardziej ugryzieniem niż pocałunkiem, sądząc po krwi, która zjawiła się na jego dolnej wardze, gdy w końcu się od niego oderwała. Draco pochwycił wolną rękę Blaise'a, całując mu knykcie, jeden po drugim. Gdy skończył, powiedział:
— Przekaż matce serdeczne pozdrowienia. Uwolnisz ją wreszcie od tych nieudacznych asystentów, jak się spodziewam.
— Uhmm — odparł Blaise, dotknął kielicha i zniknął.
XXX
— ... i właśnie to zamierzam zrobić. Rozwiązanie wydaje się być tak proste, że przypuszczam, iż tylko promieniująca z Pottera głupota mogła trwale uszkodzić szare komórki reszty przebywających w jego pobliżu aurorów. Poznacie głupiego po czynach jego, ot co. Czuję pewien rodzaj zszokowanego zdziwienia, że nie zaaplikowali mi Veritaserum, no naprawdę. Muszę przyznać, że nie byłbym tak pewien co do sposobu na złamanie tego cholernego zaklęcia, jeśli nie byłoby ono dokładnie jedną z tych rzeczy, które sam mógłbym wymyślić, o ile oczywiście byłbym kompletnym tchórzem i nie miał jaj, by powiedzieć Potterowi prosto w twarz, co o nim myślę. A dopóki mam jaja, i to jakie, nigdy nie zniżyłbym się do tego anonimowego gówna. — Oczywiście, że Pansy posiadała intymną wiedzę na temat jego jaj, ale trudno jest pozbyć się nałogu szpanowania, gdy się już w niego wpadnie.
Nadal siedzieli przy stole w jadalni. Pansy przesunęła się na miejsce opuszczone przez Blaise'a tak, że mogła trzymać Dracona za rękę.
— Zrobisz to dla mnie? Ugryfonisz się dobrowolnie?
— Naturalnie, kochanie. Nie wyobrażaj sobie tylko, że zrobię to bezinteresownie. Będziesz mi coś dłużna. Muszę postarać się o odpowiednie buty w miejsce zniszczonych mokasynów, a u Armaniego jest ten sprzedawca, który zawsze daje ci zniżkę w cichej nadziei, że wciągniesz go do przymierzalni i zaczniesz wyprawiać obsceniczne rzeczy z jego fiutem… Au, to boli. Ooch, już przyjemniej... Pansy, stój. Chcę dać mu dziś odpocząć. To, że pracujemy w tym samym budynku, jest już wystarczająco trudne. Mam dość, dość, dość codziennego oglądania Pottera, który rozbił już obóz w atrium…
— ... w przeciwieństwie do przesiadywania z nim w pubie i wlewania w siebie piwska?
— Obiad, ty jędzo. To był obiad, a nie wypad na piwo. Teraz muszę oglądać tę bliznowatą, paskudną gębę co najmniej dwa razy na dzień. Nie sposób go uniknąć. Tak więc rozwiążę tysiąc problemów za jednym zamachem. Zakończę ten łańcuszkowy nonsens, przegnam tych podrzędnych, tchórzliwych wrogów Pottera do ich nor, niech sobie w nich gniją, pokażę wszystkim, jak się rozwiązuje takie problemy i wyślę Pottera z powrotem do jego biura, gdzie go ani nie widzę, ani nie słyszę. Ktokolwiek wymyślił tę bzdurę, że dobrze jest kogoś „widzieć, ale nie słyszeć", ten nigdy nie znał Pottera. Nieważne, muszę już iść, żeby nie przegapić dzisiejszego przedstawienia. Wyślij sowę do pracy, że jesteś chora. Jeśli mi się nie uda, nie ma sensu, żebyśmy oboje musieli robić z siebie największych durni po tej stronie Szkocji — ostrzegł Draco.
— Nie bądź śmieszny, Draco. Skoro wybierasz się wygłaszać hymny pochwalne na moją cześć, to chcę ich wysłuchać. — Podniosła leżący na stole nóż i przyjrzała się swemu odbiciu w jego ostrzu. — Jeszcze tylko kontrola szminki.
Zawsze nakładała na usta świeżą warstwę pomadki, nawet wtedy, gdy za chwilę mieli ruszyć na bitwę, utrzymując, że — nieistotne: żywa czy martwa — zawsze chce wyglądać, jakby wydała na siebie milion galeonów. Delikatne, nieproszone ukłucie adrenaliny przebiegło mu wzdłuż pleców.
— Idziemy.
XXX
Draco i Pansy musieli przedzierać się przez tłum czekający na dziewiątą i pojawienie się wraz z jej wybiciem nowego łańcuszka. Pojedyncze wpisy ukazywały się o różnych porach dnia, ale większość nadal przybywała rano, wywrzaskując przenikliwie swe paskudne inwektywy. Draco nie mógł opanować podziwu dla osoby, która skonstruowała zaklęcie łańcuszka. On (lub ona) musiał wykreować jedynie pierwszy wpis, pozwalając, by mniej lub bardziej ukryte wzajemne animozje zaczęły karmić „bestię". On (lub ona) musiał doznawać rozkoszy na myśl o tym, że prawie całe ministerstwo gnieździło się w atrium co ranek: dwieście osób, spalających się z niecierpliwości w oczekiwaniu na to, kto jako kolejny znajdzie się pod pręgierzem. Potter — z nosem nadającym się do ukazania go światu, najwyraźniej Granger go uzdrowiła — stał w grupce pięciu lub sześciu aurorów, nie przestając strzelać jednym bezskutecznym zaklęciem za drugim. Zaciśnięte usta Shacklebolta były jedynie cienką, ponurą kreską.
Co za przeklęci idioci.
Gdy tylko dobrnęli do środka atrium, nad głowami mając łańcuszek, Draco uniósł różdżkę i wyszeptał: „Sonorus".
— Słuchajcie, cholerni durnie. — Jego głos wzniósł się ponad niegłośny gwar pogawędek, sprowadzając natychmiastową ciszę. — Gdybym to ja był ministrem magii — tu wskazał na aurorów — bezzwłocznie wylałbym większość z was. A dla ciebie, Bliznowaty, nie ma żadnego usprawiedliwienia. Potrzebujesz zaklęcia odświeżającego pamięć? Żeby przypomnieć sobie o miłości matki, której siła pokonała moc Niewybaczalnego? Świta ci coś? — Draco pozwolił sobie na pełen satysfakcji uśmieszek, patrząc na opadającą szczękę Pottera. — To gówno żywi się waszą nienawiścią, wy kompletne półgłówki. Robi się coraz silniejsze wraz z każdym rzuconym przez was zaklęciem. Spodziewam się, że zwiesicie potem głowy ze wstydu, że to akurat Ślizgon odsłonił waszą nieudolność.
Shacklebolt uniósł różdżkę, niewątpliwie zamierzając uciszyć Dracona zaklęciem, ale Potter złapał go za rękę, mówiąc mu coś do ucha. Merlinie, jeśli to nie podziała, ze stuprocentową pewnością wyrzucą stąd Dracona na zbity pysk.
— Dobra — podjął Draco, rzucając Pansy ostatnie spojrzenie i otrzymując w odpowiedzi jej uniesione w górę kciuki. — Kocham Pansy Parkinson. Jest najodważniejszą osobą, jaką znam. Ta kobieta ma jaja wielkości arbuza. Gdy zmieniłem strony, opuszczając śmierciożerców, ona poszła ze mną, choć oznaczało to, że od tej pory będzie musiała walczyć przeciwko własnym rodzicom i odwrócić się od reszty przyjaciół, oraz że naraża się na pewną śmierć, gdyby Voldemortowi udało się nas złapać. Spójrzcie na nią. Jest piękna. — Pansy nie zarumieniła się, tylko wyprężyła dumnie, wypinając biust. Weasleyowi prawdopodobnie właśnie stanął. — Przynosi mi sok pomarańczowy, gdy mam kaca, książkę, gdy potrzebuję czegoś do poczytania, wyciąga mnie, żeby potańczyć, kiedy mam zły humor i jest zawsze chętna do znieważania mugolskich sprzedawców. Powiem to jeszcze raz: kocham ją. A ten drań, który napisał, że ma nadzieję na to, że jej ojciec zamarznie tej zimy na śmierć w Azkabanie, niech się lepiej modli, żeby się nie dowiedziała, kim jest, bo będzie po nim. Walczyłem u jej boku na wojnie i wiem, że jej klątwy nigdy nie chybiają celu. — Nie mógł powstrzymać się przed wbiciem tej ostatniej szpili i miał nadzieję, że nie zepsuje ona zaklęcia.
Draco nigdy nie był w stanie wywołać Patronusa, nie udało mu się to ani razu, ale dobrze znał mechanizm tego czaru: żywiła go wesoła, uszczęśliwiająca myśl. W rzadkich chwilach, gdy nie miał siły na budowanie radosnej wizji odnoszącej się zwykle do jego dzieciństwa, uświadamiał sobie, że zaklęcie nie wychodziło, ponieważ nie dysponował żadnymi szczęśliwymi myślami i że jego wczesne, chłopięce lata były jednym wielkim, niczym nie wyróżniającym się, rozmytym pasmem czasu. Na próżno było szukać w nim szczęścia. Teraz też wątpił, że wspomnienia niedzielnych kolacji lub skrzatów sadzących w ogrodzie dworu cebulki narcyzów, będą w stanie przesądzić o powodzeniu zaklęcia.
Do jasnej cholery, co…
I wtedy przypomniał sobie sowę, którą wysłał dawno, dawno temu, przerażony myślą, że nikt nie zjawi się na jego wezwanie, że będzie musiał sam dołączyć do Pottera, tego szurniętego jak mało kto Moody'ego i całej reszty tak zwanej „armii" Dumbledore'a. Przypomniał sobie wypatrzony w ciemnościach czerwony punkcik papierosa, jedyny widoczny na całe mile barwny kleks. Paląca go osoba zaciągnęła się głęboko, a potem wypuściła z płuc dym, kierując do niego wypowiedziane ostrym tonem słowa: „Do jasnej cholery, Draco, nie mogłeś wybrać jakiegoś miejsca, w którym nie byłoby tak kurewsko zimno? Gdybym miała jaja, nie mogłabym zagwarantować, że po tym spotkaniu będę mieć je nadal." Przypomniał sobie czasy, gdy, przebrany za kobietę, wychodził z nią potańczyć do mugolskich klubów nocnych, próbując podrywać facetów. Przypomniał sobie, jak tuż po zakończeniu wojny razem z nią i Blaise'em zatrzymali się w jakimś czarodziejskim hotelu w Kornwalii, nie wychodząc całymi dniami z pokoju i każąc obsłudze przynosić sobie szampana w ilościach wystarczających do zatopienia całej flotylli. Przypomniał sobie, jak Pansy tygodniami nie odchodziła od niego ani na krok po tym, jak zabito mu ojca. Przypomniał sobie, jak wyglądała we śnie, z jednym kciukiem przyciśniętym do dolnej wargi. Przypomniał sobie, jak...
I wtedy to się stało, tak jak myślał, że stać się powinno. Nienawistna deklaracja poświęcona Pansy rozsypała się w proch.
Rozległo się zbiorowe „aaach" i ludzie zaczęli wykrzykiwać, co kochają w innych ludziach. Niebawem popiół zaczął opadać ze wszystkich stron, gdy zebrane przez kilka ostatnich dni wpisy zaczęły obracać się w nicość. Pansy przytuliła go, krzycząc mu do ucha: „Ślizgoni rządzą, kochanie!", śmiejąc się histerycznie i otrzepując mu włosy z popiołu.
XXX
Draco ewakuował się do biura tak szybko, jak to tylko było możliwe. W pewnej chwili w atrium rozpoczęło się masowe padanie sobie w objęcia, brrr, a uścisk, którym obdarzył go Creevey — co za całkowity brak zaskoczenia — był wyjątkowo perwersyjny. Jak, do diabła, ten facet mógł obmacać aż tyle naraz, dysponując zaledwie dwiema dłońmi? Draco miał wrażenie, że jego tyłek został zmolestowany przez wielką kałamarnicę. Podpadało to pod tę samą kategorię, co seks ze skrzatem!
Założywszy, że przepojone miłością bliźniego wyznania w atrium potrwają jeszcze jakiś czas, wygrzebał butelkę wódki, którą przechowywał w biurze na wypadek pilnej potrzeby. Jeszcze dwa tygodnie w tym samym stylu co ostatnie, a obciągnie temu dupkowi Carstairsowi w zamian za pierwszy dostępny świstoklik do Mozambiku. Napił się odrobinę alkoholu, którego potrzebował, by wysterylizować myśli z wizji bladego jak serwatka, wymachującego mackami Creeveya. Doprawdy, nie był stworzony do tego interesu z ratowaniem świata. Groziło to dorobieniem się jakiegoś urazu mózgu. Tak szybko, jak tylko zdoła, przekaże pałeczkę zbawiciela temu bumelantowi Potterowi. To był jego rewir, a nie Dracona. Wystarczy spojrzeć, co wybawienie wszystkich od łańcuszka wyrządziło jego nerwom: kwadrans po dziewiątej rano otworzył butelkę wódki, na Boga! Wyglądało to tak, jakby Potter zrzucił zadanie rozwiązania problemu na Dracona. Całkiem po ślizgońsku, bez dwóch zdań. Dobrze, nie zamierza pozwolić dać się odślizgonić temu debilowi.
Przez kilka kolejnych minut obracał w myślach swój obecny nastrój, doprowadzając się do stanu, w którym piana występowała mu na usta na samo wspomnienie Pottera — oczywiście nie zamierzał napomknąć o tym nikomu, a zwłaszcza nie Pansy albo Blaise'owi, ale całkiem możliwe, że nie było to wcale nieprzyjemne wspomnienie — gdy nagle usłyszał kogoś, kto brzmiał dokładnie jak Weasley, krzyczącego, ile sił w płucach:
— Ty durna krowo, to nie ja wypisywałem te bzdury o twoim ojcu!
Rozległ się odgłos czyichś kroków, podążających do biura Pansy, a następnie huk głośno zatrzaskiwanych drzwi prowadzących na zewnętrzny korytarz. Nieszczęściem, zatrzaśnięto również drzwi biura Dracona, rzucając na nie czar wyciszający, tak że mógł teraz usłyszeć jedynie szmer rozmowy. Gniewnej rozmowy, tyle był w stanie jeszcze stwierdzić.
Cholera, następna z tych sytuacji „kiedy trzeba, to trzeba". Co go podkusiło, żeby założyć dziś swoje ulubione spodnie? Fakt, wyglądał w nich jak, nie przymierzając, pieprzony bóg... Sam Merlin wiedział, co pełzało w zakamarkach tej wykładziny... coś skażonego czymś wstrętnym... Wyłożyłby swoje biuro zapasowym dywanem od Aubussona*, gdyby sprzątająca ministerstwo obsługa nie była tak straszliwie niechlujna i gdyby to on był ministrem... Kurwa, kurwa, kurwa. Nie chcąc, żeby Pansy zobaczyła jego cień przez przeszklone wejście do gabinetu, popełzł na czworakach, sięgając do klamki i odrobinę uchylając drzwi...
— To ty napisałeś komentarz o moich cyckach. Nie próbuj zaprzeczać. Pewnie też i o moim nosie! — odkrzyknęła Pansy z werwą kramarki, coś, w czym była aż za dobra.
Choć nigdy nie omieszkał pogratulować sobie samemu, gdy wychodziło na jaw, że miał rację, to tym razem wolałby nie słyszeć tego, co docierało do jego uszu, ponieważ, hmm, Weasley i Pansy ruszyli do boju z pełnym orężem i jęzorem.
— No dobra, napisałem ten o twoich cyckach. Cholera, kobieto, masz idealne bufory. Może nie było to z mojej strony ani profesjonalne, ani w porządku, ale zakładanie do pracy bluzek z guzikami porozpinanymi do samego pępka i bicie każdego po oczach takim fantastycznym dekoltem jak twój też nie jest ani profesjonalne, ani w porządku. I zapamiętaj sobie jedno. Miałem brata, który był totalnym dupkiem. Wystawił do wiatru rodziców i Harry'ego tylko dlatego, bo był idiotą z przerośniętymi ambicjami, który myślał tylko o tym, że powrót Sama-Wiesz-Kogo spieprzy mu szansę zostania ministrem magii przed ukończeniem trzydziestki. Naprawdę go nie znosiłem. Moi rodzice... Nigdy nie będę mógł mu tego wybaczyć. Zniszczył tym matkę. Ale i tak ciągle go kochałem, a gdy umarł, jego śmierć coś ze mnie wydarła. Tak więc wiem coś na temat, hmm, no wiesz, tego, co przechodzisz ze swoim ojcem. — Nastąpiła cisza. A potem Weasley odezwał się dużo cichszym głosem: — I nie napisałem tego o twoim nosie. Myślę, że to Hermiona, jeśli mam być szczery. Prawdę mówiąc, to przyczyniłem się do tej sytuacji. Za każdym razem, gdy nosisz ten stanik, robi mi się ciasno w spodniach. Więc dobra, napisałem to o twoich cyckach, ale nie o twoim ojcu ani nosie. Może i nie masz najładniejszego nosa, ale nie będę przecież komentował czyjegoś kinola, skoro sam jestem jednym gigantycznym piegiem.
Co za frustrujące uczucie! Draco nie mógł dojrzeć niczego. Transmutował chusteczkę do nosa w lusterko, usiłując ustawić je pod takim kątem, by móc zobaczyć, co robi Pansy...
— Parkinson? — Usłyszał głos Weasleya. — Ten palant Malfoy pełza na czworakach po podłodze z lusterkiem w łapie.
— Nie zwracaj na niego uwagi. On tylko podsłuchuje. Draco, spływaj z powrotem do pokoju albo zaczaruję ci jaja tak, że będziesz ich musiał szukać ze szkłem powiększającym w ręku. Dobrze. Zamierzasz więc polecieć do Granger i z góry przeprosić ją za następne dziesięć lat, bo podnieca cię mój biust? — zwróciła się oskarżycielsko do Weasleya.
Na wypadek, gdyby Pansy jednak postanowiła sprawdzić, Draco asekuracyjnie odraczkował kilka metrów w głąb biura, pozostawiając jednak szparę w uchylonych drzwiach.
— Eee, nie. Nie jesteśmy już ze sobą. Chyba to i dobrze, bo sprawdzamy się lepiej jako przyjaciele niż jako para. Przez większość czasu doprowadzaliśmy się wzajemnie do szału.
— Co mnie wcale nie dziwi. Ta baba to kompletna jędza — prychnęła Pansy.
— Tak, podobnie jak i ty, więc się zamknij. Ale ja… ja… to nawet w jakiś sposób lubię. No wiesz, w kobiecie. Wolę to niż nudną normalność.
Ponownie zapadła dłuższa cisza.
— O, naprawdę? — Draco doskonale znał to „O, naprawdę?". Poprzedzało zwykle zrzucenie z siebie jakiejś części garderoby. — Więc jeśli zaprosisz mnie na obiad, by wynagrodzić mi pożądliwe wgapianie się w moje kobiece atrybuty, to ona nie rzuci na mnie jakiejś klątwy?
Co, do diabła, zaczynało się tu dziać? Pansy w ogóle nie była już w nastroju krzykliwej kramarki! Niepostrzeżenie, w mgnieniu oka przeszła w klimaty bardziej zbliżone do „Zastanawiam się na serio, czy ci nie obciągnąć"! Pansy flirtowała z Weasleyem!
— Gdzie tam. Przecież mówiłem, nie jesteśmy już ze sobą. Myślę, że twoje atrybuty są zbyt fantastyczne, jak na obiad. Co powiesz na kolację? I parę drinków. Może nawet całą masę drinków.
Czy jakaś siła nie mogła sprawić, żeby padł trupem na miejscu? Proszę? Weasley flirtował z Pansy! Blee! Już nigdy, przenigdy, przez usta Dracona nie przejdzie słowo „atrybut".
— Brzmi nieźle — zagruchała Pansy. — A twoje atrybuty? Czy są warte kolacji?
A teraz, błagał Draco w myślach, nadszedł idealny czas, by umrzeć. Niech mnie ktoś zabije!
— Nie wydaje mi się, że będziesz rozczarowana. No, Neville'a może i nie przebiję, ale jemu i tak nikt nie dorówna — odparł Weasley zmysłowym tonem.
TO BYŁ ZDECYDOWANIE NAJGORSZY TYDZIEŃ JEGO ŻYCIA.
A to dlatego, że nie można przez lata dzielić szkolnej sypialni z innymi chłopcami bez dokonania pewnych przeglądów porównawczych, a śmiała pewność siebie, bijąca z głosu Weasleya, mogła oznaczać tylko jedno: był najzupełniej przekonany, że gdy Pansy odwinie już swój „prezent" z opakowania, rozmowa na temat ich atrybutów zamieni się w kółko wzajemnej adoracji.
Longbottom miał dużego (!). Potter miał dużego (!). Weasley miał dużego (!).
Pansy przerwała zalewający go ciąg samobójczych rozważań, mrucząc do Weasleya:
— Zejdziemy do stołówki na filiżankę herbaty? — Na co Weasley musiał przytaknąć, ponieważ odezwała się swym normalnym tonem: — Możesz już wstać z podłogi, Draco. Przyniosę ci herbatę.
Po czym oboje wyszli na korytarz.
Draco próbował się podnieść, ale musiał już wypić więcej wódki, niż myślał, ponieważ kolana stanowczo odmówiły współpracy, w wyniku czego przewrócił się prosto na twarz. Słowo „cholera" ledwo zdążyło wyjść mu z ust, zanim zapadł w sen.
W tym stanie godzinę później znalazła go Granger.
Koniec rozdziału szóstego
* Aubusson to słynna francuska wytwórnia gobelinów i dywanów.
