Rozdział ósmy
Draco naprawdę miał dosyć sensacji jak na jeden dzień. Zwinięty w kłębek w rogu sofy i otulony swą ulubioną domową szatą (choć było dopiero wpół do szóstej wieczorem) zastanawiał się, czy szampan zdążył się w międzyczasie wystarczająco schłodzić. Ostatniej nocy Blaise, Pansy i on nie zdążyli go otworzyć. Gdy jakiś czas temu wrócił wreszcie do domu, kubełek nadal stał w salonie. Lód dawno się roztopił, a dwie znajdujące się w wiaderku butelki doskonałego szampana opierały się o się siebie jak dwóch podchmielonych wesołków. Wydając okrzyk ulgi, Draco rzucił zaklęcie chłodzące, przywołał szatę domową i zdjął z siebie ubranie, rozrzucając je beztrosko po podłodze.
Dotknął kontrolnie szyjki butelki. Nie, alkohol nadal był za ciepły. Siedzenie w szlafroku, gdy za oknem nie zapadł jeszcze zmrok i popijanie szampana w ramach kolacji, nosiło subtelne znamiona dekadencji, ale dla Dracona nie miało to żadnego znaczenia, bo jego ubranie śmierdziało kurczakami, a poza tym był tak wykończony, że i tak nie miałby siły unieść widelca do ust. Hmm, ciekawe, czemu unoszenie do nich kieliszka wypełnionego po brzegi bąbelkującym płynem nie wydawało mu się żadnym wysiłkiem. Merlinie, był potwornie zmęczony już przedtem, zanim przytrafił mu się ten koszmar z nieudaną aportacją. Ta hańba w dziale artykułów gospodarstwa domowego u Harrodsa...*
To nie była jego wina!
Jego magia była tak nadwyrężona całą tą historią z łańcuszkiem nienawiści (picie wódki w pracy nie miało z tym nic wspólnego), że nie zawahałby się użyć tego jako argumentu na swoje usprawiedliwienie, gdyby nagle wezwano go do gabinetu ministra magii, żądając wyjaśnienia, dlaczego wszyscy pracownicy i klienci Harrodsa musieli zostać poddani modyfikacji pamięci oraz dlaczego całe setki rozgdakanych i srających kurczaków przemierzały piętra tego ekskluzywnego sklepu.
Gdy, zamiast trafić do domu, omyłkowo aportował się w sam środek jakiejś demonstracji kulinarnej u Harrodsa, zabrał się za pospieszne rzucanie Obliviate na każdą osobę, znajdującą się w zasięgu jego głosu. Tyle tytułem klasycznego usprawiedliwienia, w porządku. Unosił właśnie różdżkę, gdy nagle baba prowadząca pokaz gotowania („Jak przyrządzić idealne coq au vin**") zaczęła nadawać coś o prawidłowym przygotowaniu ptaka, co na sekundę odwróciło jego uwagę, bo niby czemu ktoś miałby rozprawiać na głos o kutasach w dziale z artykułami gospodarstwa domowego u Harrodsa, ale już moment później dotarło do niego, że nie chodziło jej wcale o męskie ptaszki (co za rozczarowanie), ale o drób. Ta krótka chwila nieuwagi wystarczyła, żeby jędza od kury w winie dostała ataku wściekłości, rzucając w niego kuchenną ściereczką, którą, w jakiś niewytłumaczalny sposób, zamiast spalić celnym Incendio, niezamierzenie transmutował w kurczaka. Żywego kurczaka. A wraz z nią całe setki spoczywających na regałach ściereczek kuchennych w odpowiadające im setki żywych kurczaków.
I tak uważał, że zamienienie ścierek w kurczaki było mniejszym złem, niż gdyby transmutował je niechcący w ten inny rodzaj ptaków, oderwanych od ciał swych właścicieli. Hmm. Czy to w ogóle było wykonalne? Z drugiej strony, takie ptaszki nie byłyby w stanie rozbiec się we wszystkie możliwe strony, co w mgnieniu oka uczyniły kurczaki. Patrząc na to z perspektywy czasu, zrozumiał, że powinien transmutować je z powrotem w ściereczki, ale w sklepie błyskawicznie zapanował chaos, gdy ptaki zaczęły biegać dokoła w panice. Kto by pomyślał, że kurczaki są tak kurewsko szybkie? Zresztą nieważne. Rzucił Obliviate na zgromadzony wokół tłum tak prędko, jak tylko pozwalało mu na to tempo jego różdżki, po czym aportował się stamtąd w nadziei, że nikt (przede wszystkim nikt z biur ministerialnych) nie zauważy tego incydentu.
No naprawdę, każdemu mogło się coś takiego przydarzyć. Jeżeli ministerstwu udałoby się jednak wyśledzić jego magiczną sygnaturę, wyłoży wtedy na stół swoją tryumfalną kartę z łańcuszkiem, coś w stylu „To ja okazałem się magicznym geniuszem dziś rano". I ani słowa o wódce. Ponadto zamierzał napomknąć, że mugole kochają zjawiska nadprzyrodzone. Czytają o nich całe tony książek. Wyjaśnienie zagadki, jak te wszystkie kurczaki mogły się w ogóle pojawić w domu towarowym, nigdy nie ujrzy światła dziennego. Zostaną napisane kolejne książki, nakręcone audycje telewizyjne. „Tajemnicze wyklucie się kurcząt u Harrodsa" będzie traktowane na równi z tym nonsensem o kręgach w zbożu. Albo obwini się o wszystko studentów.
Dlaczego sukcesy i porażki zawsze musiały iść ze sobą w parze? A przynajmniej w jego życiu działo się tak z całą pewnością.
Sukces Numer Jeden: obnażenie głupoty całej dywizji aurorów przeprowadzoną w pojedynkę akcją, w wyniku której rozwiązany został problem wyeliminowania uporczywego łańcuszka. Olbrzymi punkt dla Dracona, mogący zniwelować wszelkie potencjalne, nieładne konsekwencje afery z kurczętami. Przynajmniej jego zdaniem.
Porażka Numer Jeden: Pansy i Weasley obśliniający mu biuro. Trudno zakwalifikować to do innej kategorii niż „Uwaga, zbliżamy się do katastrofy".
Sukces Numer Dwa: wychodziło na to, że Granger zjawiła się w jego biurze nie tylko po to, by storpedować czar rodzącej się między Pansy a Weasleyem prawdziwej namiętności. Minister, będący pod wielkim wrażeniem geniuszu Dracona, ujawnionego na polu walki z łańcuszkiem nienawiści — Draco sądził co prawda, że posłużył się zaledwie zdrowym rozsądkiem i zwykłą logiką, ale w żadnym razie nie zamierzał odrywać przylepionej mu etykietki geniusza — bezzwłocznie go awansował. Przenosząc do innego działu. Pieprzcie się, Rumuni. Drugi punkt dla Dracona.
Był tak zachwycony wizją uwolnienia się raz na zawsze od piekielnych zagranicznych podróży służbowych, że dopiero po kilku minutach dotarło do niego, iż awans oznaczał przeniesienie do Magicznej Sekcji Badań Biura Aurorów.
Z czym bezpośrednio wiązała się Totalna Porażka Numer Dwa o wymiarze tak fatalnym, że skutecznie niweczącym odniesione sukcesy, mogąca śmiało zastąpić cały wielki ładunek zwykłych porażek. Ponieważ awans oznaczał również, że odtąd będzie musiał pracować w jednym dziale z Potterem, a na domiar złego nowy pokój służbowy Dracona znajdował się tuż obok jego biura.
Jeśli przydarzy ci się porażka takiej wagi, to cóż znaczy tych kilka kurcząt u Harrodsa?
Udało mu się wykrztusić coś o Pansy, że niby absolutnie nie może zaakceptować nowego stanowiska, nie mając jej u swego boku (zakładał, że to zadecyduje o cofnięciu przeniesienia, bo wolał już raczej znów zbratać się z tymi okropnymi Rumunami, ich wstrętnymi smokami i potwornym smażonym czymś, niż pracować tuż obok Pottera), w odpowiedzi na co minister zapewnił go, że nie będzie to stanowiło najmniejszego problemu. Pansy została mianowana jego asystentką, po czym minister rzucił parę tajemniczych uwag o tym, że choć osiągnięcia Dracona jako ministerialnego przedstawiciela handlu były znakomite, to być może nadszedł czas na zmianę: niemieckie ministerstwo handlu złożyło zawoalowane zażalenie co do jego ostatniej wizyty (na co Draco odparł pospiesznie: „Ten drań zostawił mi odciski palców na tyłku. Musiałem trzepnąć go po łapie!"), tak samo uczynili Rumuni, skarżąc się, że podobno obraził ich kuchnię (na co Draco mógł zareagować jedynie prychnięciem, na nic więcej nie pozwalało mu oburzenie), zaś Japończycy wytknęli niezwykle taktownym i grzecznym tonem, że pan Malfoy zdaje się być ignorantem, jeśli chodzi o poszanowanie ważnych japońskich klientów (na co Draco wykrzyknął: „Kłaniałem się jak szalony. Jak szalony, zapewniam pana!"). Wszystko to, w końcowym efekcie, utwierdziło ministra w decyzji o awansie i przeniesieniu do — nie wolno zapominać — Biura Aurorów.
Pansy była mało pomocna. Całą przeprowadzkę pozostawiła na głowie Dracona, przez większość popołudnia chichocząc histerycznie na myśl o tym, że wraz z Draconem będą odtąd pracować drzwi w drzwi z Potterem. I czy ta jej mała herbatka z Weasleyem musiała trwać ponad trzy godziny? Na znaczące spojrzenia Dracona, skierowane ku jej bluzce (Pansy transmutowała swoją bardziej niż swobodną koszulkę o przepastnym dekolcie, którą założyła tego dnia do pracy, w wysoki golf) odpowiedziała tylko radosnym uśmiechem. A na jego wkurzone: „Gdzieś ty, do cholery jasnej, się podziewała? Musieliście najpierw aportować się na Cejlon i własnoręcznie zebrać liście herbaty?", gdy wreszcie zjawiła się z parującym kubkiem w ręku, odparła: „Odpieprz się, kochanie". Draco mógł się zaledwie domyślać, że Weasley wciągnął ją do jakiegoś pustego biura, po czym oboje rzucili się na siebie jak wygłodniałe wampiry. Mógł się założyć o wszystko, co zostało jeszcze z jego spadku, że Weasley nie nosił już tej wstrętnej koszuli o dwóch brakujących górnych guzikach, którą miał na sobie dziś rano — ten idiota to prawdziwe wyzwanie dla każdego projektanta mody — i również zastąpił ją golfem. Pansy uwielbiała pozostawiać ślady namiętnych pocałunków. O czym Draco doskonale wiedział. Na domiar złego, wyszła wcześniej z pracy, by kupić sobie coś na randkę z Weasleyem. Na jego uwagę: „Po co tracić pieniądze? I tak nie będziesz mieć tego na sobie dłużej niż minutę", odpowiedziała: „Idę kupić coś u Victoria's Secret***, ty idioto".
Podsumowując: co za spartaczony dzień, kurczę. Oj, powinien lepiej dobierać słowa.
Nie chciał się bardziej zagłębiać w ten, cóż, bolesny jak sama cholera fakt, że nie miał absolutnie nikogo, komu mógłby się teraz poskarżyć przy butelce szampana. Blaise był w kraju zaczynającym się na literę „W" i… lepiej nie drążyć tematu. Draco aż za dobrze wiedział, co robił teraz Blaise i z kim. Pansy pindrzyła się na randkę z Weasleyem i, co za tym idzie, nie była ani trochę zainteresowana wysłuchiwaniem opowieści o fiasku z nieudaną aportacją i ściereczkami zmienionymi w kurczaki. Mógłby wysłać sowę Millicencie, ale robił to tylko wtedy, gdy był prawdziwie zdesperowany, ponieważ zazwyczaj przyprowadzała ze sobą tego bezwartościowego drania, swojego męża, który z kolei miał tak mocny łeb, że na koniec popijawy Draco wraz z Millicentą osuwali się pod stół. Miał tylko dwie butelki szampana, na jedną osobę za dużo, a zaledwie wystarczająco dla dwóch…
Odezwał się dzwonek u drzwi. Zapominając o tym, że ma na sobie jedynie szlafrok, popędził otworzyć. Było mu obojętne, kto przyszedł z wizytą. Mogłaby to być nawet ta megiera z sąsiedztwa. Otworzy szampana i uczci z nią swój awans. Z chęcią przywita w swych progach każdego, z wyjątkiem...
— Potter.
— Siema, Malfoy. Jesteś chory?
Co takiego, do kurwy nędzy, uczynił w poprzednim życiu, że zasłużył sobie na Harry'ego Pottera, stojącego na progu jego mieszkania w takiej akurat chwili?
— Nie, nie jestem chory, ty idioto. Świętuję mój awans.
Potter podrapał się w głowę, a Draco skutecznie zwalczył pragnienie walnięcia go po łapie.
— Świętujesz w szlafroku.
— Zdarza się.
— Dasz mi wejść?
W tym momencie Draco się poddał i ruszył prosto ku butelce szampana. Przywołał dwa kieliszki, bo choć naprawdę nienawidził Pottera, to nie był niegrzeczny, a dobre wychowanie nakazywało poczęstować kogoś zawartością butelki, z której najwyraźniej zamierzało się pić samemu. Potter z pewnością nie kwalifikował się jako dobre towarzystwo, ale nawet Draconowi trudno było zaprzeczyć, że spełnia warunki bycia „kimś".
Wręczył mu napełnione szampanem szkło, unosząc swój własny kieliszek w niemym toaście i wypijając duszkiem zawartość porcji numer jeden. Nalewając porcję numer dwa, skomentował:
— Swoją drogą, to mówi się „mogę wejść", a nie „dasz mi wejść", ty gramatyczna kaleko.
Najwyraźniej Potter też miał dziś zasrany dzień, bo również w okamgnieniu opróżnił swój kieliszek, podsuwając go Draconowi po dolewkę. — Jesteś tu służbowo, żeby zrugać mnie za tę sprawę z kurczakami? Jeśli tak, to nie powinieneś raczej ruszać mojego szampana, bo w takim układzie częstowanie cię nim nie wchodzi w rachubę.
Oczy Pottera o mały włos nie wyskoczyły z orbit.
— To byłeś ty?
— Nie — opamiętał się Draco. — Oczywiście, że nie. Usłyszałem to tylko… gdzieś.
— O Boże, to byłeś ty. — Potter odstawił kieliszek na pierwszą lepszą dostępną powierzchnię i złapał się za brzuch, skręcając ze śmiechu. — Widziałem urywki w telewizji, jak ochroniarze u Harrodsa próbowali wyłapać te wszystkie kurczaki. A te, im bardziej się denerwowały, tym więcej srały. Burdel nie z tej ziemi. — Potter zaniósł się jeszcze głośniejszym śmiechem, a po policzkach zaczęły mu spływać łzy. Draco najchętniej by go za to objechał, bo z pewnością nie byłoby mu aż tak do śmiechu, gdyby sam spowodował podobne zajście. Z drugiej strony fakt, że Draco nie okazał ani odrobiny rozbawienia, mógłby zostać zinterpretowany jako przyznanie się do winy.
Gdy Potter wreszcie przestał się śmiać, Draco opróżniał już trzeci kieliszek. Najwyraźniej Potter miał jakieś odchyły związane z kurczakami, ponieważ uspokojenie się zabrało mu całą wieczność.
— Hej, wyprzedziłeś mnie — zaprotestował i upił szampana. — To całkiem niezłe — powiedział, wskazując na butelkę, z której Draco uzupełniał mu właśnie poziom alkoholu w kieliszku. — Nie przejmuj się, nic ci nie grozi. Wysłali tam tego półgłówka Smitha, żeby przeprowadził śledztwo, a ten schrzanił zaklęcie wykrywające sygnaturę czaru, mające ustalić, kto transmutował te wszystkie kurczaki. Kingsley dostał napadu szału. Uznałem, że wyrobiłem dość nadgodzin w ciągu zeszłego tygodnia, wolałem więc ulotnić się z biura, zanim on do niego w tym stanie wparuje. Obejrzałem sobie migawki twojego dzieła w telewizji, zanim się tutaj aportowałem.
— Powtarzam, że to nie ja — upierał się Draco, choć to nie miało sensu. Od porozrzucanych po podłodze ubrań wyraźnie zalatywało wonią eau de kurnik. Dyskretnym kopnięciem usunął je w róg. — Tak swoją drogą, to w jakim celu tu przyszedłeś? Miałem paskudny dzień i choć przyznaję, że myśl o podbiciu ci oka lub, a może nawet oraz, złamaniu nosa ma zazwyczaj swój urok, to jednak rzucanie się na siebie z pięściami dwa dni pod rząd byłoby lekką przesadą. Poza tym Pansy nie mogłaby mnie uzdrowić, bo wyszła dziś wieczorem z Weasleyem i przypuszczalnie teraz, gdy my tu sobie gawędzimy, nabija mu się właśnie na kutasa...
— Bleee! Na serio? Coś jak randka? — kwiknął Potter boleśnie, wykrzywiając z niesmakiem twarz.
Draco przytaknął.
— Wiem. Ekstremalna obrzydliwość. Wracając do rzeczy: jestem kompletną nogą w zaklęciach uzdrawiających, podobnie zresztą jak ty. Granger wyszła z Billingsem z księgowości, nie możesz więc zdać się na nią, żeby nastawiła ci nos. I o ile nie zamierzamy wzajemnie korzystać z naszych usług uzdrawiających, przed czym się zdecydowanie wzbraniam, to sugerowałbym, żebyś dokończył swojego szampana i wybył stąd czym prędzej. Naprawdę nie mam siły kłócić się dziś z tobą, Potter. Bądź grzecznym Gryfonem i idź sobie.
— Dobra, w porządku, za minutę. Chciałem tylko z tobą pogadać o kilku, eee, rzeczach. Przede wszystkim, ta sprawa z łańcuszkiem. To było genialne.
Draco przewrócił oczami.
— To ja jestem genialny, Potter. Tak twierdzi minister. Powtórzył to dwukrotnie. Tylko ty potrzebowałeś czternastu lat, by to wreszcie pojąć.
Tym razem to Potter przewrócił oczami.
— Wiesz, Malfoy, pieprzony palant z ciebie. Udaje ci się jedna genialna rzecz i nagle znaczy to, że byłeś geniuszem całe swoje życie. W każdym razie to ja podsunąłem ministrowi myśl o przeniesieniu cię do Biura Aurorów.
Draco potrząsnął głową, bo najwyraźniej właśnie się przesłyszał. Mógłby przysiąc, że Potter stwierdził, iż zażądał jego przeniesienia do Biura Aurorów. Uśmiać się można! I rzeczywiście, w tym samym momencie Draco poczuł, jak ogarnia go śmiech.
— Och, przez sekundę myślałem — tu nadeszła jego kolej złapania się za brzuch — że to niby ty zażądałeś przeniesienia mnie…
— Bo tak też zrobiłem.
Draco natychmiast przestał się śmiać.
— Co? Nie wystarcza ci, że widujemy się jakieś sześć razy do roku i za każdym cholernym razem znaczymy się wzajemnie pięściami?
— Słuchaj, wiem, że to brzmi idiotycznie, ale będziemy musieli zacząć się powstrzymywać, bo…
— Sam się możesz powstrzymywać, Potter — przerwał mu Draco, napełniając kieliszki. — Tak się składa, że uwielbiam prać cię na kwaśne jabłko.
— Ależ to pyszne — westchnął Potter, wlewając w siebie następną dawkę. — Możesz sobie pomarzyć, Malfoy. O, dzięki. Hej, uporaliśmy się już z jedną butelką. Jak by nie było, ta cała afera z łańcuszkiem wyraźnie udowodniła, że jesteśmy zanadto obsadzeni Gryfonami. Potrzeba nam kogoś, kto jest sprytny, podstępny, przebiegły, szczwany, skłonny do sztuczek, chytry i zdolny do snucia intryg. Od razu nasunąłeś mi się na myśl.
— Wypowiadasz to tak, jakby to były obelgi — Draco przerwał na chwilę, zanim zabrał się za otwarcie drugiej butelki, ponieważ za każdym razem, gdy zdarzyło im się sporo wypić, na zaprogramowany efekt użycia przemocy fizycznej nie trzeba było czekać zbyt długo. Lub wcale. To było nieuniknione. Pieprzyć to. Równie dobrze można zakończyć ten dzień ze złamanym nosem, bo czemu nie? — Zapomniałeś dodać: genialny — przypomniał mu Draco.
— Malfoy, wkurzasz mnie jak mało kto. No dobra, genialny. Jesteś genialny.
Oczywiście, że słowa te nie wyzwoliły w Draconie większej satysfakcji, ponieważ nie zostały wypowiedziane tonem, jakby Potter rzeczywiście uważał go za geniusza. No, chyba że uznać określenie „pierdolnięty" za synonim wyrazu „genialny".
— A to, że mamy biura położone obok siebie, było z kolei wynikiem twojego geniuszu?
Bez dwóch zdań, szampan był naprawdę doskonały.
— Do cholery, nie. Smith zaczął marudzić coś o tym, że nie chce już tego zasranego pokoju i czemu nie mielibyśmy oddać go do dyspozycji Malfoya.
Draco odburknąłby coś na to lub wręcz zaprotestował, ale w tym momencie był już zbyt podchmielony. Dotarł właśnie do tego błogosławionego stanu, w którym jest się już mile pijanym, ale jeszcze nie popada w bełkot. Choć, co trzeba przyznać, bełkotanie było oddalone o co najwyżej pięć minut.
— Tylko mnie nie wiń, jeśli zaczniemy się okładać pięściami — ostrzegł Draco. Z drugiej strony, pomijając służbową konieczność oglądania Pottera dzień w dzień, naprawdę cieszyło go odejście z wydziału handlu. Wszystkie te aportacje i podróże świstoklikami. Nie wspominając o tym, że nieźle się zezłościł na tych cholernych Japończyków. Plecy nadal go bolały, a tym palantom ciągle było za mało. No co? Czyżby oczekiwali, iż zacznie kłaniać im się tak, że zakończy wizytę u nich pobytem w Świętym Mungu z trwałym urazem karku? — Coś jeszcze? — zapytał, kładąc się na poduszkach sofy i przymykając na chwilę oczy.
— A, tak. Byłem w Azkabanie zobaczyć się z ojcem Parkinson i sprawdzić, czy dostał wszystkie swoje koce. Dostał. Widziałem na własne oczy. Jeśli chcesz… możesz jej powiedzieć, że jej ojciec miewa się dobrze.
To sprawiło, że Draco usiadł i, niestety, odrobinę wytrzeźwiał.
— Dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Nie był wprawdzie tak straszny jak Macnair, dzięki Bogu było też kilku znacznie lepszych niż ten zboczony drań, ale na pewno zasłużył sobie na te siedem lat odsiadki.
Potter wzruszył ramionami.
— Wiem, ale... Skazano go na siedem lat Azkabanu, a nie na zamarznięcie na śmierć. Straciłem zbyt wielu ludzi, ale nadal... On... No dobra, nie chcę zgłębiać tego, czemu to zrobiłem, ale Parkinson wyglądała na bardzo zdenerwowaną, gdy przeczytała ten wpis, więc... Nieważne. Sam straciłem ojca i nie chcę, żeby ona straciła swojego. Możliwe, że był draniem, ale... No, tak.
Potter spojrzał w bok i upił łyk szampana.
Niech tylko ktoś kiedyś spróbuje powiedzieć, że Draco Malfoy jest tchórzem.
— To było niezwykle porządne z twojej strony. — Wyciągnął do Pottera rękę. — Powiem jej to jutro. Zazwyczaj jemy razem śniadanie. — Przez jedną straszną chwilę myślał, że powtórzą ten pierwszy (i ostatni) raz, gdy Draco wyciągnął dłoń w kierunku Pottera. Zrobił gest, jakby chciał ją cofnąć, ponieważ wiedział, że jeżeli Potter, odrzucając jego rękę, sprawi, by historia się powtórzyła, to w Draconie coś nieodwracalnie pęknie. Możliwe, że zamanifestowałby to potwornym atakiem furii, nie będąc jednak w stanie uciszyć wstrząsu gdzieś w głębi jego duszy.
Potter zatrzymał go wpół gestu, chwytając jego rękę obiema dłońmi i ściskając ją mocno.
Draco oddał uścisk i odsunął się. W pokoju zrobiło się nagle niewytłumaczalnie gorąco.
— To wszystko? W takim razie...
— Eee, jeszcze jedna rzecz. Wczoraj, w pubie, rozmawialiśmy o łańcuszku i o tym, jak dużo jego wpisów zawiera w sobie ziarno prawdy. Napomknąłeś coś o śmierciożercach, ja wspomniałem o tym idiotyzmie z Hermioną, Ronem i ze mną w trójkącie i że uważam to za śmieszne, co ludzie wypisują o tobie, Blasie i Pansy... Eee, nie zaprzeczyłeś, a ja w takim razie nie do końca to rozumiem.
Draco westchnął z ulgą, bo choć tak bardzo potrzebował, by Potter przyjął jego rękę, to uznanie go za kogoś równego sobie, albo przynajmniej za kolegę, mogłoby oznaczać osobliwe odejście od normy, stawiające ich na absolutnie nieznanym, pozbawionym swojskości i cholernie dziwacznym poziomie układów. Ale sztywny, zakłopotany Potter był swojski jak mało co.
— Tak? — Draco wcale nie zamierzał ułatwiać mu zadania.
— Trójkąt z dwiema kobietami to jeszcze byłoby do pomyślenia... — Brwi Dracona omal nie uniosły się ponad nasadę włosów. Potter rozważający pomysł zafundowania sobie trójkąta? — Nie mogę sobie tylko wyobrazić tego, no wiesz, z facetem. Jakby całowanie faceta mogło być... — Potter urwał, szarpiąc się za kołnierzyk.
— ... przyjemne? — Potter przytaknął. — To to samo. Seks to seks — powiedział Draco, z rozbawieniem zauważając, że Potter rozpiął sobie górny guzik koszuli.
— Malfoy, ty jesteś homo?
— O rany boskie, wiedziałem, że dojdziesz do takiego wniosku. Powiem ci coś, Potter, nie przykładam większej wagi do tego, kogo pieprzę. Tak się składa, że wręcz przepadam za pieprzeniem i dość szybko odkryłem, że rżnąc facetów oraz kobiety z miejsca podwajam swe możliwości. Mężczyźni mają usta, kobiety mają usta. Mężczyźni mają tyłki. Kobiety mają tyłki. Piersi to miła sprawa, jasne, ale męskie sutki są dokładnie tak samo wrażliwe…
— Nie są! — zaprotestował Potter.
— Gdybyś nie był taką cholerną, chodzącą cnotliwością, to byś wiedział, że jak najbardziej są. I pomyśl sobie tylko, jak mogłoby być, gdyby ktoś, dotykając twojego kutasa, dokładnie wiedział, co robi, ponieważ, co za niespodzianka, sam takowego posiada — obstawał przy swoim Draco.
— To… to by mi się wcale nie spodobało — odparł Potter, wysuwając podbródek w dokładnie ten sam uparty sposób jak na zebraniach Zakonu, co zwykle sugerowało, że nawet połamanie nóg, przywiązanie do poręczy schodów i pobicie do utraty przytomności nie zdoła zmusić go do zmiany zdania.
— Owszem, spodobałoby ci się. Przecież lubisz się całować. To tylko usta, na litość boską. Chyba że jednak nie lubisz całowania? Albo seksu. O to chodzi, prawda? Nie powiem, żebym był zaskoczony, bo za nic w świecie nie mogę sobie wyobrazić…
Potter zmrużył oczy, przybierając minę zatytułowaną „chcę walnąć Dracona Malfoya".
— Kurwa, jasne, że lubię seks. I lubię się całować. I wcale by mi się nie spodobało!
— Spodobałoby ci się!
— NIE SPODOBAŁOBY!
I nagle to się zjawiło. To uczucie. Ta adrenalina. To niewiarygodne gorąco, które zawsze nakazywało mu cofnąć ramię, wziąć zamach i trzepnąć pięścią prosto w jego ciało. To upojenie, które dawał mu jedynie Potter.
— SPODOBAŁOBY CI SIĘ! — wrzasnął.
Oczekiwał nadlatującej pięści. Nie spodziewał się więc ani trochę, że Potter złapie go za barki i zmiażdży ich twarze w brutalnym pocałunku, pozbawiającym go resztki oddechu, którą jeszcze miał.
Koniec rozdziału ósmego
* Harrods to słynny, ekskluzywny dom towarowy w Londynie.
** Coq au vin to klasyczny francuski przepis na kurę w winie.
*** Victoria's Secret to marka dość ponętnej bielizny, której właścicielką i projektantką jest Victoria Beckham.
