Rozdział dziewiąty
Genialnie, cudownie, wspaniale, przepysznie, powalająco, wyśmienicie, oszałamiająco, odlotowo, sensacyjnie, nadzwyczajnie, niezwykle, niewiarygodnie, niesamowicie, zdumiewająco, fantastycznie, wstrząsająco, olśniewająco, doskonale, zmysłowo, pikantnie, fascynująco, czarująco, zachwycająco, urzekająco, zniewalająco, niezapomnianie, ekscytująco, rozkosznie, słowem: kurewsko NIEZIEMSKO.
A robili to dopiero od dziesięciu sekund.
Twardy nacisk trwał zaledwie moment. Usta Pottera zaprzestały brutalnego natarcia, ich dotyk złagodniał, przeradzając się w delikatne przygryzanie i skubanie dolnej wargi Dracona, jakby w próbie skosztowania jej smaku. Jeszcze milisekunda, a Draco przejąłby prowadzenie, bo czuł, że musi mieć język Pottera w swych ustach, i to natychmiast, gdy ten nagle oderwał się od niego.
Ostatnimi drzemiącymi gdzieś w jego wnętrzu resztkami dumy i tupetu Draco powstrzymał się od jęknięcia oraz ponownego przyciągnięcia Pottera do siebie w celu dokończenia przerwanego pocałunku. Zamiast tego zacisnął dłonie w pięści, ponieważ dobrze wiedział, co teraz nastąpi, a nie miał, do diabła, najmniejszej ochoty na nic w tym stylu.
Potter nie rozluźnił kurczowego uścisku na barkach Dracona, wbijając palce tak mocno w jego ciało, że Draco nazajutrz z pewnością znajdzie zdobiące mu ramiona sine ślady. Twarz Pottera, o szeroko otwartych oczach i lekko rozchylonych ustach, przedstawiała sobą obraz sprzecznych uczuć: zakłopotania, pożądania, zaskoczenia, szoku i, czy to możliwe, również obrzydzenia?
Draco go nienawidził, kompletnie i absolutnie.
— Jeśli zamierzasz dostać teraz jakiegoś homofobicznego ataku szału po takim pocałunku, to będę cię prześladował przez resztę twego cholernego życia. Przysięgam na grób mego ojca, Potter, że cię, do kurwy nędzy, zabiję. Nawet nie próbuj zaprzeczać. Bo to nie było jednostronne, to nie byłem tylko ja i nie myśl sobie, że uda ci się wykręcić z tego jak…
Potter potrząsnął nim krótko, pochylając się w przód tak, że ich czoła wsparły się o siebie.
— Zamknij gębę, Malfoy. Błagam — poprosił rozdygotanym szeptem.
Draco zamilkł. Nie wiedział, jak długo owiewali sobie twarze gorącymi podmuchami wydychanego powietrza, może przez sekundy, a może całe minuty: oddech Dracona ciężki na pół z pożądania, na pół ze złości, oddech Pottera podobnie przyspieszony. Powolutku, wciąż wsparci o siebie, opadli czoło w czoło na kanapę, odzyskując z wolna kontrolę nad pracą płuc. Ręka Pottera nadal miętosiła ramię Dracona.
W którymś momencie nacisk zniknął, a Potter wziął twarz Dracona w obie dłonie. Delikatnymi ruchami kciuków pieścił ostre łuki jego kości policzkowych, podążając nimi w dół, ku żuchwie i wydając z siebie zaskoczone „ach", gdy pod palcami wyczuł kiełki zarostu. Zwolnił na moment, po czym zatrzymał jedną dłoń na lewym policzku Dracona, a kciukiem drugiej niespiesznie zbadał krzywiznę jego ust. Najpierw dolną wargę, potem górną, a następnie ostrożnie wcisnął palec głębiej, pocierając nim o zęby Dracona, gdy ten nie mógł powstrzymać się przed otwarciem ust, znów zaczynając dyszeć niczym jakiś przeklęty parowóz. I to wcale nie ze złości.
— Potter — stęknął. — Cholera…
— Spokojnie, Malfoy. Spokojnie. — Słowa nie były poleceniem, zabrzmiały raczej jak błaganie, a w wypowiadającym je na urywanym oddechu barytonie Pottera drżała niepewność. Potter przechylił głowę, niemal, niemal stykając ich usta ze sobą. Jego ręce ześliznęły się w dół, zakrywając dłonie Dracona i dociskając je do kanapy. — Spokojnie — wyszeptał znów Potter, po czym uwięził dolną wargę Dracona w swych ustach, ssąc ją bardzo delikatnie, jakby całował kogoś pierwszy raz.
Jasne. Draco potrafił być spokojny. „Spokojnie" to była bułka z masłem.
Całowali się jak dwa niewiniątka, badając się wzajemnie nieśmiałymi ustami. Draco poddał się wiodącej roli Pottera, jedną częścią mózgu wyśpiewując mantrę spoko-spoko-spoko (przy czym druga część jego mózgu krzyczała oczywiście pieprzyć-pieprzyć-pieprzyć). Potter był niczym dzikie zwierzę, które Draco próbował oswajać, podejrzewając, że jakikolwiek objaw dążenia do przejęcia dominacji mógłby go spłoszyć, przestraszyć, skłonić do ucieczki. Tak więc Draco odchylił głowę w tył, pozwalając Potterowi delikatnie kąsać swą dolną wargę w sposób, od którego wilgotniał mu czubek penisa. Prawie udało mu się uniknąć westchnienia, gdy niepewny język przesunął się po jego szczęce, zahaczając o ucho i wyczyniając z nim dokładnie te rzeczy, na które jego jądra odpowiadały bólem i mrowieniem. Spokojnie. Nie ma sprawy. Nie ma to jak spokój. I kiedy Potter z wielkim, wielkim wahaniem wmanewrował wreszcie swój język do jego ust, próbując ich smaku, Draco z niewzruszonym spokojem przywitał go tam z odpowiednią ostrożnością.
A to dlatego, iż on też się wahał, choć jego obawy wynikały z zupełnie innych przyczyn. Dobrze wiedział, co znaczy poczuć na swych ustach wargi innego mężczyzny, co znaczy potrzeć swym zarośniętym policzkiem o drugi zarośnięty policzek. Napawać się wonią podniecenia innego faceta, pocącego się z nim w tandemie w rytmie jego własnego pobudzenia. To, co teraz czuł, było, no cóż, przyjemnością towarzyszącą zwykle tego typu sprawom, bo przecież każdy wie, że zły seks jest wręcz niemożliwy, jako że zawsze pozostaje seksem. Co czyni go już w samej swej istocie czymś dobrym. Jeśli połączyć ze sobą usta i kutasy, to wszystko, z wyjątkiem pieprzenia swych bliskich krewnych (lub Weasleya), podążało w jedynym właściwym kierunku i kropka.
Przyczyną obaw Dracona, kompletnie psującą utarty schemat równania: złączone w pocałunku języki = erekcja = obciąganie i/lub pieprzenie = orgazm = przyjemny sen, był, jak zwykle, czynnik Pottera.
To było całkowicie inne niż całowanie Blaise'a albo Pansy czy też kogokolwiek innego. To była pasja. To było pragnienie tego mężczyzny tak silne, że trząsł się jak w febrze, dosłownie dygotał z namiętności tak obezwładniającej, że omal doprowadzającej go do łez. I co sprawiło, że znalazł się w takim stanie? Parę niezdarnych pocałunków. Co absolutnie nie mogło kwalifikować się jako przyczyna wzwodu (którego naturalnie doznał, i to tak intensywnie, że jeśli stwardnieje choć odrobinę bardziej, to będzie zmuszony sięgnąć po zaklęcie leczące zsiniałe jaja, czyli coś, co ostatnio robił mając piętnaście lat), a tym bardziej szczytowania (czego oczywiście desperacko pragnął, a jeśli miałoby do niego nie dojść, to, do cholery jasnej, weźmie i się powiesi). Było to pragnienie dotknięcia Pottera i doznania jego dotyku, zachwyt dzieloną ze sobą namiętnością oraz, do kurwy nędzy, potworny strach, że jedynie Potter będzie w stanie zaspokoić to oszałamiające pożądanie, i, wreszcie, równie potworne rozpoznanie, że Draco wcale nie chce, by próbował dokonać tego ktokolwiek inny.
Pansy i Blaise mieli rację, niech ich piekło pochłonie, i nawet sam Draco z jego imponującą umiejętnością wypierania się nie byłby w stanie teraz temu zaprzeczyć. Nie w tej chwili, w której musiał mrużyć oczy, by zapobiec niechybnemu wypłynięciu łez.
Czuł się rozdarty między przyjemnością a strachem, a jedyną rzeczą, która powstrzymywała go przed oderwaniem się od Pottera w próbie uratowania samego siebie, ponieważ, co nie ulegało wątpliwości, była to najbardziej niebezpieczna rzecz, jaką kiedykolwiek robił, tą jedyną rzeczą były spocone dłonie Pottera, ślizgające się po wierzchu jego własnych rąk, dłonie Pottera, który trząsł się tak samo strasznie jak Draco, wydając z głębi krtani ciche, jęczące dźwięki świadczące o tym, że czuł się jeszcze bardziej wstrząśnięty sytuacją niż on sam.
Potter oderwał się od niego zaledwie na tyle, by złapać oddech i wyrzucić z siebie krótkie „Malfoy" z niską, gardłową pieszczotą w głosie, której nie sposób było zinterpretować inaczej niż „tak". A potem rzucił się na tors Dracona, wciskając się w szczelinę między jego rozwartymi nogami, ponownie odnajdując jego usta i spoko ulotniło się w jednej chwili.
Zbyt zaaferowani, by zrobić cokolwiek innego, wygięli ku sobie ciała, trąc je o siebie w ekstazie, leżąc w połowie na kanapie, w połowie poza nią, wyzbyci wszelkich fizycznych zahamowań. Tak, jak niewinny był ich pocałunek, tak ów seksualny akt bliski był prawdziwej przemocy i gdyby w pewnym momencie zaczęli się wzajemnie okładać pięściami, Draco mógłby nazwać to grą wstępną. W amoku, który nie pozwolił im przestać nawet na sekundę, do końca nie udało im się pozbyć ubrań Harry'ego. Zamiast tego gryźli się wśród postękiwań, wbijając w siebie paznokcie i ocierając się pachwinami niczym psy w rui. Był to najbardziej brutalny seks, jaki kiedykolwiek przydarzył się Draconowi i nawet nie warto tracić słów na udowadnianie, że był to równocześnie najlepszy seks, którym kiedykolwiek miał okazję się cieszyć. Dochodząc, wzajemnie wykrzyczeli swe spełnienie prosto w rozwarte usta, po czym natychmiast oklapli, nie zmieniając pozycji, zbyt zmęczeni, by zrobić coś poza wciągnięciem nóg na kanapę. Potter leżał w gniazdku między udami Dracona, z jedną ręką na jego biodrze, drugą obejmując go za ramię. Draco trzymał jedną dłoń na tyłku Pottera, a drugą w jego włosach. Ostatnią myślą, jaka nawiedziła go, zanim zapadł w sen, było stwierdzenie ich niewiarygodnej miękkości. Kto by przypuszczał?…
XXX
Draco obudził się trzy godziny później. Obaj nadal leżeli rozciągnięci na kanapie. Potter, kompletnie rozbudzony (o ile uznać jego lekki oddech za wystarczające świadectwo), ciągle spoczywał na torsie Dracona, a każdy mięsień jego ciała był napięty do granic możliwości.
Draco miewał już w swym życiu chwile pełne zakłopotania, żadna z nich nie przygotowała go jednak na coś takiego. Najpierw najważniejsze. Absolutnie nie będzie przechodził przez to upokorzenie sam. Rozwiązał za Pottera problem z łańcuszkiem, więc teraz gryfoński bohater musi wziąć się w garść i wraz z nim stawić czoła temu poniżeniu. Dokładniej rzecz biorąc, byłoby całkiem miło, gdyby Potter poczuł się nieco bardziej upokorzony niż on sam. A sądząc po aktualnej mowie jego ciała, taki obrót spraw wydał się Draconowi nader prawdopodobny. O, proszę bardzo, dokładnie wyczuł na swej piersi, jak Potter zalewa się rumieńcem, zauważywszy, że Draco zdążył się obudzić.
I niech ktoś tu powie, że Ślizgoni nie potrafią wykaraskać się z niemal każdego położenia. Wprawdzie do tej pory nie był jeszcze zmuszony znajdować wyjścia z sytuacji zawierającej gorący, dziki seks z Potterem, ale gdy trzeba, to trzeba.
— Potter, jesteś głodny? — Pytanie nie było pozbawione sensu, zważywszy na fakt, że, pomijając konsumpcję wariackich ilości szampana, przez usta Dracona od ponad ośmiu godzin nie przeszło nic solidnego, a wątpił też, by Potter jadł coś od obiadu. Odpowiedziało mu skinienie, któremu towarzyszyło drapiące przesunięcie zarostu po jego piersi. Draco leciutko odepchnął Pottera, dając mu do zrozumienia, że najwyższy czas, by z niego zszedł. — Parówki i jajka mogą być? Dobra. Toaleta jest na końcu holu po prawej stronie.
Potter zastosował się do udzielonej mu wskazówki, szorując nogami w kierunku łazienki i mrucząc na odchodnym „Dzięki, zaraz wracam". Draco wezwał Cranky, każąc jej szybciutko przygotować jajecznicę z kiełbaskami, po czym skorzystał z okazji i wysikał się w przedpokoju do doniczki z kwiatem, zawiązując następnie bardzo, ale to bardzo ciasno, poły szlafroka.
„Zaraz wracam" okazało się być co najmniej kwadransem i Draco zaczął zastanawiać się, czy nie wysłać za Potterem ekspedycji poszukiwawczej, gdy ten w końcu zjawił się w jadalni. Cranky stanęła na wysokości zadania, piętrząc im na talerzach całe góry jedzenia.
Po raz pierwszy w swym życiu Draco nie wiedział, co ma powiedzieć, zdecydował się więc milczeć. Potter nie był w stanie sklecić sensownego zdania nawet wtedy, gdy był w swej najlepszej formie, w wyniku czego jedli w ciszy, nie odzywając się do siebie ani słówkiem. Przedłużające się milczenie zrodziło w Draconie nadzieję, że nastąpi jakiś cud: Potter dokończy swoją porcję, bąkając coś kompletnie niezrozumiałego, na co Draco zareaguje pierwszym lepszym gestem ręki, po czym jego gość aportuje się do swego niewątpliwie zapuszczonego, dzielonego z Weasleyem mieszkania i nastąpi ów błogosławiony moment, w którym Draco będzie mógł wreszcie poddać się pełnemu i całkowitemu załamaniu nerwowemu.
— To było boskie, Malfoy — wymamrotał Potter, gapiąc się w opróżniony do czysta talerz. Draco modlił się, żeby chodziło mu o pochwalenie jajecznicy, powtarzając w myślach litanię „Idź do domu, Potter, idź do domu, proszę, Potter, idź do domu, proszęproszęproszę", w nadziei, że jakimś cudem wysyłane przez niego fluidy przenikną do tępej mózgownicy przez te miękkie, mięciutkie włosy… Nie! Nie pomyślał tego! — Eee, czy to zawsze, no wiesz, z facetami, jest… no, jest takie… genialne?
Na tym dupku naprawdę można polegać, jeśli chodzi o spieprzenie każdej sprawy.
To, że Draco został poniżony pełnym wigoru, entuzjastycznym ocieraniem się o swego najbardziej znienawidzonego wroga, udowadniając tym samym, że Blaise i Pansy mieli rację (ależ było mu to solą w oku!), z obolałym jak sama cholera każdym mięśniem z osobna po graniczących z zaawansowaną akrobacją seksualnych wyczynach na kanapie, wszystko to razem sprawiło, że ślizgońskie zdolności Dracona uległy poważnemu nadwyrężeniu. Mógł oczywiście rzucić czymś w stylu „Jasne, Potter. Było całkiem zabawnie, ale teraz spadaj, tam są drzwi", jednak tego nie zrobił. A to dlatego, że wiedział, ile odwagi kosztowało Pottera przyznanie, jak cudowne było to, co zaszło między nimi. Z niego nie wyciągnąłby tego nawet tabun dzikich testrali, przy czym trzeba uwzględnić, że Draco w odróżnieniu od Pottera nie był wyznawcą zaśniedziałych, wiktoriańskich poglądów oznakowanych hasłem „seks mężczyzny z mężczyzną jest równy wiecznemu potępieniu", które głosiły konieczność wydezynfekowania sobie kutasa po tak nieczystym akcie. Słowem, odczuwał wdzięczność (choć nigdy by się do tego nie przyznał) do Pottera za werbalizację (we właściwy mu, ograniczony sposób), jak fantastyczny był ich seks. Nie chciał brać na siebie ciężaru wiedzy o tej namiętności w pojedynkę, ale nie mógł dopuścić do tego, by Potter dźwigał go samotnie. W końcu, składając trybut swym malfoyowskim, samozachowawczym genom, determinującym zazwyczaj każdą świadomą sekundę jego życia, odpowiedział jedynie:
— Odwal się.
— Nie — skontrował Potter, w jednej chwili zwieszając ramiona, które opadły do przodu jak w geście olbrzymiej ulgi. — Hermiona i ja strasznie się wczoraj ze sobą pokłóciliśmy. Powiedziała, że my dwaj nie możemy przestać się lać, bo nie potrafimy się przyznać, że chcemy iść ze sobą do łóżka.
Punkt dla drużyny Granger.
— Hmm, Pansy utrzymuje dokładnie to samo.
— Eee, sądzę, że mogą mieć rację.
— Mhmm.
Tym razem przyszła kolej na Dracona, by wpatrywać się w swój pusty talerz, ponieważ Potter wcale nie zamierzał wychodzić, a panujące w pokoju napięcie stało się tak intensywne, że zaczęło balansować na skraju zagrożenia wzajemnym rzuceniem się na siebie i jeśli Potter zaraz nie podniesie tyłka z tego krzesła, to…
— Ale to nie oznacza, że nie możemy się dalej nienawidzić.
Draco aż podskoczył. Racja! Nie oznacza! Nadal mogli spokojnie być sobie wrogami. Kto powiedział, że nie mogą sobie od czasu do czasu powybijać nawzajem zębów? Albo od czasu do czasu zerżnąć się nawzajem do upadłego. Nic nie uległo zmianie! Z wyjątkiem tego, że miała teraz wzrosnąć częstotliwość odlotowego seksu. Jakby Draco zamierzał odrzucać podobną perspektywę! W żadnym wypadku. Na Boga, sprawy zaczynały przybierać obrót, w którym ich układ mógł dawać zadowolenie obu stronom i to w zadziwiających ilościach.
— Absolutnie nie oznacza. Dalej tak samo cię nie cierpię i mam nadzieję, że ty również mnie nienawidzisz.
— O, jasne — zgodził się Potter. — Jesteś kompletnym bałwanem. — Twarz Pottera, ozdobiona uśmiechem ulgi, niczym zwierciadło odbijała własny radosny grymas Dracona. Który jednak zaraz zniknął, gdy Potter zdecydował się powrócić do przygryzania warg, co robił zawsze, gdy był zdenerwowany. — Malfoy, pamiętasz, co mówiłeś przedtem?
— Mów konkretnie, Potter, przedtem mówiłem całe mnóstwo rzeczy. — Ten dupek był naprawdę wkurzający. Jak zwykle. Co, jak stwierdził z zadowoleniem Draco, nie zostało zniwelowane niespodziewanym odkryciem wyjątkowo zgrabnego tyłka niecałe trzy godziny wcześniej. Merlinowi niech będą dzięki.
— No, wiesz, że seks między facetami to to samo. No ale, wiesz… Co jest z… z pieprzeniem?
— Mechanizm jest identyczny. Kutas. Dziura. Odpowiedni kąt. Pchnięcie. To samo, przynajmniej, jeśli chodzi o mnie. Nie mam pojęcia, jakim zboczonym praktykom oddajecie się wy, Gryfoni.
— Dureń. Chodzi mi o to, co czujesz… gdy… Odczuwasz to tak samo?
— Mniej więcej — Draco wzruszył ramionami. — Choć przyznaję, że dziury u facetów są bardziej gorące.
— Bardziej gorące? — Oczy Pottera zamieniły się w wielkie spodki.
— Poza tym nie możesz się w nie tak po prostu wbić. Na początku musisz działać powoli. Dwa palce, może trzy, jeśli jesteś dobrze wyposażony. Sądząc po ograniczonych poszlakach, zebranych w trakcie naszego uprzedniego boju, powiedziałbym, że twój partner wolałby zostać przygotowany trzema palcami. Staraj się najpierw poruszać spokojnie, a potem możesz zacząć walić mocniej. Wiesz coś na temat słowa „spokojnie", prawda? — Draco nie zdołał się powstrzymać przed maleńką próbą flirtu. Potter odpowiedział jeszcze większym wytrzeszczem oczu. — Tak, dziury u facetów są zdecydowanie ciaśniejsze — uzupełnił Draco. — Niezbędna jest cała masa nawilżacza.
— Ci-ci-ci-ciaśniejsze? — Kark Pottera pokrył się gorącym rumieńcem podniecenia, wręcz zagrażającym przypaleniem mu brwi.
No tak. Draco potrzebował konsultacji z kimś od Świętego Munga. Najwyraźniej zamieniał się w jakiegoś maniaka seksualnego. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu (i samej fizycznej możliwości), jego penis znów stwardniał. Znowu! A to za sprawą widoku podnieconego Pottera, już samo to wystarczyło! A przecież zaledwie kilka godzin temu uprawiał fenomenalny seks, nie wspominając już o (dwukrotnym!) niesamowicie czułym akcie ostatniej nocy. Wnioskując z wiercenia, któremu Potter oddawał się na swym krześle, jemu również musiał stanąć.
— Chcę cię pieprzyć, Malfoy.
Zero jąkania, zauważył Draco, odpowiadając:
— Do sypialni. Natychmiast.
Koniec rozdziału dziewiątego
