Rozdział dziesiąty
Nigdy nie zrozumie Gryfonów. Jak można przejść od „Hej, prędzej pocałuję te paskudne przyssawki Wielkiej Kałamarnicy niż faceta" bezpośrednio do „Pieprzyć to, Malfoy, chodź, potrzyjmy się kutasami" i to w czasie krótszym niż jedno mgnienie oka? Chociaż, gdy tak nad tym intensywniej pomyśleć, to Potter potrafił działać jedynie na dwóch biegach: cała stop albo odpalić torpedy. Najwidoczniej teraz pracował w trybie odpalania, a to naprawdę świetnie się składało, bo gdyby przeszedł nagle do opcji „stop", Draco zabiłby go na miejscu.
Zaraz po tym, jak wyłuskał Pottera z koszulki i spodni, popychając go na łóżko, poczuł, że prawie drętwieje ze strachu. Co, jeśli ich spektakularne pożądanie okaże się zaledwie czymś jednorazowym, przypadkowym? Wynikiem jakiejś zwariowanej kombinacji szampana, ręcznikowo-kurczakowej depresji, braku kolacji oraz pojawienia się Pottera właśnie w tym momencie, w którym Draco był akurat w swoim salonie?
Naprawdę, jego ślizgońska dusza ucieszyłaby się z takiego obrotu spraw. Wraz z Cranky wywijałaby radosne młynki w kuchni. Bo któż chciałby na stałe znaleźć się w podobnym układzie? Sama możliwość tej namiętności brała Dracona w posiadanie. Przejmowała nad nim cholerną kontrolę. Do tej pory jedyną osobą w jego życiu, której udało się tego dokonać, była jego matka (oraz ojciec, dopóki na scenie nie pojawił się ten szaleniec z obsesją płaskich nozdrzy). Tak, jasne, Pansy i Blaise dostawali od czasu do czasu po kawałku Dracona, jednak nigdy nie oddał im się w całości. Ponieważ Malfoyowie i Ślizgoni dobrze pilnowali, by nie przydarzyło im się coś niebezpiecznego. Czym zaś było połączenie Malfoya i Ślizgona ze zdrową dozą instynktu samozachowawczego? Niczym innym, tylko dziełem sztuki. Jak jakaś cholerna figura woskowa.
Cóż. U Ślizgonów liczyła się tylko jednostka: „ja, ja, ja". Z czym Draco zgadzał się całkowicie. I właśnie dlatego było to takie popieprzone. Ponieważ w chwili obecnej owo „ja, ja, ja" zostało zniekształcone, przybrało taką formę „ja", z której istnienia Draco dotąd nie zdawał sobie sprawy. Z jednej strony, bez wątpienia, syciło jego „ja do sześcianu", z drugiej jednak przebiegało tak blisko samospalenia, jak to tylko możliwe bez wchodzenia w prawdziwe płomienie. Bo nie potrafił osiągnąć tego „ja" bez czyjegoś innego „ja". Które rymowało się z „h". Co z kolei, och, zdawało się prowadzić prosto do słowa Harry.
To było to samo „ja", nad zaspokojeniem którego pracował (w bardzo miły zresztą sposób, absolutnie nie mógł narzekać) z Blaise'em i Pansy, a także całymi zastępami innych osób, których imion w większości nie pamiętał. Jednocześnie było to też „ja", które wyda z siebie najboleśniejszy krzyk frustracji, jeśli akcja z szaleńczym ocieraniem się o siebie na kanapie miałaby okazać się niczym więcej niż jednorazową przygodą. Bo teraz Draco znał już smak tej namiętności… Był głodny przez bardzo długi czas. Tylko po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy.
Czy to wszystko nie było porąbane?
Leżał, wsparty na łokciu, unosząc się nad nagim ciałem Pottera, kolanami obejmując jego kolana, kilkoma calami przestrzeni oddzielony od dotyku skóry na skórze, penisa na penisie, ust na ustach. Lekko odwrócona na bok, nieśmiała twarz Pottera podziałała na Dracona podniecająco niczym pieprzony koktajl afrodyzjaków, kontrastując przy tym z ofensywną mową jego ciała, wyginającego się w kierunku Dracona subtelnymi, szukającymi kontaktu pchnięciami. Co również było podniecające jak cały koktajl pieprzonych afrodyzjaków. Jak gdyby nie wychodziło na jedno…
Modlił się, by nie było widać po nim strachu, który odczuwał. Nie dość, że przeraziło go doświadczenie tej niesamowitej rozkoszy właśnie z Potterem (na rany Boga, takie rzeczy z nim, co to, do kurwy nędzy, ma znaczyć?), to jeszcze bardziej przerażało go pytanie: skoro miał już swój kwadrans niedoścignionej namiętności, to czy teraz będzie chodzić jedynie o czyste osiągnięcie orgazmu? W zwykły, znany, mało przerażający sposób? Jeszcze wczoraj perspektywa pewnego szczytowania przyprawiłaby jego członek o radosny grymas (o ile coś podobnego może w ogóle mieć miejsce, gdyż, hmm, to sformułowanie jest chyba nieco osobliwe). Ale dziś? Nie chodziło tylko o sam orgazm, chodziło o Pottera i Dracona oraz o drogę na szczyt.
Gdyby nagle zjawił się tu Blaise, na pewno zacząłby szeptem pierdolić Draconowi do ucha jakieś bzdety o tym, że „podróż" jest ważniejsza od celu. Na co Draco niewątpliwie odpowiedziałby „Goń się z tym twoim zasranym zenem".
Draco niewiele wiedział o podróżach lub ich celach, ale tego wieczoru otrzymał ekspresową lekcję teorii „kliknięcia". Jeśli ich ząbki i wypustki nie zwarły się ze sobą z kliknięciem, jeśli zamek nie zaskoczył (drogi Merlinie, nie dopuść do tego), udowadniając Draconowi, że nie było to żadne wyjątkowe przeżycie i że będzie teraz zmuszony do powrotu do pieprzenia się z każdym, tylko nie z Potterem, wtedy załamałby się doszczętnie. Blaise był w absolutnym błędzie, spadaj na bambus, Zabini. Tu chodziło o kompletny brak podróży. O poczucie tego, że znalazł się już u celu. Że już, tu i teraz, doszedł na miejsce.
Potter odwrócił głowę, by spojrzeć na Dracona, unosząc gorącą dłoń i obejmując go za kark.
— Malfoy? — odezwał się, wtłaczając całe miliony pytań w jedno wyjąkane słowo. Nie przyciągnął Dracona w dół, do pocałunku, mrugał tylko do niego (prawdopodobnie dlatego, że nie widział go wyraźnie bez okularów, zaplątanych gdzieś w fałdach zdjętej koszulki), obdarzając Dracona delikatną pieszczotą palców, czekając, aż Draco zdecyduje się przezwyciężyć to, co go powstrzymywało przed dalszym działaniem, co sprawiało, że zamarł w tej pozycji, pochylony nad ciałem Pottera. Ich role uległy odwróceniu: Draco był o krok od ucieczki, trzęsąc się z obawy przed skokiem na głęboką wodę, Potter zaś wyglądał jak alegoria (podszytej frustracją) cierpliwości.
Do cholery, to było prawdziwe lękowe gniazdo węży. Im dłużej czekał, tym więcej pytań zadręczało jego myśli. Przedtem nękało go jedynie „Co się tu, do diabła, zaczyna dziać? Ja z Potterem?". Następnie zjawiło się okrutne „Co, jeśli to nie powtórzy się już nigdy więcej?", a teraz zamęczało go najgorsze ze wszystkich: „Co, jeśli to jest tylko jednostronne?". Co się stanie, jeżeli usta i ręce Dracona, kurewsko wygłodniałe, zaczną szukać dokoła tego, co może zaspokoić ich pragnienie, a wszystkim, co Potter będzie mógł podać mu na tacy, okażą się ich stare, odbywające się zdecydowanie poza łóżkiem rozrywki, a wtedy Draco zostanie sam na sam ze swym nienasyconym głodem?
Nawet w mdłym świetle zaklęcia Lumos Draco wyraźnie widział kompletnie pociemniałe oczy Pottera. Z rozwartymi ustami i odrzuconą w tył głową, ofiarowywał Draconowi siebie samego, a dolna warga drżała mu lekko.
Jak gdyby był tak samo głodny jak Draco.
I tak jak on przestraszony.
Draco pochylił głowę, biorąc dolną wargę Pottera w usta. Possał ją. Odczekał. Possał ponownie. Tak, znów tu było, to uczucie wzajemnego zachwytu, karmiące ich obu, rodzące się gdzieś głęboko w jego podbrzuszu i przepływające do podbrzusza Pottera, odpowiadające kliknięciem na kliknięcie u Dracona, i tak! Pieprz się, podróży, witaj, kliknięcie, obietnico spotkania najszczęśliwszej z rozkoszy!
Potter wydał z siebie coś, co zabrzmiało jak westchnienie ulgi i wymruczał jakiś nonsens, którego odszyfrowaniem Draco nie zamierzał się wcale trudzić, bo i po co, skoro Pottera trudno było zrozumieć nawet wtedy, gdy miał swą dobrą passę. Kto wie, co dukał pod nosem teraz, rozpływając się w ich wzajemnej ekstazie. Draco go pocałował, a potem opadł na niego, łącząc ich ciała w dotyku i prześliznął się po Potterze odrobinę w dół, by móc pogładzić mu członek ocierającym się o niego brzuchem.
Absolutne, rozkoszne kliknięcie.
Dzięki żywiołowej zabawie, jaką zafundowali sobie wcześniej, mogli pławić się w przyjemności, pozostawiając sobie czas i rozciągając tę chwilę na całą wieczność bez ryzyka, że zsinieją im jaja. Oceniając kurczowy uścisk dłoni na swych ramionach, Draco doszedł do wniosku, że Potter musiał się za bardzo bać, by zrobić z rękami cokolwiek innego. Co wcale nie przeszkadzało mu pieścić ust Dracona długimi, leniwymi pocałunkami. Pocałunkami, które brały i dawały, na zmianę przejmując i przekazując prowadzenie, podsycając niespiesznie, ruch po ruchu, narastający między nimi żar. Ich penisy dopasowały się do powolnego tempa pocałunków, dociskając się do coraz wilgotniejszej powierzchni brzuchów.
Niewiedza Pottera dotycząca seksu między mężczyznami nie znaczyła, że Draco nie mógł użyć swych rąk, kiedy tylko i jak chciał. Czując napływ szelmowskiego nastroju, zaczął głaskać kciukiem sutki Pottera, delikatnie drażnić je i szczypać, tocząc je między palcami w jedną i drugą stronę, wsłuchując się jednocześnie z cudownym samozadowoleniem w pełen zachwytu jęk Pottera, wydany w samym środku pocałunku.
— Och, ty draniu — wydyszał Potter. — Robisz to tylko po to, żeby mi udowodnić… Ach!
— Że miałem rację?
— Że miałeś rację. Udowodnij, że ją miałeś — błagał.
Palce Dracona popełzły ku ustom Pottera i przelotnie musnęły zęby, a on wił się pod nim, na przemian wyrzucając z siebie bluźnierstwa i prośby, by nie przestawał. Ale Draco musiał przestać, bo choćby nie wiadomo jak pragnął doprowadzić Pottera do orgazmu samą pieszczotą sutków, to jednak przede wszystkim chciał zostać zerżnięty.
Przekręcił Pottera na bok, układając go przy sobie tak, że spoconą piersią oparł się o równie spocone plecy Pottera, po czym rozdzielił jego nogi, wciskając między nie kolano.
Potter się spiął.
— Spokojnie. Nie będę cię pieprzyć. Chcę ci tylko pokazać, jak masz pieprzyć mnie. Najpierw palce. Musisz mnie trochę otworzyć — Draco wyszeptał zaklęcie. — Tylko jeden palec — obiecał. — Wsunę w ciebie tylko jeden palec, dopóki nie zażądasz czegoś innego. — Przebiegł po szczelinie między pośladkami Pottera śliskim, ale delikatnym palcem. Odczekał, aż Potter przytaknięciem wyda swą zgodę, a potem głaskał jego zaciśniętą dziurę tak długo, dopóki nie poczuł, że ramiona Pottera odprężają się odrobinę. Ponownie wyszeptał zaklęcie nawilżające i łagodnie wsunął palec do środka. Nie robiąc z nim zupełnie nic. Pozwalając Potterowi oswoić się z jego obecnością w swym wnętrzu, bez wykonywania ruchu lub czegokolwiek innego. — Dobrze? — zapytał Draco i nie czekając na odpowiedź, ciągnął: — Jesteś bardzo miły w dotyku. Gorący. Ciasny. — Drugą ręką objął tors Pottera, macając w poszukiwaniu sutka i zaczynając się nim bawić. Mięśnie w tyłku Pottera rozluźniły się, a Draco zaczął powoli skręcać i obracać palec, współgrając z obrotami, których dokonywał na jego sutku, a gdy natrafił w końcu na słodki, magiczny punkt we wnętrzu Pottera…
— Och. Kurwa! Kurwa! Co to?
Draco zaśmiał się prosto w bark Pottera.
— Nigdy nie wsadzałeś sobie palca, trzepiąc konika?
— Nieeeeeee. Taaaaak! — wyjęczał Potter, podczas gdy Draco głaskał i pieścił go od środka. — Włóż jeszcze jeden palec, Malfoy, jeszcze jeden!
Draco rozkoszował się zabawą z sutkiem i tyłkiem Pottera tak długo, jak tylko ten mógł ją jego zdaniem wytrzymać. Ta niewinność była mu tak obca. Głośne okrzyki Pottera, przepełnione szokiem radości i zaskoczenia, sprawiły, że Draco zaczął się zastanawiać, czy sypianie wyłącznie z płcią przeciwną, i to tylko w pozycji klasycznej, z rękami dozwolonymi jedynie w tym, a nie innym miejscu, mogło stanowić jakiś swoisty gryfoński kodeks. Draco przymknął oczy, w oszołomionym zdziwieniu upajając się wonią i dźwiękami wydawanymi przez odkrywającego nową przyjemność Pottera, podającego swój tyłek w ten właśnie sposób… akurat jemu.
Gdy tylko poczuł dygotanie ud Pottera, zaczął się wycofywać. Potter pozwoli mu się zerżnąć, tego Draco był pewien. Kiedyś, później.
Wyciągnął palce i zdążył jedynie przemienić ścianę naprzeciwko łóżka w lustro, gdy Potter wymruczał własne zaklęcie i wsunął w niego swoje palce. Draco był ciągle lekko rozciągnięty po stosunku z Blaise'em poprzedniej nocy, co się dobrze składało, ponieważ Potter pojęcia nie miał, co robił. Jego palce zachowywały się nieco zbyt entuzjastycznie, a penis wśliznął się w Dracona trochę za pospiesznie. Draco nie przejął się tym zbytnio, bo kiedy tylko Potter załapał rytm i odkrył właściwy kąt, odpowiadając na jego pozbawione tchu żądanie, gryfońska determinacja i odwaga, połączone z naturalnym wdziękiem Pottera, sprawiły, że Draco mógł obserwować niezapomniany widok. Potter umiał się pieprzyć. Draco przyznał mu to z miejsca. Patrzył w lustro, porażony niewiarygodnym pięknem Pottera, ssącego mu ramię, odrzucającego głowę w tył przy szczególnie głębokim pchnięciu… Draco miał już w swym życiu kilku naprawdę dobrych partnerów (choć żaden z nich nie mógł równać się z Blaise'em), nigdy jednak nie przydarzył mu się seks, doprowadzający go do stanu emocjonalnego rozebrania na czynniki pierwsze, dobierający mu się do samych korzeni. Lekko rozsunął nogi, zmieniając położenie swych bioder, co Potter przywitał zadowolonym pomrukiem, mogąc dzięki temu wcisnąć się jeszcze głębiej do wnętrza jego ciała. A potem twarz mu stężała, zamiast zamienić się w głupawą minę z rozdziawionymi ustami, co zdarzało się większości osób. Potter był niezawodny, jeśli chodziło o robienie rzeczy inaczej. Draco uśmiechnął się do siebie.
Potter opadł na niego, staczając się po chwili na bok i pociągając Dracona za sobą. Spoconą dłonią zaczął przesuwać po jego penisie mocnymi, szybkimi ruchami, obliczonymi na to, by doprowadzić go na szczyt. Draco poczuł szok na widok wyrazu malującego się na twarzach ich lustrzanych odbić. Żadnych trików, żadnych masek. Draco zatracił swoją pogardę, Potter swoją głupawość. Draco wyglądał znacznie młodziej, Potter dojrzalej. Może to właśnie było to, co ze sobą wzajemnie robili. Odzierali się z pozorów. Kłótnie i walki, które urządzali, były jedynie innym wyrazem tego procesu. Ich wspaniałego kliknięcia dopasowujących się wzajemnie rozkoszy. Myśl ta zdołała tylko przemknąć przez głowę Dracona, gdy porwał go własny orgazm. Z ulgą i wdzięcznością rozlał się w dłoni Pottera.
Potter, jak można się było spodziewać, okazał się zwolennikiem przytulania (co mogło zostać uznane za dość szczęśliwy zbieg okoliczności, bo Draco był raczej nogą w przytulaniu, za to doskonałą przytulanką). Oderwał się od Dracona jedynie na tyle, by móc ułożyć swój miękki już teraz członek wzdłuż krzywizny jego pośladka, jednocześnie otaczając go w pasie ramieniem. Po czym zasnął. Draco patrzył na odbicie ręki Pottera, przyciśniętej do płaszczyzny jego klatki piersiowej, unoszącej się i opadającej wraz z jego oddechem, dopóki zaklęcie nie straciło mocy, a ściana przestała być lustrem.
Ranek zastał ich na półprzytomnych, ledwo świadomych ręcznych zabiegach wokół ich penisów, które rozwiązały denerwujący kłopot porannej erekcji, na tysiącu rumieńców ze strony Pottera i wzajemnym zapewnianiu siebie, że absolutnie sobą pogardzają. Zgodzili się również co do tego, że gdyby nie cuchnęli jak kozy i nie musieli stawić się w pracy w przeciągu godziny, to z pewnością podbiliby sobie przynajmniej po jednym oku. Próba zatwierdzenia tego zakończyła się namiętnym pocałunkiem, który z kolei zakończył się, nie wiadomo w jaki sposób, umówieniem się na obiad.
Gdy tylko Potter aportował się z jego mieszkania, Draco wskoczył pod prysznic i zmył z siebie całe litry nasienia, klejące się do brzucha i pokrywające mu matową warstwą włosy łonowe, przesuwając przy tym bardzo ostrożnie gąbką po torsie. Wczorajsze wyjątkowo gorliwe ocieranie się o siebie na kanapie pozostawiło po sobie ślady. Śniadanie z Pansy — codzienny obowiązek Dracona — mogło okazać się dobrą okazją do ich wyleczenia między jednym a drugim kęsem francuskiego rogalika. Drogi Merlinie, Potter był absolutną bestią. Draco obmacał jedno z wyjątkowo głębokich zadrapań, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
XXX
Wyszedł z kominka w mieszkaniu Pansy i stanął oko w oko z totalnym chaosem.
Pansy siedziała przy stole w jadalni, jeszcze w swym porannym kimonie, czytając pierwszą stronę „Proroka" i najwyraźniej nie zwracając uwagi na to, że każda lampa w jej salonie była przewrócona, krzesła leżały nogami do góry, a poduszki z sofy wszędzie, tylko nie na sofie.
— Ktoś się do ciebie włamał? Powiadom lepiej Departament Przestrzegania Prawa. Sam stawiałem ci bariery, więc…
— Draco, o czym ty gadasz? — ziewnęła. — O, kurwa — zaszurała gazetą. — Minister zaczyna rzucać zwyczajowymi przedwyborczymi odzywkami o tym, że skreśli jedno ze świąt państwowych. Musimy się przygotować, zapowiada. Dziwne, że musimy się nastawiać i przygotowywać wyłącznie w okresie przedwyborczym.
— Pansy? — odezwał się Draco tonem sugerującym wkurzenie najwyższego stopnia. — Twoje mieszkanie. Spójrz. Wygląda, jakby nawiedził je tabun szalonych bestii, uprawiających dziki seks…
W tym właśnie momencie na progu sypialni pojawił się niezupełnie ubrany Weasley. To prosię nie zapięło sobie nawet koszuli! Przed zbolałymi oczami Dracona mignął widok piegów oraz rudawego owłosienia na piersi. Wyrażenie „przestraszyć się na śmierć" nabrało raptem absolutnie nowego wymiaru.
— Cześć, Fretka — powiedział Weasley, łapiąc rogalika i jednocześnie całując Pansy z wystarczającą ilością wkładu językowego, by przyprawić Dracona o mdłości. Czy ten facet miał piegi także na języku? Czasami Draco nie mógł ścierpieć własnego mózgu za myśli, które produkował. — Muszę spadać. Potrzebny mi prysznic i parę czystych ubrań. Widzimy się na obiedzie? Tylko my dwoje? — dodał, łypiąc na Dracona ponurym wzrokiem.
Pansy przejechała paznokciami wzdłuż ramienia Weasleya, pozostawiając na nim ślady. Niech Dracona cholerne piekło pochłonie, jeśli Weasleyowi od tego nie stanął.
— On należy do paczki — Pansy wykonała gest w stronę Dracona, odrobinę rozkładając nogi. Małą, maleńką odrobinkę.
Weasley złapał się za krocze, mamrocząc „zołza" szczęśliwym, gardłowym głosem, po czym przewrócił oczami i mruknął:
— Taa, tyle to i sam wiem. No dobra, o ile tylko nikt nie będzie mnie zmuszał, żebym poszedł z nim do łóżka…
— Wiewiór, tak się składa, że a) jestem już z kimś umówiony na obiad i b) mam fatalną alergię na piegi. Spróbuj tylko zbliżyć się do mnie na mniej niż metr ze swoim kutasem, to cię ukatrupię.
— Nooo, ja mam fatalną alergię na marudnych dupków, którzy…
— Co za miła zabawa — wtrąciła się Pansy głosem, który zwykle zwiastował rychłe użycie zaklęcia swędzących jaj.
Weasley rzucił Draconowi ostatnie spojrzenie i odwracając się ku Pansy, powiedział:
— Nie mogę znieść tej świni, ale ty jesteś tego warta. Spotkamy się w atrium w południe. — Wpił się w jej usta w jeszcze jednym pocałunku, angażując w niego, jak na tak wczesną porę, o wiele za dużo języka, po czym ulotnił się przez Fiuu.
Co za niezręczna sytuacja. Zazwyczaj, gdy któremuś z nich trafiła się gorąca noc gdzieś na boku, ze szczegółami analizowali dane statystyczne, słabości, dziwactwa seksualne, wyposażenie oraz, jeśli Draconowi przydarzyło się robić to z mężczyzną, przeprowadzali rzeczowe porównanie owego wyposażenia. Lecz gdy przedmiotem porównania miałaby stać się anatomia Weasleya — im mniej Draco o niej wiedział, tym lepiej, zakład, że ten palant miał piegi i na kutasie — Draco wolał powstrzymać się od swego zwykłego, nieprzyzwoitego przesłuchania odnośnie seksualnych partnerów Pansy, w nadziei, że ta jakoś wypełni powstałą lukę w ich utartej konwersacji. Co też się wreszcie stało.
— Rozważam zatrzymanie go na stałe, Draco.
Nie było to powiedziane tonem pytania o pozwolenie. Po ślizgońsku znaczyło to „przymknij się i nie komentuj". Gdyby nie miał przyjemnie obolałego tyłka od entuzjastycznego ubijania śmietany za pomocą Pottera, to być może zacząłby robić z tego jakiś dramat. Oczywiście, Pansy nie zdawała sobie z tego sprawy, ale nawet Draco, który spokojnie mógłby mieć na drugie „bezczelny", wiedział, że znaleźliby się w sytuacji pod tytułem „Przyganiał kocioł garnkowi" o niewyobrażalnych rozmiarach, gdyby zaczął wypominać Pansy przespanie się z Gryfonem, skoro sam dał się zerżnąć Gryfonowi Absolutnemu.
— Jest dość ostry, co? — Draco wskazał na zdemolowane wnętrze pokoju.
— Mhmm. Poprawne przypuszczenie — uśmiechnęła się. — On jest… — Polakierowanym na kolor fuksji paznokciem (musiała zrobić sobie nowe manicure na tę randkę) zakreśliła ósemkę na blacie stołu. — On jest całkiem niezły, Draco. W dodatku nadaje się do podszkolenia. Co do całej reszty, no wiesz. Wygląda na to, że stanie na niskim szczeblu w rodzinnej hierarchii wyrobiło w nim małe skrzywienie w kierunku pragnienia dominacji.
— Co za szczęście — Draco nie zdołał opanować odruchu wylania kropelki jadu — że ty masz skrzywienie w kierunku pragnienia bycia zdominowaną.
— Prawdziwe szczęście — zgodziła się, unosząc lekko na krześle. Najwyraźniej na deser zafundowali sobie z Weasleyem porcję klapsów. — Herbaty?
Przytaknął. Sprawa była przegrana. Nawet Draco nie mógł zaprzeczyć, że upodobanie Pansy do sadomasochistycznych zabaw znacznie przewyższało jej niechęć do piegów. A że nudności, wywołane przez wspomniane piegi, minęły, Draco poczuł, że umiera z głodu. Sięgnął po rogalika.
— A ty z kim byłeś zeszłej nocy? To musiała być niezgorsza bestia, jak widzę — usłyszał.
Draco zakrztusił się rogalikiem, a próbując wypłukać okruchy z gardła gorącą herbatą, zakrztusił się jeszcze bardziej, ponieważ straszliwie oparzył się w język, a potem, wypluwając ten diabelski wrzątek, zaplamił sobie białą koszulę, która natychmiast przesiąkła i przykleiła mu się do piersi, paląc żywym ogniem pozostawione tam przez Pottera ślady. Co bolało jak sama kurewska cholera!
— Draco — zażądała. — Kto to był?
Naprawdę nie miał nastroju na to, by znaleźć się pod pręgierzem jej triumfalnego „A nie mówiłam?" i to o tak wczesnej godzinie, bo gdyby sam był na miejscu Pansy, to wznoszenie takiego pręgierza niewątpliwie stałoby się żelaznym punktem porządku dziennego na minimum kilka tygodni. Czy Potter puści parę i wyśpiewa wszystko Weasleyowi? Jeżeli tak, to Pansy usłyszy o tym najpóźniej w porze obiadu, co byłoby sto razy gorsze, ponieważ Draco będzie z nią zamknięty w jednym biurowym pokoju przez resztę popołudnia, a ona z pewnością dostanie ataku furii, że zataił przed nią, co zaszło ostatniej nocy. Jeśli zaś powie jej wszystko teraz, a Potter będzie trzymał gębę na kłódkę, to…
— Przestań wymyślać, jak by mnie tu najlepiej okłamać lub zagrać na zwłokę, Draco, bo dobrze słyszę, jak ci się trybiki w mózgu obracają.
To nie miało sensu. Równie dobrze mógł jej wyznać wszystko.
— Potter.
Czekał, przygotowany na najgorsze, spodziewając się typowego dla Pansy gromkiego śmiechu i wszelkich możliwych odmian jej ulubionego „Przecież ci mówiłam!". Usłyszał ciszę. Podniósł wzrok.
— Na kolana — zarządziła.
Draco odsunął się od stołu wraz z krzesłem. To było wolno jedynie Pansy: wymościć sobie gniazdko na jego kolanach, omotać mu szyję ramionami i mocno przytulić. Pierwszy raz zrobiła to, gdy Draco przegrał swój pierwszy mecz quidditcha z Potterem. Wówczas znaczyło to dla niego tak wiele, a teraz nie mógł sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatni raz siedział na miotle. Może Potter będzie miał chęć na przejażdżkę, gdy pogoda się nieco poprawi. Mogliby aportować się do Wiltshire. Dwór Malfoyów już nie istniał, jednak Draco nadal posiadał tamte tereny. Mogliby trochę polatać, niezauważeni przez nikogo, bo obszar był ciągle nienanoszalny…
Ciężar, z jakim opadła mu na kolana, sprawił, że zaczęła się wiercić ze względu na swój obolały od razów tyłek. Co znowu skłoniło Dracona do wiercenia, gdyż i jego dupa była obolała od rżnięcia. Normalnie byłoby tak, że to Draco wymierzyłby jej te klapsy, a Blaise dokonał inwazji na jego tyłek, teraz jednak w układ wdarli się dwaj ktosie spoza ich trójki. Blaise odszedł. Weasley doszedł. Potter doszedł. Wszystko uległo zmianie, wnosząc coś nowego, po części cudownego, a po części przerażającego. Objął ją za plecy. Nawet nie wiedział, czy to ostatni raz, kiedy czuł na kolanach ciężar pocieszającej go Pansy.
— Nienawidzę zmian — powiedział prosto w jej ramię.
— Wiem, słonko. Wiem. — Pogładziła go po głowie. — Jesteś do dupy, jeśli chodzi o zaklęcia suszące, Draco. Masz jeszcze mokre włosy. O, i już. Dobrze ci z nim było?
Draco mógł tylko przytaknąć. Zawsze dzielił wszystko z Pansy, nawet więcej niż z Blaise'em, bo nigdy nie wiedział, kiedy temu strzeli nagle do głowy przemienić się w intelektualistę i zacząć rzucać tekstami o analogiach między seksualnymi odchyłami Dracona a wiekiem, w którym został odstawiony od piersi. Draco nie miał najmniejszej nawet chęci na rozmowę z Blaise'em o piersiach swej matki, choćby w najniewinniejszym z kontekstów, stąd też to ramię Pansy musiało znosić balast jego zwierzeń. Co odbywało się zwykle w ten właśnie sposób, z Pansy zwiniętą w kłębek na jego kolanach i pieszczącą mu włosy. Ale akurat tym nie potrafił się z nią podzielić i miał nadzieję, że ona to zrozumie.
— Zmiany nie są złe, Draco. Damy sobie radę.
— Zmiany są straszne.
— Ty i Potter…
— No, dzięki bogu ta jedna rzecz pozostała bez zmian. Miałem raczej na myśli ciebie i tego… — już miał nazwać Weasleya chodzącym piegiem, gdy się zawahał, uświadamiając sobie, że ten grunt stracił już podatność na podobne ziarno — … Gryfona — dokończył więc niezdarnie.
Pansy wyprostowała się i spojrzała mu w oczy.
— Co ty chcesz powiedzieć, Draco?
— To, że Potter i ja nadal się nienawidzimy. Nawet zapewniliśmy siebie o tym dziś rano. Zdecydowanie sobą pogardzamy. Jak zawsze. Potter ciągle mnie nie cierpi, a ja jego. Rozmówiliśmy się poważnie na ten temat. Sprawy pójdą tym samym trybem co zwykle, z tym, że zaczniemy się walić i w łóżku.
Pansy wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Chcesz mi powiedzieć, że pieprzycie się z Potterem do upadłego, ale ciągle się przy tym nienawidzicie?
— Doprawdy nie wiem, skąd ten ton w twoim głosie. Tak. W ten sposób można to wszystko podsumować. — Draco rzucił jej rozgniewane spojrzenie. — To, że rżniemy się bez opamiętania, nie znaczy, że nie możemy sobie raz na jakiś czas przyłożyć pięścią. Bakłażan czy oberżyna, sześć sztuk czy pół tuzina, dokładnie to samo. Śliwa pod okiem czy obciąganie, na jedno wychodzi, naprawdę.
Początkowo myślał, że Pansy płacze, co w ogóle nie miało żadnego sensu. Potem dotarło do niego, że trzęsie się ze śmiechu. Ze śmiechu tak intensywnego, że łzy spływają jej po policzkach.
— No co? Co cię tak rozbawiło, Pans?
Koniec rozdziału dziesiątego
