Epilog

— Dosyć tego, Draco, to trwało już wystarczająco długo — przyganiała mu Pansy. — Napisz do niego.
— Nie ma mowy. — Draco zazwyczaj ciężko sobie radził z fenomenalnym talentem Pansy do zmuszania go do różnych rzeczy, jednak w tej kwestii trwał w niewzruszonym uporze. — Ten facet puka moją matkę, na miłość boską. Pewnych spraw się nie wybacza.
— On wybaczył ci ten idiotyzm z Potterem — wypomniała Pansy.
W tym momencie Potter wkroczył do pokoju z naręczem poczty.
— Czee, Pansy. Gratulacje z okazji szczęśliwego wydarzenia. Same rachunki, reklamy i nowy numer „Wymiatacza". Nadal nie odzywasz się do Blaise'a, co, Malfoy? Przy okazji, Ron kazał ci przekazać, żeby cię szlag trafił. Matka pisała ci już chyba z tysiąc razy, jak bardzo jest szczęśliwa. O jaką głupotę ze mną chodzi?
Dlaczego każdy stawał w tej sprawie po stronie Blaise'a?
— Pracujecie ze sobą ramię w ramię, mieszkacie razem, a zachowujecie się, jakby to była jednorazowa przygoda, która w jakiś zadziwiający sposób ciągnie się już od dobrych czternastu miesięcy — wyjaśniła Pansy.
Draco przewrócił oczami. Jak gdyby Potter u niego mieszkał.
— Pansy, powtarzam ci to ostatni raz, ja tutaj nie mieszkam. Chce ktoś herbaty?
— Nie, koniec z kofeiną, teiną i drinkami. Szczerze mówiąc, to trochę wkurzające. Czasami zapominam, Harry, że jesteś tak samo stuknięty jak on, bo od czasu do czasu zdarza ci się wykazywać tendencję do normalnego zachowania. Czy wszystkie twoje ciuchy znajdują się w tym mieszkaniu?
Potter wzruszył ramionami w przytakującym geście.
— A twoje miotły? — wyliczała dalej Pansy. — Twoje trzy na krzyż książki? Odtwarzacz do płyt i twój Xbox? Dostajesz całą swoją pocztę na ten adres? — Kolejne nieme tak, tak, tak i tak. — A ten telewizor to twój? — Tak. — Płacisz czynsz za mieszkanie, w którym nie mieszkasz…
Potter i Draco zareagowali równocześnie.
— Przecież tam mieszkam.
— Przecież on tam mieszka.
Po czym wymienili uśmiechy pełne samozadowolenia.
— Bzdura. Więc dokładnie co takiego zostało w twoim mieszkaniu?
— Masy potwornych mebli, skażonych pluskwami i swetrami Weasleya — wtrącił się Draco. — Nie chcę mieć tych okropności w promieniu sześciu mil od moich rzeczy. Obsyfią mi wszystkie kaszmirowe swetry, które natychmiast stracą fason, zamieniając się w worki na kartofle z wielkim „D" na przodzie.
Pansy wzniosła oczy do nieba, zerkając po chwili na Pottera.
— Nie wyżywa się na tobie, gdy jest w takim nastroju? Który to trzyma się go zresztą przez cały cholerny czas?
— Nieee — uśmiechnął się Potter, pochylając się nad Draconem i wymierzając jego głowie czułego kuksańca.
Draco trzepnął Pottera po ręce. Mocno. Nie był, do diabła, żadnym pluszowym zwierzakiem.
— Przestań, Potter. O ile nie pchasz się do mnie z łapami w czysto seksualnych zamiarach, to trzymaj je lepiej przy sobie.
Potter odpłacił się pięknym za nadobne, waląc go po głowie czasopismem poświęconym quidditchowi.
— Hej, to bolało, ty psycholu. Gdybym rzeczywiście go lubił, pewnie doprowadziłby mnie do białej gorączki. A że go nie lubię, to jest dla mnie tylko szalenie rozbrajający. Albo rozbrajająco szalony. Czasami trudno to określić — powiedział Potter skruszonym głosem.
Ostatnio oboje zaczęli to robić. Spiskować wspólnie przeciw niemu. I co to za nonsens z tymi gratulacjami z okazji szczęśliwego wydarzenia?
— Wiem. — Pansy potrząsnęła głową. — To raczej zwariowane, prawda?
Draco przymierzał się do zrobienia okropnej sceny, bo przecież siedział tu z nimi w jednym pokoju, podczas gdy oni gadali ze sobą tak, jakby go tu nie było, a Draco nie mógł znieść, gdy oni…
JAK MÓGŁ TEGO NIE ZAUWAŻYĆ? PANSY NOSIŁA NA PALCU DIAMENTOWY PIERŚCIONEK! ZARĘCZYNOWY DIAMENTOWY PIERŚCIONEK!
— Defibrylator, defibrylator! — wrzasnął Draco.
Ponieważ Pansy i Potter dobrze znali Dracona, nie zrobili niczego poza przybraniem tych swoich denerwujących min. Czy doprawdy nikt już nie traktował go tu poważnie?
— O co mu chodzi, Harry? — jęknęła Pansy.
Potter przewrócił oczami.
— Udaje, że zaraz dostanie ataku serca. Oto pan Nienawidzę-Wszystkiego-Co-Mugolskie-A-Zwłaszcza-Tej-Telewizji-Ale-Prędzej-Dam-Sobie-Odciąć-Rękę-Niż-Przegapię-„Chirurgów".
— To pierścionek zaręczynowy. — Draco z przerażeniem wskazał na dłoń Pansy. — Wiedziałeś! — Obrócił się ku Potterowi, mrużąc groźnie oczy. — Zdrajca! — wysyczał.
— Rany boskie, nie miałem pojęcia, dowiedziałem się o tym przypadkowo na obiedzie z Ronem, ale nawet gdybym wiedział, to i tak wszystko jedno. Swoją drogą, będę świadkiem, więc pójdziemy na to wesele. Prosił ją już od wieków, żeby za niego wyszła. Nie zwracaj na niego uwagi, Pansy. Zachowuje się jak dupek, ale to dla ciebie chyba nic nowego. Co się stało, że zmieniłaś zdanie co do ślubu?
Draco nie zamierzał udzielać się dalej w tej rozmowie. Ślubne piegi! Czy istniało coś straszniejszego? Zakład, że zamówią sobie tort weselny z jagodami, a Draco uwielbiał przecież torty weselne i teraz nie będzie w stanie przełknąć ani kęsa… Nienawidził, gdy świat wokół niego wirował w ten wstrętny, okrutny sposób, psując mu każde…
— Wpadliśmy. W rodzinie Parkinsonów nie narodziło się do tej pory ani jedno nieślubne dziecko i nie mam zamiaru być pierwszą, która to zmieni. Ślub za dwa miesiące. Mam nadzieję, że do tego czasu brzuch nie urośnie mi za bardzo, bo wystarczy, że moje cycki osiągnęły monstrualne rozmiary. Ron dosłownie nie może się od nich odkleić. Zboczony palant — westchnęła czule, po czym wyciągnęła palec w stronę Dracona. — Harry, gdy ten maniak już wyjdzie z szoku, powiedz mu, że ma być moim świadkiem i żeby natychmiast napisał do Blaise'a i mu wybaczył, ponieważ nie dam sobie zrujnować własnego wesela tylko dlatego, że jemu coś rzuciło się na mózg i nie ma zamiaru skończyć z tym gigantycznym fochem. Moi dwaj najlepsi przyjaciele mają ze sobą rozmawiać i basta, bo w przeciwnym razie do końca swych dni będą cierpieć męczarnie ze swędzącymi jajami. Słyszysz, Draco? Jeśli Blaise potrafił wybaczyć ci wasze wspólne wariactwo, to ty z pewnością postarasz się wybaczyć Blaise'owi, że zrobił dziecko twojej matce. Muszę iść. Ron i ja mamy dziś po południu umówione spotkanie w sprawie kateringu.
W stanie szczytowej frustracji, Draco uchylił się przed jej pożegnalnym pocałunkiem, zwijając się w ciasny kłębek w rogu kanapy i nie zamierzając się stamtąd ruszać. I nie ruszyłby się, gdyby Potter nie spróbował nakłonić go do podjęcia ruchu. A gdy to się stało, Draco uniósł się, rozsiewając wokół ponurą atmosferę, podczas gdy Potter, rozsiadłszy się w przeciwnym rogu kanapy, przerzucał kartki jego własnego czasopisma o quidditchu, na które Draco czekał przez cały ranek. Poza tym rozbolały go plecy. I naprawdę mógłby napić się herbaty. Do niej trochę czekoladowych ciasteczek. Tych z karmelem na wierzchu.
— Ona ma zamiar zasilić populację piegowatych — zamarudził Draco, wyciągając spod siebie jedną nogę. Która najwyraźniej kompletnie mu zdrętwiała. — Nie potrafię uwierzyć, że mogła być aż tak nieodpowiedzialna.
— Może ich dzieci będą miały ciemne włosy i zadarte nosy jak Pansy. Hej, Malfoy, powinieneś obejrzeć sobie te nowe Błyskawice. Wiem już, co chcę dostać na Gwiazdkę.
— Dostaniesz pęk rózeg za bycie paskudnym zdrajcą — odpowiedział mu Draco oskarżycielsko. Wyprostował drugą nogę, zastanawiając się nad tym, jak wykombinować filiżankę herbaty, nie zniżając się przy tym do poproszenia Pottera o jej zaparzenie. Jedną z zalet ciągłej obecności Pottera w pobliżu był fakt, że mógł zwrócić matce Cranky. Co za szczęście! Potter wykazywał się zadziwiającym talentem do spraw związanych z kuchnią oraz do seksu oralnego. Był za to totalnym beztalenciem w ścieleniu łóżek. Ale umiał przygotować doskonałą herbatę. Co się równoważyło… Draco zakaszlał, mając nadzieję, że zasugerowanie przeziębienia skłoni Pottera do porzucenia gazety i nastawienia czajnika.
— No to ja ci ją kupię, a potem od ciebie pożyczę. Jak myślisz, czy zostało nam dość czasu?
— Dość czasu na co? — zapytał Draco. W wypowiedziach Pottera nadal zwykły dominować zdania niemające ze sobą żadnego powiązania.
— Na nasz ślub. — Kartki czasopisma nadal furkotały pod kciukiem Pottera, jak gdyby z jego ust nie wyszło właśnie coś o sile rażenia wielkiej bomby.
— Nasz ślub? Cholera, odbiło ci? Niby czemu mamy zostać małżeństwem? Przecież się nienawidzimy.
— Taaak — odparł Potter, myślami błądząc gdzie indziej. — Nie wiem, czy wytrzymam czekanie aż do Gwiazdki. Chyba załatwię sobie tę miotłę już teraz. O, ja tam się nie przejmuję takimi rzeczami. Chodziło mi tylko, no wiesz, o te wasze ślizgońskie sprawy.
— Jakie znów ślizgońskie sprawy? — zazgrzytał zębami Draco. Nigdy dotąd nie zauważył równie wyraziście, jak mocno rąbnięty był Potter. Jakby to akurat do niego należało wydawanie inteligentnych osądów na temat tego, co jest, a co nie jest ślizgońską sprawą!
— No bo zawsze byłeś draniem kochającym współzawodnictwo. A zostałbyś ostatnim Ślizgonem, który nie wziął jeszcze ślubu. Ale skoro ci to nie przeszkadza… Jak myślisz, dadzą nam zniżkę, jeśli kupimy dwie miotły naraz?
— Potter, jak gdybym przejmował się takimi…
Cholera, chwileczkę! Millicenta była mężatką. Blaise miał już za sobą trzy małżeństwa, a Pansy się właśnie do tego przymierzała. Do ślubu z Weasleyem, ale jednak do ślubu. Pozostawał on. Żadnej gustownej obrączki, żadnego tortu weselnego, żadnych odświętnych szat spod ręki renomowanego projektanta.
Nie ma, kurwa, nawet mowy!
— Hop, hop, Potter. Został nam miesiąc, żeby postawić ten cyrk na nogi. Po pierwsze, zero niebieskiego żarcia. Nie zamierzam tego tolerować. Po drugie, nie zaproszę ani jednego z rumuńskich krewnych Weasleyów. Mogę się założyć, że mają ich całe setki…
Potter łypnął na niego spode łba.
— Ty i Ron jesteście ze sobą spokrewnieni. Zapomniałeś, Pieprznięty Panie Czystokrwisty? Jeśli on ma jakichś Rumunów w rodzinie, to ty też ich masz. Których zresztą wcale nie posiada.
Draco zamachał rękami, jakby chciał odpędzić myśli o możliwej obecności piegów w jego drzewie genealogicznym.
— Będzie mnóstwo szampana i tortu czekoladowego, i…
Och, i zmian. Pojawią się zmiany, a Draco nie znosił zmian. Obawa, którą poczuł, musiała odbić się na jego twarzy, ponieważ Potter przywołał go do siebie skinieniem zgiętego palca. Draco popełzł w jego stronę, wdrapując mu się na kolana.
— Przed chwilą cieszyłeś się z szampana i tortu czekoladowego, a teraz coś cię wystraszyło. Co jest?
— Czy to znaczy, że będziemy musieli mówić sobie po imieniu, bo, jeśli o mnie chodzi, coś takiego kompletnie złamałoby naszą umowę?
— Nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy. Nigdy nie myślałem o tobie inaczej niż „Malfoy".
— Nie przestanę cię nienawidzić.
— Ależ nie musisz — zgodził się Potter. — Możliwe, że nawet znienawidzimy się jeszcze bardziej. Będziemy zobowiązani do wzajemnej nienawiści, co nie?
To miało sens. Absolutnie.
— I powinniśmy zacząć znów prać się po pysku. Jasne, dawno już tego nie robiliśmy, ostatnio chyba na obiedzie w „Wężowym Języku", o ile pamiętam. Głównie dlatego, że obaj jesteśmy beznadziejni w czarach uzdrawiających, a nie dlatego, że nie chcemy! — dodał Draco pospiesznie.
— Nadal mam wielką ochotę udusić cię przeciętnie dwadzieścia razy na tydzień. Ale masz rację. To nawet trochę żenujące. Obaj jesteśmy całkiem dobrymi czarodziejami, a nie wychodzą nam takie proste zaklęcia. Co powiesz na to, żebyśmy od razu przechodzili do seksu na zgodę, tak jak zawsze?
— Tak jak zawsze — Draco uwielbiał brzmienie tych słów. — Mam zaprosić Blaise'a?
— Tak, zaproś. Naprawdę chcesz wdać się w dyskusję z twoją matką, jeśli nie zaprosisz jej partnera? Ojca jej…
— Nie przypominaj mi — wzdrygnął się Draco. — Niewyżyty zbok. Ale na pewno nie zaproszę ani jednego Tongańczyka od Granger. I nic nie zmieni mojego zdania w tym względzie.
Potter zagapił się na niego.
— Tongańczycy od Hermiony — powtórzył.
— Czy ja ci jeszcze nigdy nie wspominałem, że nie cierpię przepasek na biodra? — prychnął Draco. — Obowiązek noszenia krawatów nie podlega dyskusji, a wizja krawatu i przepaski razem… — zatrząsł się z obrzydzenia.
Zazwyczaj w takich chwilach zdziwienie Pottera zamieniało się w wybuch serdecznego śmiechu, któremu towarzyszyły jakieś komentarze o stanie umysłu Dracona, funkcjonującego w niezbadany i tajemniczy sposób. Co w języku Pottera równało się nazwaniu Dracona stukniętym. Ale w odróżnieniu od Pansy i Blaise'a, uporczywie nazywających go świrem, co zwykle kończyło się wrzeszczeniem na niego z nieznanych mu bliżej powodów, Potter, gdy nazywał go świrem, nie zaczynał się na niego wydzierać. Potter nazywał go świrem i zaczynał go całować, dotykając przy tym w bardzo miłych miejscach (etap kurczowego zaciskania rąk na barkach Dracona nie trwał długo), w nie mniej przyjemny sposób (szybko się uczył).
Dziś też nie było inaczej. Namiętność między nimi nie była tak samo głęboka jak kiedyś. Była jakby głębsza. Zmieniona, ale i nie zmieniona. Ich ślub z pewnością będzie wspaniały, ale wszystkie fundamentalne sprawy pozostaną takie, jakie są teraz. Co do joty. Draco westchnął, poddając się naprawdę fantastycznym pocałunkom Pottera — Potter potrafił całować nawet lepiej niż Blaise. Kto by przypuszczał, że nienawiść może być czymś tak cudownym?

Koniec