A oto część druga. Dedykacja wędruje do Voldemortis, z okazji urodzin (prezent zaległy), a za betę dziękuję Aevenien:*

2

Nie miał wyboru, jeśli nie chciał spędzić Bożego Narodzenia na ulicy, musiał wrócić do Londynu. To był jakiś absurd! W jego prawdziwym świecie Malfoy Manor zostało sprzedane, matka przeprowadziła się do Francji, a ojciec siedział w Azkabanie. Jakoś nie uśmiechało mu się sprawdzać, jak jest w tej rzeczywistości. Dlatego skierował swoje kroki do domu, który dzielił z Potterem.
— Zdajesz sobie sprawę, co właściwie zrobiłeś? — zaatakował go Harry niemal od progu, rzucając mu pełne wzburzenia spojrzenie. — Wychodzisz z domu o ósmej rano w Boże Narodzenie, nie mówisz dokąd ani po co i nie ma cię przez najbliższe parę godzin! Zaalarmowałem wszystkich naszych przyjaciół, nikt nie miał od ciebie żadnych wieści i właśnie zacząłem się zastanawiać nad odwiedzeniem Świętego Munga i zawiadomieniem aurorów. Odchodziłem od zmysłów. Jaki mężczyzna zostawia swoją rodzinę w święta i wychodzi, nikomu nic nie mówiąc? Kto tak robi, Draco? — Potter coraz bardziej się rozkręcał.
— Możesz przestać na mnie wrzeszczeć? — zapytał nieprzyjemnym tonem Draco. Nie będzie sobie pozwalał na takie traktowanie.
Potter spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Gdzie byłeś? — zapytał już jednak spokojniej. Lodowate spojrzenie Malfoyów zawsze działało.
— W Nowym Jorku.
— W Stanach?
— Z tego, co mi wiadomo, właśnie tam znajduje się Nowy Jork.
— Pogięło cię? Dlaczego miałbyś się tam wybrać?
— Bo tam właśnie mieszkam — odparł Draco z coraz większą frustracją.
— Przestań! — Potter rzucił mu wściekłe spojrzenie.
— Nic nie rozumiesz. Obudziłem się tutaj dzisiaj rano. I to jest bardzo dziwne, ponieważ… to nie jest mój dom. To nie są moje dzieci, a ja nie jestem ich ojcem. A ty… ty nie jesteś moim mężem.
— Wiesz co, Draco? Tym razem to nie jest zabawne, bo jestem na ciebie wkurzony. Naprawdę wkurzony.
Draco poczuł, że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej. Wyciągnął z kieszeni szaty dzwoneczek i zaczął nim dzwonić. Może ten czarnoskóry diabeł, który go w to wpakował, w końcu zmądrzeje i go stąd zabierze.
Niestety nic się nie stało, poza tym, że Potter zaczął patrzeć na niego, jak na wariata.
— Co to? — Do pokoju wleciała dziewczynka na dziecięcej miotełce i teraz zataczała wokół niego kółko, sięgając jednocześnie po dzwonek. — Fajne. Dzięki, tato.
— To moje — zaprotestował słabo Draco.
— Lily, przeleć się do salonu — poprosił Potter.
— Zabrała mi mój dzwonek! — Draco wbił wściekłe spojrzenie w Pottera. Jego dziecko zabrało mu być może jedyną drogę ucieczki z tego domu wariatów. Powinien jakoś zareagować. Ale Potter z rezygnacją pokręcił tylko głową.
— Wszystko cię ominęło — powiedział z żalem. — Śniadanie, prezenty… Spędziłeś tyle godzin wybierając, a potem czyszcząc i polerując miotłę dla Lily, a nawet nie widziałeś jej miny, gdy ją odpakowała. Przegapiłeś całe święta, Draco…
Potter patrzył na niego z takim wyrzutem, że choć przecież to wszystko nie było jego winą, poczuł się autentycznie głupio.
— Przepraszam, w porządku? — burknął, choć zabrzmiało to bardziej wojowniczo niż pojednawczo.
Potter westchnął ciężko.
— Na szczęście nic się nie stało. Tobie nic nie jest, dzieci też mają się dobrze, to najważniejsze. Nie mamy teraz czasu, trzeba się przygotować na przyjęcie, a ty z całą pewnością musisz się przebrać.
— Przyjęcie? Jakie przyjęcie? — zawołał.
— Gwiazdkowe przyjęcie u Rona i Hermiony. Jak zawsze, Draco — odparł zmęczonym głosem Potter.
— Nigdzie nie idę! — zaprotestował gorąco. W całym tym nieszczęściu brakowało mu jeszcze Weasleyów!
— Wiesz co? Mam cię gdzieś — warknął Potter, który najwyraźniej stracił cierpliwość. — Zaraz zafiukam do Molly.
— Molly? — powtórzył Draco podejrzliwie.
— Tak, do Molly. Nie musi zabierać dzieciaków do Nory, skoro ty z nimi zostaniesz.
Draco poczuł przypływ paniki na myśl, że musiałby sam zająć się dwójką obcych bachorów.
— Będę gotowy za dziesięć minut — wycedził i ruszył na poszukiwania swojej szafy. Niestety to, co w niej zobaczył, bynajmniej nie ukoiło jego nerwów. Żegnajcie cudownie skrojone szaty od najlepszych krawców Madame Malkin. Żegnaj wspaniała atłasowa bielizno. Żegnaj…
— Salazarze, to okropne — jęknął żałośnie i zorientował się, że ktoś mu się przygląda. Odwrócił głowę i zobaczył Lily wpatrującą się w niego z mieszaniną strachu i ciekawości. Nazywała się Lily… To zapewne po matce Pottera. Urocze. Braciszek powinien nazywać się Lucjusz i szczęśliwa rodzinka w komplecie.
Dziewczynka najwyraźniej przestraszona jego miną, uciekła bez słowa. Po chwili usłyszał tupot jej bosych stóp na schodach.

Przyjęcie, cóż za niespodzianka, okazało się katastrofą. Na dobry początek poczęstował się szklaneczką whisky, żeby chociaż trochę się rozluźnić. Kiedy jednak upił pierwszy łyk, niemal się udławił, tak bardzo trunek różnił się jakością od tego, co przywykł pijać w zaciszu swojego eleganckiego biura. Następne przyszły mu już jednak nieco łatwiej. Potrzebował alkoholu, a choć ten smakował podle, zawartość procentową miał z pewnością wystarczającą.
Następnie został wmanewrowany w rozmowę z Wiewiórem i jego kumplami na temat sezonowych rozgrywek Quidditcha.
— I w ten sposób Armaty z Chudley zdobędą mistrzostwo, prawda Draco? — zakończył swój przydługi wywód Weasley, spoglądając na niego przyjaźnie, od czego Draco zrobiło się niedobrze.
— Salazarze, oni są do dupy — mruknął zdegustowany i w tym momencie jego trzej rozmówcy zamilkli, wbijając w niego wstrząśnięte spojrzenia. Świetnie. Od początku wiedział, że nie powinien tu przychodzić! Mężczyźni patrzyli na niego wyczekująco, więc dla świętego spokoju musiał coś powiedzieć. — Oczywiście ten sezon jest wyjątkowy — sprostował, co najwyraźniej ich uspokoiło.
Uwolnił się od ich towarzystwa, tylko po to, żeby wpaść w szpony Bliźniaków-Strzeż-Się-Weasley. Draco do dziś miał traumę po tym, jak na piątym roku dolali mu czegoś do kawy, dzięki czemu przez tydzień nie wychodził z dormitorium walcząc z różową trwałą nie tylko na swojej głowie. Samo przebywanie w zasięgu ich wzroku było potencjalnie niebezpieczne.
— I jak tam nowy model Mistrali? — zagadnął go jeden z nich.
— Słucham? — Miał mgliste pojęcie, że mężczyzna pyta go o miotłę wyścigową. Odkąd mieszkał w Stanach, przestał interesować się Quidditchem. Nie dlatego, że znudził mu się ten sport. Po prostu nie miał na to czasu. Zajął się swoją karierą, budowaniem pozycji i zaufania, czasem pracował nawet po czternaście godzin dziennie. W jego nowym życiu nie było miejsca na przyjemności.
— Och, nie musisz robić z tego takiej tajemnicy! Nikomu nie powiemy. Widziałem, jak tuż przed świętami dostałeś transport z Francji. To Mistrale, prawda?
— Cóż, tak — przytaknął Draco dla świętego spokoju, choć nie miał pojęcia, o co chodzi.
— Ja tam w dalszym ciągu wolę Terrale. Są takie lekkie i zwrotne. Nie uważasz, że są lepsze, Draco?
Terrale były produkcji amerykańskiej i przynajmniej o tym Draco coś wiedział. To znaczy przeleciał się na jednym z nich raz czy dwa.
— Rzeczywiście są zwrotne, a przy tym klasyczne — potwierdził.
George spojrzał z satysfakcją na Freda. Albo to Fred spojrzał na George'a. Co za różnica!
Draco zamierzał właśnie poszukać Pottera i wymusić na nim opuszczenie tej żałosnej imprezy, kiedy ktoś na niego wpadł.
— Blaise? — zawołał ze zdziwieniem. — A co ty tutaj robisz?
— No już, dobra — prychnął jego dawny przyjaciel. Slazarze nie widział go od jedenastu lat! — Tradycyjny żarcik na temat mojej odrażającej przyjaźni z Ronem zaliczony. — Blaise przewrócił oczami. — Pomyślałby kto, że masz prawo robić mi takie uwagi, żonko Pottera.
— Hej, licz się ze słowami! — warknął Draco, a Blaise jedynie zachichotał w odpowiedzi. Salazarze, Zabini przyjaźnił się z Wiewiórem?
— Świetnie wyglądasz — zauważył w końcu Draco, chcąc zmienić temat. Przyjaciel prezentował się naprawdę nieźle. Wydawał się wyższy, ale to pewnie dlatego, że najwyraźniej stracił trochę na wadzę i wysmuklał. Włosy też wyglądały jakoś inaczej.
Blaise uśmiechnął się z zadowoleniem, ale zaraz rzucił mu krytyczne spojdzenie.
— Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. Dobrze się czujesz? — zapytał z troską.
— Ostatnio nienajlepiej — mruknął Draco, co było absolutną prawdą. Daleko mu było do jego szczytowej formy.
— Ostatnio… — Blaise znacząco zwiesił głos. — Jakieś problemy w raju? Bo wiesz, jakbyś potrzebował pocieszenia…
— Dam ci znać — odparł Draco, uśmiechając się z przymusem.
— Zawsze tak mówisz! — prychnął Blaise. — Już dawno pogodziłem się z tym, że nie mam szans z Potterem.
Do domu, Salazarze, jak on chciał wrócić do domu! I to nie tego z dwójką rozwrzeszczanych bachorów…
— Draco, chyba czas na nas. — Potter zmaterializował się u jego boku i Draco miał niejasne przeczucie, że mogło chodzić o Zabiniego, co, mimo całej tej porąbanej sytuacji, wzbudziło w nim iskierkę rozbawienia.

Draco brał prysznic najdłużej, jak się dało, licząc na to, że gdy skończy, Potter będzie już spał. Nie zawiódł się. Kiedy wyszedł z łazienki Harry oddychał równomiernie, owinięty szczelnie kołdrą. Draco odetchnął z ulgą i najdelikatniej, jak się dało, wsunął się obok niego do łóżka.
Położenie się obok Pottera było dziwne. Po wszystkich tych latach, kiedy starał się o nim nie pamiętać… po wszystkich tych latach, kiedy z powodzeniem o nim zapomniał! Teraz, jak gdyby nigdy nic, znów leżał centymetry od niego, wyraźnie czując jego ciepło, słysząc jego oddech… Wystarczyło tylko sięgnąć i… Czuł się w najwyższej mierze niezręcznie, ale też… sam nie wiedział, jak to określić. Jego serce tłukło się dziko i Draco miał wrażenie, że ten hałas zaraz obudzi Pottera. Mężczyzna jednak w dalszym ciągu oddychał spokojnie, niczego nie świadomy. Po chwili mruknął coś przez sen, poruszył się i przysunął do Draco, jakby wyczuwając w końcu jego obecność i przerzucając rękę przez jego klatkę piersiową. Draco zesztywniał. W przypływie paniki zamknął oczy, próbując pamiętać, że ma oddychać. Po krótkiej walce ze swoją świadomością rozluźnił się. To w gruncie rzeczy nie było złe. Nie było obce. Tak łatwo było sobie przypomnieć… Zasnął szybciej niż oczekiwał.

Rano obudził go jakiś potworny dźwięk. Otworzył oczy, ale łóżko było, ku jego niewypowiedzianej uldze, puste. Natychmiast sięgnął po drugą poduszkę i nakrył nią głowę.
— O, widzę, że wreszcie się obudziłeś! — Głos Pottera doszedł go z oddali. — Wstawaj, Scorpius płacze.
— Kto? — Draco usiadł na łóżku.
— Nie zgrywaj się, Draco. — Potter przewrócił oczami. — Wiesz, że dziś twoja kolej.
— Kolej na co? — zapytał Draco, mając coraz gorsze przeczucia.
— Jestem już spóźniony. Za dziesięć minut powinienem być w Biurze Aurorów. Zrób śniadanie i zabierz Scorpa do żłobka, a Lily do przedszkola.
— Nadal jesteś aurorem — zauważył Draco.
— Tak i nadal chcę nim być, dlatego zajmij się dziećmi. Scorpiusowi trzeba zmienić pieluchę, nie rób takiej miny, jakbyś miał to zrobić po raz pierwszy w życiu. Nie ze mną te numery.
— Kiedy właśnie ja mam to zrobić po raz pierwszy w życiu! — warknął Draco, ale Pottera już nie było.
Nieszczęśliwy powlókł się wiec do dziecinnego pokoju, kierowany przez coraz bardziej donośny płacz dziecka. Scorpius… gdzieś na dnie świadomości miał przeczucie, że to on wybrał imię dla chłopca wedle rodzinnej tradycji Malfoyów. A właściwie Blacków, gwoli ścisłości. Już prawie miał się uśmiechnąć, gdy nieprzyjemny zapach, panujący w pokoiku cofnął go aż za próg.
— Merlinie, co za fetor!
Chłopiec nadal płakał, a dziewczynka siedziała na łóżku i przyglądała mu się uważnie. Scorpius i Lily. Jego dzieci. Dzieci jego i Pottera. Co za absurd!
W końcu jednak przełamał niechęć i bardzo ostrożnie, jakby obawiając się, że w każdej chwili może oberwać łajnobombą, wszedł do pokoju. Scorpius na jego widok przestał płakać i uśmiechnął się radośnie. Gdyby nie ten okropny smród, Draco może nawet też by się uśmiechnął. Jednak zamiast tego spoglądał złowrogo na białą pieluchę w niebieskie znicze. Nie miał pojęcia, jak się za to zabrać. Lily wciąż obserwowała go ze swojego łóżka z lekko przekrzywioną główką.
No dobrze, raz się żyje. Musi to zrobić i mieć wreszcie za sobą! Dwoma gwałtownymi ruchami odkleił znajdujące się po bokach przylepce i aż krzyknął z przerażenia, gdy potworny zapach zaatakował go ze zdwojoną siłą. Odwrócił z obrzydzeniem głowę, napotykając coraz bardziej zaintrygowane spojrzenie swojej córeczki, która bez słowa wskazała mu plastikowy kosz. Widać tam miał wrzucić to śmierdzące cholerstwo. Ujął je w dwa palce i z największą odrazą wrzucił do pojemnika, wracając wzrokiem do Lily. Dziewczynka, nadal milcząc, wskazała mu opakowanie czystych pieluszek i chusteczki. Z największym trudem dokończył tę skomplikowaną czynność, jaką było przebranie dzieciaka i odetchnął z ulgą. Scorpius zaczął gaworzyć radośnie, wyraźnie zadowolony.
— Nie jesteś moim prawdziwym tatą, prawda? — zapytała tymczasem Lily ze smutkiem.
— Nie, nie jestem. — Draco uśmiechnął się z prawdziwą ulgą. Wreszcie ktoś to zrozumiał! — Mieszkam w Stanach, pracuję na Wall Street i mam luksusowy apartament. To nie jest moje życie. To tylko iskierka — wyrzucił z siebie.
— A gdzie jest mój prawdziwy tata? — Dziewczynka była coraz bardziej zmartwiona.
Draco poczuł się niezręcznie i uświadomił sobie, że nie może w ten sposób rozmawiać z małym dzieckiem.
— Nie wiem. Ale nie martw się. Gdziekolwiek jest, bardzo cię kocha i na pewno wkrótce wróci.
Lily powoli zsunęła się z łóżka i podeszła do niego ostrożnie. Nie spuszczając go z oczu przysunęła sobie małe krzesełko i weszła na nie, wyciągając rączki w jego stronę. Odruchowo pochylił się do niej, a ona dotknęła jego twarzy. Policzków, nosa, włosów. Bardzo delikatnie i bardzo powoli. To było osobliwe, czuć te małe rączki na swojej skórze.
— Niezła robota — oceniła w końcu.
— Czyja?
— Kosmitów — wyjaśniła. — Wyglądasz zupełnie jak on.
— Dzięki — mruknął Draco, a widząc minę małej spróbował zażartować: — A może jednak trochę lepiej, co?
Niestety Lily nie chwyciła jego dowcipu i jej usta wygięły się w podkówkę. Och, nie, tylko nie to!
— Nie będziesz płakać, prawda? — zapytał z obawą. — Zupełnie nie wiem, co robić z płaczącymi dziewczynkami.
Lily zacisnęła wargi, najwyraźniej starając się być dzielna.
— Lubisz w ogóle dzieci? — zapytała cichutko.
— To zależy jakie. Niektóre tak — odparł Draco ostrożnie. Czuł jakby stąpał po cienkim lodzie, który w każdej chwili może się załamać.
— A umiesz robić koktajl czekoladowy? — Lily zapytała już nieco pewniejszym głosem.
— Myślę, że z tym jakoś sobie poradzę. — Uśmiechnął się słabo.
— A obiecasz, że nie porwiesz mnie i Scorpiusa i nie wsadzisz nam do głowy dziwnych rzeczy?
— Oczywiście, że nie. Obiecuję! — Boże, dzieci to mają wyobraźnię!
Dziewczynka westchnęła i kiwnęła głową, wyraźnie usatysfakcjonowana odpowiedzią, po czym uśmiechnęła się do niego szeroko.
— Witaj na ziemi!

Tylko dzięki wskazówkom Lily udało mu się odprowadzić dzieci w odpowiednie miejsca oraz znaleźć swoją nową pracę. Sklep ze sprzętem do Quidditcha! Co za degradacja. Był zwykłym sprzedawcą! Gdyby Lucjusz nie żył, zapewne przewracałby się teraz w grobie! Chociaż, kiedy wszedł już do środka, z szacunku, z jakim zwracali się do niego inni pracownicy, wywnioskował, że musiał być jednak właścicielem, co przyniosło mu pewną ulgę. A mała kolekcja naprawdę bardzo drogich mioteł nieco poprawiła humor. Przynajmniej było na czym zawiesić oko. No i teraz pytania bliźniaków Weasley nabierały sensu.
Nie bez problemu odnalazł swoje biuro i zaszył się w nim, próbując odreagować ciężki poranek. Jednak wszędobylskie rysunki ich szczęśliwej rodzinki, autorstwa Lily oraz zdjęcie jego i Pottera na honorowym miejscu jakoś nie pomagało. Chociaż, jakby się bliżej przyjrzeć fotografii — Potter usiłował przytulić go do siebie, a on wyrywał się chyba bardziej dla zasady niż z przekonania, usiłując skrzywić się z niesmakiem, co jednak bardziej przypominało uśmiech — naprawdę wyglądali na szczęśliwych. To było dość… niepokojące. Draco nigdy nie pomyślałby, że ich mały romans mógłby się tak skończyć. No dobrze, może raz czy dwa przyszło mu to do głowy, ale wiedział, że to przecież nie ma szans. Że on musi robić swoje, a Potter swoje, że ich drogi są zupełnie różne i że, do diabła, zajebisty seks to nie wszystko!
Potter ze zdjęcia uśmiechał się do niego z czułą pobłażliwością i przeczył jego myślom.

Wieczorem Draco usadowił się wygodnie na łóżku i z zapamiętaniem przeglądał magiczną prasę specjalistyczną dotyczącą finansów, którą kupił wracając z pracy. Musiał się dowiedzieć, co działo się na Wall Street podczas jego nieobecności i co ten partacz Stabburn wyprawiał z jego departamentem. Potter podszedł do niego zupełnie niepostrzeżenie i wyciągnął mu z rąk gazetę.
— Hej, czytałem! — zaprotestował Draco.
— Dzieci śpią — obwieścił mu w odpowiedzi Potter bardzo zadowolonym głosem.
— A ja korzystam z chwili spokoju — mruknął Draco, usiłując odebrać swoją własność, ale Potter widać nadal miał coś z refleksu szukającego, bo uskoczył na odpowiednią odległość.
— Dzieci śpią, Draco. Wiesz, co to dla nas oznacza? — Odrzucił gazetę za siebie i spojrzał na Draco z wyraźnym zaproszeniem w oczach.
Salazarze, to się dzieje naprawdę , pomyślał Draco i puls mu przyśpieszył. Może i minęło jedenaście lat, ale Potter nadal był cholernie przystojnym gnojkiem. Na dodatek gnojkiem, który…
— Chwila, chwila — zdołał wydyszeć Draco, kiedy Potter usiadł na nim i zaczął całować w szyję. — Może napijemy się najpierw po lampce wina na rozluźnienie, albo…
— To naprawdę… rozkoszne… z twojej… strony… Draco — odparł Potter, nie przestając go całować, dopóki usta nie dotarły aż do jego ucha. — Ale widzisz, jest prawie jedenasta. Za pół godziny będziesz już smacznie spał, a ja jestem napalony — wyszeptał, łaskocząc go swym gorącym oddechem. — Sam rozumiesz, że nie mamy na to czasu.
— Cóż… — Draco nie widział sensu dalej się opierać. W tej chwili zresztą wcale już nie chciał. Jednym sprawnym ruchem przewrócił Pottera i usiadł na nim, odzyskując pełną kontrolę nad sytuacją. W pierwszym odruchu pożądania chciał wpić się w jego usta, szybkim ruchem różdżki pozbawić go ubrania i pieprzyć do nieprzytomności. Jednak zamiast cokolwiek zrobić, wpatrywał się w twarz mężczyzny i to jedno spojrzenie wystarczyło, by zmienić tamten impuls w pragnienie dotyku. Potter nie był klasycznie piękny, choć na swój sposób był naprawdę pociągający. To jednak nie uroda pozbawiła Draco tchu, a świadomość kogo ma przed sobą. Sparaliżowała go myśl, że wciąż tak dokładnie pamięta każdy jego szczegół i rys, a twarz, która powinna być obca, wciąż jest tak dobrze znana. Zieleń oczu, teraz przyciemniona pożądaniem, rozchylone w zaproszeniu usta, małe znamię na prawym policzku, ta idiotyczna blizna w kształcie błyskawicy… I Draco zaczął dotykać. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej. Pozbył się krępującej jego ruchy koszulki Pottera, przejechał dłońmi po jego klatce i ramionach, obrysował kształt ust, ściągnął mu okulary, zanurzył dłoń we włosach. Wszystko to, co dawno powinno stać się obce, wciąż było tak boleśnie znajome. Jakby rozstali się wczoraj, jakby to jedenaście lat nigdy się nie zdarzyło. Potter oddychał szybko, ale nie protestował, nie ponaglał. Jego dłonie nieśpiesznie powędrowały do ud Draco i gładziły je delikatnie, a oczy spoglądały na niego zapraszająco i z… czymś, co kazało Draco pochylić się w końcu i go pocałować. Długo, powoli i głęboko. Eksplozja doznań w pierwszym momencie wręcz go zamroczyła. Dotyk miękkich ust, odurzający morski zapach wody po goleniu, smak mięty, zmieszany z czymś znanym, ale nieuchwytnym, język, który opalał jego własny tak zręcznie i śmiało, wkradający się coraz głębiej, wargi, które z każdą chwilą bardziej natarczywie żądały więcej i więcej. Draco jęknął i w następnej chwili poczuł, że oboje nie mają już na sobie ubrań, a skóra pali go we wszystkich miejscach, w których dotykały się ich ciała. Miał wrażenie, że płonie, kiedy dłonie Pottera przesunęły się po jego nagich plecach i zaczęły pieścić pośladki. Był niemal pewny, że dojdzie od samego jego dotyku. Ale on też chciał przecież dotykać. Chciał więcej, chciał wszystko. Pozwolił zjechać swoim ustom niżej, całując podbródek i schodząc na szyję, ani na chwilę nie zatrzymując się w swojej wędrówce w dół, smakując językiem kształt obojczyka, słuchając cichych jęków Harry'ego niczym muzyki, rozkoszując się drżeniem jego ciała, gdy językiem kreślił okręgi wokół jego brodawek i z sykiem wciąganym powietrzem, gdy dotarł jeszcze niżej.
— Och, Draco… — wyrwało się Harry'emu, gdy Draco odnalazł wreszcie jego naprężonego z oczekiwania członka i powoli zaczął otaczać go ustami, ssąc, drażniąc zębami i pieszcząc językiem najwrażliwsze miejsca. Jednocześnie jego palce zagłębiły się między pośladki, ostrożnie rozciągając i szukając strategicznej wypukłości, a Potter wplótł dłonie w jego włosy i nieco spazmatycznie zacisnął na nich palce. — Weź mnie. Teraz! — wychrypiał, a Draco wiedział, że on też nie może dłużej czekać. Jego ciało rozpaczliwie domagało się spełnienia, a jego boleśnie nabrzmiała erekcja błagała o jakikolwiek dotyk.
Podniósł się i uniósł nogi Harry'ego opierając je sobie na ramionach, nie zważając na to, że teraz obaj już drżą. Nie ważne, że to było śmieszne, a może nawet żałosne. Pragnął go, jak nikogo na świecie. Właśnie jego i tylko jego. Zawsze tak było, ale przez tyle lat uparcie starał się o tym zapomnieć.
— Draco! — ponaglił go Harry wciąż tym schrypniętym z pożądania głosem i zacisnął swoje dłonie na jego udach, przyciągając go do siebie.
Draco wsunął się w niego ostrożnie, szepcząc zaklęcie nawilżające i modląc się, by nie doszedł natychmiast, gdy poczuje otaczające go ciepło zaciskających się (pierścieni) mięśni. Chciał wejść w niego powoli, by sprawić jak najmniej bólu, ale Harry niemal natychmiast zaczął poruszać się pod nim rytmicznie, wyrywając z ust Draco krzyk rozkoszy. To było więcej niż oczekiwał, więcej niż kiedykolwiek doświadczył, więcej niż… Tylko na wpół świadomie opadł niżej i po raz kolejny sięgnął tych ust, które powtarzały teraz jego imię, doprowadzając go na skraj szaleństwa.
Och, Harry…

Kiedy dużo później głowa Pottera spoczywała w zagłębieniu jego ramienia, a mężczyzna oddychał regularnie, Draco wciąż nie mógł zasnąć. Wpatrywał się w ciemność i próbował zrozumieć, co właściwie mu się przytrafiło. I dlaczego.
— Draco…? — wymruczał mu w szyję Harry.
Draco drgnął. Nie spodziewał się, że Potter też jeszcze nie śpi.
— Mhm?
— To był najlepszy, najbardziej niesamowity seks, jaki w życiu mieliśmy.
Draco uśmiechnął się, ciesząc się, że w ciemności nie widać jego twarzy..
— Chyba powinienem się obrazić — odparł, zanurzając twarz we włosy Pottera i wdychając z przyjemnością zapach jego szamponu. — Czyżbym wcześniej cię nie zaspokajał?
— Wręcz przeciwnie — zaprotestował Potter, przyciągając go bliżej, wsuwając nogę między jego uda i obejmując w pasie. — Powinieneś się cieszyć, że wciąż potrafimy się kochać tak, jakby to był nasz pierwszy raz.