To już koniec, moi drodzy. Tym rozdziałem życzę wam WESOŁYCH ŚWIĄT! Oby radość, miłość i ciepło towarzyszyły Wam przez cały przyszły rok:*

4

Następnego dnia obaj mieli dużo pracy i spotkali się dopiero na kolacji. Kiedy Draco przyszedł do domu, Harry siedział przy kominku i przeglądał jakieś papiery. Dzieci najwyraźniej już spały.
— Znów przyniosłeś pracę do domu? — zapytał Draco z dezaprobatą. Potter stanowczo za dużo pracował.
— Wiesz, że wczoraj miałem wolne. Nikt nie nadrobi za mnie zaległości. W przeciwieństwie do ciebie, nie jestem swoim szefem.
— Zawsze możesz olać Ministerstwo i zacząć pracować w MPQ — zauważył.
Harry odłożył papiery na stolik i podszedł do niego z uśmiechem.
— Żebyś to ty był moim szefem? — roześmiał się i pocałował go w usta. — Wybacz, ale wolę Kingsleya.
— Czuję się dogłębnie urażony — prychnął Draco, przyciągając Harry'ego ponownie do siebie. — Jestem zmuszony żądać zadośćuczynienia!
Harry oddał pocałunek, ale zaraz uwolnił się z uścisku.
— Idź lepiej na górę powiedzieć dzieciom dobranoc. Lily dopytywała się o ciebie.
— Coś się stało? — zaniepokoił się.
— Wszystko w porządku. Chyba po prostu się stęskniła.
Draco od razu skierował się na schody.
Lily uśmiechnęła się do niego, gdy cicho wsunął się do pokoju.
— Jeszcze nie śpisz? — zapytał szeptem, podchodząc do jej łóżeczka. Scorpius spał w najlepsze.
Pokręciła główką.
— Nie wiesz, co z moim tatą? — zapytała patrząc na niego z powagą.
— U niego wszystko w porządku — zapewnił ją, czując, że żołądek ściska mu się nieprzyjemnie.
— To dobrze. — Dziewczynka skinęła głową.
— Niedługo pewnie do was wróci — dodał nieco wbrew sobie, chcąc ją uspokoić.
— Fajnie. — Znów się uśmiechnęła. — Przyszedłeś powiedzieć nam dobranoc?
— Tak, Lily. Chciałem ci życzyć kolorowych snów. — Pogłaskał ją po główce.
— Ciebie też lubię, wiesz? — wymamrotała sennie. — Jeśli chcesz, możesz z nami zostać, nawet jak wróci tata. Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu.
— Dziękuję, Lily. Ja też cię bardzo lubię — odparł cicho, ciesząc się, że dziewczynka zamknęła oczy i nie mogła dostrzec jego zmieszania. On i dzieci! To było takie niedorzeczne. A jednak nie kłamał. Naprawdę polubił tę dziewczęcą miniaturkę Pottera. Była słodka. Pod wpływem impulsu pochylił się i pocałował ją w czoło. — Śpij dobrze, maleńka.
Kiedy podszedł do łóżeczka Scorpiusa, chłopiec uśmiechał się przez sen. Wyglądał naprawdę rozkosznie, z jasnymi włoskami opadającymi mu na czoło i piąstką przyciśniętą do policzka. Draco wpatrywał się w niego jak urzeczony i dopiero w tej chwili dotarło do niego, że malec jest niesamowicie podobny do niego. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć? Ten sam kształt ust, te same włosy… To było niesamowite i Draco czuł jak coś niechcianego, ale i niepowstrzymanego zaczyna kiełkować w jego sercu.

— Jak to się stało, że mamy dzieci? — zagadnął, kiedy zszedł na dół i zastał Harry'ego przy nakrytym już stole.
Potter westchnął przeciągle.
— Wiem, Draco, że masz jakiś kryzys… — zaczął i Draco zrozumiał, że Harry potraktował jego pytanie filozoficznie. Zresztą trudno oczekiwać, by domyślił się, że jego mąż spodziewa się rzeczowego wyjaśnienia faktów, w których tworzeniu sam przecież brał udział. Teoretycznie. Ale Draco po prostu nie mógł się powstrzymać. Chciał wiedzieć, jak doszli do tego punktu, w którym mają dom i dwójkę dzieci. Razem.
— To nie tak — przerwał mu. — Po prostu są tak do nas podobne i czasem… czasem tak bardzo mnie to zaskakuje.
Wzrok Harry'ego złagodniał.
— Taaaak — przyznał z delikatnym uśmiechem. — To zaklęcie adopcyjne, które wyszukała dla nas Hermiona było naprawdę dobrym pomysłem, prawda? Lubię patrzeć jak każdego dnia Scorpius staje się coraz bardziej podobny do ciebie.
— A Lily coraz bardziej kudłata, jak ty? Mam nadzieję, że nie odziedziczyła po tobie również głupoty — zażartował. A więc chodziło o zaklęcie adopcyjne.
Harry wyciągnął do niego rękę i uścisnął jego dłoń.
— Jeśli to pozwoli jej znaleźć dla siebie równie dobrego męża, jak ja mam…
Draco poruszył się niespokojnie. Nigdy nie lubił wyznań. Nie wiedział, jak na nie reagować, nie potrafił odwdzięczać się tym samym.
— Słuchaj, Draco. Nie spinaj się. Wiem, że coś się dzieje. Od Bożego Narodzenia zachowujesz się inaczej. Zniknąłeś w świąteczny poranek, kilka następnych dni było co najmniej dziwacznych, a teraz jeszcze ta wycieczka do Nowego Jorku…
— Harry… — Draco chciał się jakoś wytłumaczyć, ale Harry pokręcił głową.
— Nie. Daj mi dokończyć. Muszę to powiedzieć. Nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku, znasz mnie. Dlatego proszę, powiedz mi — zaczynasz żałować?
— Słucham? — Draco nie miał pojęcia, czego konkretnie dotyczyło pytanie.
— Nowy Jork, pamiętasz? Czy stało się coś, że zacząłeś znów o nim myśleć? Że żałujesz swojej decyzji sprzed jedenastu lat?
— Decyzji nie przyjęcia posady ambasadora w Stanach i zostania z tobą? — upewnił się Draco.
— Żałujesz? — Oczy Harry'ego wpatrywały się w niego teraz intensywnie. Tak samo, jak wtedy, gdy oświadczył mu, że wyjeżdża i że łączył ich tylko seks.
— Oczywiście, że nie — odparł, walcząc z pragnieniem, by spuścić wzrok i zastanawiając się, czy rzeczywiście nie żałuje swojej decyzji sprzed jedenastu lat.
Harry ścisnął go za rękę i wciąż wpatrywał się w niego z powagą.
— Bo Draco, jeśli nie jesteś szczęśliwy…
— Jestem szczęśliwy, do cholery! — zawołał zły, że to rzeczywiście mogła być prawda. Że rzeczywiście był szczęśliwy tu i teraz.
— Jeśli nie jesteś szczęśliwy — nie dawał za wygraną ten uparty osioł Potter. — To wiedz, że zrobię wszystko byś był. Nikt nie jest ważniejszy od ciebie i dzieci. Jeśli tego pragniesz, przeprowadzimy się do Nowego Jorku. Sprzedamy dom, znajdę sobie inną pracę i…
Jestem szczęśliwy, Harry — powtórzył Draco i odwzajemnił mocny uścisk dłoni.
Blask zielonego spojrzenia wystarczył mu za potwierdzenie, że powiedział to, co należało.

Tego popołudnia była jego kolej na odebranie dzieci, wiec wyszedł z pracy wcześniej. Miał wyjątkowo dobry humor i wręcz nie mógł się doczekać spotkania z maluchami. Gdy dotarł do niego prawdziwy powód jego radości, zbeształ się w duchu, że zachowuje się jak idiota, ale nie przeszkodziło mu to nadal uśmiechać się szeroko.
W pierwszej kolejności odebrał Scorpiusa, i już z nim na rękach czekał, aż Lily pożegna się ze swoimi koleżankami z przedszkola.
— Jesteś za wcześnie — oznajmiła mu na przywitanie.
— Wiem, ale mam dla ciebie niespodziankę. Dziś twoje urodziny.
— Pamiętałeś! — Lily z radości klasnęła w ręce.
— Oczywiście, że pamiętałem — obruszył się. Po wpadce z rocznicą ślubu nadrobił wszystkie tego typu zaległości. Teraz nikt nie mógłby mu zarzucić nieznajomości jakiejkolwiek ważnej daty w rodzinie Malfoy-Potter.
— Co to za niespodzianka? — dopytywała się dziewczynka.
— Dowiesz się w domu.
— Och, to tak daleko! — zawołała.
— Wiesz co, Lily? — Potargał jej włosy. — Jesteś strasznie podobna do swojego taty.
— Którego? — Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, pokazując brak dolnej dwójki.
— No przecież nie do mnie! Do Harry'ego — odparł, po czym przyjrzał się jej uważnie. — Czyżbyś straciła ząbka?
— Tak! Kiwał mi się od dawna i Mary Alice pomogła mi go wyrwać. Oddam go dziś zębowej wróżce.
— Doskonały pomysł. A co chciałabyś od niej dostać?
— Pieska! — oświadczyła dziewczynka.
— Hau, hau! — włączył się do rozmowy Scorpius.
— Pięknie, Scorp — pochwalił Draco synka i pocałował go w czółko. — Tak właśnie robi piesek. — Chłopczyk rozjaśnił się na pochwałę, ściskając go mocniej za szyję i Draco dopiero po chwili podjął wątek: — Chciałabyś psa?
— Pewnie. — Mała pokiwała główką.
— A wiesz, że będzie się nim trzeba opiekować? Bawić, wyprowadzać na spacer, sprzątać po nim. Myślisz, że dałabyś rady?
— Jestem już duża — spojrzała na niego poważnie i Draco z ledwością powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem.
— Oczywiście. Idziemy? — zapytał, wyciągając do niej rękę.
Chwyciła go mocno i pociągnęła do przodu z siłą, jakiej się po niej nie spodziewał.
— Po niespodziankę!
— Hej, hej, ostrożnie! Bo zgubimy Scorpiusa i tata Harry nie wpuści nas do domu.
Na to ostrzeżenie dziewczynka zwolniła i po chwili zaczęła nucić jedną z świątecznych piosenek ze swojego stałego repertuaru. Fałszowała, a brat starał się jej akompaniować popiskując śmiesznie, ale Draco jakoś wcale to nie przeszkadzało.
Kiedy zbliżyli się do domu, Lily uwolniła się z uścisku jego dłoni i puściła biegiem w stronę ogrodu.
— Jesteśmy! — zawołała, wbiegając do środka. — Teraz niespodzianka!
— Czeka w garażu — odparł Draco, przechodząc przez bramkę i stawiając Scorpiusa na ziemi.
Lily z głośnym piskiem pognała w stronę domu, usiłując samodzielnie uporać się z drzwiami. Draco z uśmiechem wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem rozwiązał jej problem. Mała czarna kulka z radosnym szczekaniem rzuciła się w stronę dziewczynki.
— Pies! To piesek! — zawołała entuzjastycznie Lily, posyłając Draco najpiękniejszy szczerbaty uśmiech, jaki w życiu widział. Scorpius również wyraźnie się zainteresował i powoli dreptał w stronę swojej siostry. — Popatrz, Scorpius, mamy pieska!
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Lily — powiedział Draco bardzo z siebie zadowolony, że udało mu się trafić z prezentem.
Lily już ściskała w objęciach szczeniaka.
— Jest super!
— Cieszę się, że ci się podoba.
Dziewczynka nieoczekiwanie odstawiła psa na ziemię i podbiegła do Draco, przytulając się do niego z wszystkich sił.
— Dziękuję, tato! Wiedziałam, że do nas wrócisz…
Nie wiedząc, co powiedzieć, bardzo poruszony, położył dłonie na główce dziewczynki i pogłaskał ją delikatnie, napotykając radosne spojrzenie Harry'ego, który stanął właśnie w progu domu. Zdradzieckie usta Draco, kompletnie bez porozumienia z jego wolą, rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
— Zaraz będzie obiad — ogłosił Harry. — O ile ktokolwiek będzie nim zainteresowany.
— Umieram z głodu — zapewnił go Draco.
— Jest tylko jeden mały problem, zapomniałem o świeczkach. — Harry spojrzał na niego znacząco, wymawiając bezgłośnie „tort" i Draco skinął głową, na znak, że się tym zajmie.
— Tato, tato, dostałam psa! — W końcu Lily dostrzegła obecność Harry'ego, a szczeniak przewrócił w tym czasie Scorpiusa na ziemię.
— To wspaniale, Lily! Pomóż wstać, Scorpowi, zanim zacznie płakać.
Dziewczynka posłusznie zajęła się bratem, a Draco skinął Harry'emu głową.
— To ja zaraz wracam — powiedział i skierował się w stronę bramki, ale tknięty jakimś nagłym przeczuciem odwrócił się jeszcze i objął spojrzeniem Harry'ego, kucającego już teraz przy Lily. Dziewczynka głaskała psiaka, a on jedną ręką obejmował Scorpiusa i tłumaczył coś dzieciom. Mała idylla. Dopiero kiedy Lily wyciągnęła z płaszczyka złoty dzwoneczek i zaczęła nim dzwonić tuż przed pyszczkiem szczeniaka, Draco poczuł, że ten piękny obrazek rozpada się w pył.

Sklep „U Angelo" był przecznicę dalej, dotarcie do niego zajęło mu pięć minut. Nieco nerwowo przeszukał regały i kiedy wreszcie znalazł paczuszkę kolorowych świeczek, z ulgą skierował się do kasy.
— Dzień dobry, Draco — przywitał się z nim sprzedawca i Draco drgnął, podnosząc na niego zaskoczony wzrok.
Ty! — zawołał.
Czarnoskóry mężczyzna w schludnym firmowym fartuchu uśmiechnął się do niego nieco pobłażliwie. Nagle Draco poczuł, że jest mu potwornie gorąco i że niemal się dusi.
— Nie chcę wracać, rozumiesz? — syknął ze złością. — Nie waż się mnie stąd zabierać!
— Popatrz na siebie, wygląda jakbyś zrozumiał parę rzeczy, co?
— Mam dzieci, rodzinę. Chcę tu zostać. Nie możesz tak po prostu zjawiać się znikąd i mieszać ludziom w życiu. Nie masz prawa!
— Iskierka, już z samej definicji nie trwa wiecznie, Draco…
Nie potrafił mu nic odpowiedzieć. Rzucił należność na ladę i niemal wybiegł ze sklepu, trzaskając za sobą drzwiami. Na dworze znów padał śnieg, a w oddali dało się słyszeć delikatne brzęczenie dzwoneczka.

25 grudnia 2011r, Nowy Jork

Rano obudził się w swoim eleganckim i przeraźliwie pustym apartamencie przy Piątej Alei.
— A niech to szlag — zaklął cicho i wstał, by przygotować się do kolejnego dnia w swoim idealnym, prawdziwym, życiu.
Pięć minut później z jego kominka wyłoniła się głowa Pansy.
— Draco, gdzie ty się podziewasz, do cholery? Wszyscy czekają na ciebie w sali konferencyjnej!
— Zaraz tam będę — mruknął. Po raz pierwszy w życiu miał ochotę wziąć tydzień wolnego. Albo od razu przejść na wcześniejszą emeryturę.
Kiedy był gotowy do wyjścia, zmienił zdanie i zafiukał do Pansy.
— Odwołaj konferencję — polecił krótko.
— Słucham? — Pansy niemal oblała się kawą.
— Słyszałaś. Powiedz, że to świąteczny prezent. Ja mam pilną sprawę do załatwienia.
— Wszystko w porządku? — Teraz Parkinson wyglądała na szczerze zmartwioną.
— Nie, Pansy — westchnął. — Ale zajmę się tym. Ty odwołaj konferencję i zrób sobie wolne. Możesz pójść na małe zakupy na mój koszt, jeśli masz ochotę.
— Teraz to naprawdę się już o ciebie martwię — oświadczyła.
Chciał jej coś odpowiedzieć, ale rozległo się pukanie do drzwi.
— Przepraszam cię, muszę kończyć. Zobaczymy się jutro.
Przerwał połączenie i zirytowany podszedł, by otworzyć. Nie miał teraz nastroju na przyjmowanie gości.
— Witaj, niegrzeczny, Mikołaj ma dla ciebie rózgę! — W progu stał chłopak z przedwigilijnej nocy, ubrany w lateksową i dość skąpą wersję stroju Mikołaja.
— Wybacz, ale trochę się śpieszę — odparł Draco chłodno.
— Nie zaprosisz mnie do środka? — Chłopak spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Głuchy jesteś? Nie mam teraz czasu na głupoty!
— Ale… — Draco minął chłopaka i zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając nieproszonego gościa osłupiałego na korytarzu. — Ja specjalnie dla ciebie wróciłem wcześniej z Florydy!
Draco jednak już nie słuchał, zmierzając prosto do wyjścia.
— Dzień dobry, panie Malfoy. — W recepcji przywitał go Anthony, ubrany w uniform odźwiernego. Uśmiechał się do niego, jakby wczorajsze zamieszanie nigdy nie miało miejsca. Ponieważ nie miało, uświadomił sobie Draco po raz kolejny i poczuł się jeszcze gorzej.
— Właśnie wpuściłem do pana pewnego młodego człowieka — oznajmił mężczyzna.
— Obawiam się, Tony, że będziesz musiał pokazać mu drogę do wyjścia. Nie mam teraz czasu na gości.
— Oczywiście, panie Malfoy. Życzę miłego dnia.
Draco osobiście wątpił, by ten dzień miał się okazać miły.

Zamiast do pracy udał się prosto do Biura Świstoklików, zamawiając podróż do Londynu. Chwilę później szedł już ulicą, którą jeszcze wczoraj prowadził za rączkę Lily. Wszystko wydawało się takie samo, łącznie z domem z ogrodem, w którym powinien znaleźć Harry'ego i dzieci. Z tą różnicą, że ich tam nie było. Drzwi otworzyła mu starsza pani w okularach i przyjrzała mu się uważnie.
— Mogę w czymś pomóc, chłopcze? — zapytała uprzejmie.
— Mieszka tu może Harry Potter? — zapytał, choć sam wiedział, jak głupio to brzmi.
— Przykro mi, ale nie wydaje mi się, by jakikolwiek Potter mieszkał kiedykolwiek w tej okolicy.
— A Malfoy? — Cóż, skoro już tu był, równie dobrze mógł się upewnić, prawda?
Kobieta pokręciła głową.
— Może wejdziesz, napijesz się herbaty? — zaproponowała z troską w oczach, która sprawiła, że Draco poczuł się jeszcze gorzej.
— Nie, dziękuję. Na mnie już czas.
— Powodzenia — pożegnała go.
Uśmiechnął się bez przekonania, raczej z grzeczności. Do czego jeszcze mogło przydać mu się powodzenie, pomyślał gorzko. Przecież miał wszystko.

W hali przylotów jak zwykle panował chaos. W końcu były święta, co wywołało odpowiednie do tego zamieszanie. Właśnie opuszczał Biuro Świstoklików, kiedy zderzył się w drzwiach z jakąś zaaferowaną blondynką w niebieskim płaszczu. Mruknął pod nosem przekleństwo, gdy zrozumiał, że przez nią wypadł mu z kieszeni notes i parę wizytówek beztrosko unosił teraz wiatr. Udało mu się złapać tylko jeden skrawek pergaminu, na którym charakterem pisma Pansy zapisane było: Empire Hotel, pokój 216. Draco poczuł, że dzwoni mu w uszach i nie zważając na bezpieczeństwo, natychmiast aportował się pod wskazany adres.
— Dzień dobry, zastałem może pana Pottera? — zapytał recepcjonistkę niemal bez tchu. — Zajmuje pokój numer dwieście szesnaście.
— Przykro mi, pan Potter właśnie się wymeldował — poinformowała go. — Jak to się wymeldował? — zawołał Draco, nawet nie usiłując panować nad swoim głosem.
— Zwyczajnie, proszę pana. Może jeszcze go pan złapie na postoju taksówek. Wyszedł dosłownie przed chwilą.
Draco popatrzył na kobietę, jak na wariatkę. Jaki czarodziej, zwłaszcza z Londynu, zamawiał taksówki? Ale zaraz zrozumiał. No tak, Empire był przecież mugolskim hotelem. Co też Potterowi strzeliło do głowy, żeby zatrzymywać się w takim miejscu?
— Pani Silverstone, bardzo przepraszam, ale właśnie uświadomiłem sobie, że zapomniałem… Draco? Co ty tutaj robisz?
Draco gwałtownie odwrócił się na dźwięk tego głosu i stanął twarzą w twarz z zaskoczonym Harrym.
— Szukam cię.
— Mnie? — Potter wyglądał na autentycznie zdziwionego.
— Przecież podałeś mi swój adres — przypomniał mu Draco, nieco zirytowany.
— Eee… no tak, ale Parkinson wyraźnie dała mi do zrozumienia, żebym nie liczył na spotkanie. Jesteś podobno niezwykle zajętym cza…ee… człowiekiem.
— Jak widać znalazłem jednak chwilę dla starego przyjaciela.
— Przyjaciela? — Brew Pottera uniosła się w bardzo denerwujący sposób i Draco miał ochotę powiedzieć mu, żeby przestał. Że jego Harry się tak nie zachowuje.
— A jak z twoim czasem, Potter? — zapytał jednak w zamian.
Harry zerknął na zegarek i wyglądał, jakby się zastanawiał, a Draco złapał się na tym, że zaklina go w myślach, żeby się zgodził.
— Jeśli wrócę do Londynu następnym świstoklikiem, chyba nic się nie stanie — odpowiedział w końcu. — Jakieś propozycje?
Draco skinął głową, starając się ukryć uśmiech.

Oczywiście nie mógł się powstrzymać przed zabraniem Harry'ego w tamto miejsce. Tym razem znów padał śnieg, ale po raz kolejny wszystko było inne. Harry nie wsunął ręki w jego dłoń, ani nie droczył się z nim na absurdalne tematy. Obaj szli trochę spięci, w milczeniu kontemplując swoje towarzystwo.
— Spodoba ci się — zapewnił nieco sztywno Draco, kiedy wsiadali do windy.
— Nie wątpię — odparł Harry. — Wciąż pamiętam, że masz nienaganny gust.
Draco nie odpowiedział. Zachowywali się wobec siebie tak obrzydliwie poprawnie. To było straszne! Wysiedli na sto trzecim piętrze, a kelner odebrał od nich płaszcze i zaprowadził ich do jego stolika. W tej rzeczywistości nie potrzebował rezerwacji, miał swoje stałe miejsce.
— A zatem pracujesz teraz w Departamencie Finansów na Wall Street — zagaił Potter.
Draco stłumił westchnienie rozczarowania, jakie wywołał ten prozaiczny temat.
— Tak — potwierdził. — Jakoś udało mi się zainteresować swoją osobą amerykańskie Ministerstwo.
Z przykrością odkrył, że przestało go to napawać dumą.
— Cóż, wcale się nie dziwię. — Uśmiechnął się do niego Potter.
— A ty? Co porabiasz? Nadal jesteś aurorem? — Draco odbił piłeczkę.
Potter roześmiał się po raz pierwszy odkąd się spotkali.
— Nie, skąd. Uczę obrony przed czarną magią w Hogwarcie — odparł z wyraźnym zadowoleniem, po czym po chwili wahania dodał: — Jestem też wicedyrektorem.
— No proszę, też robisz karierę! — powiedział Draco, zastanawiając się jednocześnie, czy w tym innym życiu Pottera, ktoś zajął miejsce u jego boku. — Co w takim razie sprowadza cię do Nowego Jorku? Spędzasz tu święta?
Harry przez chwilę nie odpowiedział i coś błysnęło w jego oczach, co pozwoliło Draco na irracjonalną nadzieję, że…
— Poszukujemy nauczyciela zaklęć. Flitwick przeszedł na zasłużoną emeryturę. — Potter sprowadził go na ziemię. — Miałem tu spotkanie z potencjalnym kandydatem. Niestety, w ostatniej chwili jednak odmówił.
— W Boże Narodzenie?
— Jak widać niektórym zdarza się odmawiać nawet w Boże Narodzenie — odparł z lekkim rozbawieniem Potter.
— Wiesz, że nie o tym mówię. Podróż służbowa to raczej kiepski plan na święta.
Potter wzruszył ramionami.
— Nie miałem lepszych propozycji.
— A Hogwart? — Draco w ostaniej chwili zreflektował się, że „to wspaniale!" byłoby raczej mało taktowną odpowiedzią. Nie mógł jednak powstrzymać uśmiechu. W życiu Harry'ego nie było nikogo, z kim chciałby spędzić święta!
Potter właśnie miał odpowiedzieć, ale przy ich stoliku zjawił się kelner.
— Mogę przyjąć zamówienie? — zapytał.
— Polecasz coś, Draco? — Harry bez większego zainteresowania przerzucił karty menu.
— Zestaw szefa kuchni jest wyborny — odparł.
— W takim razie poproszę — zdecydował Potter.
— Dla mnie to samo — dodał Draco.
— Doskonale. — Kelner skłonił się i odszedł.
Po odejściu mężczyzny przez chwilę panowało milczenie. W końcu to Draco zdecydował się je przerwać.
— A w jakiej sprawie chciałeś się ze mną spotkać? — zapytał, udając obojętność.
— Skoro już tu przyjechałem… — zaczął Potter, ale urwał. — Gdybym wiedział, że jesteś tak zajęty, nie zawracałbym ci głowy, ale…
— Cieszę się, że to zrobiłeś.
— Słucham? — Potter zamrugał.
— Cieszę się — powtórzył Draco. — Już dawno temu powinniśmy się spotkać, Harry.
Harry przez chwilę patrzył na niego w niemym niedowierzaniu, po czym uśmiechnął się niepewnie i odwrócił głowę, wpatrując się w śnieżną panoramę Manhattanu.
— Już dawno chciałem przyjechać — powiedział, a dłoń ułożona na stole zadrgała lekko. Draco bardzo chciał ująć ją w swoją, ale się powstrzymał. Nie mógł teraz wszystkiego zepsuć.
— Dlaczego więc nie przyjechałeś? — zapytał cicho.
— A dlaczego ty wyjechałeś? — Harry oderwał wzrok od pięknego widoku i ponownie spojrzał na Draco. Jego oczy miały tak dobrze mu znany, intensywny wyraz.
Draco chciał zapytać, dlaczego Harry go wtedy nie zatrzymał. Dlaczego nawet nie próbował. Zdawał sobie jednak sprawę, że wzajemne oskarżanie nie jest drogą do porozumienia. Ani tym bardziej do naprawienia tamtych błędów. Byłem głupi? Ślepy? Stchórzyłem? Już prędzej. Jednak milczał. Ale Harry zdawał się nie oczekiwać odpowiedzi, wydawał się rozumieć…
— Przepraszam, ale to chyba wypadło z pana płaszcza. — Ciszę przerwał kelner, stawiając przed Harrym srebrną tacę z ułożonym na nim złotym dzwoneczkiem.
— Rzeczywiście. Dziękuję. — Potter zabrał dzwoneczek, a mężczyzna wziął tacę i odszedł.
— Skąd to masz? — zapytał Draco, czując nagle, że serce tłucze mu się jak oszalałe.
— Och to? — Harry wyglądał na lekko zmieszanego, kiedy chował dzwonek do kieszeni szaty. — Dostałem go od… przyjaciela.
— Przyjaciela? — zainteresował się Draco z narastającą podejrzliwością.
— Daj spokój, naprawdę nie pamiętasz? — Harry spojrzał na niego dziwnie.
I teraz, gdy Harry spytał, Draco uświadomił sobie z dziwnym łaskotaniem w okolicy żołądka, że pamięta. Oczywiście, że pamięta! Jak w ogóle mógł zapomnieć? Ten dzwoneczek był kiedyś świstoklikiem. Wysyłał go Harry'emu zawsze, gdy mieli spotkać się w jakimś nietypowym miejscu. Potter uśmiechnął się nieśmiało, gdy dostrzegł zrozumienie w jego oczach.
— Wciąż go masz? — zapytał Draco z niedowierzaniem, czując, że coś ściska mu żołądek.
— Jakoś tak wyszło. — Harry spuścił oczy, a na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec.
Draco przez chwilę spoglądał na niego usiłując wymyślić, co powinien powiedzieć, ale pierwszy raz w życiu nie wiedział nawet jak zacząć. Emocje ściskały mu gardło, ręce drżały… Jakby nie był sobą.
— Wiesz, miałem wybitny z zaklęć — odezwał się w końcu nieswoim głosem.
— Słucham? — Harry podniósł na niego zaskoczony wzrok.
— Dostałem na owutemach wybitny z zaklęć — powtórzył z mocą. — Myślisz, że mógłbym spróbować sił jako nauczyciel?
— Zrezygnowałbyś ze wszystkiego, co tutaj osiągnąłeś? — zapytał wstrząśnięty Harry.
Draco wzruszył ramionami.
— Może wcale nie osiągnąłem tak dużo, jak ci się wydaje.
W spojrzeniu Harry'ego pojawił się blask, ale nie odpowiedział.
— Wiem, że nie mam żadnego doświadczenia — podjął Draco, przysięgając sobie, że zrobi wszystko, by przekonać Pottera. To była jego ostatnia szansa, był tego pewien. Ich szansa. — ale wydaje mi się, że byłbym w tym dobry.
— Ty w ogóle lubisz dzieci? — zapytał Harry.
Draco pomyślał o Lily i Scorpiusie i uśmiechnął się szczerze.
— Polubiłem. Ostatnio.
Harry przyjrzał mu się uważnie.
— Ostatnio? Jakieś szczególne powody?
Nasze dzieci, kretynie!, miał ochotę zawołać Draco. Opowiedzieć Harry'emu, co mogliby razem mieć. Opisać mu, jak rozbrajająco śmieje się ich synek, jak mądra jest ich córeczka…
— Może po prostu się starzeję — odpowiedział jednak tylko z uśmiechem.
— Daj spokój — mruknął Harry. — Wciąż jesteśmy młodzi.
— Więc jak będzie, zgadzasz się? — Draco wrócił do swojej propozycji. Nie zamierzał odpuścić.
— Draco Malfoy nauczycielem zaklęć? Muszę przyznać, że to dość nieoczekiwane… — zaczął Harry z poważną miną i serce Draco zamarło. Zaraz jednak się uśmiechnął i dodał: — Ale myślę, że będziesz świetny.
— To oczywiste! — prychnął Draco, starając się przybrać pełną wyższości minę, ale cisnący się na usta uśmiech pokrzyżował jego plany.
— Powiesz mi, co sprawiło, że chcesz wrócić? — zapytał Harry, patrząc na niego w sposób, który przypomniał Draco o ich poprzednim wieczorze w „Golden star".
— Myślę, Harry, że doskonale znasz odpowiedź — odparł cicho Draco, wyciągając w końcu rękę w kierunku dłoni wciąż leżącej na stole i ściskając ją nieśmiało. Uśmiech w oczach Harry'ego wyraźnie mówił „już się nie gniewam".

Cyt, iskierka zgasła…