Trochę czasu minęło od prologu. Miałam sprawy i automatycznie post mortem i wampirki wyleciały na dłużej z mojego żywota. Wracają, razem z nimi wen. Przepraszam za poziom absurdu (placek) w tym rozdziale, ale nie mam głowy do początków, serio. Będę bardzo wdzięczna za komentarze dot. treści i chciałabym znać Wasze zdanie na temat edycji teksu. Jakoś dziwnie to rozstrzelone mam. Powinno być gęściej?
Serdecznie zapraszam do czytania!
ROZDZIAŁ I
- Mówiłem, żeby nie faszerować jej tym zielskiem! - Pierwszy głos pełen był wzburzenia i gniewu.
- Ziółka były nieszkodliwe, powtarzam. Zresztą sprzeciw zgłosiłeś już po fakcie. - Drugi brzmiał spokojniej i przyjemniej.
- Miałeś jej pilnować!
- Tak? Ja, nie ktoś inny?
Coś świsnęło, dziwny dźwięk przerwał kłótnię.
Głosy na jakiś czas zamilkły. Wreszcie odezwał się drugi z nich:
- Ciasto z jagodami... Placek jagodowy, Klaus...
- Więcej mnie nie irytuj.
Cisza.
- Jasne?
Prychnięcie.
- Gdzie tam. Idę się umyć.
Słyszę głosy, pomyślała Caroline, rozcierając skronie.
- Caroline? - Ktoś podłożył jej ręce pod głowę i plecy, pomagając usiąść. - Już dobrze, księżniczko. Jak się czujesz?
- Ja... - Otworzyła powoli oczy. - KLAUS?!
- We własnej osobie. - Uśmiechnął się dziwnie. - Dzień dobry.
- Uch... - jęknęła. - Nie wiem, co jest grane. Daruj sobie te uprzej...
- Jak sobie życzysz. - Jego oczy błysnęły niepokojąco. Odsunął się od niej, wyprostował. Podszedł do okna.
- Jest sobota, znajdujemy się w hotelu. - zaczął mówić, wciskając ręce w kieszenie spodni. - Ja i mój przyjaciel mamy pokoje tuż obok. Zabraliśmy cię tu, bo zasłabłaś. Organizm wampira różnie reaguje na pewne... środki, ale...
- Zasłabłam. Zareagowałam na środki?... - Musiała wszystko szybko poukładać.
- Słodka Caroline, głupotą było wychodzenie z wygodnego i bezpiecznego samochodu w ciemną noc...
- W noc?
- Jest dziewiąta rano. - wyjaśnił i powrócił do poprzedniego wątku:
- Nie powinnaś była wychodzić samotnie na stację benzynową, gdzie zazwyczaj kręcą się różne niebezpieczne typy.
Caroline gapiła się na niego z dość idiotyczną miną.
No już, skarciła się w myślach, nie zachowuj się jak dziecko. Ale nie potrafiła inaczej po tym, co powiedział. Była zbyt zmęczona, by panować nad swoimi reakcjami.
- Ha ha, na stacji kręcą się typy takie jak, powiedzmy, ty? - W odpowiedzi zrobił minę... niewiniątka?! - I przyjaciel. Serio, Klaus?...
- Myślę, że już kiedyś się poznaliście. Za niedługo wróci.
Wzniosła oczy do sufitu. Nieznośnie irytujący wampir, z którym zmuszona była - nie wiedzieć czemu - dyskutować, tylko uśmiechnął się kpiąco.
- Dlaczego tu jestem?
- Już ci tłumaczyłem, że zasłabłaś, ale skoro nic z tego, co mówiłem, do ciebie nie dotarło, najwidoczniej musisz jeszcze odpocząć.
- Naprawdę mógłbyś darować sobie...
- Oczywiście, moja mała Caroline. Myślę, że wyjaśnimy to sobie przy śniadaniu. Twoje ubrania są w walizce. - Wskazał ruchem głowy róg pokoju.- Widzimy się na dole za dziesięć minut. - zarządził i wyszedł, nim Caroline zdążyła mu odpowiedzieć.
Oszaleję, przebiegło jej przez myśl, kiedy grzebała w walizce, do której – jak z niezadowoleniem zauważyła – ktoś niedbale powrzucał ągnęła sprane jeansy i niebieską koszulkę. Odrzuciła niepokojące pytania i zajęła się sobą. Powoli się uspokajała, jej napięte mięśnie rozluźniały się, gdy wykonywała proste, codzienne czynności, jak mycie zębów czy rozczesywanie skołtunionych włosów.
Tylko, przypomniała sobie, sytuacja była bardzo niecodzienna.
Ubrana Caroline z westchnieniem usiadła na łóżku.
Dobrze, muszę to ogarnąć. Ale...- Jej spojrzenie zahaczyło o kąt pokoju, gdzie na stoliku dogorywały resztki ciasta... jagodowego? Czy Klaus zdzielił swojego przyjaciela ciastem?...
Zachichotała nerwowo.
Może chciał mnie wcześniej nim poczęstować? Albo to było ciasto tego drugiego?
Caroline popatrzyła na muchę krążącą pod sufitem.
Powoli zaczęła sobie przypominać zdarzenia poprzednich dni. Założyła, że mężczyzna, którego widziała w nocy nie mógł być tym, za kogo go wzięła.
Pewnie miałam omamy. Przez te ich... ziółka! Na Boga... Co to za chora sytuacja?
Ogarnęła ją irytacja, gdyż coraz mniej rozumiała swoje położenie.
Ale w takim razie... Ach, Klaus. Czy on ją porwał? Na to wyglądało.
Westchnęła, kryjąc twarz w dłoniach.
Zostałam porwana przez pierwotną hybrydę.
Przesiedziała tak kilka minut. Wreszcie podniosła głowę i zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Wpół do dziesiątej.
Prawie uśmiechnęła się pod nosem. Liczyła, że swoim spóźnieniem chociaż trochę go rozdrażni.
Wyszła na korytarz. Pluszowy, niewyprany, stary dywan, którym go wyłożono, skrzypiał pod jej tenisówkami, a im bardziej próbowała odwrócić od tego swoją uwagę, jej wampirze zmysły tylko mocniej skupiały się na rejestrowaniu męczących odgłosów.
Żeby opanować - jak się obawiała - narastającą paranoję, spróbowała przenieść swoje myśli na inny tor. Dotarła do klatki schodowej.
Powoli ześlizgując się na podeszwach, jak to zwykła robić w dzieciństwie, ze stopnia na stopień, zastanawiała się, kim też jest przyjaciel Klausa.
Klaus powiedział, że...
Zatrzymała się i gwałtownie nabrała powietrza.
- Jaka jestem głupia!
Zbiegła szybko po schodach i, nie zważając na oburzonych pensjonariuszy i obsługę hostelu, niemal rzuciła się na Klausa siedzącego w jadalni.
- Klaus, nie możesz żyć! - jęknęła, patrząc na niego wściekle. - Co z Tylerem?
Złapał ją mocno za nadgarstki.
- Opanuj się, Caroline – poprosił. Spojrzał jej w oczy, a potem jego wzrok powędrował gdzieś ponad jej ramieniem. Zignorowała to i tylko szarpnęła mocno, ponownie zwracając na siebie jego uwagę.
- Tyler odszedł. – Nie wiedziała czemu, ale nie dziwił jej niski ton własnego głosu. Brzmiał też ostrzej i wyraźniej. - Nie masz prawa stać przede mną i patrzeć mi w oczy. Powinieneś być martwy.
Jego źrenice zmniejszyły się, kiedy to powiedziała.
- Na twoim miejscu uważałbym na słowa, kochanie.
- Nie możesz...
W jej umyśle panował zupełny chaos. Miała ochotę na łyk chłodnej wody.
- Wręcz przeciwnie, mogę.
- Klaus – Głos ją zawiódł, poczuła silny ucisk w żołądku.
- Wyjaśnijmy coś sobie, Caroline. Oczekuję od ciebie poprawnego zachowania, jeśli chcesz, żebyśmy później porozmawiali o Tylerze. - Jej twarz wykrzywiła się boleśnie na dźwięk tego imienia w ustach pierwotnego. - Opanuj się, weź głęboki wdech i zrób obrót o sto osiemdziesiąt stopni, byś mogła poznać mojego przyjaciela. Rozmawiaj z nim grzecznie. Proszę.
Caroline potrzebowała chwili, by zrozumieć znaczenie jego słów. Kiedy była gotowa, kiwnęła Klausowi głową.
Puścił jej ramiona. Była pewna, że gdyby nie jej wampirze ciało, zostałyby na nich duże siniaki.
Zaczerpnęła powietrza, jak radził jej pierwotny, i obróciła się.
- Dzień dobry, Caroline.
Stanęła oko w oko z Alarickiem Saltzmanem.
