Dla Marqi. Miał być, Atton, Wygnana i romans, romans oczywiście. I proszę, nawet się od tego ostatniego nie migałam!
Wyznanie
Atton, ech. Atton był jak zmieniająca wartości karta w pazaaku. Tylko taka, która zmieniałaby je niezależnie od woli gracza. Taka, która znienacka przyciska cię do kokpitu, zaczyna całować i prosić, żebyś ją odepchnęła, zabiła, jeśli nie masz ochoty, jeśli cię uraziła. Taka wrzutka od chaosu. Tym razem trafiona, więc Meetra przyjmuje i oddaje pocałunki, kładzie mężczyźnie rękę między biodrami.
Podobno nie ma przypadków. Jest tylko Moc. Meetra nadal nie była pewna, czy wierzy – jeszcze? znowu? – w Kodeks. Ale nie mogła przestać wierzyć w Moc. Jej brak był zbyt dotkliwy, jej powrót zbyt cudowny. Ciało Meetry rezonowało pulsem galaktyki, rytm serca odpowiadał wybuchom na najbliższym słońcu. Tylko szaleniec zwątpiłby w materię, we własną dłoń, piętę, nos czy żołądek.
Jeśli karta zwana Attonem nie przychodzi przypadkowo, tylko kierowana Mocą, jeśli wszystkie te jego dzikie pomysły to znak Mocy... To może Atton jest czymś więcej niż awanturnikiem. Albo raczej: jest awanturnikiem z pewnym potencjałem. Potencjałem, myśli Meetra i aż mruczy z zachwytu (a może tylko dlatego, że Atton liże właśnie wgłębienie nad jej lewym obojczykiem), który można ukształtować – dobro, zło albo coś pomiędzy – jak mistrzowie Zakonu. Jak Revan.
Ale pamiętaj, marzycielko, generale, wygnańcze, samokrytyka ma plecy wyprostowane jak struna, żeby szeptać właściwie imię.
