oryginał: My Name Is Harry
autor: MoonFire1
beta: Amarylis
Tłumaczenie za zgodą autorki
Był sobie chłopiec, który łaknął wiedzy o rodzicach. Przez długi czas, prawie połowę swojego młodego życia, jedynym dowodem ich istnienia był sposób, w jaki zwracał się do krewnych. "Ciotka Petunia". "Wuj Vernon". Nigdy nie widział żadnego zdjęcia mamy ani taty, tak samo, jak nie było namacalnego dowodu na istnienie jego samego.
Bardzo dobrze wiedział, że zawsze był traktowany inaczej, niż jego kuzyn, Dudley. Jakże tęsknił za tym, by trafiła mu się chociaż jedna z pochwał, którymi obsypywany był drugi chłopiec...
Ciotka i wuj ani razu nie dotknęli go z miłością. Raniło go to głęboko, nawet wiele lat później. Podczas gdy wszyscy wkoło obejmowali się i podawali ręce, on zawsze sztywniał, zanim zdołał wykonać podobny ruch. Skrzywdzono go na długo zanim otrzymał list z Hogwartu. Później również niewiele uczyniono, by coś na to poradzić. Nikt nie zauważył jego nieśmiałości, mało kto w ogóle pytał, czemu chłopiec woli spędzać święta w szkole.
Pytania tylko wszystko komplikowały. Harry poznał jeden powód, dla którego był "wyjątkowy". Za każdym razem, kiedy przeżył, by stanąć przed swoimi rówieśnikami i nauczycielami - zawsze trochę bardziej zakrwawiony, z nieco bardziej podkrążonymi oczami - wyczytywał swoją wartość w ich spojrzeniach. To było o wiele więcej, niż kiedykolwiek uzyskał pod opieką krewnych, jednak nadal było to tylko powierzchowne.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo powierzchowne, dopóki ktoś inny nie wystąpił o opiekę nad nim.
- Nawet ja nie znoszę znęcania się nad dziećmi - stwierdził wtedy Snape głosem pozbawionym emocji. To były najmilsze słowa, jakie usłyszał na swój temat z tych ust. Mimo to poczuł skurcz w żołądku.
Dziwne, ale wiedział, że to będą jedyne przyjemne słowa, jakie ten człowiek o nim powie.
***
Był sobie chłopiec, który łaknął ratunku dla swojej rodziny. Jego ojciec był zadeklarowanym pijakiem, który o wszelkie życiowe niepowodzenia obwiniał żonę-wiedźmę. Notorycznie bił ją i syna; zawsze potem próbował utopić poczucie winy w żytniej whisky.
- Nie będę taki, jak on, matko - Severus wyszeptał jej kiedyś na ucho. Spała, a ojca nie było; pewnie przesiadywał w którymś z wielu ukochanych pubów.
Wystraszył się, kiedy Eileen wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po twarzy.
- Mam taką nadzieję - odpowiedziała cicho zanim na powrót zasnęła. - Naprawdę mam taką nadzieję.
Severus pragnął, żeby matka była z niego dumna. Pragnął też uznania ojca i jego akceptacji dla warunków, w jakich żyli.
Severus miał wiele pragnień.
Jedno z nich się spełniło. Potem był w stanie jedynie przeklinać fakt, że jego starania nie wystarczyły. Jakże jednak mogły? Nigdy nie nauczono go innych sposobów, choć musiał przyznać, że jego przyjaciel próbował, zanim się rozstali.
Zrobił wszystko, co mógł, wszystko, co potrafił.
Zgniótł trzymany w ręce pergamin, zaciskając na nim palce tak mocno, aż zbielały kłykcie.
Jego "wszystko" nie wystarczyło.
***
- Kiedy ostatnio widziałeś swojego opiekuna? - Mikrus chwycił go za ramię i lekko uścisnął. Harry już się tego nie bał.
- W nocy przed moimi osiemnastymi urodzinami. - Starannie dobierał słowa. Miał zamiar odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale nic więcej. Jego małomówność łamała Mikrusowi serce. Nie żeby się do tego przyznał; musiał przecież bronić reputacji.
- A następnego dnia...
- Opuściłem dom o północy. Skorzystałem z pierwszej okazji, by odejść niezauważonym.
- I nie oglądać się za siebie? - Tabitha westchnęła.
- Niezupełnie - przyznał Harry. - Zostawiłem mu list. Nie chciałem, żeby się za bardzo martwił. Nie chciałem też, by zaczął mnie szukać zbyt szybko.
- Więc cię obchodził - zauważyła Celina, nowa członkini grupy. Wykrzywiła wargi, poznaczone bliznami pozostałymi po uderzeniu szklaną butelką. - To boli, kiedy zależy ci na kimś, kto cię rani.
Harry westchnął ciężko.
- Boli. Boli z pewnością. Chciałem, aby mnie kochał... i jakaś część mnie musiała kochać jego. Odrobinę.
KONIEC
rozdziału drugiego
