Kroniki Liścia
Rozdział #02
Wyzwanie

Stali tam razem, lecz nerwowe wyczekiwanie nie pozwalało im nawet się odezwać. Było ich czterech, chociaż zamierzeniem jednego była jedynie pasywna obserwacja. Sędzia i trójka geninów – ich przeciwnik jeszcze nie nadszedł. Na to przynajmniej wyglądało, gdyż być może jedynie ukrywał się wśród obserwatorów, gdzie niektórzy mieli ochraniacze Suny na czole. Czy miałby ku temu powody? Pozwalałoby mu to przeprowadzić krótką analizę rywali, bez narażania się na to samo. Jednak z drugiej strony, czy powinien się obawiać jako shinobi zdecydowanie przewyższający ich stopniem, doświadczeniem i umiejętności?

Wszystkie te rozważania okazały się jednak pozbawione gruntu, gdyż na horyzoncie ukazał się spokojnie maszerujący mężczyzna. Lekki uśmieszek na twarzy prowadzącego te zawody utwierdził zespół w przekonaniu, że to właśnie na niego czekają. Na jego temat naprawdę ciężko byłoby coś powiedzieć – miał długi, beżowy płaszcz, zapięty po samą szyję i sięgający stąd aż do ziemi, zaś na głowie nosił kaptur, spod którego widać było jedynie odbijającą promienie słoneczne metalową blaszkę.

Stanął naprzeciw swych oponentów i zdejmując kaptur ukłonił się lekko sędziemu. Miał długie blond włosy, ciemne oczy, twarz zupełnie pozbawioną zmarszczek, czy też oznak starości. Jeśliby przyjrzeć mu się bliżej, z całą pewnością można stwierdzić, że to jeszcze młokos, w wieku około 20 lat.

Eizo wiedział, co to może oznaczać i nie był szczególnie zadowolony. W ostatnich czasach młodzi nie tak często zostawali jouninami, a przynajmniej w Wiosce Ukrytego Liścia. Tak więc, jeśli już takiego kogoś się spotka, może to świadczyć o jego naprawdę wybijających się umiejętnościach. Kto wie, czy przed trójką młokosów z Konohy nie stoi młody geniusz z Suny? Pozornie nie powinien być bardzo doświadczony, ale w końcu jest jouninem w jednej z najsilniejszych wiosek, czyli musi się znać na rzeczy…

Chłopak bardzo chciałby dłużej to przemyśleć i dojść do jakichś konstruktywnych wniosków, ale musiał odłożyć to na później – prowadzący tę walkę zaczął recytować tę samą formułkę, jaką on sam lub jego koledzy po fachu wygłaszali przy innych starciach:

- Serdecznie witam wszystkich zgromadzonych, a w szczególności zawodników, na drugim teście Egzaminu na Chuunina. Zasady walki są następujące. Zmierzą się dwie strony – jedną tworzą uczestnicy egzaminu, zaś drugą jounin egzaminujący. Aby przystępujący do testu zaliczyli próbę, muszą unieszkodliwić lub innymi słowy pokonać egzaminatora. Rywalizacja zostanie zakończona w przypadku, gdy jeden z walczących będzie niezdolny do walki. Zrozumiano?

Nikt nie odpowiedział, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z reguł, które można by powiedzieć, były nie na rękę geninom kandydującym do roli chuninów.

- W przypadku kiedy uznam, że któryś z geninów jest niezdolny do dalszej walki, zespół automatycznie przegrywa i żegna się z egzaminem. Jeśli zaś uznam, iż porażkę ponosi jounin, z przyjemnością powitam całą trójkę w trzeciej fazie. Dyskwalifikację powoduje także przekroczenie wyznaczonej linii, bądź poddanie się.

Gdy wypowiedział te słowa, zarówno Eizo, jak i Mia oraz Tetsu wiedzieli, że za chwilę się zacznie. Cała trójka toteż cofnęła się o kilka kroków, gdyż chcieli uniknąć szybkiego rozpoczęcia walki w zwarciu, co bez żadnej wiedzy o przeciwniku mogłoby okazać się samobójstwem.

- Czy obie strony są gotowe? – ponownie rozległ się głos. Głos, który być może już niedługo miał ogłosić zwycięstwo geninów lub też ich porażkę i koniec marzeń przynajmniej na pół roku. – Naito Mia, Fuseo Eizo, Arashi Tetsu?

Gdy tak wyliczał, po kolei cała trójka unosiła dłoń pionowo do góry na znak gotowości do działania.

- Deusi Suo?

Tajemniczy młodzieniec również podniósł rękę kopiując gest swych rywali i nie odrywając od nich wzroku. Mię ten widok najwyraźniej drażnił, bowiem gdy tylko arbiter nakazał rozpocząć walkę, wyprężyła się w stronę przeciwnika i już miała z impetem ruszyć, kiedy ręka Eiza przyhamowała ją:

- Bez pośpiechu – rzekł cicho. Był w pełni skoncentrowany.

Nie chcieli zaczynać. Wiedzieli, że czas nie gra tutaj roli, a to przeciwnik jest w lepszej sytuacji, więc pragnęli, żeby to on wykonał pierwszy krok. Arena miała kształt zwykłego kwadratu o krawędzi 30x30 metrów. To całkiem duże pole, ale pozbawione drzew, kamieni, czy innych tego typu elementów. W obecnej sytuacji bardzo by się to przydało, gdyż w ten sposób o wiele trudniej uzyskać jest element zaskoczenia, a walka na otwartym polu daje ogromną przewagę jouninowi.

Suo jednak przez długie chwile ani myślał drgnąć. Nigdzie mu się nie spieszyło, za to młodszym zawodnikom powinno zależeć na zwycięstwie, także to im powinno się spieszyć.
W końcu Eizo zdecydował się przełamać tą barierę milczenia i powietrze przeszył jego kunai. Jounin bez problemów uchylił się, ale w jego stronę leciały już kolejne narzędzia – shurikeny rzucone przez Mię i Tetsu. Cel wydawał się naprawdę blisko, ale shinobi Piasku zaprezentował nieprzeciętną szybkość unikając także tych broni.

„A więc myślisz, że jesteś szybki, tak?" – rzekł w duchu Fuseo i ruszył w kierunku przeciwnika wyciągając swój mały sztylecik. Zdawał sobie sprawę z tego, że atak frontalny to samobójstwo, ale nie w sytuacji, kiedy jest się wspieranym przez dwójkę innych shinobi, w tym specjalistkę od takich sytuacji, Mię. Dziewczyna wiedziała, co jej przyjaciel zamierza zrobić, toteż natychmiast chwyciła swój kij i ruszyła za nim, a tuż za nią pomykał młody Arashi, dumnie dzierżący małego kunai'a. W końcu cała trójka się zrównała i niczym jeden mąż gnała w kierunku rywala, gotowa aby już za chwilę doskoczyć do niego i spuścić mu porządny łomot.

A sam przedmiot zainteresowania stał nieruchomo, wykrzywiając usta w lekkim uśmiechu. Był nadzwyczaj pewny swego, co okazywał przez taką postawę. Dopiero gdy trójka była już naprawdę blisko, uniósł rękę, rozpiął lekko płaszcz i wyciągnął z niego długi miecz. Troy wykorzystał tę krótką chwilę, aby zaatakować rywala dwoma shurikenami. Ten jednak odczytał jego zamiary i odbił je oba mieczem, wiedząc, że w przypadku uniku będący już przy nim samym Eizo poprawi kolegę szybkim cięciem. Ruch ostrzem lider drużyny wykonał, lecz Deusi sprawnie odbił je swoją kataną. Mniej więcej w tej samej chwili Mia wbiła swój kij w ziemię, odbiła się i jak najmocniej chwyciła nogami za ostrze jounina. Ten jednak nie dał się oszukać, puścił rękojeść miecza i wskoczył na nią unikając kolejnych shurikenów Tetsu. Tego ciężaru dziewczyna nie mogła już znieść, toteż puściła miecz. Stanęła ponownie na ziemi i wyzywająco wystawiła w kierunku przeciwnika swoją pałkę. On zaś odskoczył parę kroków od towarzystwa i przykucnięty uśmiechnął się lekko.

- A więc może być ciekawie – jego głos zdecydowanie podkreślał jego chłodną postawę spokoju i skoncentrowania. – Z przyjemnością się z wa…

Nie dane było mu skończyć, gdyż doskoczył do niego Fuseo i rozpoczął krótką serię ciosów. Jounin uniknął ich, tracąc na chwilę z widoku Naito i Arashi'ego. Dwójka ta szybko wsparła swojego kumpla, lecz miecz rywala powstrzymywał wszystkie ciosy. Wtedy jednak stało się coś niespodziewanego – mianowicie Tetsu w towarzystwie małych obłoczków dymu przemienił się w Mię i solidnym uderzeniem kijem trafił w brzuch Suo posyłając go bezwładnie do tyłu. Piaskowy ninja zahamował w końcu i zdał sobie sprawę z błędu, który popełnił. W oczach stanął mu moment ataku Eiza, kiedy to spuścił z oczu pozostałą dwójkę. Widocznie wtedy zdołali użyć techniki Henge i zamienić się miejscami. Teorię jego potwierdziła Mia, a właściwie Tetsu, który wrócił do swej pierwotnej postaci. Prawdziwa geninka stała zaś w tej samej pozycji, w której powaliła oponenta na łopatki.

Deusi wstał, otrzepał swój płaszcz i śmiejąc się pod nosem uniósł głowę. Zmierzył wzrokiem całą trójkę, ocenił odległość między nimi i rzekł lekko podekscytowany:

- W takim razie rozegramy to tak – uniósł ręce i począł formować pieczęci, po czym został nagle wciągnięty pod ziemię.

Wśród geninów zapanowała konsternacja – żaden nie wiedział, co mają w takiej sytuacji uczynić na otwartym polu. Jedyne, czego byli pewni, to to, że mogli się spodziewać jedynie ataku od dołu. Stanęli blisko siebie, praktycznie opierając się plecami, lecz chwilę później przeciwnik się ujawnił… wyskakując dokładnie pomiędzy nimi.

Cała trójka zdążyła dostrzec tylko kolejny tajemniczy uśmiech rywala, po czym trzymając dwa palce wyprostowane na wysokości klatki piersiowej, zaczął on kręcić się w szybkim tempie odrzucając geninów na trzy strony.

- Idealnie – mruknął Suo i po raz kolejny złożył kilka pieczęci. – Doton: Sanjuu Torappu!

- Cholera – Eizo zdążył jedynie krótko skwitować sytuację, w jakiej się znaleźli. Wśród przeciągłego „Uuuuu" publiczności gruba ściana zmieszanej z chakrą ziemi odseparowała cały zespół od siebie.