Kursywą oznaczam retrospekcje.

Kroniki Liścia
Rozdział #03
Niepotrzebny

Na samym środku placu wyrósł wysoki na kilkanaście metrów słup ziemi, z niego zaś wychodziły trzy wielkie ściany, oddzielające od siebie trójkę bezradnych geninów. Stojący na szczycie swego dzieła Suo przez jakiś czas wpatrywał się bez słowa w zdezorientowane twarze jego młodych rywali. Cała trójka przez parę chwil nawoływała się wzajemnie, ale szybko doszła do wniosku, że ściany przepełnione chakrą i obejmujące swoim zasięgiem tereny dalsze niż wyznaczony plac boju po prostu nie przepuszczają dźwięku.

Eizo próbował zrozumieć motywy przeciwnika, ale wszystko, o czym myślał zdawało się wykluczać. Nietrudno było się domyślić, że chodziło głównie o oddzielenie towarzyszy od siebie, ale tutaj sprawa stawała się niejasna. Dlaczego właściwie miałby ich rozdzielać? Czy chce po prostu pojedynczo, w spokoju, rozprawić się z nimi i zakończyć tę walkę? Ale czy tak trudno byłoby mu po prostu „przyspieszyć" i jednym silniejszym uderzeniem ogłuszyć któregoś z dzieciaków? Chłopak nie wiedział, co o tym myśleć, podobnie jak jego przyjaciele – tak blisko, a jednocześnie tak daleko.

Fuseo dostrzegł jednak małą nieścisłość – co zrobi sędzia w takiej sytuacji? W jaki sposób widział będzie wszystko to, co ma miejsce na tym terytorium, skoro zostało ono podzielone na trzy części, możliwe do jednoczesnej obserwacji jedynie z lotu ptaka, bądź posługując się bardziej zaawansowanymi metodami. Genin zapamiętał twarz obserwatora, a także jego oczy, po których łatwo wywnioskował, iż z pewnością nie pochodzi on z klanu Hyuuga. Eizo miał nawet lekką nadzieję, że arbiter każe wycofać tą technikę, a może nawet zdyskwalifikuje jounina.

Chłopak spojrzał jeszcze raz na mur, podniósł głowę… i dostrzegł stojącego na nim sędziego, który najwyraźniej obserwował wszystko, co działo się na sąsiednim polu, zajmowanym przez Mię, bądź Tetsu.

- Co do…

Odwrócił się i na przeciwległej ścianie spostrzegł identycznego osobnika, z tym że ten, „ubrany" w dziwny uśmiech, wpatrywał się prosto w niego, czekając najwyraźniej na rozwój wydarzeń na tej części areny.

- No tak… używa bunshinów…

Deusi przez cały ten czas spoglądał jedynie w dół, jakby przepełniony dumą ze swego dzieła. W końcu jednak, gdy odpowiednie pozycje zajęły klony arbitra, postanowił przystąpić do planowanego przez siebie działania. Odchrząknął na tyle głośno, aby usłyszeli to genini i zwrócili na niego uwagę, po czym przemówił:

- Pozwólcie, że się z wami zabawię. Zauważyłem już, że dobrze ze sobą współpracujecie. Ale co się stanie… – w tej chwili urwał, aby wykonać kilka pieczęci. – …kiedy każdy z was będzie zdany wyłącznie na siebie!

Jounin Piasku kucnął i przyłożył dłoń do znajdującej się pod nim ziemi. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie w kierunku małych przeciwników, po czym uśmiechnął się szyderczo i rzucił:

- Doton: Sanjuu Hogosha! – na dźwięk tych słów po słupie przeszły jakby 3 fale, a każda z nich powędrowała w kierunku innego juniora. Kiedy już przesunęły się na sam dół, nagle zniknęły, aby już po chwili po każdej stronie tego dziwnego wyniesienia pojawiły się jeszcze dziwniejsze wybrzuszenia, z których stopniowo wydostawały się trzy ubłocone istoty.

Zarówno Arashi, jak i Fuseo oraz Naito, przyglądali się temu zjawisku z mieszanymi uczuciami zaciekawienia i ogromnego zdziwienia. Ostatecznie wszystkie stwory wyrwały się ze swych więzów i stanęły pojedynczo naprzeciw swych przeciwników, przyjmując uprzednio formy ich stwórcy. Każdy z trójki kandydatów doskonale wiedział, że jeśli teraz zawiedzie, to pogrzebie szanse nie tylko swoje, ale także dwójki przyjaciół. Zdawał sobie z tego sprawę także - a może przede wszystkim - Tetsu…

Chłopiec wciąż trzymał tego samego kunai'a, którego używał w pierwszej fazie walki, choć tym razem nie był już taki dzielny. Spuścił wzrok, ręce lekko mu drżały. Wiedział, że teraz nie ma już oparcia ze strony Mii i Eiza, na których mógł wcześniej liczyć. Sam nie posiadał tak wielkiej siły ognia, jak dwójka jego towarzyszy. Nie atakował, był pewien, że przeciwnik wkrótce sam na niego ruszy. Miał rację.

Błotnisty klon, odwzorowujący niemalże perfekcyjnie dumną sylwetkę jounina, wyciągnął miecz w sposób identyczny, jak jego pierwowzór i popędził w kierunku samotnego genina. W jego oczach nie było wahania. Nie było w nich nawet jakichkolwiek uczuć - jedynie bezbarwne, doskonale czyste intencje. Intencje zabijania.

Już sam ten widok przeraził Tetsu, który chcąc jak najszybciej oddalić od siebie ten wzrok rzucił w kierunku rywala swoje ostatnie shurikeny. Ten, ku zdziwieniu shinobiego Liścia, przekoziołkował na bok, nie wykazując już takiej prędkości, jaką wcześniej eksponował prawdziwy Deusi. Czy to tylko prowokacja ze strony jounina, czy może jego imitacje są tak dalekie od ideału?

Przeciwnik był już blisko, lecz Arashi nawet nie drgnął – nie był w stanie. Był śmiertelnie przerażony na myśl o walce w zwarciu. Wiedział, co może uratować go w tej sytuacji, ale przecież dał słowo…

W końcu doszło do kolizji. Suo spróbował najzwyczajniej prostym pchnięciem dźgnąć oponenta, lecz ten odskoczył najpierw do tyłu, a następnie na wzór jounina Piasku wskoczył na wysunięte poziomo ostrze i nienagannym technicznie saltem przeskoczył rywala. Chłopak odwracając się podjął próbę cięcia przeciwnika, lecz czekała już na niego gotowa do bloku katana. Jaskrawe iskierki dały znać o sile tego zderzenia – zderzyły się także spojrzenia walczących. Wciąż zlęknione, ale powoli nabierające pewności Arashiego z jednej strony, pozbawione wyrazu, a jednocześnie bezwzględne, Deusi z drugiej. Młodszy ustąpił pod naporem, odskoczył parę kroków do tyłu.

W jego serce powoli wlewała się otucha, ale za każdym razem, kiedy tylko spojrzał w twarz swemu rywalowi, narastała także trwoga. Lęk potęgowany uczuciem, że jeśli on zawiedzie, to Eizo i Mia mu tego nie zapomną. Mały shinobi zdawał sobie sprawę z tego, że jego towarzysze są silni na tyle, aby pokonać przeciwności, z którymi on sam zwyczajnie by sobie nie poradził. Nie pierwszy raz czuł się zbędny w tym zespole. Niczym piąte koło u wozu…

***

- Coś się stało? – drzwi uchyliły się i po chwili stanął w nich czterdziestoletni mężczyzna. – Wyglądasz jakoś markotnie.

- Sam nie wiem… - odparł Tetsu, jakby od niechcenia. – Po prostu ta grupa… Wcale nie czuję się w niej najlepiej.

- Dlaczego? Pamiętam, że na początku byłeś pełen entuzjazmu. Ten Fuseo cię denerwuje? Dokucza ci? O co chodzi?

- Nie, nie, nie w tym rzecz. To jednak fajny gość, ale… Mam wrażenie, że nie pasuję tu. Eizo jest silny… dużo silniejszy niż ja, czy nawet Mia. Czuję się… - chłopak przerwał, głos uwiązł mu w gardle, po policzkach spłynęły gorące łzy. – Czuję się słaby, tato.

- Daj spokój, każdy ma swoje atuty, pamiętaj o tym, co sam potrafisz, zanim będziesz oglądał się na innych.

- Ale… Po prostu nie potrafię spojrzeć im w twarz – głos genina wyraźnie się łamał. – Mam wrażenie, że tylko im przeszkadzam, że jestem zaporą, która wstrzymuje ich dynamiczny rozwój. Nie chcę… nie chcę ich zawieść tato…

***

Obrazy nieszczęśliwej przeszłości stanęły dzieciakowi w oczach. To jedyne, co przychodziło mu do głowy w tej ciężkiej sytuacji. Jego umysł złośliwie odrzucał wszelkie pozytywne wspomnienia, jakby chciał pogrążyć genina. Shinobi nie potrafił się otrząsnąć, póki Słońca nie przesłoniło mu lecące w jego kierunku, gotowe do wbicia miecza w ciało przeciwnika, błotniste uosobienie jounina. Tetsu rzucił się jednak w bok, a katana oponenta wbiła się na pokaźną głębokość w ziemię.

Arashi po raz kolejny odskoczył kilka razy do tyłu, ale jego oponent nie wyciągał miecza z gruntu. Wręcz przeciwnie, pchnął go jeszcze bardziej, po czym wyprostował się i spokojnie uformował kilka pieczęci. Zaskoczony genin nie zareagował, obserwował tylko to zjawisko, zastanawiając się, co też znowu niesie dla niego los.

- Doton: Chika Hayashi no Yaiba! – jounin ponownie chwycił rękojeść swego oręża, przekręcił go, ale po krótkiej chwili znów puścił, zostawiając w tej pozycji. Arashi przypatrywał się w oczekiwaniu, ale nic się nie działo. Chłopak niemal się już rozluźnił, gdy nagle Suo dynamicznie uniósł dwa palce w górę, a na ten znak z ziemi, tuż pod samym geninem wystrzelił do góry miecz, kubek w kubek, jak ten u stóp jounina, rozciął delikatnie ramię chłopca i ulatując jeszcze trochę rozpłynął się w powietrzu.

Z ust padającego na kolana Tetsu wydostał się przeszywający jęk bólu. Shinobi złapał się za krwawiącą rękę i rzucił nienawistne spojrzenie w kierunku morderczego klonu. Ten stał beznamiętnie, poruszając jedynie lewą ręką, z wyprostowanymi trzema palcami, jakby szykował się do kolejnego takiego ataku. Ból przeszkadzał młodemu zawodnikowi w koncentracji, ale jednocześnie adrenalina napędzała go do działania. Wystarczyło, że dostrzegł lekkie napięcie mięśni na ręce przeciwnika, aby przewidział następne ostrze i błyskawicznie się uchylił. I tym razem katana zdematerializowała się po pokonaniu paru metrów.

Chłopak podniósł się i próbował utrzymać równowagę. Był w stanie przetrzymać ból ramienia, po chwili przyzwyczajenia się do niego. Arashi miał świadomość, że pod nim grasować może niezliczona ilość identycznych mieczy, które mogą trafić celniej, niż dwa pierwsze. Deusi wciąż trzymał lewą rękę w ten sam sposób, najprawdopodobniej celując kolejnymi podziemnymi ostrzami. Nie było innego wyboru.

Tetsu ruszył do przodu. Nie ma co czekać, aby przeciwnik wymierzył kolejne uderzenie i pozbawił chłopca najmniejszych szans na osiągnięcie celu. Tego jounin z całą pewnością się nie spodziewał. Raz za razem Suo gwałtownie wyciągał w górę dwa palce, ale wszystkie ostrza, bez żadnej precyzji cięły jedynie powietrze. Genin wiedział, że aby skończyć tą maskaradę, musi „jedynie" wyciągnąć katanę z powierzchni ziemi. Był tak blisko… gdy ostatecznie zrozumiał swój błąd.

Przeciwnik opuścił ostatecznie ręce, tylko po to, aby sięgnąć po swój miecz, przyciągnąć do siebie i ostatnim pchnięciem przebić nacierającego genina. Na sklonowanej twarzy po raz pierwszy w czasie tej krótkiej walki Arashi zauważył uśmiech. Szyderczy uśmiech mordercy… Chłopak wiedział, że nie zdąży wyhamować, czy też odskoczyć na bok. Porażka wydawała się nieunikniona. W oczach stanął mu obrazek jego drużyny, stojącej razem, uśmiechniętej…

***

- Wiesz, kiedyś byłem taki jak ty – przerwał milczenie starszy z rodu Arashi. – Tak, zdecydowanie niewiele się różniłem od ciebie teraz.

- Hę? – tylko tyle zdołał wydusić z siebie płaczący syn.

- Nie chodzi tu nawet o sam charakter – kontynuował. – Miałem przecież takie same moce, a także braki w innych dziedzinach. Nie potrafiłem walczyć efektownie i skutecznie. Trafiłem w końcu do zespołu, w którym również byłem w towarzystwie nieprzeciętnie uzdolnionych shinobi. Każdy z nich miał czym zaatakować, a ja? Ja byłem za to specjalistą w defensywie. Potrafiłem ich wesprzeć w ciężkiej sytuacji, choć sam niewiele bym zdziałał. I oni to doceniali.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni starą, pomiętą nieco fotografię, z którą najwyraźniej się nie rozstawał. Przedstawiała trójkę dzieciaków i jednego starszego osobnika. Wśród tych dzieciaków jeden łudząco podobny był do Tetsu. Chłopiec spojrzał na własność swego ojca, a potem na zdecydowanie młodsze zdjęcie, wiszące na ścianie w jego pokoju. Przedstawiało jego, Mię, Eiza i ich opiekuna Ryukena.

- Tworzyliśmy zgrany kolektyw, tak samo jak wy tworzycie teraz – wznowił przemowę Arashi. – Uzupełnialiśmy się, tak jak z całą pewnością wy jesteście w stanie wzajemnie wypełniać swoje własne niedoskonałości. Nasza moc nie jest przeznaczona do ofensywy. Od tego będziesz miał przyjaciół. A kiedy ich zabraknie? Broń się… i kontruj!

***

Ta pozytywna myśl pozwoliła przebudzić się chłopakowi. I choć zanosiło się na to, że zaraz przebije go długa, ostra klinga, podniósł głowę i uśmiechnął się. Udało mu się wyhamować, lecz zbliżenie z kataną było nieuniknione. Podniósł ręce na wysokość klatki piersiowej i wyszeptał pełen stoickiego spokoju:

- Eizo… wybacz – po czym już zdecydowanie donośniejszym tonem dodał. – Akuma Mira no Jutsu!

Między chłopcem, a mieczem zjawiły się nagle dwie stykające się czarne sfery. Obie były niewielkie, przypominały czarne portale stanowiące jakby niezamalowany obszar na krajobrazie. Suo nie miał nawet czasu zorientować się w tym wszystkim. Śmiało pchnął katanę, której ostrze weszło w pierwszy z portali, aby jednocześnie wyjść z drugiego, z tym że skierowane w drugą stronę. Zaskoczony jounin przebił się na wylot własną bronią, aby po chwili powrócić do swej bagnistej formy i rozpłynąć na trawie.

Tetsu wygrał - jego portale szybko zniknęły widzom z oczu. Złamał słowo dane przyjacielowi, pokazał swoją moc części z licznych obserwatorów, którzy przybyli tu zaintrygowani dziwnym zjawiskiem, jakim z pewnością było nagłe wyrośnięcie olbrzymiego słupa ziemi. Zaprezentował swoje najciekawsze walory także prawdziwemu jouninowi z Wioski Ukrytego Piasku, który dokładnie obserwował końcówkę tej rywalizacji. Ale nie to było najważniejsze. Nie zawiódł, pokonał swojego przeciwnika i pokazał, że zarówno on sam, jak i Mia, i Eizo mogą na niego liczyć. Wyczerpany usiadł na trawie dysząc ciężko. Stracił duże pokłady energii, a z jego rany wciąż ciekła gorąca krew. Jeśli mają wygrać tą walkę, będą musieli zrobić to szybko.