Rodział co nawiązuje do kanonu
Yoruko Onna siedziała wygodnie na siedzeniu pierwszej klasy, w samolocie trasy Tokio-Londyn. Królowa japońskich samurajów, jedna z czworga najpotężniejszych czarodziei na świecie i jedyna kobieta w tym gronie, wzorem innych czarodziei Dalekiego Wschodu, miała swoją pozycję w świecie mugoli, a dokładnie dyrektora w jednym z koncernów i jako dyrektor właśnie podróżowała. Mogła rzecz jasna dokonać teleportacji międzykontynentalnej, ale lubiła latać samolotem co dało czas na przemyślenie spraw. Yoruko Onna zamierzała rozejrzeć się po części magicznej, ale nie wpadać tam. Jak każdy samuraj, nigdy nie zostawiła katany, którą miała zakamuflowaną. Miała też sztylet a pod strojem businesswomen nosiła magiczny strój ze smoczej skóry. Leciała to strefy wojny i stąd ów kombinezon.
Wyglądała jak ładna Japonka w średnim wieku, ubrana w kwiecistą sukienkę. Nikt jej o nic nie podejrzewał, a już na pewno nie kierowca z koncernu. Miała dzisiaj odpoczywać w hotelu, a jutro spotkać się z przedstawicielami firmy. Spotkanie to miało być zwyczajne, biznesowe spotkanie jakich Yoruko Onna odbywała w życiu wiele. Siedziała razem z kolegami w budynku z widokiem na London Bridge, kiedy wyczuwała magię. Jako czarownica swej rangi, podobnie jak Gellert i Albus wyczuwała takową. Po chwili zobaczyła czarne smugi i wiedziała, że to nie dym ale teleportacja. A raczej angielskie ministerstwo nie odstawia podobnego przedstawiania.
Yoruko gardziła Anglią za podejście do mugolaków i zamknięcie na świat. Nie zionęła do nich aż taką niechęcią co Polacy, ale była gotowa poprzeć wniosek Rzeczpospolitej Magicznej o interwencję bo Anglia to matecznik terroryzmu w świecie magii. Japonia co prawda mało interesowała się Europą, ale poza Anglią nikt w magicznym świecie nie dążył do konfliktu z mugolami. Czarodzieje woleli raczej zajmować kluczowe stanowiska, jak czynił Nefrytowy Cesarz, Yoruko i ich ludzie, a nie prowadzić do wojny. Bez pogardy patrzyła na swoich kolegów z pracy, po prostu z nimi pracowała. Wyciągnęła swoją katanę i wtedy w pokoju zmaterializowały się postacie w maskach.
- Zabijemy was mugolskie śmiecie a wy nam nic nie zrobicie – zaśmiał się maniakalnie jeden z napastników.
- To ja was zabiję jak nie zabierzecie stąd swoich tyłków i to już – wycedziła Yoruko Onna – jesteście bandą dzikusów co nie umie nawet pukać.
- Odważne słowa szlamo, zabawimy się z tobą – kpił napastnik, a po chwili stracił głowę i to dosłownie.
Pięciu śmierciożerców stanowiło zagrożenie dla mugoli, ale nie jak królowej japońskich samurajów. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, pozabijała ich czy to z pomocą zaklęć czy ucinając głowy. Jej ruchy były szybkie niczym myśl, a zaklęcia latały jeszcze szybciej. Zanim przerażeni dyrektorzy zaczęli pytać, zobaczyli jak ich japońska koleżanka zabiła pięciu napastników i nawet się nie spociła.
- O niczym nie będziecie pamiętać – powiedziała rzucając na nich wszystkich Obliviate oraz Confundus.
Po tym prędko teleportowała się, zanim wpadli tutaj czarodzieje z ministerstwa zaalarmowani użyciem magii w centrum Londynu. Znaleźli oszołomionych mugoli oraz pięć trupów z Mrocznym Znakiem na przedramieniu. Mugole nie umieli powiedzieć co zaszło, bo ktoś ich skonfundował i wymazał im pamięć. Wykryli nieznaną, magiczną sygnaturę ale znalezienie różdżki czarodzieja co tak ich urządził jest niemożliwe. Yoruko Onna nie zamierzała ogłaszać podróży do Anglii, bowiem nie było jej to do niczego potrzebne.
Aurorzy zbadali sprawę i napisali w raporcie, że ktokolwiek pozabijał śmierciożerców nie dał im szans na obronę. Odciął głowę trójce a dwójkę zabił z pomocą czarów, co uczynił niezwykle sprawnie. Ci, co bardziej wykształceni podejrzewali udział wschodniego czarodzieja: albo z Polski lub Rosji albo jeszcze bardziej dalekich krain, o czym świadczy cięcie głowy. Badano ślady i określono, że ktoś użył miecza przewodzącego magię do zabicia ale czy był to popularnych w Polsce i Rosji długi miecz, czy szabla Tatarów czy japońskich samurajów nie wiadomo.
Minister opowiedział o sprawie Albusowi a ten Gellertowi. Nikt z nich nie chciał tajemniczego mściciela, o którym nikt nic nie wie. Albus wiedział, że tylko potężny czarodziej mógł tak szybko zabić pięć osób, wymazać pamięć mugolom i zniknąć nim weszli czarodzieje z ministerstwa a teraz, w czasie wojny skutecznie wykrywano nawet słabe sygnatury magiczne.
Gellert rozpoznał ślady katany a Rufus zaklął pod nosem. „Tylko jakiegoś Ronina nam tutaj trzeba" – mruknął. Rufus wiedział, że japońscy czarodzieje są potężni i nie kochają śmierciożerców. Podobnie jak Chińczycy, od pokoleń ich przywódcy przenikają do świata mugoli, zajmują wysokie i kluczowe stanowiska kierując mugolami i korzystając z ich dorobku. Yoruko Onna to dyrektorka wielkiego koncernu a Nefrytowy Cesarz to jeden z najwyższych rangą członków Partii Komunistycznej. Chinami rządzi Cesarz i Burzowa Gwardia, zaś Japonią przywódca samurajów i samurajowie. Rufus nie chciał tych ludzi w Anglii. Albus także i dlatego był zmartwiony.
W dzień wyprawy do Anglii, Gellert zażył większą dawkę eliksiru niż przed ostatnie dni. Zamierzał udawać nastoletniego pociota dyrektora i ucznia Hogwartu bo tylko tak ma sens by kupował książki. Nie miał ochoty na grę w dzieciaka, ale musiał w końcu zrobić zakupy a Hermiony samej nie puści na to zadupie, gdzie raz po raz mają miejsce ataki. Sama Hermiona ubrała się w wygodne szaty, daleko mniej strojne niż do Paryża zaś on w swój zestaw ze smoczej skóry. Teleportowali się do bezpiecznego punktu teleportacji i po chwili już ruszyli na ulicę Pokątną. Różnica w stosunku do Rue de Magica rzucała się mocno w oczy. Ludzi było mało jak na lato, a do tego na budynkach porozwieszano zdjęcia poszukiwanych śmierciożerców. Nieraz też widziała zdjęcia ministra magii oraz dyrektora z mieczem, ale i tak panowała atmosfera wojennego napięcia.
Każde z nich miało swoją listę podręczników, a była ona taka sama: transmutacja, runy, numerologia, eliksiry, historia magii oraz astronomia. Hermiona starała się zapomnieć o szalonym pomyśle ze zmieniaczem czasu i nie żałowała odrzucenia wróżbiarstwa oraz opieki nad zwierzętami. Ma czas na to co ją ciekawi i dla Gellerta.
- Może wpierw podręczniki? – zaproponowała.
Gellert tylko skinął głową. Jemu podręczniki niepotrzebne, ale rzecz jasna musieli iść do księgarni. Nie planował zostać w Anglii dłużej niż to konieczne, a już na pewno spędzać więcej czasu na Grimmauld Place niż to konieczne. Udadzą się tam na koniec wakacji a na razie zamierzał cieszyć się swoją czarownicą i tropić z Albusem horkruksy. Tam by miał swój pokój, ale bez Hermiony co mu bardzo nie odpowiadało.
Albus powiedział mu, że znalazł Horacego, swego znajomego co może wiedzieć całkiem sporo o Mordzie. Był ongi opiekunem Domu Węża a Morda był ulubionym uczniem i być może coś powiedział. Dyrektor opowiedział jak razem z Harrym przekonali starego nauczyciela do powrotu grając na jego słabości do sław, coś co Gellert uznał za dobre podejście. Harry jest teraz z przyjaciółmi na Grimmauld Place, gdzie znaleźli ciekawy medalion, który Albus ma u siebie i zamierza badać.
Dyrektor nie powiedział o zamieszaniu jakie miało miejsce po tym jak z Harrym teleportowali się na Grimmauld Place. Był dość późny wieczór, bo trochę im zeszło z Horacym. Dom sprawiał wrażenie sennego i faktycznie Weasleyowie odpoczywali na górze, albo śpiąc, albo szykując się do snu. Dyrektor nakazał Harry'emu ciszę by ich nie budzić, ale ledwie zrobili parę kroków a usłyszeli jęki dochodzące z bocznego pokoju. Drzwi do pokoju były uchylone i zza nich widać było słabe światło lampki nocnej. Albus zacisnął zęby, ale milczał domyślając się co tam ma miejsce. Harry, wciąż jednak boleśnie nieświadomy myślał, że komuś dzieje się krzywda i wpadł jak burza do pokoju.
Nic go nie przygotowało na ten widok. W fotelu siedział Syriusz popijając whisky, co oczywiście samo w sobie nie jest szokujące. Siedział jednak ze spuszczonymi spodniami i w szerokim rozkroku, zaś głowa Fleur poruszała się rytmicznie w dość strategicznym miejscu. O tak, ćwierć wila kontynuowała namiętny romans z Syriuszem i oboje dobrze się bawili: on mając piękną kochankę, a ona mogąc po prostu cieszyć życiem.
- Syriuszu, co Fleur ci robi? Czy ona cię gryzie? - palnął Harry na co Syriusz zadławił się whisky a Fleur z wrażenia ugryzła go w czułe miejsce.
- Harry – jęknął Albus nie chcąc być świadkiem tej sceny i czując naprawdę okropnie przeszkadzając parze dorosłej ludzi w intymnej sytuacji.
- Fleur ona.. my tak spędzamy czas – wyjąkał Syriusz krzywiąc się z bólu.
- To ohydne! – powiedział Harry – dlaczego ją tak upokarzasz!
- Hej, ja nikogo do niczego nie zmuszam a wiele kobiet to lubi– zapewniał Syriusz.
Harry jednak nie był przekonany i rozgadał wszystkim co widział a pani Weasley wyraziła swoje oburzenia nazywając Syriusza łajdakiem i zbereźnikiem co deprawuje młodzież. Syriusz kajał się chociaż był u siebie w domu bowiem pani Weasley była naprawdę groźna kiedy wściekła. A przecież nic złego nie miało miejsce i nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Do tego Harry był obrażony zachowaniem Syriusza i wyrażał swoje oburzenie dość wokalnie. Oburzało go podejście Syriusza do kobiet, to że traktował je jak zabawki. Nie kochał i nie dbał o żadną. Harry przeżywał, że oto kolejny dorosły okazał się niegodny zaufania, dlatego pewnie ochłodził swoje relacje z Syriuszem i jeszcze bardziej zbliżył do Weasleyów. By nieco uspokoić atmosferę, pani Weasley wróciła z dziećmi do Nory. Teraz nadszedł czas na wyprawę na Pokątną właśnie wtedy, kiedy zjawiła się tam Hermiona z Gellertem. Gellert nie spodziewał się tego spotkania i na pewno tego nie wypatrywał.
To nie tak, że Gellert jakoś specjalnie nie lubił Harry'ego. Brakowało mu do niego cierpliwości, no i nie mieli o czym rozmawiać. To co interesowało jednego, w ogóle nie pociągało drugiego: tylko tyle i aż tyle. Gellert dawno przestał być nastolatkiem i miał dość ich dramy. I dlatego nie chciał przebywać z nimi dłużej niż konieczne, tak z nimi jak i panią Weasley co mu matkowała a przecież mogłaby być jego wnuczką, gdyby on kiedykolwiek miał ochotę ładować się w pieluchy. Jego niechęć do rozmnażania się nie wynikała z żadnej traumy z dzieciństwa. Dorastał w normalnej szczęśliwej rodzinie: zapracowany ojciec dbał o nich chociaż wiadomo miał mało czasu, matka zaś miała wiele zajęć, ale dbała o niego. W czasach jego młodości nikt nie podporządkowywał życia dziecku, nie rezygnował dla dziecka z siebie czy swoich zajęć, toteż matka bywająca w towarzystwie czy ojciec spotykający innych czarodziei przy whisky to było coś zwyczajnego nie to co dzisiaj. Taka Molly Weasley wiecznie będąca w domu stanowiłaby ewenement. Panowała też wówczas bardziej surowa dyscyplina i dzieciom nie wolno było przeszkadzać dorosłym. Rygor jaki Gellert zapamiętał z domu w niczym się nie różnił od tego jak mieli jego kuzyni czy koledzy ze szkoły. On po prostu lubił porządek, zaplanowanie dnia oraz ciszę, a o tym można zapomnieć przy dzieciach. Ani Vinda ani Quennie nie miały ciągu na dzieci więc do siebie pasowali.
W księgarni bez problemy kupili książko oraz lektury uzupełniające. Na te ostatnie nalegała Hermiona, chcąc mieć dalej dobre oceny a on nie protestował. Kupił jej co chciała, nie pozwalając płacić za siebie. Rodzice wyjechali do Kanady i zostawili jej fundusze na ukończenie szkoły. On kazał jej zainwestować środki, mówiąc, że on teraz jest jej opiekunem w magicznym świecie i jako czarodziej ma obowiązek utrzymywać swoją czarownicę. Był w tej kwestii bardzo stanowczy, co Hermiona uznała za urocze oraz staroświeckie w czasach, kiedy kobiety pracowały i były finansowo niezależne. On jednak pojmował sprawy inaczej, został wychowany w całkiem innej epoce i uważał ujmę na honorze niemożność utrzymania czarownicy. Lecz w przeciwieństwie do niektórych konserwatystów, nie uważał czarownic za gorsze, czy nadające wyłącznie do zajmowania domem i dziećmi: zachęcał ją do rozwijania pasji, do nauki i dbał. Ale po prostu brał na siebie kwestie finansowe, a ona nie naciskała. Rozmawiała z Lavender, słyszała Narcyzę Malfoy i pamiętała co jej tamte powiedziały. Dlatego pozwoliła mu płacić i wyszli razem z księgarni.
Spacer ulicę Pokątną z pewnością wyglądał inaczej niż jeszcze rok temu. Wszędzie widzieli zdjęcia poszukiwanych śmierciożerców, a patrole aurorów były całkiem widoczne. W innej rzeczywistości ulica byłaby opustoszała, ale tutaj wyczuwano nerwowość, ale nie panikę. Ludzie mieli swych obrońców w osobach Albusa Dumbledore'a oraz Harry'ego Pottera, Chłopca, Który Przeżył. Teraz już nie tylko „Żongler" ale i „Prorok" całkiem na poważnie pisali i zabójczym spojrzeniu Pottera, inkarnacji Merlina co ma ocalić brytyjskich czarodziei od Lorda Voldemorta. Wierzyli w to ludzie i wierzył w to Lord Voldemort, a Harry tłumaczył Ronowi, że nie rzuca Avady oczami. Na szczęście Weasleyowie mu wierzyli przez co spędził właśnie najlepsze wakacje życia: wpierw grając w Dooma i Wolfsteina z Dudleyem a potem u Weasleyów.
Hermiona o tym nie wiedziała, ale chciała popytać przyjaciela o lato. Nie wątpiła, że rozmowa Gellerta z Dursleyami pomogła, bo nastraszył ich solidnie a jednocześnie czegoś nauczył. Patrzyła na zdjęcia poszukiwanych przestępców i nieświadomie zaciskała mocniej rączkę na ręce Gellerta. Bała się tych ludzi: bała ich bezwzględności oraz fanatyzmu. Gellert objął ją drugą ręką na znak wsparcia i szepnął, że mogą ćwiczyć Cruciatusa, jeśli chce. „W Rzeczpospolitej Magicznej każdą czarownice uczy się tego zaklęcia jako obrony przez gwałtem czy inną napaścią" – szeptał. A ona tylko skinęła głową świadoma, że oni użyją przeciw niej tego zaklęcia jak tylko będą mieli okazję. Nie miała co do tego wątpliwości, nie jest naiwna.
Po wyjściu z księgarni kupili wymienione składniki to eliksirów, a na koniec postanowili iść po szaty do Madam Malkin. Hermiona z bólem oddała Krzywołapa rodzicom, ale kot tam będzie bezpieczny. Poszli po szaty na sam koniec, ponieważ ten sklep był dla niej najmniej ciekawy dla obojga. Zakupy robili zwykle w Paryżu, ale potrzebowali szkolnych szat dlatego poszli do sklepu. Nie mieli pojęcia tylko na co trafią.
Ledwie weszli, usłyszeli dość głośne głosy. Hermiona chciała wyjść, ale Gellert podszedł zaciekawiony by sprawdzić co ma miejsce i czy nie jest to jakaś walka. Po chwili jego jasnowłosa głowa ukazała się w drzwiach pomieszczenia, gdzie Harry i Ron kłócili się o coś z Draco i Narcyzą. Było źle i to zanim weszli do środka z Hermioną. Hermiona jęknęła mając świadomość jacy są chłopcy.
- No i mamy komplet dla zdrajców krwi matko – mówił Draco pomny tego, że muszą zachować pozorów.
- Właśnie widzę – powiedziała Narcyza – chodźmy do innego sklepu, tutaj panuje totalny bałagan.
- Nie jesteśmy dość dobrzy? – rzucił wyzywająco Ron – i mówi to żona człowieka skazanego na Azkaban, mordercy i…
- Zawrzyj gębę Weasley i nie wypowiadaj na tematy o jakich nie masz pojęcia – wycedziła Narcyza.
- Ron ma rację, Malfoy patrzył jak Voldemort mnie torturuje to tchórz i …- zaczął Harry.
- Milcz Potter, obaj milczcie albo was uciszę - zagroziła Narcyza – jak widzę Potter nabrałeś manier po kuzynie Syriuszu. Postać animagiczna do niego pasuje, ale niech uważa jak hasa po Londynie, Czarny Pan wie o jakich zamiłowaniu do pcheł.
Wtedy właśnie wszedł Gellert chcąc zakończyć niepotrzebną potyczkę między bądź co bądź sojusznikami. Tylko tego potrzebował by Potter i Malfoyowie skakali sobie do gardeł. Nikt nie wie o jego umowie z Malfoyami, bo nikt z tych szlachetnych wojowników nie zrozumie pewnych spraw. Za nim weszła Hermiona a na ich widok obie strony zamilkły, ale tylko na chwilę. Malfoyowie wyraźnie byli zbici z tropu, ale nie Harry.
- Nie jestem jak Syriusz, nie robię z kobietami takich ohydnych rzeczy jak on! Nigdy bym żadnej nie upokorzył jak on upokorzył Fleur każąc klęcząc przed sobą.
- Potter naprawdę nie chcemy słuchać o życiu erotycznym twego wuja – powiedział Gellert .
- Chodź Draconie – Narcyza powiedziała do syna.
Hermiona patrzyła to na Narcyzę to na Harry'ego. Rozumiała i podzielała złość przyjaciela na Lucjusza, ale to Lucjusz patrzył jak Voldemort go torturował a nie Narcyza. No i wiedziała, że tamta bała się o siebie i swego syna, a im nic nie zrobiła. Widziała jak błagała Gellerta o pomoc, jak nawet była dla niej miła byle tylko ratować siebie i swe jedyne dziecko. Radziła dobrze w wielu kwestiach i może była nadętą snobką ale też matką zaś Harry, cóż Harry okazał absolutny brak taktu. I jeszcze to wspomnienie Syriusza, ona oczywiście zgadła o czym mówił przyjaciel. Sama nieraz w ten sposób zaspokajała Gellerta, za radą Lavender i Narcyzy, nijak nie czując się wykorzystaną czy przymuszoną. Ale tego nikomu nie powie.
Widziała jak Malfoyowie pośpiesznie wyszli i chociaż nie lubiła ich i nigdy nie polubi, nie zazdrości mieszkania pod jednym dachem z Voldemortem i Bellatrix Lestrange. Oni wcale nie czują się docenieni, są przerażeni obecnością bandy morderców w swoim domu. A Hermiona pamiętała jak łamał się głos Narcyzy kiedy mówiła o krwi o podłodze, Gellert zapewniał, że pani Malfoy jest śmiertelnie przerażona sytuacją w domu, a słowami o podłodze i wazach to skrywa pod manierami damy – snobki. Nie lubiła za bardzo Narcyzy, ale ufała Gellertowi dlatego teraz stanęła obok niego.
- Widzieliście to? – zaczął Harry – Malfoy podskoczył, a Madam Malkin ledwie dotknęła go szpilką!
- Może go zabolało – powiedział Gellert.
- A może jest po ojcu śmierciożercą? – zaczął Harry.
- Bo podskoczył, jak go ukłuć szpilką? – parsknął Gellert – to ja i Hermiona też jesteśmy jednymi z nimi.
- Kpisz ze mnie – powiedział urażony Harry.
- Z bezsensowych podejrzeń Potter, nie lubisz Malfoya co mnie nie dziwi, ale to niczego nie dowodzi.
- O patrzcie, Malfoy idzie z matką na Nokturn!
Gellert usiłował wyperswadować Harry'emu śledzenie nielubianego kolegi, ale słabo mu szło. Był na niego wściekły za to, że tak mu psuje plany. Draco był oczywiście śmierciożercą i szedł do sklepu Borgina po szafkę zniknięć. Ale Harry nie może o tym widzieć. Dlatego był zły na obu: czy to za brak subtelności, czy za zbytnią dociekliwość. Nie zamierzał wprowadzać w szczegóły planu Pottera, bo wiedział, że tamten nie znosi Malfoya ze wzajemnością, nie zrozumie subtelności i nie potrzeba im by animozje dzieciaków przeszkadzały. Nastoletnia drama dopadła go zanim nawet zaczął się rok szkolny. Albus jest mu za to winien naprawdę dobry koniak.
Razem z Hermioną ruszył za Draco i Narcyzą. Nie zamierza pozwolić Potterowi na żadne samodzielne działanie. Raz, że dzieciak ma subtelność pruskiego kaprala, a dwa, że niech nie psuje legendy „inkarnacji Merlina" bo można takowym straszyć tych idiotów z tandetnym tatuażem. Widzieli jak Draco z matką rozmawiali o czymś z właścicielem sklepu, Borginem. Gellert zgadywał w czym rzecz, a ku jego niezadowoleniu Potter był na dobrym tropie.
- A co wy tutaj robicie? – warknął na Harry'ego i jego przyjaciół – wynocha z mojego sklepu!
- Chcemy zadać pytanie – zaczął Harry.
- Tak, a takie wybrańcze? – parsknął Borgin, przedstawiciel nielicznej grupy czarodziejów nie wierzących, że Harry to wcielenie Merlina.
- Czego chciał Malfoy i jego matka? – spytał bezpardonowo.
- A co tobie do moich klientów? Moi klienci, moja sprawa – warknął Borgin – nie dotykaj niczego swymi brudnymi rękami szlamo – powiedział z pogardą do Hermiony, która patrzyła na rękę Glorii.
- Opanuj język – wycedził Gellert mierząc co Borgina z Czarnej Różdżki – dobrze ci radzę Borgin.
- Taaa – zaczął Borgin rozpoznając jaką to różdżkę ma w dłoni Gellert – zabierajcie się stąd.
- Wyjdźcie, porozmawiam z nim przez chwilę – powiedział Gellert.
Harry, Ron i Hermiona niechętnie wyszli pomstując na maniery Borgina, ale Hermiona pomogła ukochanemu i wyprowadziła chłopców. To nie sprawy dla nich. Gellert miał w sobie coś, co kazało im go słuchać chociaż tylko Ron nie wiedział co gdyż nie znał jego tożsamości. Gellert zaś podszedł bliżej do wyraźnie bladego Borgina.
- Rozpoznajesz tę różdżkę, prawda? -zaczął aksamitnie.
- To Czarna Różdżka, jedno z Insygniów Śmierci odebrana przez Albusa Dumbledore'a Gellertowi Grindelwaldowi po ich pojedynku – wyliczał Borgin – nie wiem jak takową zdobyłeś, ale nie chcę z tobą żadnych problemów. Chcesz coś kupić lub sprzedać, doskonale ja nie szukam guza – zapewniał.
- Doskonale panie Borgin, moja … moja czarownica będzie potrzebować kradzionej różdżki i podręczników czarnej magii – wyliczał – nazwij ją raz jeszcze szlamą, a wypalę ci język z pomocą czarnej magii rozumiemy się?
- Doskonale, panie … – zaczął Borgin.
- Von Hammersmark – wyjaśnił Gellert – Wiem czego tutaj szukał młody Malfoy i jeśli mu pomożesz wiele na tym zyskasz. Nikt nie musi nic wiedzieć.
Wyszedł i nakłamał, że przekonał Borgina, że jest krewniakiem Albusa Dumledore i dlatego nie należy z nim zadzierać. Faktycznie szukał kradzionej różdżki dla Hermiony, bo chociaż usunął Namiar z jej różdżki, nie zamierzał ryzykować rzucania Niewybaczalnych tą właśnie. Do takich zaklęć należało mieć różdżkę spoza rejestrów. Jego własna oczywiście nie miała na sobie takiego.
Borgin patrzył za odchodzącymi. Wpierw szczeniak Malfoyów straszył go Greybackiem, a teraz jeszcze wpadł jakiś wyrostek z legendarną, Czarną Różdżką. Moc aż emanowała od tego dzieciaka i Borgin był pewien, że nie ma przed sobą nastolatka ale kogoś kto takiego udaje Merlin jeden wie po co. Kogo tego nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Klient to klient a tutaj na Nokturnie nie kłapie się jadaczką. Ostatnio kręci się tutaj wiele dziwnych typów, ot ta mała, chuda Japonka od której moc emanowała jak latarnia.
- Kupimy ci drugą różdżkę do Cruciatusa – powiedział Hermionie – tak byś nie wpadła w kłopoty, oraz materiały do nauki. Nie bój się kochanie, Borgin będzie dla ciebie miły.
A/N: scena z Yoruko nawiązuje do sceny z filmu, gdzie pokazywano ataki śmierciożerców. Japonka to taki Albus w spódnicy, jest równie potężna co i on za to młodsza i nienawidzi śmierciożerców i bez wahania ich zabija. Zastanawiam się czy nie postawić jej naprzeciw Bellatrix pewnegop dnia.
