Dziękuję za komentarz. ;)

Tłumaczenie za zgodą autorki. Beta: Donnie :*


ROZDZIAŁ DRUGI

Styczeń 2007

Bycie samotnym ojcem jest trudniejsze, niż oczekiwałem.

Wszystko przypomina mi o Astorii, rozklejam się nad najdrobniejszymi sprawami, na przykład, gdy pewnego poranka przygotowuję śniadanie dla Scorpiusa. Jestem na tyle przytomny, by zadzwonić do Grega, który półtorej godziny poźniej zastaje mnie siedzącego przy stole we łzach. Scorpius obserwuje mnie szeroko otwartymi oczami ze swojego krzesełka. Jego dolna warga drży, a z podbródka skapuje mu sok jabłkowy. Swąd spalonych jajek i spieczonego bekonu wypełnia całą kuchnię. Muszę otworzyć okno, żeby ją wywietrzyć.

— Nie dam rady — mówię i skrywam twarz w dłoniach, a tymczasem Greg spokojnie stawia czajnik na kuchence i wyciąga więcej jajek z lodówki.

To Astoria zajmowała się domem. Opiekowała się Scorpiusem, gotowała i dbała o porządek, a przynajmniej wynajmowała do tego specjalną ekipę, której nie było tu od tygodni. Ostatni raz, gdy przyszła do nas sprzątaczka, w pijackim amoku nawrzeszczałem na nią, żeby zostawiła nas w spokoju. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że myślałem, iż była jednym z tych paparazzi, którzy nie odstępują nas na krok. „The Sun" i „Daily Mail" desperacko pragną fotografii pogrążonego w żalu zawodnika krykieta i jego biednego, osieroconego przez matkę synka, które tak lubią wciskać pomiędzy te swoje idiotyczne artykuły. Dranie.

Nie byłem nawet w stanie porządnie wykąpać Scorpiusa. Tylko jego stan powstrzymywał mnie od wymierzenia mu klapsa pod prysznicem czy w wannie, ograniczyłem się więc do mycia go gąbką. Jakimś cudem wywołało to okropną wysypkę na jego pupie, przez którą płakał i nie przesypiał nocy.

Nie chce mnie. Wrzeszczy, domagając się Astorii, błaga o nią, atakuje moje ręce, gdy go podnoszę. Jego włosy są brudne, ale za każdym razem, gdy usiłuję je umyć, zaczyna krzyczeć, a ja umieram ze strachu, że zrobi sobie krzywdę. Astoria byłaby w stanie go jakoś zabawić, skłonić do posłuszeństwa. Wszystko, co mogę robić, to patrzeć na jego sztywne plecy i twarz czerwoną od krzyku i znowu zastanawiać się, co zrobiłem źle.

Greg roztapia masło w czystym rondlu, a ja nie mam pojęcia, gdzie go znalazł. W kuchni panuje bałagan, a w zlewie piętrzą się naczynia z ostatnich dwóch tygodni. Jestem zbyt zmęczony i zbyt przygnębiony, by zabrać się za sprzątanie. Scorpius pochłania większość mojego czasu, a gdy w ciągu dnia zapada na kilka godzin w drzemkę, ja opadam z sił. Jeśli mam szczęście, zasypiam razem z nim. Częściej jednak wpatruję się w sufit i obserwuję cienie tańczące na sztukaterii. Czasami rozmawiam z żoną. Przyznając to, czuję się jak idiota. Ona nie żyje, wiem, a ja nigdy, przenigdy, wbrew wszystkiemu, co mówił wikary, nie wierzyłem w życie pozagrobowe. Mamy to, co jest teraz, a kiedy odchodzimy, nie zostaje nam nic.

Mimo to tęsknię za nią. Do szaleństwa. Nie jestem gotowy na jej odejście.

— Ojciec jest wściekły, że skończyłem z krykietem. — Opadam na oparcie krzesła i pocieram twarz dłonią. — Odciął mi fundusze.

— I dobrze. — Głos Grega tłumią otwarte drzwi lodówki. Chwilę później wyłania się zza nich z kawałkiem pomarszczonego cheddara, o którego istnieniu nawet nie wiedziałem. — Masz dwadzieścia sześć lat. Nie powinieneś liczyć na to, że ojciec zapłaci twoje rachunki.

Zabieram Scorpiusowi brudny widelec. Zaczyna lamentować i usiłuje wyrwać go z mojej dłoni.

— Wiesz, że dostawałem spore honorarium za grę w krykieta.

Greg wzrusza ramionami.

— Ale teraz nie dostajesz. Minęły dwa miesiące, Draco, a ty nawet nie wyszedłeś z domu.

— Wolałbym, żeby mój syn nie spoglądał na mnie każdego ranka z pierwszej strony jakiegoś pieprzonego brukowca, wielkie dzięki. — Wstaję i rzucam widelec do umywalki. Uderza o stos misek, po czym wpada z pluskiem do kieliszka. Punkt dla Malfoya.

Greg w odpowiedzi burczy tylko beznamiętnie. Wyciera dłonie o brudną ścierkę do naczyń i grzebie w jednej z szafek.

— Wmawiaj sobie, co tam chcesz…

Wiem, że ma rację. Ale tu czuję się bezpieczny. Chroniony. Gdy tylko wychodzę do sklepu po pół litra mleka i krem od wysypki na pupę Scorpiusa, ze wszystkich stron odwracają się ku mnie głowy. Nie muszę słyszeć szeptów, by wiedzieć, że o mnie mówią. Brukowce zaczęły nudzić się już przedstawianiem mnie w roli tragicznego wdowca i odkopują bardziej pikantne wydarzenia z mojej przeszłości. Główne podziękowania za to kieruję do cholernego Marcusa Flinta. Zawsze był wściekły o to, że reprezentacja Anglii zwerbowała z Surrey mnie zamiast niego. I, niestety, wiedział o moich skłonnościach. Ostatni artykuł w „The Sun" wspominał, że podczas pobytu w hotelu w Brisbane prawdopodobnie miałem romans z kolegą z drużyny. Mogę mieć tylko nadzieję, że Oliver jest na tyle bystry, by trzymać gębę na kłódkę.

— Poza tym potrzebujesz nowego mieszkania. — Greg ubija jajka w rondlu, dodaje garść startego sera i paprykę. — Tu jest zbyt wiele wspomnień. — Nic nie odpowiadam. Nie jestem gotów na to, by się pozbierać. Dwa tygodnie po tym, jak oświadczyłem się Astorii, kupiliśmy dom na przedmieściach Chelsea. W weekendy, podczas których nie grałem meczy, wybieraliśmy razem kolory ścian. Przetrząsaliśmy sklepy z antykami i współpracowaliśmy z Bentheim*, by upewnić się, że każde pomieszczenie będzie idealne. Greg podnosi na mnie wzrok. — Wiesz, że mam rację.

— To dom Scorpiusa.

— On ma tylko rok. — Greg składa omlet na pół. Nad nim unosi się ciepły, wyśmienity, maślany zapach. Moje kiszki grają marsza. Nie pamiętam, kiedy właściwie jadłem więcej niż kęs czy dwa. Dżinsy już zrobiły się na mnie za duże. — Nie jest przywiązany do tego mieszkania. Ty owszem, i jeśli dalej będziesz, zaprowadzi cię to albo do Highgate**, albo Bethlehem Royal***, a naprawdę wolałbym nie przychodzić do ciebie z wizytą do tego twojego przerażającego, rodzinnego mauzoleum albo na oddział psychiatryczny.

— Dada, da — mówi Scorpius, sięgając po moją dłoń. Jego malutkie palce splatają się z moimi. — Da.

Greg stawia przede mną talerz.

— Jeść. Obaj.

Odkrajam kilka małych kawałków z olbrzymiego omleta, a gdy tylko stygną, podaję je synowi. Z ochotą wpycha sobie jeden z nich do buzi. Obserwuję go. Stanowczo stwierdzam, że dzieci to obrzydliwe kreatury. Z drugiej strony, ja nie jestem lepszy.

Greg siada obok mnie, trzymając w rękach dwa kubki z herbatą. Popycha jeden w moją stronę.

— Lepsza byłaby kawa — odpowiadam z westchnieniem. Żaden ze mnie Anglik, wiem, ale wolę ziemisty, intensywny smak kawy od gorzkiego posmaku parzonej herbaty. Matka jest zadziwiona moimi preferencjami, a ojciec w ogóle odmawia przyjęcia ich do wiadomości. Kawa jest jednak jedną z niewielu rzeczy, które potrafię świetnie przygotować. W niedzielne poranki Astoria zawsze nalegała, abym zszedł do kuchni i zaparzył jej dzbanek, zanim ona sama zwlecze się z łóżka, by przygotować Scorpiusowi i mnie obfite śniadanie: naleśniki posmarowane czekoladą, obsypane migdałami i pokryte grubą warstwą świeżo ubitej śmietany.

— Szukam nowego mieszkania — mówi Greg po chwili, kompletnie ignorując moje pełne ubolewania spojrzenie w stronę dzbanka do kawy.

Na języku czuję gorzki smak Darjeeling**** z dodatkiem mleka. Mieszam ją jednym palcem, obserwując, jak wirujący płyn zatacza koła na krawędziach kubka.

— Tak?

— Nie obraziłbym się za jakieś towarzystwo.

Podnoszę wzrok i natychmiast napotykam spojrzenie Grega. Cholernie dobrze wiem, że nie ma zamiaru wyprowadzić się ze swojego mieszkania z Bloomsbury. Zapłacił za nie zaliczkę z pieniędzy uzbieranych przez trzy pierwsze lata prowadzenia restauracji.

Scorpius uderza pięścią w blat stołu.

— Da!

Odkrajam kilka kęsów i podaję mu. Sięgając po nie, niemal przewraca butelkę z sokiem jabłkowym. Łapię ją, zanim upada.

— Chcesz współlokatora — mówię po chwili. Nigdy wcześniej nie myślałem o takim rozwiązaniu.

Greg wzrusza ramionami.

— Chciałem, by mieszkanie znajdowało się bliżej restauracji, a wiesz, jak piekielnie droga jest tadzielnica. — Spogląda na mnie znad kubka z herbatą. — Dobrze by ci zrobiło towarzystwo kogoś, kto pomógłby ci ze Scorpiusem.

Podnoszę na niego wzrok.

— Pozwól mi się zastanowić.

— W porządku. — Greg mierzwi czuprynę Scorpiusa, a ten odpycha jego rękę, patrząc na niego spode łba.

Pogrążając się w zamyśleniu, opadam plecami na oparcie krzesła i dopijam herbatę.


Z początku idziemy na kompromis. Wprowadzam się do mieszkania Grega i wystawiam dom w Chelsea na sprzedaż. Blaise załatwia dla mnie formalności. Zazwyczaj woli pracować w mieście przy nieruchomościach biurowych, ale dla mnie robi wyjątek. Oczywiście podwaja wynagrodzenie za zlecenie, co ma zrekompensować czystą irytację, spowodowaną obcowaniem ze znudzonymi, londyńskimi żonami. Mam to gdzieś. Chcę się pozbyć domu.

Scorpius zaczyna powoli przesypiać noce, choć tylko dlatego, że śpi skulony na łóżku tuż obok mnie. Lubię, gdy jego małe, ciepłe ciałko jest przyciśnięte do mojego. W dniu, w którym zdjęto mu gips, zatrzymujemy się przy wózku Oddono***** na Oxford Street. Scorpius wybiera dla siebie rożek z lodami czekoladowymi, a ja decyduję się na te o smaku orzechów laskowych. Bierzemy czarną taksówkę, która przejeżdżając przez Regent Street, zawozi nas na ulicę Pall Mall, gdzie mamy spotkać się z ojcem w Athenaeum****** na wczesną kolację, zanim Izba Lordów wróci na głosowanie. Mimo, że ojciec woli prywatność rodowego dworu w Wiltshire, w ciągu tygodnia, podczas posiedzenia parlamentu, wynajmuje pokój w klubie. Niestety, dla mnie i mojego syna oznacza to aż nazbyt częste wspólne kolacje. Mało tego, odwlekałem spotkanie z ojcem przez trzy tygodnie, do momentu, gdy tego ranka jego asystentka wyszeptała mi przez telefon, że baron Malfoy czuje się bardzo urażony i jeśli to możliwe, to czy mógłbym spotkać się dziś z nim na kolacji. Sophie brzmiała na tak wykończoną, że nie potrafiłem odmówić.

Ojciec czeka na nas w kafeterii. Ledwie sadzam Scorpiusa na krzesło i sam zajmuję drugie, ojciec już zaczyna mówić:

— Czym się dokładnie zajmowałeś przez ostatnie miesiące? — pyta, nalewając mi kieliszek wina.

— Wychowywałem syna — odpowiadam spokojnie. Już mogę powiedzieć, że będzie to jeden z tych wieczorów. Ojciec spogląda na mnie spode łba. W chłodne dni dokucza mu ból kolana, znów nosi swoją laskę ze srebrną głową węża. Scorpius jest nią zauroczony i wyciąga dłoń przez stół, żeby ją poszturchać. Natychmiast dostaje od Lucjusza po łapach.

— I wykonując przy tym godną pożałowania robotę, jak mniemam. — Ojciec kładzie laskę po swojej drugiej stronie, podczas gdy Scorpius nie spuszcza z niego wzroku. Odwracam uwagę syna kawałkiem chleba z masłem.

— Sądzę, że mamy się całkiem nieźle — oponuję.

— Twoja matka twierdzi co innego. — Opada na oparcie krzesła, gdy kelner stawia przed nim talerz z rukolą i orzechami włoskimi. Rozkłada serwetkę i kładzie ją sobie na kolana. — Krum mówi, że wciąż przyjmą cię do reprezentacji z otwartymi ramionami. MacKay też jest skory przyjąć cię do Surrey.

Wzdycham. Nienawidzę, gdy mi to robi.

— Nie mogę podróżować ze Scorpiusem.

— Możesz zatrudnić mu kogoś do opieki — ucina ojciec. — Albo oddać go na kilka lat Andrewowi i Konstancji. Są bardziej niż chętni, by pozwalać ci widywać się z nim w wakacje i weekendy, w które nie będziesz miał meczy.

Zaciskam wargi.

— Rozmawiałeś z nimi, prawda? — Wyciągam dłoń i wycieram usta Scorpiusa. Spogląda na mnie i wręcza mi chleb, który przeżuwał. Upuszczam go na brzeg swojego talerza i wycieram rękę.

— Tak. — Upija łyk wina. — Martwią się o ciebie, podobnie jak ja.

Celuję wściekle widelcem w sałatkę.

— A więc możecie przestać. Mam się dobrze. Scorpius też. I nie wracam do krykieta.

Coś ściska mnie w klatce piersiowej. Chcę wrócić. Wiem to doskonale. Gdybym tylko mógł, wybrałbym pozycję wybijającego. Gra stała się dla mnie wszystkim, kiedy byłem jeszcze w wieku Scorpiusa. Nie pozwolę jednak, by mojego syna wychowywał ktoś obcy. Jako dziecko nienawidziłem, gdy rodziców nie było w pobliżu. Podobnie jak Astoria, nie znosiłem oddawania mnie pod opiekę niań i guwernantek, podczas gdy matka jadała obiady w towarzystwie swoich znajomych, a ojciec skupiał się na Wielce Ważnych Sprawach Państwowych. Astoria pragnęła, by nasz syn prowadził normalne życie, by otrzymał wszystko, co mu potrzebne, a ja jestem cholernie zdecydowany zadbać o to, by tak się stało. I być częścią jego świata.

Ojciec wpatruje się we mnie zza kieliszka z winem, po czym odstawia go na bok.

— Draco.

— Powiedziałem już, przestań. — Ząbki mojego widelca zgrzytają po porcelanowym talerzu. Dłonie mi drżą. — Proszę.

Waha się, ale potem kiwa głową na zgodę.

— Słyszałem, że Gregory szuka nowego miejsca dla swojej restauracji — mówi po chwili.

Wzruszam ramionami.

— Myśli o przeprowadzce.

— Być może mógłby rozważyć Westminster. — Ojciec podnosi kieliszek i proponuje go mnie. Potrząsam głową. Nie powinienem pić zbyt wiele. To opóźnia szybkość moich reakcji, co byłoby niebezpieczne z uwagi na to, że mam pod opieką Scorpiusa. — Mógłbym podsunąć mu klientów z parlamentu.

To pojednawczy gest i za takowy go uznaję.

— Dziękuję.

Ojciec w odpowiedzi ponownie kiwa głową.


Do kwietnia Greg przenosi restaurację do małej, eleganckiej kamienicy oddalonej o dwie ulice od pałacu Westminster. Ojciec miał rację: nie mija kilka tygodni, a „Time Out" uznaje ją za jedną z najmodniejszych punktów spotkań polityków i spółki w mieście.

Pewnego dnia w porze śniadaniowej Greg oznajmia mi, że kawiarnia obok zostaje zamknięta, ku niezadowoleniu pracowników rządu oraz ich asystentów, wypełniających biura Portcullis House******* i budynków Norman Shaw.********

Niemal wcale go nie słucham. Usiłuję wmusić owsiankę w Scorpiusa, który, prawdę mówiąc, wkurwia mnie niemiłosiernie. Zaczynam nudzić się rolą tatusia przesiadującego w domowych pieleszach. Choć z drugiej strony, zawsze można zabić czas, wpatrując się w kolejny odcinek teleporanka. Ostatnio zacząłem oglądać „Bargain Hunt"********* i, naprawdę, niżej upaść już nie można.

— Myślę o tym, żeby ją kupić — mówi, nalewając mleka do herbaty. — To byłoby interesujące urozmaicenie…

— Co? — pytam, przerywając próbę skłonienia Scorpiusa do zjedzenia jeszcze jednej łyżki owsianki.

Greg przewraca oczami.

— W ogóle mnie już nie słuchasz.

— Jako że nie jesteśmy ani małżeństwem, ani kochankami, takie zażalenie w ogóle do mnie nie przemawia. — Rozsmarowuję dżem na toście, w którego chwilę potem się wgryzam. — Co myślisz o zakupie?

— Kawiarnia znajduje się tuż obok restauracji… — Greg nabiera na łyżkę porcję owsianki. Przez ostatnie kilka miesięcy moje umiejętności kulinarne nieco się rozwinęły. — To mogłaby być dobra inwestycja, ale nie jestem pewien, czy wystarczy mi na to pieniędzy. Opłata za dzierżawę na Westminster jest raczej wysoka…

Spoglądam na niego.

— Kawiarnia?

— Tak. — Patrzy na mnie tak, jakbym do reszty oszalał. — A co?

Nie mam pojęcia, co mnie napada. To szaleństwo, jestem tego świadomy. I na pewno rozwścieczyłoby to mojego ojca do granic możliwości, co, jak przypuszczam, w moim umyśle figuruje raczej jako plus, aniżeli minus. Nigdy nie interesowało mnie prowadzenie restauracji, ale znam się na kawie. Czy naprawdę byłoby to aż tak trudne?

— Pozwól mi ją kupić — mówię.

Greg ponownie wlepia we mnie wzrok.

Pochylam się do przodu, opierając łokcie o stół. Odtrącam na bok słoik z dżemem.

— Muszę znaleźć jakieś zajęcie, zanim zanudzę się do utraty zmysłów. Dlaczego nie kawiarnię?

— Twój ojciec, właśnie dlatego — opowiada, odkładając łyżkę.

— Pieprzyć mojego ojca.

— Pieprzyć! — wtóruje mi Scorpius. Nie zawracam sobie głowy karceniem go.

— To nie doprowadzi do niczego dobrego. — Greg marszczy czoło. — Jesteś zbyt leniwy do tego typu pracy. Jest ciężka, Draco. To nie gra w krykieta.

— Nie może być taka zła, inaczej nie byłbyś nią zainteresowany. — Wyszczerzam się w jego stronę.

Greg wywraca oczami.

— Jesteś sześćdziesiąty ósmy w kolejce do tronu.

Rozważam tę myśl, stukając łyżką o bok miski.

— Jak trudno byłoby zabić sześćdziesięciu siedmiu ludzi za jednym podejściem?

— Draco!

— Żartuję. – A przynajmniej myślę, że żartuję, ale proszę, nie mówmy teraz o Gwardii Królewskiej i MI5,********** dobrze?

Greg wzdycha i kładzie potężne ramiona na stole.

— Chodzi mi o to, że nie jesteś typem, który nadaje się do pracy w handlu. Masz tytuł, na miłość boską.

— Tytuł należy do ojca, nie do mnie. A przynajmniej, dopóki nie umrze. — Wzruszam ramionami.

— Zapomnij na chwilę o ojcu. — Greg marszczy brwi. — Co powiedziałaby twoja matka?

Od czasu rozwodu jej kontakty towarzyskie znacznie rozkwitły. Brytyjska arystokracja nawet nie mrugnęła, gdy na jaw wyszedł plugawy romans ojca z Penelopą, tą szmatą, która sprzedała swoją historyjkę „Daily Mail". Poza tym, matka była jej częścią, a korzenie przodków rodu Blacków, z którego się wywodziła, sięgały czasów sprzed brzydkiego sporu Henryka z papieżem . *********** . Jej ojciec nosił tytuł hrabiego Ravensworth. Penelopa była za to zwyczajną, acz wykształconą dziwką z Ipswich, która zdołała przekabacić mojego ojca. Typowa, arystokratyczna historyjka, a Lucjusz jakoś przetrwał całe to poniżenie.

— Matka… — opowiadam po chwili namysłu — będzie szczęśliwa, że nie zamieniłem się w kuzynkę Nimfadorę.

Jedyne dziecko ciotki Andromedy wprawiło w osłupienie śmietankę towarzyską, uciekając w fazie fascynacji muzyką punkową z jakimś perkusistą, co stało się niedługo po zatrudnieniu Nimfadory jako posterunkowego w Metropolitan Police. Każdy przypisywał to wpływowi jej ojca, który jest adwokatem, ale wuj Ted, który swego czasu nie posiadał się ze szczęścia, w tej chwili w ogóle nie był z córki zadowolony.

Greg nie odzywa się przez moment, ale po chwili potakuje głową ze zrozumieniem.

— Miałeś od niej ostatnio jakieś wieści?

Wycieram usta Scorpiusa. Krzywi się i odsuwa ode mnie twarz, próbując powrócić do oglądania telewizji. Wykazuje niepokojącą fascynację Teletubisiami.

— Przysłała kartkę na Boże Narodzenie. Ciągle jest z Lupinem w Kanadzie. Pewnie w Vancouver, w jakiejś hippisowskiej komunie. Załączyła zdjęcie Teddy'ego. Ma teraz jedenaście lat, pozwoliła mu zafarbować włosy na turkusowo. Matka była przerażona.

Nie dodaję wymruczanych przez nią pod nosem słów, iż Nimfadora stanowi idealny dowód na to, że Andromeda nigdy nie powinna poślubić kogoś z niższych sfer społecznych.

Greg wygląda na przerażonego.

— W takim razie nie masz się o co martwić.

— W istocie.

KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO


* londyńska, zbierająca nagrody firma zajmująca się projektowaniem wnętrz dla szerokiego spektrum klientów, poczynając od posesji prywatnych, przez biura, sklepy, kawiarnie i restauracje, kończąc na muzeach i hotelach

** cmentarz w dzielnicy Highgate, założony w XIX wieku na trzydziestokilometrowym obszarze leśnym, tworzy swoistą wariację architektury starożytnego Egiptu; wpisany na listę Narodowego Rejestru Parków Historycznych i Ogrodów

*** szpital psychiatryczny w dzielnicy Bromley

**** gatunek czarnej herbaty z prowincji Dardżyling w Indiach, uważana za jedną z najlepszych herbat na świecie

***** londyńska firma zajmująca się produkcją najwyższej jakości lodów i sorbetów włoskich

****** prywatny klub dla osób szlachetnie urodzonych

******* budynek biurowy, zaprojektowany przez znaną firmę Hopkins Architects, służący za jedną z siedzib brytyjskiego parlamentu

******** bliźniacze budynki nazwane imieniem architekta; od 1979 roku mieszczą się w nich biura brytyjskiego parlamentu

********* brytyjski program telewizyjny, którego uczestnicy zakupują znalezione przez siebie antyki-okazje, po czym sprzedają je na aukcjach z jak największym zyskiem

********** brytyjski kontrwywiad, zajmujący się głównie zwalczaniem terroryzmu i działalnością szpiegowską na terenie Wielkiej Brytanii

*********** nawiązanie do powstania Kościoła Anglikańskiego, gdy Henryk VIII, nie mogąc uzyskać zgody na rozwód z Katarzyną Aragońską, oderwał się od Kościoła Katolickiego, wywołując tym konflikt z papieżem Klemensem VII

.