ROZDZIAŁ TRZECI, CZĘŚĆ PIERWSZA
Maj 2009
— Potrzebujesz więcej ziaren Kona* — mówi Millicenta, wymijając mnie z dwoma kubkami parującej kawy w dłoniach. Włosy upięte ma do góry, a czarne loki podtrzymuje ołówek. Doktoryzuje się w londyńskim Instytucie Warburga. Nigdy do końca nie rozumiałem, o czym traktuje jej praca naukowa, ale z uwagi na to, że od czasu do czasu zdarza jej się mówić po łacinie, szczególnie gdy jest zdenerwowana, postanowiłem nie pytać o wyjaśnienie.
Kroję tartę, którą dopiero co wyjąłem z piekarnika. Greg przyrządził ją wieczór wcześniej, a moim zadaniem było jedynie odgrzać posiłek na godzinę śniadaniowego szczytu. Korzystam z kuchni w jego restauracji znajdującej się tuż obok mieszkania. To umowa, która od dwóch lat przynosi nam obu korzyści i jestem całkowicie przekonany, że to właśnie tym małym porcjom ciast, deserów, pieczywa zup i tart, zostawianych przez piekarzy w lodówce co wieczór przed zamknięciem lokalu, zawdzięczam sporą część zysku.
Muszę przyznać, że posiadanie kawiarni na Westminster, pięć minut drogi od biur parlamentu, zdaje się być czymś absurdalnie różnym od grania w pierwszej lidze krykieta. Są dni, więcej niż mogę zliczyć, kiedy tęsknię za wyjściem na boisko, słońcem świecącym w oczy i wiatrem mierzwiącym mi włosy. Nie mogę już nawet oglądać meczy w telewizji. Patrzenie na kolegów z drużyny grających boisku jest zbyt trudne.
Krum dzwoni do mnie co kilka miesięcy z pytaniem, czy aby nie zmieniłem zdania. Wciąż jest dla mnie miejsce na liście zawodników reprezentacji i gdybym tylko chciał… Olivier przestał przychodzić do mnie późnymi wieczorami już rok temu. Nie mam dla niego czasu i, prawdę mówiąc, dla nikogo innego. Oficjalnie nie wychodziłem nigdzie, ani z mężczyzną, ani z kobietą, od zeszłego października, a jeszcze więcej czasu minęło od mojego ostatniego stosunku. Rozerwany pomiędzy kawiarnią i nocami spędzanymi na skłonieniu Scorpiusa do położenia się w łóżku o przyzwoitej porze i, na rany Chrystusa, zatrzymaniu go w nim, jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o seksie, randkach albo czymkolwiek innym. Pragnę jedynie paść na łóżko w mieszkaniu, które kupiłem nad kawiarnią ostatniego lata i które dzielę z Gregiem. Jeśli mam farta, zasypiam na kilka godzin, po czym znów muszę wygramolić się z posłania i z zaspanymi oczami zejść na dół, by otworzyć drzwi pierwszym pracownikom rządu, którzy wylegają na chodniki Parliament Square i Whitehall jeszcze przed świtem.
Dla jednostek rządzących Anglią kawa stała się elementem niezbędnym, ale pomijając już złowrogą obecność kawiarni Nero** w Portcullis House, spora ilość pracowników naukowych, asystentów oraz członków parlamentu we własnej osobie, nie ważne, czy to laburzyści, toryści czy liberalni demokraci, woli przespacerować się kilka ulic do mojej „Leg Before Wicket"*** na podwójne espresso i babeczkę z rodzynkami, posmarowaną masłem lub po prostu przybraną łyżką ubitej śmietany. Czasem zastanawiam się, jak wielu z nich przychodzi do mojej kawiarni wiedzionych ciekawością i pragnieniem zobaczenia za ladą syna wicehrabiego Avebury****, ubranego w fartuch. Mówiąc szczerze, mam to gdzieś tak długo, jak mi płacą.
Ku mojemu zaskoczeniu, lubię tę pracę. Właściwie nie potrzebuję pieniędzy. Wystarczająco wysoką sumę zarobiłem na graniu w krykieta, nie wspominając o pradziadku Abraxasie, który założył dla mnie fundusz powierniczy tydzień po moim przyjściu na świat. Prowadzenie kawiarni ma jednak ten efekt, że jestem zajęty, ale również zmęczony, a pewnego ranka nie tak dawno temu obudziłem się zdając sobie sprawę, że minęły dwa tygodnie, odkąd nie śnię o Astorii. Millicenta mówi, że jej terapeuta określa to terminem „zamknięcia", na co Greg odpowiada, że to kompletne bzdury, a psychoterapeuci to pleciugi, którzy robią wszystko, by nikt nie objechał ich za to, jak regularnie mieszają ludziom w głowach, powodując szkody, o których wie tylko sam Bóg.. Zastanawia mnie, ile jeszcze czasu minie, zanim oboje wylądują w łóżku. Postawiłem na to, że rok, acz wygląda na to, że chyba za bardzo się z tym pospieszyłem. Nie uśmiecha mi się przegranie dwustu funtów z Pansy. Jest zbyt kurewsko z tego powodu zadowolona. Zaczynam rozważać wzięcie Grega na stronę i zaproponowanie mu pięćdziesięciu funtów w zamian za przelecenie Millicenty, na miłość boską. Wszyscy wokół wiedzą, że oboje aż się o to proszą.
Ruch zmniejsza się o wpół do dziewiątej, a przynajmniej na chwilę. Pozostał tydzień do zielonoświątkowej przerwy w pracy parlamentu, a dziś jest czwartek, co oznacza, że w ciągu godziny pojawią się tu politycy, którzy przywędrują na szybki zastrzyk kofeiny, zanim z powrotem będą zmuszeniu cierpliwie znosić posiedzenie z pytaniami.***** Pomimo wszystko, jeśli mam być szczery, słuchanie paplania Gordona jest lepsze niż stawianie czoła całej falandze dziennikarzy, którzy spacerują sobie po Westminster, od kiedy „Telegraph" wyciągnął na światło dzienne rządową aferę finansową. No naprawdę, myślisz, że ludzie sprawujący rządy w tym kraju mają więcej rozumu, by nie kupować drogich domów, w których, do cholery, nawet nie mieszkają. Z drugiej strony jednak, Mandelson był wystarczającym idiotą, by za pieniądze podatników przez sześć miesięcy finansować pracę przy budowie jego domu po tym, jak wycofał się z Izby Gmin, a Gordon wciąż uważał go za równego gościa, więc czego tak naprawdę można oczekiwać?
Przez jakiś czas ojcu udało się utrzymać z daleka od tej sprawy. Nie oczekuję jednak, że potrwa to dłużej. Doszło do tego, że dzisiejszego ranka musiałem wyrzucić pewnego pismaka z „Daily Mail". Zbyt dobrze zaznajomiłem się już z dziennikarską etyką Alfiego po śmierci Astorii.
Wycieram właśnie blat szafki wilgotną szmatką, gdy czyjeś chrząknięcie każe mi się odwrócić. Millicenta jest w kuchni, zmywa naczynia, zanim będzie musiała spędzić resztę poranka nad łacińskimi woluminami. Odwracam się, a oddech zamiera mi w krtani. To znowu on. Przychodzi tu co rano, od kiedy parlament wznowił posiedzenia po Wielkanocy. Wygląda znajomo, ale dla mnie wszyscy politycy są podobni. Spotkałem ich zbyt wielu podczas śmiertelnie nudnych uroczystości, w których do uczestnictwa przez ostatnie kilka miesięcy zmuszał mnie ojciec. Skoro już nie może mnie namówić na powrót do krykieta, to przynajmniej trwa w nadziei, że przestanę zawstydzać go swoją działalnością i zdecyduję się rozpocząć karierę polityczną, jak na Malfoya przystało. Szczęście, że ustawa o dziedziczeniu stanowisk w Izbie Lordów******, stworzona jedenaście lat temu, gwarantuje, że nigdy nie będę musiał zająć jego miejsca. Boże, pobłogosław za to Partię Pracy.
— Potrójne espresso macchiato na wynos, z odrobiną piany, nieszczęsny Filistynie — mówię, a on uśmiecha się do mnie i przytakuje. Jego zmierzwione, czarne włosy opadają na czoło aż po druciane okulary. Wyglądają, jakby nie widziały się ze szczotką od wielu dni. Nie powinienem uznawać tego za pociągające.
— Za ten odchył wiń nowojorskich baristów. — Jego głos jest niski i miękki. Sprawia, że po moim kręgosłupie przechodzi dreszcz. — Za moje zepsucie z pewnością odpowiadają Amerykanie.
— Cholerny Starbucks. — Kładę szmatkę na szafie. — Mieszkałeś w Nowym Jorku?
— Przez dwa lata. — Chowa do kieszeni palmtop BlackBerry. — Robiłem doktorat ze stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Columbia. Zrób tylko mocne espresso. Gordon jest dziś rano przytomny.
Prycham i sięgam po papierowy kubek.
— Więc powodzenia z utrzymaniem otwartych oczu. — Nie znoszę odwracania się do niego plecami. Irytuje mnie to. Co za głupota z mojej strony uważać go za atrakcyjnego. Nie jest atrakcyjny. Jest za to wysoki i chuderlawy. Wygląda, jakby był niedożywiany w dzieciństwie. Nie wspominając już o tym, że czyta „The Guardian", „Telegraph", a nawet „Independent". Nie potrafię określić, czy jest laburzystą, a może konserwatystą… Znając moje szczęście, należy pewnie do liberalnych demokratów, a wszyscy wiedzą, że to banda świrów.
— Muszę utrzymać — odpowiada ze śmiechem. — Zadaję pytanie.
— Mam nadzieję, że dobre. — Robię pianę z mleka w nieskazitelnym, stalowym dzbanku, obserwując, jak rośnie.
— Być może. — Gdy się odwracam, on opiera się o kontuar, obserwując mnie. Drapie się po podbródku. Ma na nim lekki zarost, jakby nie golił się dziś rano. Ta myśl sprawia, że niemal upuszczam dzbanek. — Chcę wiedzieć, dlaczego rząd tak się upiera przy ustawie o obserwacji Internetu, którą zgotowała nam Partia Pracy.
Wlewam trzy porcje kawy do kubka.
— Ach, więc jesteś konserwatystą.
— Liberałem. — Posyła w moją stronę skruszony uśmiech, a ja pocieram nos. Niech to szlag. — Wiem, co myślisz — dodaje. Wyciąga dziesiątkę z kieszeni i wręcza mi ją. Oddaję mu resztę, a on wrzuca ją do puszki Oxfam******* stojącej obok kasy. Nie zawracam mu głowy informacją, że przestali tu przychodzić, by zabrać pieniądze. — Wiesz, nie wszyscy jesteśmy szaleni.
— Wszyscy politycy są szaleni, bez względu na przynależność do partii — odpowiadam, po czym podaję mu macchiato. — Zaufaj mi.
— Mówisz z doświadczenia? — Posyła w moją stronę szeroki uśmiech. Zza szkieł okularów jego oczy lśnią głęboką zielenią, splamioną gdzieniegdzie drobinkami brązu i złota. Nad jedną z brwi widnieje niewyraźna blizna w kształcie błyskawicy, odznaczająca się bielą na lekko opalonej skórze. Mam nieodparte pragnienie przesunięcia po niej językiem.
— W pewnym sensie. — Nieco zmieszany odwracam wzrok. Czuję, jak moje policzki robią się ciepłe i ponownie sięgam po szmatkę, składając ją na pół, a potem jeszcze raz.
— Szkoda. — Waha się, jego uśmiech blednie, a potem odwraca się do wyjścia.
— Jak masz na imię? — Nie mogę się powstrzymać. Rzucam szmatkę na kontuar i zakładam kosmyk włosów za ucho. Sięgają mi już do szyi. Pansy od tygodni suszy mi głowę o strzyżenie.
Odwraca się i spogląda na mnie, unosząc brwi.
— Harry. — Jego usta układają się w krzywy uśmiech. — Harry Potter.
— Draco Malfoy. — Wyciągam dłoń, a Potter przyjmuje ją bez wahania czy przebłysku litościwego rozpoznania, który otrzymuję od większości ludzi. Z drugiej jednak strony, minął już przecież rok, od kiedy „Daily Mail" ostatni raz wspominał o mnie i wypadku, dzięki Bogu, a Potter nie wygląda na kogoś, kto czyta podobne bzdury. Jego palce są silne i mocne. Zastanawiam się, jakie przyniosłyby wrażenia, gdyby dotykały moich bioder. Myśl ta brzęczy mi w głowie przez moment, dopóki nie odsuwam się od niego, wyswobadzając dłoń z uścisku. — Z jakiego jesteś okręgu?
Potter upija łyk kawy.
— Guildford.********
— A więc Surrey, to sporo wyjaśnia. — Obchodzę naokoło ladę, by poprawić mieszadełka do kawy. Potter stoi obok mnie, więc pozwalam sobie na szybkie zerknięcie w bok. Jest mojego wzrostu, a jego czarny, szyty na miarę garnitur i grafitowy krawat aż krzyczy „Henry Poole!".********* Włosy idiotyczne czy nie, wygląda bardziej niż mieszkaniec dzielnicy Mayfair********** niż domów szeregowych, a pachnie niesamowicie. Jak ciepłe słońce i świeżo ścięta trawa na boisku. Zwilżam językiem dolną wargę.
Potter sięga w moją stronę i zabiera mi mieszadełko.
— Tak, sądzę, że tak — odpowiada z łagodnym śmiechem, a potem wbija wzrok prosto we mnie, posyłając mi długie, niespieszne i wyraźnie oceniające spojrzenie, żując jednocześnie koniec cienkiego, drewnianego mieszadełka. Cofam się o krok. Szafka wbija mi się w biodra i nagle jestem wdzięczny za długi fartuch, który noszę, by chronić dżinsy i czarną koszulkę. Minął już kawał czasu, od kiedy moje ciało reagowało z zainteresowaniem na inną osobę. Niemal ulegam pokusie, by zaciągnąć go na zaplecze i obciągnąć mu zaraz, teraz. Niech licho weźmie jego posiedzenie z pytaniami.
— Pierwsze wzmianki o krykiecie pochodzą właśnie z Guildford — mówię. Nie potrafię oderwać od niego wzroku i jestem świadomy, że plotę jak głupiec.
Potter uśmiecha się, a w kącikach jego oczu pojawiają się zmarszczki.
— Czytałem coś o tym, kiedy byłem chłopcem. Miałem małą obsesję na punkcie krykieta.
Przesuwam cukiernicę kilka centymetrów w prawo, czując się nagle niekomfortowo pod jego intensywnym spojrzeniem.
— A kto jej nie miał?
— Dzięki za kawę, Draconie Malfoyu — mruczy w odpowiedzi, a ja zamykam oczy i nie otwieram ich, dopóki nie słyszę dzwonka sygnalizującego zamykające się za nim drzwi, pragnąc jednocześnie, by mój członek opadł.
Nie działa.
Pansy zapala Silk Cuta, po czym wręcza go mnie.
— Każdego ranka, kochanie?
— Przed dziewiątą. — Zaciągam się, po czym oddaję jej papierosa. — Myślę, że on ze mną flirtuje.
Pansy oplata się ciaśniej karmazynową kurtką z tweedu, trzymając jedną dłonią za dekold w kształcie litery „V", a drugą podnosząc do ust papierosa. Jak na majowy wieczór, wciąż jest chłodno, a wiatr wieje, odkąd wyszliśmy ze stacji metra na Covent Garden. Blaise się spóźnia, jak zwykle. Spoglądam na zegarek. Jest kilka minut po ósmej, a kurtyny musicalu „Chicago" podnoszą się w pół do dziewiątej. Pieprzony dupek. Płacę Millicencie nadgodziny za opiekę nad Scorpiusem.
— Może po prostu lubi twoje macchiato. — Pansy strzepuje popiół z końca papierosa. Nigdy do końca nie rozumiała, dlaczego lubię pracować w kawiarni. Myśli, że to poniżej moich możliwości. Być może ma rację. Blaise sądzi, że straciłem głowę. Greg jest jedynym, który nie twierdzi, że oszalałem. Kto wie, być może nawet jest to ciężka praca, której potrzebuję.
Wzruszam ramionami.
— Może.
Pansy milczy przez chwilę, a potem taksuje mnie spojrzeniem pełnym ciekawości.
— Podoba ci się.
— No i? — Moje policzki robią się czerwone. Przeklinam bladą skórę, odziedziczoną po stronie Blacków.
— Od jak dawna nikt cię porządnie nie przeleciał? — Włosy, mierzwione przez wiatr, wpadają jej do oczu. Odgarnia je niecierpliwie.
Wzdycham i krzyżuję ramiona.
— Od przyjęcia noworocznego mojej matki.
Pansy wydycha kłębek dymu.
— Myślałam, że na nim nie byłeś.
— Bo nie byłem. Chodzi mi o to rok wcześniej. — Dokładnie kilka minut przed północą poderwał mnie wtedy dwudziestoletni syn jednej z przyjaciółek mojej matki. Nowy Rok powitaliśmy razem na tarasie domu matki na Eaton Square, z jego kutasem w moim tyłku, a w tym czasie Big Ben na BBC wybijał północ. Następnego ranka wyjechał do Oxfordu i swojej porządnej, zaakceptowanej przez rodziców narzeczonej. Od tamtej pory moje życie erotyczne przechodzi zastój. — Quentin Whitestone. Pieprzyłem się z nim w Nowy Rok. W czerwcu poślubił Elise.
Na twarzy Pansy pojawił się grymas.
— Zawsze był z niego potworny dupek. — Nie mogę się z nią nie zgodzić. — Powinieneś się z nim umówić — dodaje.
— Z Quentinem? — Posyłam w jej stronę przerażone spojrzenie.
Przewraca oczami i klepie mnie w tył głowy.
— Nie, idioto. Z tym twoim parlamentarzystą.
— Ale on jest parlamentarzystą — odpowiadam ze zdziwieniem.
— I co z tego? — Macha papierosem, a popiół sypie się wszędzie. Kilka drobinek ląduje na jej biuście. Strzepuje je. — Kiedyś sama sypiałam z politykami.
— Żonatymi — podkreślam.
Pansy zaciąga się, po czym dmucha mi dymem prosto w twarz.
— Jeśli chodzi o polityków, kochany, nie ma różnicy, czy jest żonaty, czy nie. Oni wszyscy są tak rozkosznie niemoralni i, szczerze, to najlepsze pieprzenie, jakie możesz dostać. Będziesz głupcem, jeśli przynajmniej nie przebadasz gruntu.
— Nawet nie wiem, czy jest homoseksualny. — Zabieram jej papierosa i podnoszę do ust. — Albo biseksualny.
— Kto jest homoseksualny, kto jest biseksualny? — Blaise zaplata jedną rękę na moim ramieniu, a drugą na Pansy. Całuje jej policzek. — Wybaczcie moje spóźnienie, gołąbeczki. Musiałem pokazać biuro pewnej kasiastej byłej żonie brata ministra.
— Czyli, innymi słowy, musiałeś zaszpanować.
— Dwukrotnie — odpowiada i zabiera mi papierosa. — Czy mówimy o twoim życiu miłosnym, chłoptasiu?
Pansy odwraca się, by na niego spojrzeć.
— Wiesz coś o Harrym Potterze? Tym nowym z Guildford?
— Znam ich wszystkich, na nich opiera się mój biznes. — Blaise marszczy brwi. — Wybrany przez głosowanie, zgadza się? Zajął stołek Anny Milton, tuż po Wielkanocy?
Przytakuję. Niezbyt podoba mi się fakt, że jestem ciekaw, co też Blaise może wiedzieć. Jest źródłem wszystkich londyńskich plotek, a szczególnie tych dotyczących kuluarów władzy bądź majątków, czy to na tle politycznym, czy korporacyjnym. Nie zarobił kilku milionów dolarów siedząc na swoim zgrabnym tyłku od ukończenia Cambridge.
Blaise zaciąga się, po czym oddaje papierosa Pansy.
— Niewiele. Wysłałem do niego mojego asystenta, by dowiedzieć się, czy poszukuje mieszkania, ale zamieszkał już w jakiejś norze w Kennington. Akurat tam! Twoje stare, ulubione miejsce, niedaleko Oval. — Pociera nos. Jego zdanie na temat londyńskiego środowiska oraz polityków i spółki jest w najlepszym razie nędzne. Blaise zawsze był entuzjastą Mayfair i Belgravii, podziela również opinię mojego ojca o prymitywizmie reklamowania towarzystwa ubezpieczeniowego Brit Insurance na stadionie Oval. Komercyjny sponsoring gry to przekleństwo dla nich obu. Ja mam jednak gdzieś, jak nazywa się boisko, na którym grałem, tak długo, jak Surrey za pośrednictwem banku Barclay regularnie wypłaca mi pakiet finansowy. — Z tego, co zrozumiałem, dzieli mieszkanie z jakimś kumplem ze szkoły. Albo to kumpel pozwala mu przekimać się na kanapie podczas sesji parlamentu.
— Mam nadzieję, że to nie będzie go zbyt wiele kosztować — odpowiadam.
— O wiele za dużo jak na zwykłego gryzipiórka. — Blaise prycha i strzepuje nieistniejący pył z oliwkowozielonej kurtki od Ozwalda Boatenga, a potem poprawia brązowy, jedwabny krawat. — Posiada jakiś spadek czy coś w tym stylu, ale to nic znaczącego. Chłopak z Oxfordu, studiował nauki polityczne i ekonomię, zrobił doktorat ze stosunków międzynarodowych w Stanach na Columbii, a potem przez kilka lat pracował dla Chrisa Huhne. ***********
Pansy krzywi się w odpowiedzi.
— Liberał? Och, Draco, nie mogłeś sobie upatrzeć jakiegoś miłego laburzysty? Może Chris Bryant? Albo Alan Duncan? Jest torystą. Twój ojciec pokochałby go bez względu na to, że jest facetem.
— Alan Duncan jest o dwadzieścia trzy lata starszy ode mnie — rzucam. — To on mógłby być moim ojcem.
— Tak, ale ma takie cudowne włosy. — Pansy upuszcza papierosa na chodnik i przydeptuje niedpałek obcasem. — Przyprószone srebrem.
— Siwe. — Wbijam w nią wściekły wzrok.
— Srebrne — ripostuje Blaise z szelmowskim uśmiechem. Pokazuję mu dwa palce. Drań. Powinien być po mojej stronie.
— To takie pociągające. — Pansy oplata ramieniem moją talię i całuje w policzek. — Pomyśl o tym.
Z westchnieniem zaciągam ich w kierunku teatru. Są chwile, kiedy zastanawiam się, czemu w ogóle zawracam sobie głowę posiadaniem przyjaciół.
Następnego ranka Potter przychodzi za pięć dziewiąta. Z dokumentami wetkniętymi pod pachę, odbiera wiadomości ze swojego palmtopa, marszcząc przy tym brwi. Jego garnitur jest dziś ciemny, błyszczący brązem wypalanych fasolek, z cienkimi prążkami koloru czekolady, dopasowany perfekcyjnie do łagodnie opadających ramion i wąskich bioder.
Mam ochotę go schrupać.
— Zjeżdżaj, Alfie — rzucam do niskiego, wyłysiałego dziennikarza z „Daily Mail", stojącego przy ladzie — albo znowu zadzwonię na policję.
— Ależ ja chcę tylko latte, Draco. — Macha mi dziesiątką przed oczami.
Wlepiam w niego wściekłe spojrzenie.
— Wynocha. — Nie wybaczyłem mu tego artykułu o owdowiałym graczu krykieta, w którym przez połowę tekstu wysnuwał insynuacje, że to Astoria ponosi winę za wypadek, a nie kierowca ciężarówki, gadający w momencie zderzenia przez telefon. Udałem się do PCC************ po sugestii, jakoby badania toksykologiczne wykazały, że mogła być pod wpływem narkotyków.
Jak mogłaby być? Karmiła piersią, na miłość boską. Nie pozwalała mi nawet palić marihuany w domu, gdy tylko zaszła w ciążę. Odmówiła znieczulenia przy porodzie i nie brała nawet paracetamolu. Myśl o tym, że mogła brać narkotyki, jest niedorzeczna.
Alfie przewraca oczami i odwraca się do wyjścia, przemykając po drodze koło Pottera. Ten mamrocze pod nosem „przepraszam", ale nie podnosi wzroku od palmtopa.
— Panie Potter — wita go Alfie, zatrzymując się obok niego. Potter posyła mu zdziwione spojrzenie. — Alfie Hart z czasopisma „Daily Mail". Zastanawia mnie, czy zechciałby pan powiedzieć coś o wydatkach…
— Powiedziałem wynocha, Alfie. — Podnoszę głos, a Potter spogląda na mnie z lekkim uśmiechem. — Nie molestuj moich klientów. Chryste.
Alfie patrzy na mnie spode łba.
— Mógłbym ponękać twojego ojczulka.
— Oczywiście, ponękaj. — Wzruszam ramionami. Mało obchodzi mnie, co brukowce piszą o moim ojcu, dopóki trzymają się z dala od Scorpiusa i matki. — Pewnie będzie zachwycony.
Alfie zatrzaskuje za sobą drzwi, czemu towarzyszy dźwięk dzwonka. Mam skrytą nadzieję, że udał się do biura ojca, choć z drugiej strony wiem, że nie zbliży się do niego na dziesięć metrów. Podnoszę wzrok na Pottera. Powrócił do krzywienia się nad swoim palmtopem. Nie potrafię zdecydować, czy powinienem czuć ulgę, czy irytację.
Millicenta obserwuje mnie z rozbawieniem, gdy wręczam jej kubki z zamówieniem asystenta Alistaira Darlinga.
— Och, przymknij się — mamroczę pod nosem, mijając ją, by sięgnąć po ubijaczkę do piany.
— A ja myślałam, że podoba ci się minister skarbu — mówi Millicenta, dolewając porcję espresso do mleka. — Porzuciłeś zainteresowanie na rzecz następcy Nicka Clegga?
Pokazuję jej dwa środkowe palce.
— Bardziej niż tyłek jego asystenta, ale, szczerze mówiąc, sądzę, że szacowny dżentelmen z Guildford mógłby mieć lepszy.
Millicenta śmieje się w odpowiedzi, a na jej lekko piegowatym nosie tworzą się zmarszczki.
— To nawet urocze, że tak ci się podoba.
— Och, proszę. — Dodaję ubite mleko do ekstra dużego kubka dla Pottera. — Po prostu potrzebuję seksu.
— Jak my wszyscy… — mamrocze.
Potter ponownie podnosi wzrok znad palmtopa, a ja stawiam przed nim kubek.
— Potrójne macchiato — oświadczam z kuszącym uśmiechem. Dziś rano spędziłem przy lustrze dziesięć minut, by go przećwiczyć. Czuję, że usta są mocno rozciągnięte i przybierają dziwny wyraz. Lekkie wygięcie warg Pottera oznacza, że wyglądam jak idiota, jestem tego pewien. — Dwa funty.
— Jasne. — Zerka na kubek, po czym unosi brew. — Czy nie jest większy niż zazwyczaj? — Podnosi wzrok na mnie. — I tańszy?
Nachodzi mnie nieodparta chęć klepnięcia go w bok głowy.
— Być może. — Mam świadomość, że Millicenta chichocze za moimi plecami. Decyduję się obciąć jej za to tygodniową pensję. Asystentka ministra skarbu, piękna Angelina Johnson z nogami do nieba i niemal tak samo niebiańskim biustem, ukrywa uśmiech, pochylając się nad gablotką z ciastem.
— Och. — Potter mruga powiekami, a jego rzęsy trzepoczą, ocierając się o szkła okularów. Wygląda nieziemsko, wspaniale, stojąc tutaj, nawet jeśli jest nie jest zbyt bystry. — Och, no dobrze. — Uśmiecha się do mnie szeroko, a błysk jego białych zębów sprawia, że niemal uginają się pode mną kolana. — Dzięki.
Wycieram dłonie o fartuch i kiwam głową, przeklinając w myślach samego siebie. Kiedyś, o ile miałbym to ocenić, byłem całkiem niezły w podrywaniu. Nie mam pojęcia, co, do diabła, jest w Potterze, że tak bardzo się denerwuję.
W jego telefonie rozlega się dzwonek, a on, posławszy mi smętny, przepraszający uśmiech, odwraca się i odbiera. Angelina pochyla się w moją stronę i szepcze:
— Umów się z nim.
Patrzę na nią, pełen niedowierzania.
— Oszalałaś? Nie wiem nawet, czy on lubi mężczyzn…
— Och, oczywiście, że lubi — ucina moją odpowiedź. — Emma Greg z biura Osborne'a dała mu wyraźnie do zrozumienia, że bardzo by chciała, ujmijmy to tak, lepiej poznać naszego nowego parlamentarzystę, a on jej odmówił. — Wbija we mnie znaczące spojrzenie i wygina jedną, idealnie wyregulowaną brew.
— Co za szmata. — Podnoszę głos, a Potter odwraca się w moją stronę z palmtopem przy uchu. Rumienię się i odwracam do Angeliny. — W każdym razie, to po prostu znaczy, że nie ma zwyczaju pieprzyć każdej torystycznej dziwki. — Wykrzywiam usta. — A szczególnie tej, która zaliczyła połowę parlamentu.
Angelina grzebie w próbkach kruchych ciasteczek w koszyczku stojącym na gablotce z ciastami.
— Łącznie z twoim ojcem.
Odciągam jej dłoń od próbek i sięgam po świeżego, czekoladowego herbatnika z ogrzewanej tacki leżącej za moimi plecami.
— Naprawdę nie musiałem tego wiedzieć — odpowiadam, przełamując ciastko i podając jej połowę. Wgryzam się w drugą część. Jest ciepła, miękka, dekadencko naładowana kaloriami. Millicenta piecze je co kilka godzin. Nie pozwalam jej powiedzieć mi, ile sztabek czekolady zwinęła z zaplecza „Green and Black",************ by przygotować każdą partię. Oznajmia mi, że w ten sposób oboje wyjdziemy na tym lepiej.
— Przepraszam, złotko — mówi Angelina wyraźnie nieskruszonym tonem. — Twój ojciec to taki szmaciarz. — Przeżuwa herbatnik, łapiąc dłonią okruszki. — Ale jeśli cię to pocieszy, ja z nim nie spałam.
Szturcham palcem jej potworny, tandetny brylant na lewej dłoni.
— Raczej wątpię, by ten twój Weasley to tolerował.
Angelina spogląda na pierścionek zaręczynowy.
— Przypuszczam, że nie. — Uśmiecha się do Millicenty, odbierając tackę wypełnioną czterema kubkami, po czym wskazuje mnie podbródkiem. — Powiedz mu, żeby wziął dupę w troki i w końcu się z nim umówił.
— Mówię mu to już od zeszłego tygodnia — prycha.
— Naprawdę was nienawidzę. — Wpatruję się w nie wściekle, a tymczasem Potter chowa palmtopa do kieszeni i podchodzi do kontuaru.
— Przepraszam. — Wyjmuje portfel. — Dwa funty, tak? Mam tu piątaka…
Wyjmuję z kasy trzy funty reszty, ale Potter łapie mnie za rękę i zaciska moje palce na ciężkich monetach. Jestem niemal pewien, że pogłaskał opuszkiem wybrzuszenie wewnątrz mojej dłoni, ale może mi się to również wydawać, ponieważ nie jestem w stanie oderwać wzroku od tych przeklętych, zielonych oczu.
— Zatrzymaj je — mówi cicho z cieniem uśmiechu, błąkającym się na ustach, a potem zabiera dłoń. Znowu mogę oddychać. — Angelina.
— Harry! — Angelina szczerzy się do niego, ignorując moje surowe spojrzenie. Suka, zapomniała wspomnieć, że są na „ty". — Ładny garnitur.
Potter reaguje śmiechem.
— Hermiona namówiła mnie, żebym skroił go na miarę. Najwyraźniej na posiedzenie z pytaniami nie wypada ubrać się w dżinsy i adidasy.
Przepływa przeze mnie fala zazdrości.
— Hermiona? — pytam, utrzymując zdawkowy ton. — Twoja żona?
— Najlepsza przyjaciółka — odpowiada z uśmiechem. Sięga po swój kubek z kawą. — Poślubiła brata narzeczonego Angeliny. Ma na imię Ron. On z kolei jest moim najlepszym przyjacielem.
Mrużę oczy, podczas gdy Angelina robi wszystko, by wyglądać na niewiniątko. Zdradza ją śmiech.
— Wszyscy studiowaliśmy razem w Oxfordzie. — Pochyla głowę w moją stronę. — Chłopcze z Cambridge.
— Studiowałeś tam? — Spojrzenie Pottera ponownie ląduje na mnie. — Co?
— Literaturę. Na wydziale Queen. — Wzruszam ramionami. — Dyplom z wyróżnieniem drugiej klasy. — Spoglądam na niego. — Ty pewnie dostałeś pierwszą.
Potter kręci głową. Do oczu wpadają mu włosy.
— Też druga klasa, wyższej kategorii, ale tylko dlatego, że Hermiona mi pomagała, czy tego chciałem, czy nie.
Angelina podnosi tackę z kubkami.
— Wiesz — mówi z przebiegłym uśmieszkiem — Harry przychodzi do mnie jutro na kolację. To nic wielkiego, tylko kilku przyjaciół. Może dołączyłbyś do nas z butelką wina?
— A może mam lepsze zajęcia w środowe wieczory niż potakiwanie bandzie pedałowatych polityków? — Wzdrygam się, gdy Millicenta mnie szczypie. Wbija we mnie groźne spojrzenie, po czym przenosi je na Pottera. Ten wygląda na rozbawionego.
— Nie masz o nas dobrego zdania, co? – stwierdza.
— Po prostu zżera go zazdrość, że nie jest tak interesujący jak my. — Angelina sięga po kilka papierowych serwetek z dozownika i wciska je pomiędzy kubki. — Jakież to wielkie wydarzenie planujesz na jutro? Spuszczanie się przy DVD z Doktorem Who?
— Nie powinienem ci mówić, że podoba mi się Matt Smith. — Mam świadomość tego, że na krótki moment Potter kieruje spojrzenie w moją stronę, po czym szybko je odwraca, podnosząc kubek do ust. Zaczynam żałować wzmianki o pedałach.
Angelina przytakuje.
— Może i nie powinieneś. — Układa kilka paczuszek z cukrem na serwetkach. — Wpół do ósmej, Notting Hill, ulica Ossington 213B. Naciśnij dzwonek i upewnij się, że masz ze sobą butelkę porządnego wina albo okropnie cię obgadamy, jak tylko wyjdziesz. — Łapie Pottera za ramię. — Odprowadź mnie do Westminster.
— Idę do Portcullis — protestuje.
— Najpierw Westminster — powtarza z radością i wręcza mu tackę z kawą. Potter kieruje na mnie wzrok pełen desperacji.
Macham im na pożegnanie.
— Zdrajca — rzuca Potter gorzko, ale cały efekt psuje szeroki uśmiech.
Parskam.
— Wpół do ósmej, Draco — woła jeszcze Angelina, zanim zamykają się za nimi drzwi. — Nie waż się nie przyjść.
Spoglądam na Millicentę.
— Dlaczego mam wrażenie, że wszyscy, których znam, spiskują przeciwko mnie?
— Bo właśnie tak jest? — Millicenta uśmiecha się chytrze i wyciąga z piekarnika kolejną tacę herbatników. — Popilnuję Scorpiusa. Zresztą, u ciebie łatwiej czyta się książki. Jest ciszej.
Wbijam w nią wzrok.
— Po prostu masz nadzieję, że Greg skończy wcześniej i wpadnie na górę.
Dźga mnie szpatułką w pierś..
— Chcesz, żebym zaprosiła twoją matkę do kawiarni, gdy zadzwoni do ciebie następnym razem?
— Jesteś suką, Milli — burczę.
— Oczywiście, że jestem. — Przekłada ciastka na tacę wystawową. Z ich brzegów spływa roztopiona czekolada. — A ty w środę masz kolację z facetem, który od tygodni wlepia w ciebie cielęcy wzrok. Podziękujesz nam później.
Dziwnym trafem, naprawdę w to wątpię.
KONIEC ROZDZIAŁU TRZECIEGO, CZĘŚCI PIERWSZEJ
* hawajska kawa należąca do najlepszych gatunków świata, produkowana z gatunku arabica; napar przyrządzony z jej ziarenek posiada delikatny, łagodny i lekko orzechowy aromat
** największa, niezależna sieć kawiarni w Wielkiej Brytanii
*** nazwę restauracj Draco zaczerpnął z gry w krykieta; jest to jedna z zasad, za pomocą wybijający może być wyrzucony w gry, głównie wtedy, gdy piłka dotknie jego ciała (z pominięciem rękawicy bądź ręki, w której trzyma kij)
**** wieś w hrabstwie Wiltshire
***** to posiedzenie, w czasie którego członkowie parlamentu zadają pytania ministrom oraz premierowi, którzy sa prawnie zobowiązani do udzielenia na nie odpowiedzi
****** ustawa uchwalona przez brytyjski parlament w roku 1999; znosząca prawo członków rodzin Lordów zasiadających w Izbie do dziedziczenia stanowiska
******* Oxfordzki Komitet Do Walki Z Głodem
******** miasto w hrabstwie Surrey
********* bogata w historię londyńska firma krawiecka
********** obszar w centrum Londynu, słynący z najwyższych cen mieszkań w całym mieście
*********** brytyjski polityk, w 2005 z ramienia Liberalnych Demokratów powołany do Parlamentu Europejskiego
*********** Press Complaints Commission, czyli Komisja Zażaleń Prasowych
************ firma produkująca wyroby czekoladowe
