Tłumaczenie za zgodą autorki.

Beta: Donnie.


ROZDZIAŁ TRZECI, CZĘŚĆ DRUGA

Jest środa, kwadrans przed ósmą, a ja stoję przed kamiennym domem Angeliny od dobrych dziesięciu minut, zbierając się w sobie, by nacisnąć dzwonek u drzwi. Muszę przyznać, że jestem sobą nieco zdegustowany. Mam prawie dwadzieścia dziewięć lat, na miłość boską, a od dekady, nie, do diabła, newet od trzech dekad nie denerwowałem się całą tą nieodłączną otoczką tańców godowych. Byłem wspaniałym partnerem do flirtu, czarującym rozmówcą, a nawet, śmiem twierdzić, kurewsko niesamowitym Casanovą pierwszej klasy.

Astoria zawsze tak twierdziła.

Oczywiście trzy dekady temu nie byłem zazwyczaj zmuszany do odkrywania tego, że dotychczas śnieżnobiały mankiet mojej koszuli po wyjściu z taksówki przyozdobiony jest na krawędzi plamami z jasnoczerwonej kredki świecowej. Przeklinam pod nosem mojego syna i podejmuję próbę ponownego usunięcia śladów. Wszystko, co udaje mi się osiągnąć, to uczynić je jeszcze wyraźniejszymi. Z westchnieniem zaciągam na mankiet rękaw czarnego swetra i poprawiam krawat.

Drzwi otwierają się. Stoi w nich Potter z kieliszkiem wina w dłoni, ubrany w sztruksową, brązową marynarkę, spod której wygląda koszulka Children's Trust*. Znoszone dżinsy zapewne spadłyby mu z bioder, gdyby nie przytrzymywał ich pleciony, skórzany pasek.

— Och — mówi, próbując udawać zaskoczonego. — Angelina właśnie wysłała mnie, żeby sprawdzić, czy…

Rumienię się.

— To jeden z tych domów z monitoringiem, prawda?

Wargi Pottera rozciągają się w niewielkim uśmiechu. Wygląda niezaprzeczalnie kusząco.

— Tak, monitor jest w kuchni — odpowiada. — Ale widziała cię tylko Angelina. — Upija łyk wina i otwiera drzwi szerzej. — I ja.

— Świetnie. — Wchodzę do środka, robiąc wszystko, by ukryć zażenowanie.

Zdejmuję kurtkę i wręczam ją Potterowi. Ten wiesza ją na stojaku i prowadzi mnie do salonu, urządzonego elegancko mieszanką mebli antycznych i ich dobrej jakości imitacji z przewagą ostatnich, choć są wykonane naprawde starannie i ewidentnie drogie.

— Nie wiedziałem, że Alistair tak dobrze płaci— mamroczę, a Potter śmieje się w odpowiedzi.

— Firma George'a odnosi sukcesy. — Kręci nóżkę kieliszka pomiędzy palcami. — Szczęście dla mnie, byłem ich pierwszym inwestorem.

Gdy wchodzimy, w naszym, a raczej w moim kierunku odwraca się pięć twarzy. Potter kładzie dłoń na linii mojego kręgosłupa. Robię, co w mojej mocy, by stłumić dreszcz, który przechodzi przeze mnie w odpowiedzi na ciepło jego dotyku, ale jestem przekonany, że mimo wszystko go poczuł. Nie zabiera dłoni.

— Hermiona Granger — mówi, kierując kieliszek w kierunku kobiety o bujnych włosach, która uśmiecha się i podnosi swój kieliszek na znak powitania. — Ron Weasley, jej mąż. George Wealsey, brat Rona. Luna Lovegood i jej chłopak, Rolf Scamander. A to jest Draco Malfoy.

Nagle uderza we mnie fakt, że niemal wszyscy tworzą pary. Moje dłonie zaciskają się na butelce z winem i robię krok do tyłu w stronę drzwi do jadalni, które otwierają się niemal w tym samym momencie. A więc to randka. Albo ukartowana schadzka, co właściwie oznacza to samo.

Angelina podchodzi do mnie i całuje w policzek.

— Przyszedłeś — mówi głośno, po czym szepcze mi do ucha: — Gdybyś tylko spróbował zwiać z werandy, wysłałabym po ciebie Harry'ego.

— Proszę. — Wręczam jej wyborne Penfolds Grange z czerwonych winogron Shiraz, rocznik 1996.

— Cudownie. — Angelina przygląda się butelce z uznaniem, tak jak, do diabła, powinna. Cholerstwo kosztowało mnie siedemset funtów, a raczej kosztowałoby, gdybym pięć lat temu nie zwinął wspomnianego egzemplarza z piwniczki dworu w Wiltshire. Gdy zabierałem wino z kuchennej spiżarni, mamrocząc coś pod nosem o imponowaniu politykom, Greg podniósł tylko brew. Jakby mnie obchodziło, co o tym myśli. No naprawdę. Nie miałem czasu, żeby zajść do Oddbinsa.** — George, kochanie — zwraca się do narzeczonego — może pozwoliłbyś temu pooddychać?

George zabiera od niej butelkę.

— Niezłe. Tacy jak ty zawsze są dobrzy w wyborze wina, nieprawdaż?

— George! — karci go Angelina.

Narzeczony krzywi się i spogląda na nią.

— Co, do czorta… — Omiata wzrokiem mnie, a potem Pottera i wtedy jego oczy rozszerzają się. — Och, nie, nie miałem na myśli bycia gejem. To absurd. Harry jest do dupy, jeśli chodzi o wybór porządnej butelki, a przecież jest tak homoseksualny, jak to tylko możliwe. No, chyba że wziąć pod uwagę ten przelotny romansik z Ginny… Chciałem powiedzieć, że jesteś przecież gościem z wyższych sfer i w ogóle. Znasz się na winach.

Przygryzam wargę, starając się nie roześmiać na widok przerażonej miny Pottera.

— Tak — odpowiadam po chwili. — Znam się na winach.

— Och, na miłość boską — rzuca Angelina, po czym zaciąga przyszłego męża do kuchni.

Hermiona wstaje i wyciąga dłoń w moim kierunku.

— Miło cię poznać, Draco. — Jej wzrok na moment kieruje się w stronę Pottera. — Słyszałam o tobie tyle wspaniałych rzeczy.

Zerkam na Pottera. Rumieni się.

— Potrzebuję jeszcze jednego kieliszka — mówi bez spoglądania w moją stronę. — Napijesz się?

— Poproszę.

Hermiona prowadzi mnie w kierunku kanapy. Siadam, całkowicie świadomy dogłębnej obserwacji, jakiej zostaję poddany. Mam dziwne przeczucie, że do końca wieczoru będę potrzebował całej butelki.


Byłem już na gorszych kolacjach. Przychodzą mi do głowy szkaradne, paraliżujące umysł kwesty mojego ojca. Ta impreza jest jednak kameralna i nie mogę odegnać uczucia, że odstaję od towarzystwa, mimo tego, że Potter, Hermiona i Angelina robią wszystko, by podtrzymywać ze mną rozmowę. Luna, to dziwaczne stworzenie, wgapia się we mnie z drugiego końca stołu, nie starając się ukryć swojej ciekawości, jednocześnie łamiąc bagietkę na pół.

Dowiedziałem się, że ona i jej mąż są naturalistami. Spotkali się w zeszłego lata na Climate Camp przed elektrownią Kingsnorth w Kent. Najwyraźniej Luna zgodziła się przyjąć pomoc Rolfa w dokończeniu malowidła na jej ciele. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Co gorsza, oboje są wegetarianami, co w mojej opinii spieprzyło dzisiejszą kolację. Nie, żebym miał coś przeciwko wegetarianom. Blaise był nim przez lata, aczkolwiek daleko było mu do fanatycznej paranoi, jak to ujęła Pansy: traktował to raczej jako profilaktykę przed kopnięciem w kalendarz w wieku lat trzydziestu, co uczynił jego ojciec, niż szczególnego rodzaju filozoficzne wyznanie. Mimo wszystko wolałbym dostać dziś wieczorem dobrą pieczeń albo stek z łososia.

— A ja wiem, kim ty jesteś — mówi do mnie Luna, kładąc kawałki bagietki na talerzu. Coś ściska mnie w żołądku. Zamierzałem unikać tematu o ojcu tak długo, jak się da, a Angelina miała na tyle zdrowego rozsądku, by go nie podejmować.

Dłubię widelcem w tofu po kijewsku. Angelina jest wspaniałą kucharką, ale nawet ona nie jest wstanie stworzyć z twarożku sojowego czegoś, co nadaje się do jedzenia. Z drugiej strony, dziki ryż jest pyszny.

— Tak?

Luna przytakuje.

— Zajęło mi to chwilę — mówi lekkim głosem. — Wiesz, nie jestem dobra w zapamiętywaniu twarzy, imion czasami też, chyba że skojarzą mi się z jakąś szczególną klasą, biologiczną gałęzią albo inną taksonomiczną rangą. Ale mój ojciec lubi krykieta, a ja oglądałam go dosyć dużo i pamiętam cię. Grałeś dla Anglii i Surrey.

Nie wiem, czy powinienem czuć ulgę, czy niepokój. Odczuwam za to satysfakcję, że nie wspomniała o moim ojcu ani jakimś skandalu finansowym. Przypuszczam, że dla dobra Pottera. Albo Angeliny. Minister skarbu nie mógł ostatnio narzekać na brak zainteresowania w medialej burzy.

Inni wpatrują się we mnie z ciekawością, a Angelina upija łyk wina. Potter po prostu patrzy na mnie z cieniem uśmiechu tańczącym na ustach. Właśnie wtedy zdaję sobie sprawę, że przez cały czas o tym wiedział.

Czuję ciepło zalewające mi policzki.

— Przestałem grać prawie trzy lata temu — odpowiadam po chwili. — Moja żona umarła, a mam syna, którego muszę wychować. Bycie samotnym ojcem nieco utrudnia podróże.

Zapada cisza, a potem Ron pochyla się do przodu, marszcząc brwi. Taksuje mnie spojrzeniem od stóp do głów, po czym pstryka palcami.

— Co prawda jestem raczej fanem piłki nożnej, Tottenham*** i te sprawy, ale lubię też krykieta. Byłeś rzucającym w rozgrywkach Anglia - Australia, ale potem ktoś cię zastąpił.

— Ron — mówi Potter z pełną dezaprobaty miną. Spogląda na mnie niemal z wahaniem. — Seria testowa 2006-2007, nie mylę się?

Przytakuję.

— Jeden mecz testowy, który przegraliśmy. — Składam lnianą serwetkę. — Odwołali mnie, gdy Astoria… — przerywam i odwracam wzrok.

Pod stołem Potter dotyka mojego uda. Ten szybki, lekki dotyk jest dziwnie uspokajający.

— Cóż, przynajmniej rok temu przywieźliśmy puchar — mówi Ron. — Ten Stuart Broad**** jest coś wart, nie sądzisz?

Sięgam po kieliszek z winem, starając się skryć mój przypływ zazdrości.

— Mógłby być.

Wmawiam sobie, że nie tęsknię za krykietem. Wiem, że kłamię. I naprawdę cholernie nienawidzę tego, że facet, który mnie zastąpił, tak łatwo osiągnął sukces.

— To naprawdę świetny rzucający. Widzieliśmy go z Harrym na Oval w czasie piątego testowego, prawda? Dosłownie zawodnik meczu. Harry nie mógł przestać pożerać wzrokiem jego tyłka.

Ron podskakuje, gdy dostaje kuksańca od Hermiony.

— No co? — dziwi się.

Hermiona przewraca oczami.

No wiesz, Ron…

— Myślę, że twoja żona chciała, żebyś się zamknął — mówi Potter sucho. — A ja się do niej przyłączam.

Ron z szerokim uśmiechem pokazuje mu dwa środkowe palce.

— Nie to mówiłeś za każdym razem, gdy się wypinał.

— Ron! — Hermiona wlepia w niego gniewne spojrzenie, podczas gdy Potter dławi się swoim winem, w międzyczasie upuszczając serwetkę. Pochylam się w dół i sięgam po nią, wahając się przez moment, kiedy uświadamiam sobie, że mam oczy na poziomie jego krocza. Widzę wybrzuszenie w jego dżinsach, a kiedy podnoszę wzrok, Potter wpatruje się we mnie zamglonym wzrokiem. Powoli siadam, i, nie przerywając kontaktu wzrokowego, wręczam mu serwetkę.

— Dzięki — mówi Potter niskim i niemal burkliwym głosem. Zwilża dolną wargę.

— Nie ma za co. — Posyłam w jego stronę słaby uśmiech, a Angelina zmienia temat z krykieta na odwieczne pytanie, czy Gordon kiedykolwiek ustąpi ze stanowiska premiera.

Palce Pottera ocierają lekko o wierzch mojej dłoni. Nie odsuwam jej.

Na nasz widok Ron dosłownie promienieje.


Wszyscy sprzątają po sobie naczynia, zanosząc je do kuchni i wyrzucając do śmietnika resztki jedzenia, a Angelina myje je w zlewie wypełnionym bąbelkami. Nie jestem do tego przyzwyczajony. Moim zdaniem, na porządnym przyjęciu powinien być zatrudniony ktoś, kto zrobi to za gości. Decyduję się jednak trzymać język za zębami. Mimo wszystko był to przyjemny wieczór.

Jakimś sposobem zostaję w jadalni sam na sam z Hermioną. Wkładam pierścienie do serwetek do kredensu, słuchając dobiegającego z kuchni śmiechu innych. Angelina krzyczy na narzeczonego, żeby nie ważył się jej ochlapać jeszcze raz.

— Przepraszam za Rona — mówi Hermiona, nie patrząc w moją stronę. Zakłada kosmyk włosów za ucho. — Czasem nie zdaje sobie sprawy…

— W porządku. — Zamykam szafkę, a potem odwracam się i opieram o nią. Przyglądam się Hermionie. Jest dość ładna, jeśli rozpatrywać to w zwyczajowych kategoriach. Astoria była ładniejsza, choć muszę przyznać, że zęby Hermiony wyglądają lepiej. Wspominała, że jej rodzice są dentystami, co tłumaczy ten stan rzeczy. Lubiłem jednak malutką przerwę między przednimi zębami Astorii. Dodawała jej uroku. — Minęło już trochę czasu, odkąd ktoś mnie rozpoznał.

Kiwa głową, a potem kieruje na mnie wzrok.

— Mówiłeś, że miałeś żonę.

— Chcesz zapytać, czy jestem gejem? — Nie ma sensu owijać w bawełnę. Widziałem już to spojrzenie. Na jej przytaknięcie potrząsam głową. — Nie. Jestem biseksualny. Lubię i kobiety, i mężczyzn i nie jestem tym zakłopotany. Nie, nie mogę wybrać konkretnej płci, i nie, to nie jest tylko faza, w co wolałaby wierzyć moja matka. Czy to dla ciebie problem?

Hermiona unosi brew. Jest adwokatem, a ja nagle czuję się niczym wrogi świadek siedzący w sądowym boksie.

— Zakładam, że odbyłeś już kiedyś podobną rozmowę.

— Więcej niż raz — odpowiadam, krzywiąc się. Nie znoszę dyskutować o moich preferencjach seksualnych z ludźmi, których nie znam. To nie ich pieprzony interes, mówiąc bez ogródek. Jestem, jaki jestem i w końcu się z tym pogodziłem. — Z doświadczenia wiem, że ludzie nie wierzą w coś takiego, jak biseksualność.

— Mężczyźni zazwyczaj wybierają jedną płeć. — Zaciska usta. — Czytałam dość sporo o tym, że to kobiety posiadają bardziej płynne granice niż mężczyźni…

Przewracam oczami.

— A ja, jako mężczyzna, oświadczam ci, że nie pogardzę ani grubym kutasem, ani mokrą cipką.

Jej nozdrza rozszerzają się.

— Nie musiałeś być taki grubiański.

— A czy to nie grubiańskie wchodzić z buciorami w moje prywatne sprawy? — Wpatruję się w nią sceptycznie. — Wiesz, naprawdę, czasami heterycy są tak okropnie nietaktowni. Nie chciałabyś chyba, żebym wypytywał cię, co wyczyniasz w łóżku ze swoim Ronaldem, prawda? — W tym momencie jestem już zdenerwowany. — Jaką robi ci, do diabła, różnicę, kogo zapraszam do swojego łóżka?

Policzki Hermiony pokrywają się czerwienią.

— Ja nie… Nie miałam na myśli… Och, pieprzyć to. — Uśmiecham się do niej sarkastycznie, ponownie rozbawiony tym pełnym zakłopotania odwrotem, stosowanym przez tolerancyjne osoby wtedy, gdy ktoś wytyka im ich własne skłonności. Krzyżuje ramiona, a potem taksuje mnie wzrokiem, zaciskając usta. — Zrozum, jeśli mam być szczera, nie obchodzi mnie, z kim sypiasz. Ale nie chcę, żeby Harry cierpiał.

Och, a więc to taka rozmowa.

— Ledwie go znam — mówię, usiłując powstrzymać dreszcz. Oczywiście mi się nie udaje. Złe posunięcie. Na twarzy Hermiony wykwita triumf. Krowa.

— Ale lubisz go.

Czy ona naprawdę jest taka tępa? Nie potrafię kryć się z tym dłużej nawet sam przed sobą. Chcę dobrać się Potterowi do spodni. Niezwłocznie. To niemal zawstydzające.

— Jest dostatecznie pociągający, tak sądzę.

Toczymy walkę na spojrzenia, a żadne z nas nie chce doznać porażki. W końcu Hermiona wzdycha i opuszcza ramiona, garbiąc się lekko.

— Ktoś już go kiedyś zranił. Nie chcę, żeby przytrafiło mu się to ponownie.

— A ja myślę, że potrafi podejmować własne decyzje — odpowiadam. — Wydaje się być dorosły, tak jakby.

— Tak jakby. — Uśmiecha się lekko.

Podnoszę kieliszek i wręczam go jej.

— Nauczyłem się, że politycy zawsze posiadają bardziej irytujące cechy charakteru niż małe dzieci. Całkowity egocentryzm albo nierealistyczny idealizm. — Spoglądam na drzwi prowadzące do kuchni, a potem sięgam po niemal pustą butelkę z winem, wciąż stojącą na stole. Nalewam go Hermionie, a potem sobie. — Moja matka powiedziała mi kiedyś, żebym nigdy się z żadnym nie związywał. — Zaciskam wargi. — Niestety, nigdy nie słucham swojej matki.

— Bądź ostrożny, albo zdołasz sprawić, że cię polubię — mówi znad krawędzi kieliszka.

— Zobaczymy — prycham.


Potter wyłania się zza moich pleców, gdy zakładam kurtkę. Pomaga mi wcelować w rękawy, a ja oglądam się na niego. Reszta już się ulotniła. Ron i Hermiona wrócili do siebie godzinę temu, by dać w końcu wolne niani swojej córki i syna, a Luna i Rolf wyszli zaledwie przed kilkoma minutami, po tym, jak zbyt dużo wina wywołało u Rolfa diatrybę przeciwko globalnemu ociepleniu i głupocie upartych Jankesów dotyczącej Kyoto Protocol.****

— Specjalne układy, niech mnie licho…— burknął gorzko, rozlewając wino przy każdym wymachu ręką. — Pieprzyć ich wszystkich i Tony'ego Blaira też, i tak, kochanie, wiem, że ciągniesz mnie za ramię, ale to musi być powiedziane, bo Harry jest w rządzie i może coś z tym zrobić… Och, najmocniej przepraszam, Angie, słodziutka, czy to był bardzo drogi wazon?

Luna, z zaróżowionymi policzkami, wywlokła go za drzwi, obiecując, że otworzą kolejną butelkę, kiedy dotrą do domu.

— Twoi przyjaciele są dziwni — mówię, a Potter śmieje się w odpowiedzi.

— A zachowywali się dziś nalepiej, jak potrafią. — Jego dłoń spoczywa na moim biodrze, ciężka i ciepła. Przez moment jestem niemal pewien, że zamierza nachylić się i pocałować mnie w przedpokoju, ale odsuwa się na dźwięk ostrego stukotu obcasów Angeliny o czarno-białe płytki. Jestem rozczarowany. To bulwersujące, jak desperacko pragnę poczuć jego wargi na swoich.

Angelina pochyla się nad balustradą i posyła w naszą stronę uśmiech. Bawi się złotym łańcuszkiem, zapiętym na długiej szyi, ładnie błyszczącym na tle jej ciemnej skóry.

— Czy mam zadzwonić po taksówkę, Draco?

— Nie ma takiej potrzeby — odpowiada Potter, zanim zdążę otworzyć usta. Wciąż nie zdjął dłoni z mojego biodra. — Zadbam o to, żeby dotarł bezpiecznie do domu.

— Tak, jestem pewna, że zadbasz — mówi Angelina, wlepiając we mnie świdrujące spojrzenie.

Ignoruję to i całuję ją w policzek.

— Wspaniała kolacja — mówię.

Potter przepuszcza mnie przez próg, krzyczy jeszcze „Zafunduj George'owi porządne pieprzenie!", na co Angelina, śmiejąc się, zatrzaskuje za nami drzwi.

Schodząc niedbale ze schodów, Potter chowa ręce w kieszeniach.

— A więc… — mówi, a potem zwilża dolną wargę w geście zdenerwowania, co uznaję za dziwnie urocze.

— Więc — krzyżuję ręce na piersi. — Mogłeś wspomnieć, że wiesz, kim jestem.

— Oczywiście, mogłem. — Potter wygląda na zmieszanego. — Ale nie wiedziałem, czy nie weźmiesz mnie za jakiegoś obsesyjnego prześladowcę krykiecistów.

— A jesteś nim? — Unoszę brew.

— Chciałbyś, żebym był? — Uśmiecha się do mnie szeroko, pokazując błyszczące, białe zęby.

Nie potrafię mu się oprzeć.

— Przekonamy się.

Potter przeczesuje włosy dłonią, co ani trochę ich nie ujarzmia.

— Dopingowałem Surrey. Anglii też, ale zawsze byłem za Surrey. Widziałem cię na stadionie Oval.

— To było całe wieki temu… — mówię cicho. Nie mogę na niego patrzeć. Nie lubię wspominać tamtych dni.

— Wiem.

Przez chwilę stoimy w ciszy. Bawię się guzikiem od kurtki i wzdycham.

— No dobrze. — Rozglądam się po ulicy. — Masz samochód?

Odchrząkuje, przestępując z nogi na nogę.

— Tak, ale… jest w Kennington. — Posyła mi przepraszający półuśmiech. — Gdy jestem w mieście, łatwiej jest jechać metrem.

Przejeżdżam dłonią po twarzy.

— Pewnie lepiej byłoby, gdyby Angelina zadzwoniła po taksówkę. — Spoglądam na niego i pocieram nos. — Nienawidzę metra. Jest okropnym, brudnym, przerażająco śmierdzącym środkiem transportu, do tego, jak na mój gust, zbyt zatłoczonym.

Potter sięga po moją dłoń.

— Ale czasem… — mówi ze śmiechem — to idealna wymówka, by oprzeć się o kogoś wyjątkowego.

Kciukiem zatacza kręgi na moim nadgarstku. Rumienię się pod jego ciepłym spojrzeniem.

— No tak. — Staram się ukryć uśmiech, ale moje próby schodzą na marne, gdy Potter prowadzi mnie w stronę stacji Notting Hill Gate. — Myślę, że ma to swoje zalety.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ


* brytyjska organizacja zajmująca się pomagająca dzieciom z różnorakimi zaburzeniami zdrowia

** brytyjska sieć sklepów oferująca szeroką gamę alkoholi, w tym wina

*** angielski klub piłkarski; dwukrotny zdobywca pucharu UEFA

**** uzupełnienie Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych dotyczące zmian klimatu i porozumienie w sprawie przeciwdziałania globalnemu ociepleniu