Tłumaczenie za zgodą autorki.

Beta: Donnie


ROZDZIAŁ TRZECI, CZĘŚĆ TRZECIA

W metrze Potter spędza większą część dwudziestominutowej podróży, obijając się o mnie i przyciskając mnie biodrami do drzwi. Podtrzymuje się chromowanej rury i plecie coś o swym oddaniu drużynie Surrey. To wystarcza, by doprowadzić mnie do szaleństwa i, wcale nie przejmując się otaczającym nas tłumem, zastanawiam się, czy go nie pocałować, żeby w końcu się zamknął. Mówię mu to, a on odpowiada śmiechem i obserwuje mnie przez półprzymknięte powieki, kiedy ja łapię go za ramię, by nie zachwiać się, gdy metro wjeżdża na stację Westminster.
— Jesteś niepoprawny — mówię do niego, przechodząc przez drzwi, które otwierają się z sykiem, a perfekcyjnie wymodulowany głos przypomina uprzejmie, bym uważał na odstęp między torem metra a peronem.
Potter wykrzywia tylko usta w uśmiechu i podąża za mną w kierunku ruchomych schodów.
Lampy rozsiewają delikatne, złoto-pomarańczowe światło, oświetlając chodniki i fasady kamiennych budynków rządowych, a rześki wietrzyk wzbija w powietrze świeżo opadłe liście. Idziemy w ciszy wzdłuż Parliament Square, zmierzając w kierunku katedry Broad i Victoria Street. Żaden z nas nie chce się spieszyć.
— Dorastałeś tu, prawda? — pyta w końcu Potter, oglądając się na mnie. — To znaczy, z ojcem w parlamencie i tak dalej... — Zatrzymuję się na rogu Little George Street i spoglądam na niego. Nie odpowiadam. Wiatr zarzuca mi włosy na policzek, a Potter wyciąga dłoń i zakłada mi kosmyki za ucho. — Twoje nazwisko nie jest zbyt częste — kontynuuje miękkim głosem. — A ja kręciłem się przez jakiś czas po parlamencie — uśmiecha się. — Wspominałem już coś o roli prześladowcy, prawda? Angelina odpowiedziała mi na kilka pytań po tym, jak cię zauważyłem.
— Zauważyłeś mnie.
Potter przygląda mi się.
— Czy to nie oczywiste?
— Być może. — Zaciskam poły kurtki. — Wybacz. Po prostu nie jestem w najlepszych stosunkach z moim ojcem.
Mija nas para, która posyła w naszą stronę ciekawskie spojrzenia. Gdy przechodzą, Potter zaciąga mnie w strefę cienia pod jednym z budynków.
— Czy to dla ciebie za bardzo w stylu torystów? — pyta zwyczajnie.
— Zawsze głosowałem na konserwatystów — odpowiadam i pociągam nosem. — Zostałem wychowany po to, by wznosić modły ku Margaret Thatcher.
— To naprawdę przerażająca myśl — stwierdza Potter, a ja odpowiadam śmiechem.
— Lepsza ona niż Tony.
Ponawiamy przechadzkę.
— Zawsze miałem słabość do Paddy'ego Ashdowna. — Szczerzy się w moją stronę. — A z drugiej strony, wychował mnie profesor, który uwielbiał filozofować na temat Kafki i Kierkegaarda, ale od prowadzenia wykładów wolał palić zioło i jeździć na motorze.
— Idealne fundamenty rozwoju dla każdego liberała. — Żałuję, że nie mam spinki, by zebrać nią włosy. Znów odgarniam je z twarzy. — Twoi rodzice muszą być z ciebie zadowoleni.
Potter krzyżuje ręce na piersi. Koszulka marszczy się pomiędzy połami kurtki.
— Zginęli, gdy byłem dzieckiem. Wypadek samochodowy. — Dotyka swojej blizny na czole. — A ja skończyłem z tym.
— Och. — Drżę pod wpływem wiatru. — Więc byłeś w samochodzie.
Przytakuje.
— Nie pamiętam tego. Moje wujostwo zabrało mnie na kilka lat, a potem przygarnął mnie ojciec chrzestny, który wrócił wtedy do kraju. Przejście z monotonii szeregowych domków w Little Whinging do tego, co zdaniem Syriusza stanowiło miejsce odpowiedniej edukacji, było dla mnie sporym szokiem.
— Mogę sobie tylko wyobrazić. — Bawię się brzegiem mankietu mojej kurtki. Nad nami górują iglice katedry Westminster Abbey. — Astoria zginęła w wypadku. Nasz syn siedział na tylnym siedzeniu. — Spoglądam na niego. — Dokładnie w tym samym czasie kolega z drużyny zajmował się moim kutasem, a ja potem miałem opowiedzieć jej, jak było. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
— Nie mogłeś zapobiec wypadkowi — mówi Potter, jednak zbyt łagodnym tonem, by mnie pocieszyć.
Zaciskam usta i przyglądam się przejeżdżającej obok czarnej taksówce.
— Może tak, a może nie. I tak nie ułatwia mi to całej sytuacji.
— I dlatego porzuciłeś krykieta? — Potter skręca na Tothill Street, a ja depczę mu po piętach. — Bo powinieneś przy niej być, ale cię przy niej nie było?
— Nie. — Kierowca samochodu trąbi na mnie, gdy przechodzę przez pasy. Potter czeka przy krawężniku. — Mam syna…
— Mogłeś zabrać go ze sobą. Albo zatrudnić nianię. Cokolwiek, jeśli tylko chciałeś grać. — Wpatruje się we mnie.
— To nie takie proste — odcinam się.
— Nic nie jest proste. — Potter zatrzymuje się przed kawiarnią. W oknach nie świeci się światło, w restauracji Grega również jest już ciemno. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest tak późno. Potter ponownie sięga po moją dłoń. Jego palce owijają się wokół moich. Są ciepłe, gładkie i silne. — Nadałeś kawiarni nazwę określającą sposób na usunięcie z boiska wybijającego. Nie potrzeba żadnego stopnia naukowego z psychologii, żeby to zobaczyć.
— Tęsknię za tym — mówię miękko. Po raz pierwszy przyznaję to głośno. Moje gardło oplata węzeł, ciasny i bolesny. — Tęsknię za nią.
— Wiem — odpowiada Potter, a potem całuje mnie, jego usta poruszają się na moich. Są spierzchnięte i szorstkie i czuję się zupełnie inaczej niż z Astorią, Olivierem, Rogerem, Quentinem, całym szeregiem kobiet i mężczyzn, których zabierałem do łóżka na jedną noc od czasu pogrzebu Astorii.
Potter przyciska mnie do drzwi kawiarni. Przez grubą szybę słyszę dźwięk dzwonka. Obejmuje dłońmi moją twarz, zębami przygryza moją wargę. Nie mogę się powstrzymać i łapię go za ramiona. Jestem od niego wyższy, ale tylko trochę.
— Harry — mówię, dotykając jego warg i łaknąc oddechu, a potem powracam do smakowania jego ust, słodko-kwaśnych od wina.
Potter śmieje się lekko, a ciepłe obłoczki wydychanego powietrza otulają moją skórę.
— To pierwszy raz, kiedy wypowiedziałeś moje imię — mruczy, przesuwając ręce na moje biodra. Napiera kciukami na krawędź moich dżinsów, przez białą, bawełnianą koszulę masuje nimi wystające kości biodrowe.
— Harry — powtarzam ze śmiechem i zanurzam dłonie w jego włosy, przyciągając do kolejnego pocałunku.
Jest niespieszny i głęboki i sprawia, że mój członek przeszywa bolesne pragnienie. Jęczę cicho, wyginając biodra w jego stronę. Harry nabiera gwałtownie powietrza i przyciąga mnie do siebie, napierając na moje krocze. Czuję przez jego spodnie, że jest twardy i gorący, a to skłania mnie do uśmiechu, zatopionego w pocałunku.
Odsuwam się.
— Chodźmy do środka.
Harry przytakuje. Usta już w tej chwili ma opuchnięte i mokre. Chcę znowu go pocałować, przesunąć zębami po pełnej, dolnej wardze, ocierając się o niego chcę usłyszeć, jak oddech grzęźnie mu w gardle.
Drżącymi dłońmi wyciągam klucze z kieszeni — mogę dodać, że z pulsującą erekcją to nie lada wyczyn — i mocuję się z zamkiem u drzwi, przeklinając, gdy dwukrotnie niemal upuszczam kółeczko z cholernymi kluczami. W końcu otwieram drzwi i obaj wpadamy do środka, zamykając je z głośnym trzaskiem. Przekręcam klucz w zamku i odwracam się do Harry'ego.
Ma zmierzwione włosy, spogląda na mnie zza okularów roziskrzonym spojrzeniem. Zapięcie jego dżinsów napina się pod naprężonym członkiem. Klękam, popychając go na najbliższy stół.
W mgnieniu oka staczam walkę z paskiem u jego spodni, po czym spoglądam w górę.
— Potrzebuję… — wyrzucam z siebie, a Harry jęczy, zaciskając mocno palce na blacie stołu.
— Tak — mówi, a ja już rozpinam mu rozporek. Przyciskam usta do miękkiej, bawełnianej powierzchni jego slipów. — Boże — szepcze, patrząc na mnie z góry.
Minęło już tak dużo czasu, odkąd ostatni raz to robiłem. Zbyt długo, od kiedy czułem w ustach gładką skórę penisa. Uwielbiam je ssać. Uwielbiam od pierwszego razu, kiedy to, jeszcze jako student, późno w nocy pochylałem się nad Justinem, który instruował mnie, jak mam to robić. Uwielbiam smak spermy, jej zapach, to uczucie, gdy zalewa moje usta, a czyjeś ciało pode mną drży z rozkoszy.
Członek Harry'ego jest cudowny. Gruby i krótki, ciężki, gdy go podnoszę. Jądra ma ciemne i pełne, miękkie włoski drażnią mój język. Harry łapie gwałtownie powietrze, gdy wciągam jedno z nich w usta i wbijam palce w jego biodra. Jest naprawdę wspaniały i od dawna nie chciałem nikogo bardziej, niż jego teraz.
Liżę tył jego penisa, odciągając napletek językiem i wsuwając zaczerwienioną główkę do ust. Opadnięte okulary balansują Harry'emu na koniuszku nosa. Spod jego powiek błyskają iskry, gdy obserwuje mnie z pół otwartymi ustami, z trudem łapiąc oddech.
— Draco… — mówi i zaciska palce na stole. Jego knykcie są już białe.
Wsuwam i wysuwam go powoli, biorąc go w usta tak, że czubek dotyka mojego gardła. Niemal się duszę – minęło sporo czasu, odkąd robiłem to po raz ostatni — pohamowuję się jednak, cofam lekko, robiąc wydech i przełykając ślinę wokół jego penisa. Harry wypycha biodra, niemal wytrącając mnie z równowagi. Przytrzymuję je, nakazując mu tym stać nieruchomo. Jego głośny i nierównomierny oddech doskonale słychać w pogrążonej w ciszy kawiarni. Czuję zapach fasolek kawy, które wypalałem jeszcze przed dzisiejszym wyjściem. Znów wdycham powietrze, przyciskając nos do ciemnych kędziorków pokrywających jego pachwinę, po czym przesuwam się w kierunku brzucha. Ostry, piżmowy zapach wypełnia moje nozdrza.
Jestem boleśnie twardy, więc przesuwam się na kolanach i sięgam dłonią, by rozpiąć swój rozporek, równocześnie przesuwając ustami po członku Harry'ego.
— Chryste, tak – wyrzuca z siebie Harry. – Dotykaj się.
Robię wszystko, by nie doprowadzić siebie do końca zbyt szybko. Zamiast tego odsuwam się, pozwalając penisowi Harry'ego z mokrym plaśnięciem wyskoczyć z moich ust. Przesuwam palcami po wybrzuszeniu mojej bielizny, pocierając jedwab na główce penisa. Odpycham się nieco dłonią i spoglądam w górę na Harry'ego, rozciągając na członku tkaninę, na której tak szybko pojawiła się wilgotna plama.
— Widzisz, co ze mną robisz? — mówię, a Harry śmieje się cicho.
Zaraz jednak zamiera w bezruchu, gdy uwalniam penisa ze swoich bokserek i owijam palce wokół nasady. Głaszczę kciukiem żyłkę, starając się ukryć drżenie dłoni. Pragnienie na twarzy Harry'ego sprawia, że zaciska mi się żołądek i nabieram powietrza.
— Harry — mówię, a on podnosi mnie, przyciąga i całuje wściekle. Nasze członki dociskają się do siebie. Chwiejemy się i natychmiast zaplatam ręce na jego szyi, gdy ramiona uderzają o gablotę z deserami. Strącam metalową puszkę, a sztućce, które się w niej znajdują, rozsypują się po podłodze. Łyżka chrupie pod butem Harry'ego, gdy zdejmuje moją kurtkę. Pozwalam jej opaść i pomagam mu zdjąć również sweter. Opieram się plecami o szkło gablotki, czując jej chłód przez cienką, bawełnianą koszulę. Wzdycham.
— Podoba ci się, prawda? — Harry uśmiecha się do mnie szeroko i wypycha biodra do przodu, napierając na mojego penisa. Oddech utyka mi gdzieś w gardle.
— Spraw, żebym doszedł — szepczę i całuję go, wplatając palce w krótkie, gęste włosy.
Ręka Harry'ego obejmuje nasze członki. Jęczy, gdy przesuwa dłonią w górę i w dół, dociskając je do siebie i poruszając biodrami. Gryzę go w szczękę. Przesuwam zębami po miękkiej, ciepłej skórze.
Drżę. Napieram na niego, głaszcząc go wzdłuż pleców, wślizgując się pod kurtkę i koszulkę, która marszczy się, gdy rozpościeram palce, przesuwając nimi po kręgosłupie. Oddycham ciężko, tuż przy jego szyi.
— Chryste — mówi Harry. Jego głowa opada na moje ramię, gdy palce prześlizgują się po wilgotnym napletku. Nie mogę przestać się poruszać, napierać na niego. Mój członek ślizga się w jego dłoni, ocierając się o jego penisa. Minęło tak cholernie dużo czasu… Nie mogę się dłużej powstrzymywać.
A potem Harry odsuwa się i oplata wokół mojego członka ciężką i gorącą dłoń, porusza nią szybko i mocno. Podnosi głowę i obserwuje moją twarz. Podnosi mi koszulę do góry i nakreśla kciukiem małe kółka wokół pępka.
Zagryzam dolną wargę i wczepiam się palcami w jego plecy.
— Ja… — Mój głos staje się cieńszy, przeciągając ten jeden wyraz do momentu, w którym zmienia się w drżący oddech. Wyginam plecy, napinając mięśnie. Zaciskam pięści na ciężkiej tkaninie kurtki Harry'ego. — Boże…
Dochodzę z krótkim okrzykiem, a grube strumienie spermy wytryskują na jego palce i wsiąkają w koszulkę. Opadam na niego, niezdolny do utrzymania się na drżących nogach. Harry opiera mnie o gablotkę.
— Draco — szepcze tuż przy mojej szczęce. — No dalej, potrzebuję… — Jęczy i ociera gorący i wilgotny członek o mój brzuch.
Odwracam głowę i całuję go powoli i leniwie. Moje palce suną po jego wilgotnej skórze, zmierzając pod pasek spodni do gładkich powierzchni pośladków.
— Harry — mruczę i wypycham biodra w jego stronę, podkręcając je przy tym tak, by jego członek prześlizgnął się po moim brzuchu. Harry drży, a ja odpowiadam na to śmiechem. To wspaniałe wiedzieć, jak bardzo mnie pragnie. Zapomniałem już, jaką siłę daje całkowita władza.
Wsuwam dłoń pomiędzy nasze ciała i zaciskam ją na jego penisie. Wstrząsa nim dreszcz, a ja znowu go całuję, tym razem mocno, szybko i niedbale, a potem opadam na kolana.
— Chcę cię połknąć — mówię, a on patrzy na mnie z góry pociemniałymi oczami. Biorę go w usta. Jego wilgotny członek zostawia w nich gorzki i cierpki posmak, a gdy zaczynam lekko ssać główkę, Harry syczy i kładzie lepkie palce na gablotce za moimi plecami.
— Draco. — Jego oddech jest teraz urywany i gwałtownie grzęźnie mu w gardle, gdy wsuwam jego penisa jeszcze głębiej w usta, dociskając go do podniebienia i przesuwając po nim językiem. W odpowiedzi wypycha biodra do przodu. Tył jego głowy uderza w gablotę z deserami. Nic mnie to nie obchodzi. Harry drży, wczepiając się palcami w szklaną ściankę. — Jezu…
Zaciskam usta na jego członku i zmieniam kąt, tak że z każdym pchnięciem bioder pieprzy teraz mój policzek.
Jego orgazm jest silny, zalewa moje usta kwaśną spermą, którą gorliwie połykam. Zsuwa ręce po szklanej gablocie i zaczyna opadać do przodu, ale w porę łapię go za biodra.
Zlizuję ostatnie krople, a potem odsuwam się. Kolana trzeszczą mi, gdy powoli się podnoszę. Pozostałość po karierze krykiecisty.
Harry opada na podłogę obok kasy.
— Kurwa — rzuca gorączkowo. Sięga po moją dłoń i przyciąga bliżej, a potem pochyla się, by mnie pocałować. Jego język prześlizguje się po moim i wiem, że czuje smak samego siebie. Przeszywa mnie dreszcz i odsuwam się.
— Chodź ze mną na górę. — Niemal nie mogę uwierzyć, że to mówię. To naprawdę nie w moim stylu. Być może orgazm dotknął również mojego umysłu.
Harry dotyka mojego policzka.
— Jesteś pewien? — Przesuwa kciukiem po moich ustach. Całuję opuszek.
— Tak. — I, co bardzo dziwne, naprawdę jestem. To szaleństwo, zdaję sobie sprawę z tego faktu. Ledwie go znam. Nie obchodzi mnie to. Nie potrafię znieść myśli, że odejdzie. To niepokojące, jestem przyzwyczajony do partnerów na jedną noc i niezobowiązującego seksu w kabinach toaletowych. Ostatnią osobą, którą poprosiłem, by została na noc, była Astoria. Nie chcę o tym myśleć. Doprowadzam się do porządku, zapinam spodnie, podnoszę kurtkę i sweter. Przerzucam je sobie przez ramię. — Spędź ze mną noc, Harry — mówię, nie patrząc na niego. Serce łomocze mi w piersi. Po raz pierwszy od lat jestem przerażony wizją odmowy.
Harry splata moje palce ze swoimi.
— Dobrze — odpowiada.
Wypuszczam powietrze. Nie jestem do końca przekonany, czy to z powodu ulgi.


Gdy otwieram drzwi do mieszkania, wciąż trzymam dłoń Harry'ego.
Millicenta i Greg leżą razem na kanapie w migającym świetle telewizora.
— Na Boga, najwyższy czas! — mówię, a Milli odsuwa się od Grega z zaróżowionymi policzkami i na wpół rozpiętą bluzką. Dostrzegam o wiele więcej jej biustu niż życzyłbym sobie zobaczyć. Doprowadza się do porządku i spogląda na mnie, podnosząc podbródek. — Mam ogromną nadzieję, że mój syn już śpi — dodaję, rzucając sweter i kurtkę na otomanę, a Greg parska i pokazuje mi dwa środkowe palce, siadając. Jest do połowy nagi, ale na szczęście do jego nagości już zdążyłem się przyzwyczaić. Harry za to odkasłuje i odwraca wzrok.
Greg mierzy wzrokiem na wpół rozpięte dżinsy Harry'ego i jego zabrudzoną spermą koszulkę, a potem przenosi wzrok na moje zmierzwione włosy i tylko po części włożoną w spodnie koszulę. Jestem niemal pewien, że tuż pod szczęką Harry'ego widnieje malinka.
— A więc kolacja się udała? — pyta niewinnie, a Millicenta prycha tuż za jego plecami.
— Oczywiście. Pomijając tofu — odpowiadam, a Greg się krzywi. Nigdy nie przyprowadziłem nikogo do domu. Nigdy. Ani kobiety, ani mężczyzny. Muszę myśleć o Scorpiusie. Greg znów spogląda na Harry'ego i niemal widzę trybiki w jego głowie, gdy łączy brwi w jedną linię.
— Powiedziałabym nawet… — mruczy Milli — że musiała być raczej… — Zawiesza wzrok na niezapiętym pasku u moich spodni — Fajerwerkiem rozkoszy.
— Och, odpieprz się. — Posyłam jej gniewne spojrzenie, a ona tylko kąśliwie się uśmiecha. — Zostawimy was lepiej samych. — Popycham Harry'ego w stronę korytarza do mojej sypialni i wychodzimy, zanim Greg zdąży zadać kolejne pytanie.
— Poszło nawet gładko — prycha Harry.
Uciszam go pocałunkiem. Jest niespieszny i długi. Harry wplata palce w moje włosy, odgarnia kosmyki z twarzy, głaszcze kciukiem moją skroń.
— Draco, chcę… — Tracimy równowagę i boleśnie uderzamy o ścianę, przekrzywiając przy tym oprawione w ramkę zdjęcie Astorii ze Scorpiusem. Ręcę Harry'ego wędrują z mojej twarzy do bioder. Łapie mnie mocno i przyciąga do siebie. Przygryza skórę na mojej szyi, ssie ją, a potem zlizuje uczucie ostrego pieczenia. — Tym razem chcę skończyć w tobie. — Palcami rozszerza mi pośladki.
Przesuwam wargami po jego szczęce. Potrzebuje golenia, jego zarost wywołuje na ustach wrażenie chropowatości.
— Sądzę, że to da się zrobić.
Mruczy i napiera na mnie.
— Chryste, doprowadzasz mnie do szału…
— I bardzo dobrze. — Przesuwam knykciami po na wpół rozpiętym rozporku u jego spodni i delikatnie naciskam na pulsujący członek. Ten gest wydobywa z niego urwany wdech, a chwilę później Harry wypuszcza lekko powietrze tuż koło mojej szczęki. — Bądź cicho. — Odsuwam się, odpinając koszulę. Harry śledzi moje palce intensywnym spojrzeniem. — Albo obudzisz Scorpiusa. — Zsuwam z siebie koszulę i wchodzę do sypialni.
Harry, z pociemniałym, skrzącym się z pożądania wzrokiem, odpycha się od ściany.
— A tego nie chcemy, prawda? — Dłonie znów chwytają za moje biodra. Uśmiecham się, gdy Hary zamyka za nami drzwi sypialni.


Zegar na szafce nocnej rzuca na moją twarz czerwony blask. Mrugam powiekami, starając się otrząsnąć ze snu. Druga osiemnaście. Zbyt wcześnie na to, by obudził mnie budzik. Ledwie jestem świadom ramienia, które mnie oplata i dłoni spoczywającej na moim biodrze. Harry. Uśmiecham się. Prawdopodobnie nie spałem dłużej niż godzinę. Mój tyłek dalej jest obolały i rozciągnięty, jestem niemal pewien, że na ramionach mam odciski po wezgłowiu łóżka. Poza tym naprawdę potrzebuję prysznica.
Zastanawiam się, ile czasu przyjdzie mi czekać, zanim będę mógł obudzić Harry'ego na kolejną rundkę.
— Tatusiu… — Słyszę szept dochodzący z progu drzwi i zamieram w bezruchu, wdzięczny za pościel, która osłania do talii mnie i Harry'ego. Malutkie, ubrane w skarpetki stopy tupią po drewnianej podłodze. — Tato — szepcze znowu Scorpius, tuż obok mnie, klepiąc mnie po ramieniu. — Tato.
Podnoszę się i opieram na łokciu.
— Powinieneś być w łóżku.
Scorpius patrzy na mnie przez niesforne, jasne kosmyki.
— Nie mogę zasnąć. — Żuje brzeg satynowego wykończenia swojego ulubionego niebieskiego kocyka, który moja matka podarowała mu z okazji narodzin. Z jego drugiej dłoni zwisa pluszowy miś Shoo-shoo.
— Nie możesz zasnąć. — Wzdycham i siadam.
Scorpius przytakuje.
— Mogę spać z tobą? — Jego różowe, wygięte usta drżą nieznacznie. — W moim łóżku są potwory.
Czuję, jak Harry porusza się za moimi plecami.
— Odwróć się — mówię do Scorpiusa i gdy tylko wykonuje moje polecenie, rzucam się po bieliznę, pochylając się przy tym nad Harrym.
— O co chodzi? — mamrocze sennie, przytrzymując mnie na tyle, by złożyć na moich ustach lekki pocałunek.
— Scorpius. — Odsuwam się i wkładam bokserki pod kołdrą. — Wybacz… Najwyraźniej potwory dały mu nieźle w kość.
— Zawsze tak ma? — Harry wstaje. Scorpius już się odwrócił i teraz obserwuje go z ciekawością. — Cześć — mówi Harry i mój syn pochyla głowę, zawstydzony. Szturcha palcem jeden z nadrukowanych na jego piżamce samochodzików, nadal trzymając w buzi brzeg kocyka.
Wyślizguję się z łóżka i podnoszę go. Shoo-shoo uderza mnie w nagie plecy, a jego czarne, błyszczące oczy drażnią skórę.
— Kto to? — szepcze Scorpius, jednak zbyt głośno, na co Harry odpowiada śmiechem. Właśnie nakłada na siebie bieliznę, a ruch jego bioder pod pościelą wywołuje u mnie dreszcz wzdłuż całego kręgosłupa.
— Mam na imię Harry. — Wstaje i w ułamku sekundy zdejmuje poszewkę na kołdrę, a potem prześcieradło. — Gdzie trzymasz… — Spogląda na mnie i podnosi wilgotną pościel, po czym wskazuje nią na drzwi.
— Szafa w korytarzu — odpowiadam.
Scorpius obserwuje, jak Harry, przytaknąwszy, wychodzi.
— On też boi się potworów? — pyta, a kąciki moich ust drżą.
— Coś w tym stylu.
Harry wraca z czystą pościelą. Ziewa, gdy rozciąga prześcieradło na łóżku i zaciąga rogi za materac.
— Nie masz nic przeciwko, prawda? — pytam, kładąc Scorpiusa na łóżku. Podskakuje, wypinając pupę do góry i przytulając się do mojej poduszki. Scorpius przekręca się na plecy i, wgryzając się w koc, śmieje się do Harry'ego. — Mógłbym położyć go spać w jego łóżku, ale i tak wróci tu za piętnaście minut.
Harry układa się obok Scorpiusa i nakrywa ich obu kołdrą.
— Oczywiście, że nie. — Trąca małego łokciem w ramię. — Potworów trzeba unikać.
Scorpius przytakuje.
— Złe potwory. — Szczerzy się do Harry'ego, odsłaniając zęby. — Jedzą ludzi, gdy śpią.
— To bardzo szkodliwe dla zdrowia — stwierdza Harry poważnym tonem, a Scorpius klepie go po twarzy, gdy wślizguję się pod kołdrę tuż obok niego.
— Tata je odgania — Wierci się koło mnie, boleśnie przyciskając stopy do mojego uda. Przytula Shoo-shoo i kładzie głowę na poduszce Harry'ego. — Mogę tak?
— Możesz. — Harry spogląda na mnie i uśmiecha się. Czuję, jak moje serce drży, gdy Harry dotyka lekko policzka Scorpiusa, a potem oplata nas obu ramieniem. Patrzy na mnie i układa usta w słowo „Śpij", a potem zamyka oczy.
Zaczynam myśleć, że prawdopodobnie jestem porąbany.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ