Tłumaczenie za zgodą autorki.

Beta: Donnie


ROZDZIAŁ TRZECI, CZĘŚĆ CZWARTA

Harry wychodzi o szóstej nad ranem. Kilka chwil wcześniej wyswobadza się z pościeli i nóg Scorpiusa, które w jakiś sposób w ciągu ostatnich trzech godzin znalazły się na jego klatce piersiowej. Głowa mojego syna wciśnięta jest w moje biodro, a z kącika ust po podbródku spływa mu strużka śliny.
— Zadzwonię do ciebie...? — pyta Harry z pełnym nadziei wyrazem twarzy. Nakłada okulary na nos i zakłada t-shirt.
— Po tym, co pozwoliłem zrobić ci ze mną ostatniej nocy, mam taką cholerną nadzieję. — Ostrożnie odsuwam się od Scorpiusa i wstaję powoli. Mój syn zwija się w kłębek i z westchnieniem naciąga koc na ramię. Dzięki Bogu nadal śpi.
Harry śmieje się i zapina guziki dżinsów.
— A więc wieczorem. Posiedzenie jest dzisiaj tylko do szóstej.
Przy drzwiach dwukrotnie całuję go na pożegnanie, potem udaję się pod prysznic, po czym zostawiam Gregowi wiadomość, gdzie ma szukać Scorpiusa, gdy się obudzi. Greg podaje mu śniadanie i zawozi do przedszkola Montessori „Małe Elfy" w dzielnicy Marylebone. Ja odbieram go w pół do piątej, gdy tylko zamykam kawiarnię.
Poranna klientela przemyka mi przed oczami niczym rozmazana plama. Millicenta spóźnia się dwadzieścia minut, ale z uwagi na to, że jestem dziś w naprawdę przyzwoitym nastroju, karcę ją tylko krótko za opieszałość, w odpowiedzi dostając od niej uniesioną brew.
— Powinieneś częściej zapraszać kogoś do łóżka — mówi, podając filliżankę podwójnego espresso z niskotłuszczowym mlekiem Kitty Ussher, która wygląda na spracowaną i zmęczoną. Przypuszczam, że prześladowanie przez dziennikarzy „Telegraph" za „poproszenie" podatników o zapłacenie dwóch tysięcy funtów na renowację domu mogło być powodem bezsenności.
— I kto to mówi... — Mijam ją i sięgam po croissanta z gabloty na desery, po czym kładę go na talerz asystenta Hazel Blears. Czuję ciepło rozchodzące się po policzkach, gdy uświadamiam sobie, że na szkle nadal widoczne są odciski palców.
Ja poszłam do domu — prycha Millicenta, a na moje sceptyczne spojrzenie wzrusza ramionami. — Preferujemy wolniejsze tempo.
Wywracam oczami.
Gdy do kawiarni wchodzi Pansy, jest za piętnaście jedenasta. Siedzę przy jednym ze stolików, przeglądając listę produktów, jakie mam na stanie, by po południu złożyć zamówienie u hurtowników. Tuż obok mnie po szybie kawiarni spływają strugi deszczu, przez który ulicę osnuwają szarości, przecinane od czasu do czasu błyskiem rozmazanej czerwieni jadącego autobusu lub żółci parasola. Pansy opada na krzesło naprzeciwko mnie. Spoglądam na nią, stukając ołówkiem o blat stołu.
— Kochanie. — Wygląda ponuro. Prostuję plecy, zaniepokojony. Jeśli tylko nie wymaga tego sytuacja, Pansy nigdy się nie krzywi. Panicznie boi się zmarszczek.
— Co się stało?
Kładzie egzemplarz „Daily Mail" na moich dokumentach.
— Widziałeś to już?
Zaprzeczam. Nie pojawił się jeszcze nikt ani z „Daily Mail", ani z „The Sun"** pod pachą. Oczywiście wszyscy je czytają, ale żaden człowiek nie śmie wnosić ich do kawiarni. Przebiegam wzrokiem po nagłówkach. Większość strony zajmuje ogromna fotografia kaczek Sir Petera Viggersa, a obok niej widnieje mniejsza, przedstawiająca go samego, ośmielającego się usprawiedliwiać wydanie prawie dwóch tysięcy funtów na wodny domek dla swego ptactwa.***
Pansy pomalowanym na czerwono paznokciem wskazuje prawy górny róg gazety. Moje gardło ściska ciasny węzeł. Ja i Harry całujemy się na fotografii przy gablocie z deserami. W poprzek przecina ją napis: „Seks skandal członka parlamentu". Z gwałtownie bijącym sercem przeskakuję kilka stron dalej. Artykuł znajduje się na czwartej stronie. Afera finansowa w jakiś sposób odciągała od niego uwagę, nawet w „Daily Mail", ale fotografia jest większa i wyraźniejsza. Przy tekście widnieje nazwisko Alfiego. Dzięki Bogu artykuł jest krótki, za to pełen spekulacji. Ojciec i jego nierozwaga został wspomniany dwa razy.
— Kurwa — mówię, zamykając oczy. Kurwa, kurwa, kurwa.
Pansy kładzie dłoń na mojej.
— To tylko „Daily Mail". Może nikt, kto się liczy, nie przeczyta...
— Nonsens. Do siedemnastej rozniesie się po całym Westminsterze i wiesz to tak dobrze, jak ja.
— Wiem — Pansy przygryza swoją pomalowaną wiśniową pomadką wargę. — Co masz zamiar zrobić?
Wzdycham i wlepiam wzrok w szybę.
— Nie mam cholernego pojęcia.
Wiem tylko, że jeśli zobaczę Alfiego Harta, sprawię, że połknie wszystkie swoje pierdolone zęby.
Nie mam nawet pojęcia, co na to Harry.


Godzinę później dzwoni do mnie asystentka mojego ojca. Brzmi jakby była rozdrażniona i zmęczona. Lucjusz jest jednym z tych, który zatrudnia personel na pół etatu. Podczas posiedzeń parlamentu, w których uczestniczy ojciec, Sophie kilka godzin w tygodniu spędza przy jego biurku, panując nad jego terminarzem i pomagając całować tyłek przywódcy torystów.
— Chce cię teraz widzieć — mówi, a jej głos trzeszczy w słuchawce telefonu. Słyszę donośny stukot jej obcasów, odbijający się echem w korytarzu Westminster Palace. — Za pół godziny wychodzi na posiedzenie.
Nie chcę iść, ale nie mam wyboru. Matka już zdążyła do mnie zadzwonić, zbulwersowana po tym, jak ciotka Andromeda wysłała jej maila z linkiem do atrykułu na stronie internetowej „Daily Mail". Nie miałem pojęcia, że matka potrafi obsługiwać komputer. Podejrzewam, że muszę winić za to wujka Teda. Nie jestem pewien, co bardziej ją oburzyło — fakt, że zostałem złapany z politykiem in flagrante delicto*, czy może fakt, że rzeczony polityk jest liberałem. Sądzę, że wolałaby, gdybym do zabawy kutasem wybrał sobie porządnego konserwatystę.
Tak więc wpół do dwunastej czekam na ojca w głównym holu, siedząc na jednej ze skórzanych, czarnych kanap nieopodal posągu Williama Gladstone'a i wpatrując się tępo w ogłoszenia nad biurkiem recepcji, które informują, że posiedzenie Izby Lordów zaczyna się o dziesiątej trzydzieści oraz podaje, co jest tematem dyskusji. Mój parasol upada na podłogę, za co otrzymuję rozeźlone spojrzenie ochroniarza, ale nic mnie to nie obchodzi.
— Draco. — Ostry ton mojego ojca podrywa mnie na nogi. Podchodzi do mnie w jak zawsze idealnym, czarnym garniturze, z włosami związanymi z tyłu. Ojciec jest jedynym torystą, jakiego znam, który nie ma nic przeciwko włosom sięgającym do łopatek. Przywołuje mnie skinieniem palca, a ja podążam za nim. Zanim się odzywa, czeka, aż znajdziemy się we wschodnim korytarzu.
— „Daily Mail" — zaczyna, patrząc przed siebie z zaciśniętymi ustami. Nigdy nie chciałem przyznać mu się do swojej orientacji, a już na pewno nie w taki sposób. Odrobina wygodnego kłamstwa była dla nas bardziej komfortowa. Mimo wszystko nadal pozostaje względnie spokojny. Na razie.
Zatrzymuję się pod obrazem Hugha Latimera, głoszącego Słowo Boże jeszcze przed rządami Edwarda VI.
— „Daily Mail" nie wpłynie na ciebie. — Staram się utrzymać spokojny ton głosu.
— Nie bądź śmieszny — prycha i wydyma usta. — Zdajesz sobie sprawę, w jakiej sytuacji stawia mnie to wobec przewodniczącego partii? Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, to zdjęcia mojego biseksualnego syna... — ostatnie słowa wypowiada z nienawistnym sykiem i pełnym obrzydzenia wykrzywieniem ust. Dzięki temu wiem, że rozmawiał już z matką. — Mój syn w intymnych objęciach z liberałem na okładce „Daily Mail"!
Wpatruję się w niego gniewnym wzrokiem.
— Więc jeśli Harry byłby torysem, zaakceptowałbyś go?
Nozdrza ojca drgają nerwowo. Wkurzenie się na mnie jest poniżej jego godności.
— Nie bądź głupcem.
— Dlaczego nie? Przecież właśnie tak myślisz. — Odwracam wzrok. Mija nas baronowa Boothroyd, witając ojca wesołym: „Dzień dobry, Lucjuszu, kochanie" i ciekawskim spojrzeniem w moją stronę. Ojciec kiwa głową na powitanie, pozwalając sobie na złagodzenie wyrazu twarzy, co dla niego oznacza zachowanie poziomu cywilizowanego człowieka. Poza tym, baronowa jest bezpartyjna, więc ojciec musi być dla niej miły. — Nie zrobiłem tego, żeby sprowadzić na ciebie kłopoty — mówię cicho, gdy baronowa odchodzi w stronę jednej z sali posiedzeń. — Nie wiedziałem, że Alfie szwenda się jeszcze w okolicach wpół do jedenastej wieczorem. O tej porze nie ma już posiedzeń.
Ojciec wzdycha i stuka palcami o skrzyżowane na piersi ramiona. Ignoruje asystentkę i posłów, którzy przechodzą obok nas w drodze z lub do głównego holu. Kilku z nich spogląda w naszą stronę. Ciche romanse między Lordami i członkami parlamentu a ich podwładnymi nie są dziś rzadkością w murach Westminster Palace.
— Natychmiast zakończ ten nonsens, Draco. Nie pozwolę, by nasza rodzina została użyta jako odwrócenie uwagi od aktualnych skandali.
Napinam się.
— To planują? — Tak naprawdę nieszczególnie interesuje mnie reputacja ojca. Z drugiej strony lepiej, żeby Harry nie taplał się w tabloidowym gównie.
— A ty tego nie planujesz? — burczy ojciec. — Członkowie Izby Gmin łapią się wszystkiego, byleby tylko odciągnąć uwagę społeczeństwa od ich braku zdrowych zmysłów. Szczerze mówiąc, idioci zachowują się tak, jakby Zielona Książeczka**** była tylko szeregiem instrukcji, a nie polityką.
— A potem przyłapią cię na twoich wymaganiach dotyczących stanowiska? - pytam przez zaciśnięte zęby. - Nie powiesz mi chyba, że nie żądasz londyńskich diet poselskich, i niech przeklęte będzie Athenaeum*****.
Ojciec unosi brwi.
— Myślałem, że masz o mnie lepszą opinię, Draco. — Poprawia francuskie mankiety i bawi się spinką w kształcie węża, która niegdyś należała do jego dziadka.
Prycham. Rodzina Malfoyów była zawsze biegła w kreatywnym zarządzaniu majątkiem, gdy szło o nasze konta w Barclay, a ojciec ma większe zdolności niż jego przodkowie, jeśli w grę wchodzą inwestycje i granie w „Zgadnij, w którym kubku" z Inland Revenue.
Gdy ojciec odwraca wzrok, mam już swoją odpowiedź. Dlatego jest taki zdenerwowany. Nie ma to nic wspólnego z pragnieniem chronienia mnie ani rodzinnego nazwiska. Poniżyłem go. Żaden polityk konserwatysta nie chciałby publicznej konfrontacji z synem gejem, który pieprzy liberała, ale, do diabła, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Odmienna orientacja nie jest już politycznym wyrokiem śmierci, jak to bywało kiedyś. Ale to... Ojciec jest po prostu przerażony, że zostanie przyłapany i pomiędzy obawami o odkrycie finansowych matactw, których się dopuścił i niedyskrecją w mojej perwersji, którą afiszują tabloidy, boi się, że Cameron przestanie być dla niego taki uprzejmy. Ojcu zawsze chodzi o władzę. Od wieków poluje na miejsce w Gabinecie Cieni z nadzieją, że zastąpi ono jego aktualną posadę w Radzie Przybocznej, gdy tylko rząd opanuje partia konserwatystów.
To wystarcza, by przyprawić mnie o mdłości.
— Draco.
Odwracam się lekko w stronę źródła głosu Harry'ego. Ojciec zamiera w bezruchu obok mnie, a Harry podbiega do nas z torbą na laptopa na ramieniu, która obija mu się o biodro. Jego włosy zdecydowanie potrzebują grzebienia, ale ciemnobrązowy garnitur Gieves&Hawkes pasuje idealnie. Wita się z ojcem krótkim skinieniem głowy.
— Sir Malfoy.
— Potter. — Lucjusz wykrzywia wargi.
Harry wygląda na nieco wytrąconego z równowagi, ale spogląda w moją stronę.
— Wszystko w porządku? — pyta troskliwie i dotyka mojego ramienia.
Ojciec natychmiast zrzuca ze mnie jego dłoń.
— A co cię to obchodzi? Sądzę, że już dostatecznie sponiewierałeś nazwisko Malfoyów.
Harry odsuwa się i mruga z niedowierzaniem.
— Niech pan zrozumie — mówi spokojnie — to nie ma nic wspólnego z panem...
— Ja jednak myślę, że ma. — Ojciec przysuwa się bliżej, mrużąc oczy. Znam to spojrzenie aż za dobrze. Węże, które Lucjusz trzyma w swojej posiadłości, patrzą identycznie na swoje ofiary, małe myszki podrzucone im na kolację, zanim w całości je pochłaniają. — Niech pan na siebie uważa, panie Potter. Brytyjska opinia publiczna nie zawraca sobie głowy tym, by ludzie twojego pokroju rządzili krajem.
— Bzdury. — Harry zaciska szczękę. Widzę drgania na jego policzku. — Ludzie mojego pokroju, jak pan to nazwał, rządzą Wielką Brytanią już od jakiegoś czasu.
— Przestańcie — mówię, podnosząc głos. Obaj odwracają na mnie wzrok. — Nie będę teraz tego robić, nie będę tutaj tego robić. — Kładę rękę na ramieniu Harry'ego, ignorując zaciśnięte usta ojca. — Przepraszam.
Harry łapie moją dłoń.
— Draco.
Odsuwam się. Nie obchodzi mnie to, że przechodnie patrzą na mnie podejrzanym wzrokiem.
— Nie mogę, Harry — dodaję, nie będąc pewien, co mam na myśli. Moje gardło oplata bolesna pętla, a ramiona napinają się. Muszę wyjść. Jestem zmęczony byciem pionkiem ojca i nie chcę być odpowiedzialny za upadek kariery Harry'ego. — Przepraszam — powtarzam, a potem zostawiam ich samych w korytarzu ze spojrzeniami wbitymi w moje plecy.


Krople deszczu spadają równym rytmem na chodniki Albert Embankment i znikają we wzburzonej toni Tamizy. Nad wodą unosi się tłumiąca światła budynków i ulicznych lamp mgła, gęsta i szara, przez którą ledwo widać iglice budynku parlamentu.
Nie wiem, jak długo tu stoję, opierając się o ściankę bulwaru, wpatrując się w nurt Tamizy. Mój telefon komórkowy dzwoni pięć razy. Po ostatniej próbie połączenia wyłączam go. Nie chcę słyszeć nikogo — ani ojca, ani matki, a już zdecydowanie nie Pansy czy Blaise'a, i nawet personel kawiarni może pocałować mnie w tyłek. Zaciskam dłoń na rączce parasola i chowam się pod nią cały, poprawiając poły fioletowej marynarki od Alexandra McQueena, którą Blaise kupił mi na ostatnie urodziny, krytykując tym samym mój brak odpowiedniego, nowoczesnego stylu. W moim mniemaniu cholerny z niego drań.
Nie wiem, co robić, nie wiem, czego chcę. Harry. Chcę poczuć, jak znów mnie dotyka i chcę go pocałować, spędzić z nim kolejną noc w łóżku. Mimo to zdaję sobie sprawę, jak zareagują na to media. Co zrobią, jeśli będziemy brnęli w to dalej.
Gdybym miał w sobie choć trochę altruizmu, przestałbym się z nim spotykać. Matka powiedziała mi dziś rano: „Tak będzie najlepiej dla ciebie i dla niego, Draco. Dobrze o tym wiesz".
Tak, wiem. Ale naprawdę, naprawdę mam to gdzieś.
Czuję, że silne, duże palce, te same, które przez ostatnie tygodnie stały się dla mnie tak boleśnie znajome, ocierają się o moją dłoń.
Spoglądam na Harry'ego. Idiota wyszedł na deszcz bez parasola. Jego garnitur jest całkowicie przemoczonyi na pewno zniszczony, a brzoskwiniowy kołnierzyk koszuli przykleił się do wilgotnej skóry. Włosy przylgnęły do jego czoła.
— Jesteś beznadziejny — mówię.
— Być może. — Harry kładzie rękę na moim biodrze i przyciąga mnie do siebie. — Wiesz, tak naprawdę gówno obchodzi mnie jakiś „Daily Mail".
Kładę mu dłoń na piersi. Pod przemoczoną tkaniną wyczuwam ciepło jego skóry.
— Powinien cię obchodzić.
Harry kładzie swoją dłoń na mojej.
— Wyszedłem z ukrycia już dawno temu — mówi z cieniem uśmiechu na ustach. — Na pewno wie o tym całe Cowley Street. W zasadzie Clegg wezwał mnie dziś rano, żeby mi pogratulować. Pewnie myślą, że mój chłopak torysta może przeciągnąć na naszą stronę kilku gejów konserwatystów.
— Wykorzystujesz mnie do politycznych celów, Potter?
— Może — odpowiada Harry, głaszcząc zewnętrzną stroną dłoni mój policzek. Uchwyt mojej ręki poluźnia się na parasolu, który opada do tyłu, gdy na moment przestaję oddychać, dostrzegając wyraz jego twarzy.
Przełykam ślinę. Orzeźwiająco chłodne krople uderzają w moją skórę, powodując dreszcz.
— Jak mnie znalazłeś? — pytam po chwili.
— Millie — odpowiada. Zastanawiam się, czy już kiedyś ktoś ją tak nazwał. — Powiedziała, że przechadzasz się Albert Embankment w stronę stadionu Oval, kiedy jesteś zdenerwowany.
— Powinienem ją zwolnić. — Łapię Harry'ego za dłoń i przysuwam się bliżej. Obserwuje mnie przez szkła okularów, na których osiada deszcz. — Ale trudno znaleźć kogoś, kto w tym mieście potrafi zaparzyć dobre espresso.
Harry uśmiecha się nieznacznie.
— Szkoda byłoby ją stracić.
Przytakuję. Przesuwam kciukiem po jego nadgarstku. Czuję równomiernie bijący puls.
— Wiesz, to może pójść źle. Ty i ja. Jestem do niczego, jeśli chodzi o związki i nigdy nie potrafiłem być nikomu wierny.
— Ja też. — Harry opiera o mnie swoje ciało. Jest silne i masywne. Pragnę go. Desperacko.
— Chcę znowu grać w krykieta. — Spoglądam na niego ze zmarszczonym czołem. Nie jestem całkowicie świadomy tego, dlaczego to powiedziałem, ale wiem, że to prawda. — Może nie od następnego sezonu, ale...
Harry pochyla czoło i przyciska je do mojego.
— Powinieneś zadzwonić do Surrey. — Splata nasze palce razem. — Zorientować się, co musiałbyś załatwić.
— Tak zrobię. — Przesuwam językiem po dolnej wardze. Deszcz zwliża mi włosy. — Harry — szepczę, a w następnej chwili już mnie całuje, powoli, miękko i ostrożnie.
Nie obchodzi mnie teraz, co sądzą ludzie. Nie obchodzi mnie, co mówią. Wszystko, co jest ważne, to ręce Harry'ego na mojej talii i usta, które poruszają się w rytm moich.
Zdaję sobie sprawę, że po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwy. I jutro, gdy się obudzę, również będę szczęśliwy. I następnego dnia. I następnego.
A potem... zobaczymy. Zobaczymy.
Mój parasol opada na ziemię. Wiatr pędzi go gdzieś po bulwarze. Nie mam pojęcia, gdzie jest. Oplatam ramionami szyję Harry'ego, wciąż nie odrywając od niego ust.
— Posłać w diabły „Daily Mail". Chodźmy do domu pieprzyć się do białego rana — mówi tuż koło moich ust. Śmieję się. Moim zdaniem to znakomity pomysł.
Gdy idziemy ramię w ramię wzdłuż bulwaru, mgła przerzedza się, a przez chmury prześwituje błękit nieba.
Myślę, że gdzieś tam Astoria jest zadowolona.

KONIEC

* (łac.) odpowiednik naszego rodzimego „na gorącym uczynku"
** wymienione czasopisma należą do prasy burkowej, nie żyją więc w zgodzie z dzielnicą rządową, a co za tym idzie, przyrządową kawiarnią
*** zdarzenie autentyczne z maja 2009 r.
**** książka Muammara Kaddafiego, libijskiego polityka, która przedstawia jego filozofię polityczną i poglądy na demokrację; postuluje odrzucenie kapitalizmu i komunizmu, proponując w zamian system będący połączeniem arabskiego nacjonalizmu i islamskiego socjalizmu, opartego na zasadach Koranu
***** prywatny klub dla osób szlachetnie urodzonych


Dziękuję wszystkim za komentarze. :-)