2. (soundtrack – dyabeu)

Winchester obudził się leżąc w rowie, mokry i wyziębiony. Był środek nocy, światło latarni rzucało pomarańczowe, migotliwe światło na otaczającą go trawę. Ktoś stał obok niego. Winchester podniósł wzrok i ujrzał odzianą w zbroję kupę mięcha, wpatrującą czegoś w oddali. Papa W. jęknął w rozpaczy.

- NIE MUSISZ SIĘ OBAWIAĆ, MIDGARDCZYKU. – Thor najwyraźniej go usłyszał. – NASZ POJEDYNEK ZOSTAŁ PRZEŁOŻONY.

Winchester ucieszył się jak nigdy w życiu, ale musiał zapytać – Dlaczego?

-UWOLNIŁEŚ ISTOTĘ ŻYJĄCĄ W ARTEFAKCIE, KTÓREGO POSZUKIWAŁEM. NIE MAM CI TEGO JEDNAK ZA ZŁE, GDYŻ TWYMI CZYNAMI KIEROWAŁA NIEWIEDZA. SAM NIERAZ DOKONYWAŁEM POHOPNYCH WYBORÓW, WIĘC NIE MAM PRAWA CIĘ OSĄDZAĆ. – bóg błyskawic uśmiechnął się szczerze – OCZYWIŚCIE POJEDYNEK ZOSTAŁ PRZEŁOŻONY, A NIE ANULOWANY, JEŚLI PAN MASZ HONOR BY STAWIĆ MI CZOŁA.

Winchester przestał czuć się tak pewnie. Myśl, myśl, bo Mjujtujek wypruje ci flaki. Muszę go jakoś udobruchać, ale bez aktów tchórzostwa bo się jeszcze bardziej wkurzy…

Nagle wpadł na pomysł. Nie był to plan doskonały, ale wszystko było lepsze niż samobójcza akcja „ratowania honoru".

- Co to za artefakt?

- CO CI DO TEGO, MIDGARDCZYKU?

- Tak się składa, że jestem ekspertem od artefaktów. Jeśli chcesz, panie, mogę ci pomóc w jego zdobyciu. Nieodpłatnie.

Thor zaśmiał się rubasznie. Podniósł wciąż leżącego w rowie Winchestera (ten jęknął, bo podczas poprzedniej ich utarczki chyba wybił bark) i podał mu rękę.

- BARDZO DOBRZE, MIDGARDCZYKU! UMOWA STOI! JAM JEST THOR, SYN ODYNA!

- A ja Tata Winchester, syn Dziadka Winchestera.

Thor poklepał go po uszkodzonym ramieniu i Winchester znów doznał bliskiego spotkania trzeciego stopnia z kałużą.

- Jeszcze jedno… możemy iść w jakieś bardziej suche i cieplejsze miejsce? - Zadygotał i zaczął szczękać zębami, zastanawiając się dlaczego do jasnej cholery stoją w zalanym deszczem rowie. No tak, pewnie Thorowi, który był źródłem opadów, nie robiło to wielkiej różnicy.

- MASZ RACJĘ. SKORO ZAWIĄZALIŚMY KOMITYWĘ, CZAS NA BIESIADĘ!

Winchester patrzył, jak Thor pochłania trzeciego pieczonego kurczaka i w duchu zastanawiał się, ile potrwa ich współpraca. Posiłek i ubranie dla bożka piorunów (koszulka Korna ze stacji benzynowej) pochłonęły znaczną część funduszy przeznaczonych na tą wyprawę, nie mówiąc już o kosztach reperacji uziemionej Impali. Jednak był z tego jeden pożytek – Thor z łatwością nastawił mu bark, choć o mało co nie połamał przy okazji żeber, ciągnąc jedną ręką ramię, drugą wbijając w klatę Winchestera. Po tym jak chwilę odsapnął, (tj. starał się znowu nie zemdleć), a Thor zaczął pałaszować swoją ucztę, uznał, że czas najwyższy zapytać o tajemniczy artefakt.

- Panie – zaczął – czy możesz mi teraz wyjawić, czym jest artefakt, którego poszukujesz?

- TO MIECZ (brawo, Sherlocku – pomyślał Winchester) - JEGO PRZEZNACZENIE NIE JEST MI ZNANE, LECZ KRYJE WIELKĄ MOC.

- Gdzie jest teraz?

- UCIEKŁ. – Thor z głośnym trzaskiem oddzielił nogę kolejnego kurczaka od korpusu. Winchester zmarszczył czoło.

- Uciekł?

Thor spojrzał na niego, jakby nie rozumiał jego wątpliwości. Najwidoczniej u niego biegające miecze to normalka. Zaraz Mjujtujek zacznie tańczyć lambadę.

- Niech zgadnę, jeśli nie zdobędziemy artefaktu, mamy przesrane? …to znaczy, dokona się zniszczenie poza nasze wyobrażenie?

- SKĄD WIEDZIAŁEŚ, MIDGARDCZYKU? – uśmiech Thora nie sugerował, by się tym szczególnie przejmował.

- Z artefaktami tak bywa. Parafrazując znanego poetę - wielka moc, wielka odpowiedzialność… Czy wiesz, w jaki sposób można go powstrzymać?

Thor wzruszył ramionami. – OKAŻE SIĘ PODCZAS WALKI!

- No tak. Jeszcze jedno… dlaczego zabrałeś mnie ze sobą, a nie zostawiłeś przed zajazdem?

- PRZEZNACZENIE.

Winchester podniósł oczy ku niebu. Co się gapisz, to tylko taka mała dziurka w fabule, przeżyjesz.

W jaki sposób znaleźć przedmiot, o którym wie się kompletnie nic i w dodatku potrafi uciekać? Winchester wyobraził to sobie jako polowanie na lisa - zakładając, że miecz jest nie tylko ruchomy, ale posiada pewien stopień inteligencji, najprościej porównać go do dzikiego zwierzęcia. Skoro już uciekł, teraz na pewno się ukrywa. Gdzie? No właśnie… Winchester w duchu chlasnął się otwartą dłonią w czoło.

- Panie, wiesz może gdzie uciekł artefakt?

- NIE, ALE WIEM GFZIE MOŻNA SIĘ GO SPODZIEWAĆ!

- To czemu nic nie mówicie…

- NALEŻY ZEBRAĆ SIŁY PRZED WALKĄ! POZA TYM BYŁEŚ NIEPRZYTOMNY. – Thor jednym haustem wypił szklankę soku winogronowego.

- Co racja, to racja. – Winchester wstał. – Co się odwlecze, to nie uciecze.

„Co się odwlecze, to nie uciecze, taa, jasne." Zamruczał pod nosem Peyton Callahan. Kto by pomyślał, że termin oddania książki minie tak szybko! Peyton nigdy nie miał problemu ze zwrotem książek na czas (był kutwą i nie zamierzał płacić kary), ale tym razem przed przejściem zaledwie kilometra dzielącego jego dom od biblioteki powstrzymywała do rzęsista ulewa panująca nad miastem od kilku dni. Niestety, dziś rano listonosz przyniósł mu niemiłą informację, że oto winien jest za wypożyczoną powieść dolara, oraz dziesięć centów za każdy kolejny dzień zwłoki, więc nie miał wyboru – ubrał się w przypominający wielką, żółtą reklamówkę płaszcz przeciwdeszczowy, zameldował żoneczce, że wychodzi na chwilę i wdeptując w breję, która kiedyś była jego trawnikiem, udał się do wyżej wymienionego przybytku usług publicznych. Po przedostaniu się z pewnym trudem na chodnik, odsapnął chwilkę i spojrzał na niebo – szare i nieprzyjazne, oraz na panujący mimo godzin popołudniowych półzmrok. Peyton postawił krok i usłyszał głośne plaśnięcie – w jego bucie musiała być jakaś tona wody. Człowiek w podeszłym wieku, ale o dość dobrym zdrowiu, mimo uczucia czegoś śliskiego w skarpecie i ciarek spowodowanych przez zimno, uśmiechnął się. Niedawno w telewizji usłyszał o sile pozytywnego myślenia – nigdy nie jest tak źle, jak nam się wydaje. Wystarczy pomyśleć o plusach sytuacji i od razu człowiek poczuje się lepiej. Więc jakie są plusy? Cóż, na chwilę może uwolnić się od kochanej żoneczki, tej starej, ględzącej jędzy. Myśląc o tym, że oto nastała jego upragniona chwila spokoju, od razu poczuł się raźniej. Brnął przez to, co z ulicy powoli przeistaczało się w rzekę, żwawym krokiem, a nawet z piosenką na ustach. „Singin' in the rain", jakże by inaczej.

Nagle usłyszał za sobą jakby czyjś głos. Odwrócił się, ale nie zobaczył nikogo. Nic dziwnego, w taką pogodę na ulicy nie było żywej duszy. Wzruszył ramionami - nie był pewien, czy to w ogóle ludzki głos, zresztą, pewnie się przesłyszał. Mimo dalszego stosowania koncepcji pozytywnego myślenia, Peyton przyspieszył kroku. Nie był człowiekiem strachliwym, lecz puste osiedle, skąpane w strugach deszczu, wyglądało dość sugestywnie, każdy może dostać delikatnego pietra.

Znowu ten dziwny odgłos. Peyton odwrócił się tak szybko, że załopotał jego płaszcz przeciwdeszczowy. Nic. Spojrzał w kierunku biblioteki…

Ktoś tam stał. Wyraźnie widział ludzką sylwetkę. Jakieś dwadzieścia metrów od niego, pod rozłożystym klonem, stał człowiek. Czy to on wołał Peytona? Pewnie tak, a deszcz zniekształcił jego słowa do niezrozumiałego jęku. Staruszek westchnął w duchu i pomachał rozmytej w cieknącej z nieba wodzie postaci. Człowiek nie odwzajemnił gestu. Peyton po raz kolejny wzruszył ramionami i podążył w jego kierunku – i tak szedł a tę stronę. Jednak im bardziej zbliżał się do nieznajomego, ten wydawał mu się dziwniejszy – był to chyba dość młody, chudy jak patyk mężczyzna, stojący przygarbiony i ze spuszczoną głową. W dodatku, nie miał na sobie żadnego płaszcza przeciwdeszczowego. Peyton nagle przestał cieszyć się ze spotkania na tym odludziu innej istoty ludzkiej. Podszedł do chłopaka ostrożnie.

- Nic ci nie jest, synu? – zapytał.

Nieznajomy jakby w transie powoli podniósł na Peytona wzrok. Ten widząc jego twarz, wrzasnął i przewrócił się na chodnik, wypożyczona książka wypadła mu z rąk i plasnęła w kałużę. Do tej pory anemiczny obcy doskoczył do niego w mgnieniu oka. Stary poczuł ostry ból, kiedy zęby napastnika wbijały się w jego ciało. Ostatnim, co w swoim życiu poczuł Peyton Callahan, było ciepło własnej krwi bijącej z przegryzionej arterii, a ostatnim, co zobaczył był jasnozielony grzbiet „Miasteczka Salem".