Kiedy następnego ranka bracia weszli do „baru Hollinga" (Dean stanowczo odmawiał nazywania tego lokalu inaczej), Ed siedział już przy tym samym stoliku, co zeszłego dnia. Młody Indianin pomachał im na przywitanie i zaprosił, by dołączyli do niego. Śniadanie było pyszne, a ich nowy znajomy okazał się wyjątkowo sympatyczny, Sam nie miał więc nic przeciwko temu, że Dean szybko pozostawił mu prowadzenie rozmowy, a sam skupił uwagę na obsługującej ich „Shelly". Ku rozbawieniu młodszego Winchestera, coraz to śmielsze próby podrywu ze strony jego brata były niemal zupełnie ignorowane. Dziewczyna wprawdzie uśmiechała się do niego za każdym razem kiedy dostrzegała jego uwagę, ale była to raczej wyuczona uprzejmość, niż szczere zainteresowanie. Uwadze Sama nie uszedł fakt, że kelnerka była wyraźnie zdenerwowana, choć musiał przyznać, że całkiem nieźle potrafiła to ukryć. Nie zaskoczyło go więc, gdy usłyszeli podniesione głosy, a po chwili Mandy wypadła z kuchni. Odwróciła się jeszcze w progu i powiedziała gniewnie:
– Nie bój się, nie powiem mamie. Ale robię to dla niej, nie dla ciebie! – Po czym zerwała z siebie fartuch i wybiegła z baru, trzaskając drzwiami.
– Nie mam pojęcia, co w nią wstąpiło. – Ed ze zdziwieniem obejrzał się za dziewczyną. – No trudno – dodał po chwili, odsuwając od siebie pusty talerz. – Panowie wybaczą, dama na mnie czeka.
– Dama mówisz? – Dean uśmiechnął się porozumiewawczo.
– Obiecałem jej spacer, pewnie nie może się doczekać – roześmiał się chłopak i wstał z krzesła.
– W takim razie do zobaczenia – pożegnał go Sam.
– Pewnie wcześniej niż się spodziewacie. To naprawdę dziura zabita dechami – Ed pomachał im wesoło i zniknął za drzwiami.
– Popatrz no, taka dziura, ale dziewczynę znalazł – zauważył Dean z wyraźną zazdrością.
Sam znowu poczuł, że jego obowiązkiem było sprowadzić myśli brata na właściwe tory.
– Na nas też czas. Jeśli chcemy się porządnie rozejrzeć w okolicy tego jeziora, nie możemy być tam zbyt późno. Tu wcześnie zapada zmrok.
– Jasne – zgodził się Dean. – Poza tym jak wrócimy chciałbym wpaść jeszcze do Sophie.
– Jest coś, o co jej wczoraj nie zapytaliśmy? – zdziwił się Sam.
– Nie wiem, chyba nie. Po prostu chciałbym sprawdzić jak się trzyma.
– Stary, chyba za bardzo wczułeś się w rolę kuzyna. – Sam z rozbawieniem pokręcił głową. – Albo po prostu przypadła ci do gustu jej kuchnia.
– Nie mów, że tobie nie przypadła. Przecież ta pizza była nieziemska! – Dean rozanielił się na samo wspomnienie. – A kuchareczka też niczego sobie.
– Dean, chyba nie zamierzasz podrywać dziewczyny, której facet dopiero co zaginął? – oburzył się Sam.
– Nie bój się braciszku, nie zrobię nic niemoralnego. Ale nie sądzisz, że byłoby to nieco dziwne, gdyby kuzyni Chada nie okazali jej ani trochę zainteresowania w tej sytuacji?
Sam nie wiedział, co na to odpowiedzieć, musiał więc uznać się za pokonanego przez typową logikę brata.
– A co z Mandy? – zapytał, nie chcąc, by ostatnie słowo należało znów do Deana.
– Shelly? – Dean uśmiechnął się niewinnie. – No cóż, chyba jest dziś trochę nie w sosie.
– A może po prostu nie jesteś w jej typie? – dociął mu Sam.
Dean rzucił mu wymowne spojrzenie, oznaczające mniej więcej „jak śmiesz wygłaszać podobne herezje?", Sam więc poddał się i skupił uwagę na swojej kawie.
Dwie godziny i cztery przypadki zgubienia drogi później Dean zaparkował Impalę na niewielkiej polance, z trzech stron otoczonej gęstym lasem, z czwartej otwierającej się na jezioro. Wszystkie poprzednie sprzeczki i docinki na temat umiejętności posługiwania się mapą odeszły w zapomnienie. Cisza jaka zapadła wewnątrz samochodu dorównywała tej panującej w jego otoczeniu. Drzewa szumiały, ptaki śpiewały, a bracia Winchester siedzieli w milczeniu, napawając się widokiem, jaki rozpostarł się właśnie przed ich oczyma. Jezioro nie było zbyt wielkie, nie było też jednak małe, ale górujące nad nim potężne, ośnieżone szczyty nadawały mu wygląd zaledwie sadzawki. Góry odbijały się w wodzie, niemal zlewając się w jedno i w efekcie krajobraz był tak nierealnie piękny, że przypominał Samowi widok z pocztówki.
– Aż trudno uwierzyć, że nikt tu nie ingerował przy pomocy Photoshopa. – Dean najwyraźniej podzielał zdanie brata.
Sam tylko pokiwał głową, wciąż oszołomiony pięknem, ale też i ogromem przyrody. Nagle poczuł się mały i nieistotny jak insekt, co przy jego prawie dwóch metrach wzrostu nie zdarzało się często.
– Dobra, mamy robotę – przypomniał Dean, widząc rozmarzoną minę brata. – Jeszcze się napatrzymy na ten widok aż nam zbrzydnie.
Bracia wysiedli z Impali, Dean zabrał miernik fal elektromagnetycznych z bagażnika i ruszyli powoli wzdłuż brzegu. Nie uszli nawet pół mili, gdy nagle za ich plecami rozległ się głośny szelest i po chwili spomiędzy krzaków wypadł duży, szaro–biały kształt i ruszył w kierunku młodszego z braci.
– Sammy, wilk! – krzyknął Dean, sięgając pod kurtkę, gdzie miał ukrytego swojego Colta. Ku jego przerażeniu, Sam wyszedł zwierzęciu naprzeciw i ukucnął, wyciągając rękę w jego stronę.
– Dean, przecież to tylko pies! – Sam roześmiał się na widok strachu brata, pozwalając merdającemu ogonem czworonogowi obwąchać swoją dłoń.
Jednocześnie dobiegło ich wołanie:
– Dama, do nogi! – I po chwili spomiędzy drzew wypadł Ed na rowerze. – Przepraszam, jest trochę rozpieszczona. – Pies łypnął jednym okiem na pana, po czym z powrotem zwrócił swoją uwagę na Sama, który właśnie drapał go za uchem.
– Czekaj, TO jest Dama? – zapytał Dean, zszokowany.
– Tak, a co, myślałeś, że idę na randkę? – Ed parsknął śmiechem.
Suczka odpuściła na chwilę Samowi i zwróciła swoją uwagę na starszego z braci. Dean nigdy nie był miłośnikiem psów, za bardzo przypominały mu wilkołaki i inne stwory, na jakie polował. Nawet dźwięki nieraz wydawały podobne. Usiłując jednak ukryć swoją niechęć pozwolił Damie się obwąchać.
– To husky? – zapytał Eda.
– Nie, alaskan malamute. Nietrudno je pomylić. – Chłopak uśmiechnął się w odpowiedzi.
– One też ciągają sanie, prawda? – Dean usilnie starał się ignorować szorstki język psa molestujący jego palce.
– Tak. Ale Dama to typowy pieszczoch kanapowy, w życiu ciężko nie pracowała – odpowiedział Ed, z dumą patrząc na pupilkę.
– Widać – wtrącił Sam. – Wygląda jak prawdziwa dama. Prawda, śliczna? – zapytał, odwracając uwagę suczki od brata. Dama zamerdała ogonem jeszcze energiczniej niż przedtem i przewróciła się na plecy, sugerując Samowi, że nic nie uszczęśliwi jej bardziej, niż głaskanie po brzuchu.
– Też wybraliście się na spacer? – W głosie Eda słychać było ciekawość.
– Chcieliśmy się rozejrzeć po okolicy – wyjaśnił Dean. – No wiesz, to tu najprawdopodobniej ostatnio przebywał Chad.
– Nie do końca. Chad zamierzał fotografować ptaki, tutaj brzeg jest tak ukształtowany, że nie miałby nawet gdzie się schować. Dalej na wschód jest takie miejsce, wprost idealne do robienia zdjęć. Pokażę wam – zaoferował się chłopak i ruszył przodem, prowadząc rower. Dama ruszyła biegiem naprzód, ale wkrótce obejrzała się i zaczekała na nich. Przez resztę drogi to biegała wesoło od Deana do Sama, to okrążała całą grupę lub wyprzedzała ich, zawsze jednak wracała. Ed dobrze znał drogę, nie musieli więc trzymać się nieregularnego brzegu jeziora, ale szli prosto przez las, często nawet zupełnie tracąc wodę z oczu. Po około dwudziestu minutach marszu ponownie zbliżyli się do brzegu. Ed zatrzymał się i rozejrzał niepewnie.
– Zgubiliśmy się? – spytał Dean, widząc jego minę.
– Nie, to właśnie to miejsce. Tylko nie przypominam sobie tego drzewa. – Ed wskazał na modrzew rosnący najbliżej wody, który Dama właśnie uważnie obwąchiwała. Młody Indianin wzruszył ramionami i ruszył przed siebie. Suczka obejrzała się na niego i zaszczekała na drzewo. Obeszła je wokół, zaszczekała ponownie, po czym ruszyła truchtem w stronę jeziora, tworzącego tu małą zatoczkę. Brzeg wznosił się tu wyżej, po czym gwałtownie opadał. Dama zatrzymała się na tym miniaturowym urwisku i wydała z siebie głuchy warkot.
– Hej, tylko tam nie wskakuj, dopiero co cię kąpałem! – zawołał Ed, usiłując podbiec do pupilki, ale przeszkodził mu w tym rower. Sam ruszył więc zamiast niego, lecz w momencie, gdy pochylił się i złapał obrożę psa, ten warcząc głośno rzucił się naprzód. Sam stracił równowagę i razem ze zwierzęciem poleciał w dół.
– Sammy! – zawołał Dean z przerażeniem, patrząc jak jego brat ląduje w wodzie. Na szczęście w tym miejscu nie było głęboko i gdy po chwili Sam się wyprostował, okazało się, że woda sięgała mu tylko nieco powyżej kolan. Dean odetchnął z ulgą. Kolejny dowód, że psom nie należało ufać.
– No nie, przepraszam za nią, nie mam pojęcia co w nią wstąpiło – jęknął Ed, pomagając Samowi wydostać się z wody. Rozpiął kurtkę, zamierzając okryć nią niedoszłego topielca, ale Dean był pierwszy. Narzucił na ramiona brata swoje okrycie, upewniając się przy okazji, że Samowi nic nie jest. Ed, widząc, że nie jest potrzebny, zwrócił swoją uwagę na psa, nieporadnie próbującego wdrapać się na stromy brzeg.
– Cholera – mruknął, zdejmując buty i szykując się do zejścia po Damę. – I po co ci było tam włazić?
– Czekaj, ja to zrobię – powstrzymał go Sam. – I tak już jestem mokry.
Wspólnymi siłami wyciągnęli przemokniętą sukę na brzeg, ale nawet wtedy Dama nie przestała wyrywać się w stronę jeziora, szczekając przy tym i warcząc. W końcu Ed musiał odciągnąć szamoczące się zwierzę na smyczy. Dalsze oględziny okolic jeziora zostały odłożone na później, bracia pospieszyli z powrotem w stronę Impali, proponując Edowi podwiezienie. Chłopak, który i tak zdążył nieźle się zmoczyć wyciągając psa, zgodził się, zapakowali więc wspólnymi siłami rower do bagażnika. Właściwie to Dean ładował, krzycząc przy tym na Sama, by ten wsiadał szybciej do ciepłego wnętrza, oraz usiłując powstrzymać próbującego mu pomóc Eda przed zauważeniem fałszywego dna, pod którym krył się cały arsenał Winchesterów. Ostatecznie spora część roweru i tak znalazła się poza samochodem, ale przynajmniej jazda nie groziła zgubieniem ładunku, Dean mógł więc zwrócić całą uwagę na pozostałych pasażerów. Na szczęście miał w bagażniku koc, który mógł podłożyć pod Damę, by zapobiec zabrudzeniu tapicerki. Gorzej było z Samem, którego koc nie był w stanie okryć w całości, Dean mierzył więc brata ostrzegawczym spojrzeniem za każdym razem gdy ten przysuwał się zbyt blisko jasnych drzwi i ścian Impali.
– Przestaniesz w końcu tak nade mną skakać? – Na widok Deana wchodzącego do pokoju z kolejnym kocem Sam postanowił się w końcu zbuntować. – Jeszcze jeden i będę wyglądał jak jakaś mumia!
– Nie marudź, Sammy. Kąpiel w lodowatej wodzie w kwietniu to nie zabawa. Podziękujesz mi jak nie dostaniesz zapalenia płuc – odparł Dean tonem nie noszącym sprzeciwu. – Wypiłeś kakao?
– Za gorące – wyjaśnił Sam, kręcąc przecząco głową.
– Ono MA być gorące! Musisz się rozgrzać – nalegał Dean.
– Rozgrzać tak, ale to nie znaczy, że przy okazji mam oparzyć sobie język. – Sam został jednak zmuszony do przyjęcia czwartego koca. – Dean! – jęknął w ostatniej próbie protestu. – Tam, gdzie wpadłem było wody co najwyżej do kolan!
– Owszem, ale nie trzeba było lądować w niej na siedzeniu – zauważył starszy Winchester. – Jak wypijesz kakao, dostaniesz trochę whisky na rozgrzewkę – dodał zachęcająco.
Sam, zrezygnowany, postanowił zmienić temat.
– Swoją drogą, reakcja Damy nie była przypadkowa. Coś jest w tym jeziorze.
– Zdecydowanie – zgodził się Dean. – Będziemy musieli wrócić tam w nocy.
– Jasne. Pożyczysz mi kurtkę? Moja chyba nie wyschnie, a ta druga wciąż prosi się o upranie po błotach Luizjany.
– Chyba nie zamierzasz iść tam dzisiaj? – zaprotestował Dean, wciąż w roli opiekuńczego starszego brata.
– Czemu nie? Do zmroku jeszcze parę godzin, posiedzę tu w cieple, pijąc kakao. I whisky, jeśli mi ją dasz. – Sam zrobił swoją popisową minę zbitego psiaka.
– Dajesz słowo, że będziesz grzeczny?
– Słowo skauta.
– Stary, przecież ty nawet nigdy nie byłeś skautem.
– Dean, to tylko takie powiedzonko. – Sam rzucił bratu rozbawione spojrzenie.
– W porządku, mądralo. Masz tu swoją whisky. Siedź w łóżku, pij gorące i nie wychodź na zewnątrz. A w razie potrzeby dzwoń. – Dean podał mu szklankę i butelkę, po czym zarzucił na siebie kurtkę.
– A ty dokąd? – zdziwił się Sam.
– Do Sophie. Akurat mam trochę czasu żeby zobaczyć jak się trzyma. Spokojnie, nie zamierzam z nią flirtować. Ale chyba to nic złego, że interesuje się samopoczuciem dziewczyny zaginionego kuzyna. – Dean wyszczerzył zęby. – Będę grzeczny – obiecał poważniejszym tonem. – Ty też bądź – dorzucił na odchodnym i zniknął za drzwiami.
– Dean! – Sophie była wyraźnie zaskoczona jego wizytą, ale wydawała się też zadowolona widokiem niespodziewanego gościa.
– Część. – Dean uśmiechnął się czarująco. – Wpadłem zobaczyć jak się masz.
– Wejdź. – Dziewczyna otworzyła drzwi szerzej, by go przepuścić. – Właśnie piekę szarlotkę.
– Szarlotkę? – powtórzył Dean jak echo i oczy mu rozbłysły. – Uwielbiam szarlotkę! Czyżbyś się mnie spodziewała?
– Skąd – roześmiała się dziewczyna. – Po prostu uwielbiam gotować, zwłaszcza kiedy mam zły nastrój.
– Ja w takich wypadkach wolę jeść – wyszczerzył się Dean, wieszając kurtkę na wieszaku i wciągając w nozdrza apetyczny zapach ciasta. – Pachnie wspaniale – pochwalił.
– To świetnie, bo inaczej musiałabym sama to wszystko zjeść, a potem nie zmieściłabym się w drzwiach. – Sophie znów roześmiała się dźwięcznie. – A gdzie twój brat? – spytała po chwili, wprowadzając gościa do salonu.
– Chyba łapie go jakieś przeziębienie. Zostawiłem go w motelu z kocem i gorącym kakao.
– Dla kogoś z południa tutejszy klimat bywa zabójczy – przyznała Sophie. – Sama długo nie mogłam się przyzwyczaić do tak niskich temperatur. Właściwie to jeszcze do końca nie przywykłam.
– Nie jesteś stąd? – zdziwił się Dean.
– Nie, wychowałam się w Los Angeles. Studiowałam ochronę środowiska. Przyjechałam na Alaskę po studiach jako wolontariusz i wtedy poznałam Chada. Oboje pasjonowaliśmy się biologią, uwielbialiśmy naturę. Połączyła nas najpierw chęć ochrony dzikiej przyrody, potem okazało się, że łączy nas coś więcej.
– Dawno tu przyjechałaś?
– W zeszłym roku. Zaraz na początku wakacji. – Sophie uśmiechnęła się smutno. – To ja namówiłam Chada do pozostania na Alasce, przekonałam go, ze właśnie tu jest jeszcze tyle do zrobienia. Może gdybyśmy... – Głos dziewczyny nagle się załamał, co upewniło Deana w przekonaniu, że jej dobry humor był tylko przykrywką dla zupełnie innych emocji. W końcu ile razy sam grał wesołego podczas gdy wewnątrz chciało mu się krzyczeć? Taktownie udał więc, że nie widzi łez w jej oczach. Zamiast tego usiłował sprowadzić myśli Sophie na inne tory.
– No tak, od zawsze było wiadomo, że Chad wyrośnie na przyrodnika. Tylko nauczył się chodzić, a już zbierał biedronki do słoików, albo zaczajał się w zaroślach i usiłował schwytać ważki.
– Naprawdę? – W oczach Sophie widać było błysk zainteresowania.
– Oczywiście. Ale nie wyrywał im skrzydełek jak inni chłopcy. Nie, on je obserwował, dostrzegał każdy najmniejszy szczegół, a kiedy już się im przyjrzał, zawsze wypuszczał je na wolność. – Dean uśmiechnął się do własnych wspomnień. Ile razy mały Sammy z wypiekami na twarzy przybiegał by opowiedzieć jemu i tacie o nowym odkryciu dotyczącym wzoru skrzydeł jakiegoś motyla, koloru ważki, czy długości dżdżownicy. – Co prawda kiedyś usiłował zjeść dżdżownicę – dodał ze śmiechem.
– Fuj! – Sophie skrzywiła się zabawnie.
– Naprawdę! Tata... to znaczy, jego tata, a nasz wujek zabrał mu ją w ostatniej chwili. – Przez chwilę Dean zapomniał, że nie opowiada o swoim bracie. A raczej że nie mówi o nim oficjalnie, bo tego popołudnia podzielił się z Sophie jeszcze przynajmniej tuzinem podobnych historii, wszystkich związanych z Sammym. Dziewczyna słuchała z zafascynowaniem nieznanych jej dotąd opowieści o dzieciństwie jej partnera, a Dean z przyjemnością się nimi dzielił, pilnując się przy tym, by nie pomylić imion. W pewnym momencie przemknęło mu przez głowę, że gdyby Sam mu towarzyszył, zapewne skrytykował zachowanie brata. Ale w końcu Dean nie kłamał wcale aż tak bardzo, jedynie naginał odrobinę fakty. A co najważniejsze, słuchanie go najwyraźniej pomagało Sophie zapomnieć o smutku, jednocześnie jednak nie zapominając o tym, po którego utracie właśnie cierpiała.
Rozmowa toczyła się nieprzerwanie, szarlotka była pyszna i dopiero sms od Sama przypomniał bratu o czekających go obowiązkach.
– Ale się zasiedziałem! A Sammy prosił, żebym wracając kupił mu aspirynę – wytłumaczył się, z niechęcią wstając od stołu.
– Biedny Sam, my tu sobie gawędzimy, a on leży w łóżku – przejęła się Sophie. – Zaczekaj, zapakuję mu kawałek ciasta! – zaoferowała i po chwili wróciła z małym pakunkiem. Dean podziękował, pożegnał się i wyszedł. W samochodzie przyszło mu do głowy, że jego wymówka nie była wcale taka głupia, zajechał więc jeszcze do sklepu i kupił aspirynę. Nawet jeśli Sam jeszcze jej nie potrzebował, to po nocnej wyprawie do lasu zdecydowanie mogła się przydać któremukolwiek z nich.
Dean zaparkował Impalę przed motelem i wyłączył silnik. Sięgnął po leżącą na fotelu pasażera paczkę i już miał wysiąść, ale pokusa okazała się silniejsza, rozwinął więc papier i wciągnął w nozdrza woń ciasta. Sophie zapakowała aż cztery kawałki.
– Wybacz, Sammy – mruknął Dean, sięgając po jeden z nich. Pozostałe trzy miał zamiar zanieść bratu, ale po raz kolejny przekonał się, że talent kulinarny dziewczyny przewyższał wszystko, czego do tej pory próbował. – I tak ty tego nie docenisz – dodał i wepchnął sobie do ust kolejną porcję. Czując ukłucie winy, szybko zawinął pozostałe dwa kawałki, wygładził papier i wysiadł z samochodu. Strząchnął uważnie wszystkie okruszki na ziemię i z niewinną miną otworzył drzwi pokoju.
Sam zdążył wyplątać się już z koców i narzucić na siebie coś ciepłego, teraz siedział na kanapie z laptopem na kolanach i coraz bardziej irytował się przedłużającą się nieobecnością brata. Mieli robotę do wykonania. Jeśli nie chcieli przegapić rusałki, powinni znaleźć się nad jeziorem zanim zapadnie zmrok, tymczasem słońce już zachodziło, a Dean był zbyt zajęty nowym podrywem, by zwracać uwagę na takie szczegóły. Sophie wywarła na Samie pozytywne wrażenie, wydawała się uroczą, sympatyczną dziewczyną, która do tego bardzo przeżyła zaginięcie chłopaka. Dlatego właśnie Sam był tym bardziej przeciwny Deanowi nawiązującemu z nią bliższe stosunki. Starszy Winchester rzadko traktował swoje flirty poważnie, były one dla niego raczej odskocznią przy stresującej pracy. Zdarzały się oczywiście wyjątki, ale nawet jeśli któryś z nich rzeczywiście czuł coś do jakiejś dziewczyny, obaj bracia wiedzieli doskonale, że nic z tego nie będzie, że wkrótce skończą robotę i znów ruszą w drogę, szukając kolejnego potwora do zabicia, kolejnych ludzi do uratowania. W życiu łowcy nie było miejsca na stałe związki, a Sophie nie była typem dziewczyny na jedną noc. Pomijając już sam fakt, że Chad Adams mógł nadal żyć, o czym najwyraźniej należało Deanowi przypomnieć.
Słysząc dźwięk naciskanej klamki Sam, zniecierpliwiony, zerwał się z miejsca. Na swoje szczęście, Dean przyniósł mu dwa kawałki szarlotki od Sophie, a Sam był dość głodny, by zająć się nimi i odłożyć umoralniającą przemowę na później. Kwadrans później bracia jechali już w stronę jeziora, Sam w kurtce Deana, zdecydowanie na niego za kusej, w której, jak sam głośno stwierdził, wyglądał, jakby pożyczył ją od młodszego brata.
