Obecnie

Sam ruszył powoli wąską ścieżką przez zarośla. Znał tę drogę już niemal na pamięć, tyle razy przemierzali ją z Deanem podczas ostatnich kilku dni. Bezskutecznie. Pierwszej nocy byli najbliżej dokonania odkrycia, czuli nagle zrywający się wiatr, widzieli burzącą się wodę, księżyc niespodziewanie wyłaniający się zza chmur. Epicentrum wydawało się znajdować w małej zatoczce, nieopodal miejsca, gdzie za dnia zaprowadził ich Ed, ale zanim tam dobiegli, przedzierając się przez wyjątkowo gęstą w tym miejscu roślinność, zatoczka była już pusta, a żywioły spokojne jak przedtem. Gdy zaś niewyspani, zmęczeni i przemarznięci do kości bracia rankiem powrócili do miasteczka i po krótkiej drzemce postanowili wpaść do baru na śniadanie (choć właściwie pora była już na wczesny obiad), dowiedzieli się, że właściciel lokalu, Mick, nie wrócił na noc, zaś jego samochód znaleziono na leśnej polance blisko drogi prowadzącej nad jezioro. Kolejne dwie noce Winchesterowie również spędzili włócząc się po zarośniętych brzegach, ale nie zobaczyli ani nie usłyszeli niczego odbiegającego od normy. Jedyne, co zyskali na tych wyprawach, to kilka bliskich spotkań z fauną Alaski (ku rozczarowaniu Deana, niedźwiedzia jednak nie spotkali), rosnące zniechęcenie oraz, w przypadku Sama, katar. Za dnia bracia spędzali czas na poszukiwaniu informacji, co jak zwykle przypadło Samowi, oraz poprawianiu nastroju Sophie, a także pocieszaniu załamanej po zaginięciu ojca Mandy, czemu ofiarnie poświęcał się Dean. Niestety, mimo małej populacji miasteczka, Sam nie był w stanie znaleźć w jego historii żadnej dziewczyny, która mogłaby po śmierci stać się rusałką. Niewielka ilość mieszkańców miała swoje złe strony. Od pierwszego dnia niemal wszyscy tubylcy wydawali się doskonale znać braci oraz cel ich wizyty, pozdrawiali ich na ulicy, jedni pocieszali, inni składali kondolencje, jeszcze inni dziękowali za opiekę nad Sophie, podczas gdy oni sami ledwo co rozpoznawali więcej niż jedną czwartą tych osób. Weekend się skończył i Sophie wróciła do pracy, Sam nie dziwił się więc, że Dean nie miał ochoty wracać na te kilka godzin do miasteczka. On sam też zresztą wolał pospacerować sobie w ciszy, rozmyślając nad tym, co jeszcze mogli w tej sprawie przegapić. Dlatego też zdziwił się, kiedy wracając na polanę usłyszał warkot silnika Impali.

– Nareszcie! – przywitał go Dean. – Myślałem, że cię tam coś pożarło!

– Trzeba było zadzwonić. – Sam wzruszył ramionami. – Coś się stało? Myślałem, że zamierzałeś się opalać.

– Byłeś poza zasięgiem. Za zimno jednak na opalanie. Sophie dzwoniła, strasznie płakała. Prosiła, żebym do niej przyjechał.

– W porządku. – Sam uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony tym, jak jego brat kolejno odpowiedział na wszystkie jego pytania. – Wysadzisz mnie pod biblioteką, może coś jeszcze tam znajdę. – Oparł się pokusie skomentowania relacji Deana z dziewczyną. Być może Sophie rzeczywiście potrzebowała wsparcia psychicznego? Choć na podstawie tego, co widział, Sam podejrzewał, że pomiędzy tym dwojgiem było zdecydowanie coś więcej, niż oboje przyznawali, co w obecnej sytuacji nieco młodszego Winchestera martwiło.

Dean siedział na kanapie obok szlochającej dziewczyny i niezdarnie poklepywał ją po ramieniu. Był zaskoczony jej zachowaniem, dotychczas przecież radziła sobie tak dobrze. Ale z drugiej strony, sam wiedział doskonale, że długo tłumione emocje muszą w końcu znaleźć ujście. Czuł się nieco winny, uświadomiwszy sobie, że mimo iż jego zainteresowanie Sophie było szczere, być może wykorzystywał trochę sytuacje, w jakiej się znalazła. Dlatego teraz, czując na sobie wzrok Chada Adamsa, spoglądającego na niego z jednej z fotografii, nagle nie bardzo wiedział, jak się zachować i nie był zdolny do niczego więcej niż tylko ten niepewny dotyk na jej plecach. Sophie w końcu uspokoiła się nieco i przyjęła podaną przez Deana chusteczkę. Otarła łzy i spróbowała się nawet uśmiechnąć, choć niespecjalnie jej to wyszło.

– Przepraszam – powiedziała drżącym głosem. – Nie miałam do kogo pójść, oni by mi nie uwierzyli.

– Dlaczego, co się stało? – Czyżby jednak chodziło o coś innego niż tylko tęsknota za Chadem?

– Ja... – Sophie przerwała na chwilę, zaciskając palce na zużytej chusteczce, zaraz jednak mężnie ciągnęła dalej. – Mam telefon Chada... Zostawił go w samochodzie tamtej nocy.

Dean pokiwał głową, niepewny dokąd zmierzała ta historia. Dziewczyna kontynuowała.

– Wcześniej jakoś nie mogłam się zdobyć, żeby do niego zajrzeć, ale teraz pomyślałam, że może powinnam, może ktoś do niego dzwonił... Naładowałam więc baterię i włączyłam telefon. I wtedy zobaczyłam te smsy. – Sophie na nowo wybuchnęła płaczem. – On mnie zdradzał! Zdjęcia były tylko przykrywką, umówił się z nią wtedy nad jeziorem! - Odwróciła głowę, usiłując się opanować, ale nie była już w stanie, ukryła więc twarz w dłoniach i zaszlochała rozpaczliwie. Zapominając o wcześniejszych obiekcjach, Dean przygarnął dziewczynę do siebie i przytulił mocno. Sophie wtuliła twarz w jego koszulę, mocząc ją łzami, ale on nawet tego nie poczuł. Obejmował ją i kołysał lekko w ramionach, dopóki trochę się nie uspokoiła. W końcu odsunęła się nieco, biorąc głęboki oddech, ale nawet wtedy Dean nie wypuścił jej z objęć. Zamiast tego sięgnął po kolejną chusteczkę i delikatnie otarł jej łzy. Sophie podniosła na niego zapłakane oczy, a Dean dopiero teraz naprawdę zauważył ich kolor. Były ciemnobłękitne. Przypominały mu jezioro, nad którym tyle czasu przyszło mu ostatnio spędzić. Były ogromne i przepełnione taką łagodnością i smutkiem, że Dean poczuł dziwny uścisk w sercu.. Nagle pomyślał, że jego głęboko uśpione marzenie o domu, rodzinie, kobiecie przy jego boku mogłoby się nareszcie ziścić. Zapomniał na chwilę o pracy, Samie, rusałce i zapragnął, by ta chwila nigdy się nie skończyła. Pochylił więc głowę i delikatnie pocałował usta dziewczyny. Nie broniła się, ale gdy odsunął się od niej i uśmiechnął się lekko, pokręciła głową.

– Dean, jak mam ci zaufać, po tym wszystkim, co się stało? – spytała cicho, a jej oczy ponownie wypełniły się łzami. – Ufałam Chadowi, oddałam mu się cała, a on miał to za nic. Skąd mam wiedzieć, że z tobą nie będzie podobnie?

– Nie będzie – odparł Dean zdecydowanie. – Sophie, ja wiem, nie jestem święty. Ale nigdy bym cię nie skrzywdził, słowo. Chad był idiotą, jeśli cię nie docenił. Po co miałbym się oglądać za innymi, mając taką kobietę u boku?

– Teraz tak mówisz, a potem pojawi się inna i polecisz za nią i zostawisz mnie tak, jak wszyscy mnie zostawiali. – Dziewczyna spojrzała na niego przeszywającym wzrokiem.

– Nie, obiecuję! – Dean desperacko pragnął zapewnić ją, że nic jej nie grozi, że przy nim jest bezpieczna, bo on nigdy nie zostawi jej dla innej kobiety.

– Obiecujesz? – Jej głos zabrzmiał wyjątkowo nisko, niemalże złowrogo.

– Obiecuję – odparł Dean, ignorując przeszywający go dreszcz. Sophie uniosła się nieco i złożyła na jego ustach namiętny pocałunek. I wtedy zadzwonił telefon.

– Dean? Chyba coś mam, spotkajmy się w motelu! – powiedział gorączkowo głos Sama w słuchawce. Dean chciał mu powiedzieć, że to nieważne, że wszystko się zmieniło, ale jego brat rozłączył się, zanim zdążył otworzyć usta.

– Idź – powiedziała Sophie z uśmiechem. – Porozmawiaj z bratem. Ja będę tu na ciebie czekać.

– Rusałki? Oryginalne hobby.

Sam uniósł głowę i spojrzał na uśmiechniętą bibliotekarkę. Była to sympatyczna staruszka o nieco zaniedbanych krótkich siwych włosach, przez co Sam nie mógł się oprzeć kolejnemu skojarzeniu z „Przystankiem Alaska". Był przekonany, że Dean z miejsca przezwałby panią Middleton „Ruth Ann".

– Piszę pracę o legendach dotyczących rusałek – zmyślił na poczekaniu.

– Obawiam się, że tutaj zbyt wiele nie znajdziesz. Nie mamy zbyt dużych zbiorów i dotyczą one głównie spraw lokalnych. – Pani Middleton wyglądała na szczerze zmartwioną.

– Właśnie, tak się zastanawiałem, czy nie ma jakichś lokalnych legend?

– O rusałkach? – Na twarzy bibliotekarki odmalowało się zdziwienie.

– Na przykład. Albo o czymś podobnym.

– Nie słyszałam o niczym takim, a mieszkam tu już ponad trzydzieści lat. Ale wiesz, synku, rusałki to raczej stworzenia ze słowiańskich legend. Mój ojciec był Polakiem, w bajkach, które mi opowiadał było tego mnóstwo.

– Naprawdę? – Sam szczerze się zainteresował. – Mogłaby pani opowiedzieć?

– Jeśli chcesz słuchać bajania starej kobiety – Roześmiała się, a gdy Sam z zapałem pokiwał głową, usiadła naprzeciw niego i rozpoczęła. – Pamiętam na przykład taką balladę. Napisał ją polski poeta, Adam Mickiewicz. Tytułu nawet nie jestem w stanie powtórzyć, ale treść pamiętam doskonale. Opowiada ona o strzelcu, który co noc spotykał się z tajemniczą ukochaną pod modrzewiem nad brzegiem pewnego jeziora na Litwie. Kiedy poprosił ją o rękę, dziewczyna wymogła na nim przysięgę wierności, a gdy ją złożył, jak zwykle umknęła. Gdy strzelec szukał jej, błądząc nad brzegami jeziora, ukazała mu się rusałka, która zaczęła kusić go i przyzwać do siebie. Oczarowany nią młodzieniec zapomniał o swojej przysiędze i podążył za rusałką, a wtedy wiatr odpędził chmury i w świetle księżyca chłopak ujrzał, że pani z jeziora i jego ukochana to jedna i ta sama osoba. Za złamanie przysięgi jego dusza została skazana na wieczne zawodzenie pod tym samym modrzewiem, gdzie ongi spotykał się z dziewczyną. To bardzo romantyczna, historia, nie sądzisz, synku? – Ale Sam już jej nie słuchał, zerwał się z krzesła jak oparzony, wymamrotał podziękowanie i wybiegł z budynku. Pani Middleton z rozbawieniem pokręciła głową, zbierając pozostawione przez niego książki.

Kiedy Dean znalazł się w motelu, Sama jeszcze nie było. Nie bardzo wiedząc, co z sobą zrobić, zaczął spacerować wokół pokoju. Czuł się dziwie, trochę jakby był pijany, ale to uczucie było o wiele lepsze. Po raz pierwszy w życiu był zakochany, tak naprawdę, na całe życie. Świat był piękny, wspomnienia Sophie, jej oczu, jej uśmiechu, smaku jej ust wciąż żywe w jego głowie. I tylko Sam nie mógł się dopasować, usiłował odciągnąć go od źródła jego szczęścia. Zadzwonił telefon i Dean rzucił się po niego, gotowy zrugać brata, ale jego uczucia zmieniły się w ułamku sekundy, gdy okazało się, że dzwoniła Sophie.

– Dean, potrzebuję twojej pomocy. Ed pojechał nad jezioro. Jestem przekonana, że coś mu grozi.

– Jasne, niech tylko Sam przyjdzie i już jedziemy.

– Nie ma czasu, nie czekaj na niego. Spotkamy się nad wodą, w zatoczce. Tam, gdzie rosną modrzewie.

– Nie powinnaś tam iść. To niebezpieczne!

– O mnie się nie martw. Jedź już, będę na ciebie czekała.

Gdzieś w głębi duszy instynkt łowcy podpowiadał Deanowi, że coś było nie tak. Zdusił jednak ostrzegawczy alarm, troska o Sophie przysłaniająca wszystko inne, złapał kurtkę i pospiesznie opuścił pokój.

Do motelu nie było daleko, ale po drodze Sam spotkał Eda, wracającego właśnie z przejażdżki i musiał zamienić z nim kilka słów oraz zapewnić Damie należną porcję pieszczot, jeśli nie chciał, by jego zachowanie wzbudziło podejrzenia. Kiedy więc w końcu znalazł się w motelu, aż drżał z niecierpliwości, by podzielić się z bratem swoim odkryciem. Ku swemu zdziwieniu, dowiedział się, że Dean wyjechał jakiś czas wcześniej i że nie udał się w kierunku miasteczka, ale w przeciwną stronę. Było tylko jedno miejsce, w jakie Dean mógł pojechać, a Samowi bardzo nie podobał się fakt, że brat nie poczekał na niego. Głos w słuchawce poinformował go beznamiętnie, że abonent znajdował się poza zasięgiem, Sam zadzwonił jeszcze na wszelki wypadek do Sophie, ale nikt nie odebrał telefonu. Nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić, wrócił na główną ulicę, gdzie dowiedział się od jednego z mieszkańców, którego imię prawdopodobnie powinien był pamiętać, że mężczyzna widział niedawno Impalę na drodze prowadzącej nad jezioro. Coraz bardziej zaniepokojony Sam udał się do Eda, którego na szczęście bez problemu przekonał do pożyczenia mu roweru i wkrótce pędził już na złamanie karku leśną drogą, modląc się w duchu, by jego podejrzenia okazały się błędne.

Dean z bronią w ręku przedzierał się na oślep przez zarośla, usiłując jak najszybciej dotrzeć do zatoczki. W jego głowie kłębiły się setki emocji, niepokój o Sophie i tęsknota za dziewczyną najsilniejszymi z nich. Wreszcie dopadł umówionego miejsca, ale nie było tam nikogo. Czuł się dziwnie skołowany, zupełnie jakby ktoś uderzył go w głowę. Kilkakrotnie przeszedł się po okolicy, wołając Sophie i Eda, nikt jednak nie odpowiadał, a nad jeziorem panowała cisza i spokój, przerywane tylko złowieszczym pohukiwaniem sowy. W końcu Dean wyciągnął telefon, zastanawiając się, do kogo zadzwonić najpierw, do brata czy do dziewczyny, jednak ku jego rozczarowaniu w zatoczce nie było zasięgu. Zdecydował się więc ruszyć w stronę polanki, gdzie kilka godzin wcześniej siedział z Samem, kiedy niespodziewany szum zwrócił jego uwagę. Choć wcześniej liście drzew niemal się nie poruszały, nagły podmuch wiatru wprawił gałęzie w szaleńczy taniec. Woda zafalowała i wezbrała, tak że spokojne dotąd jezioro nagle zaczęło przypominać wzburzony ocean. Dean zawrócił i zszedł na brzeg, celując lufę pistoletu w ciemną toń. Woda zawirowała i nagle z jej odmętów poczęła się wynurzać jasna postać. Dean, jakby pod wpływem zaklęcia, opuścił powoli broń i zafascynowany wpatrywał się w scenę rozgrywającą się przed jego oczyma. Postać zakręciła się w miejscu, jakby strząsając z siebie okrywające ją krople, po czym tanecznym krokiem ruszyła w jego stronę, a woda rozbryzgiwała się pod jej stopami. Teraz Dean mógł ujrzeć, że była z pewnością płci żeńskiej, choć bijące od niej jasnobłękitne światło sugerowało, że nie była kobietą z krwi i kości. Była za to naga, jedyne jej okrycie stanowiły nadnaturalnie długie włosy o kolorze morskiej piany. Właściwie ciężko było nawet stwierdzić, gdzie dokładnie kończyły się włosy, a zaczynała woda. I nagle rozbrzmiał jej perlisty śmiech, a chwile potem dźwięczny głos rozpoczął pieśń w jakimś dziwnym, obcym języku. Dean nie rozumiał słów, jednak wiedział, o czym śpiewała. Instynkt łowcy, nakazujący mu działać niezwłocznie cichł coraz bardziej, stłumiony wizją podwodnego pałacu, gdzie czas nie miał władzy, miękkiego łoża z wodorostów i tego, co mogliby robić tam we dwoje, zawsze razem, zawsze sami, cieszący się sobą bez przeszkód na wieki. Gdzieś przez głowę przemknęła mu myśl o Samie, który na pewno będzie go szukał, o Sophie, która tak go zauroczyła. Ale śliczna blondynka nie mogła konkurować z pięknością z jeziora. Dean czuł już na swojej twarzy chłodne krople, delikatnie pieszczące jego skórę, zapowiedź czekających go na dnie jeziora rozkoszy. Rusałka była tuż przed nim, zatrzymała się, wyciągając rękę, wystarczyło tylko zrobić krok naprzód. I jeszcze jeden, i jeszcze, coraz głębiej i głębiej, ale bez groźby utonięcia, lecz z obietnicą słodkiej nagrody. Wiatr zadął jeszcze mocniej, odsuwając chmury z nieba i dopuszczając światło księżyca do ciemnej toni jeziora. Dean spojrzał z radością na twarz pięknej nieznajomej i nagle dostrzegł, że jej włosy nie były srebrne, lecz blond, jej duże, niebieskie oczy patrzyły na niego nie z miłością, lecz z wyrzutem i gniewem. Nieznajomą z jeziora była Sophie.