Zadyszany Sam oparł rower o bok opuszczonej Impali. Zawołał brata, ale odpowiedziała mu cisza. Zaklął więc, wyciągnął z kieszeni wytrych i zabrał się za otwieranie bagażnika. Czas był istotny, ale iście na wodnego demona bez broni nie mogło pomóc mu ocalić brata. W końcu udało mu się dostać do ukrytego arsenału, złapał dwa pistolety, jeden nabity solą, drugi srebrnymi kulami, nie wiedział bowiem, która z broni lepiej podziała na rusałkę, po czym puścił się biegiem w stronę jeziora. Kierował się do miejsca, gdzie byli z Edem, mając nadzieję, że dobrze odgadł i dostrzeżony przez chłopaka nowy modrzew był zaklętym Chadem Adamsem lub inną ofiarą rusałki. Był już blisko kiedy poczuł zrywający się wiatr, wkrótce usłyszał też wzmagający się szum wody. Wypadł z zarośli w samą porę by zobaczyć brata, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w tańczącą na jeziorze postać. Po chwili Dean ruszył przed siebie, wchodząc coraz głębiej i głębiej do wody. Sam zawołał go, ale brat wydawał się go nie słyszeć, ruszył więc prędko za nim. Woda sięgała już Deanowi powyżej łokci, gdy rusałka zatrzymała się i wyciągnęła do niego rękę. Księżyc ukazał się spośród chmur i Sam, zgodnie ze swoimi podejrzeniami, ujrzał twarz Sophie. Dean najwyraźniej rozpoznał ją także, gdyż zastygł w bezruchu, wpatrując się zszokowany w stojącą przed nim postać, po czym skulił się i zaczął się trząść, usiłując uniknąć wyciągniętej po niego ręki. Sam nie czekał już dłużej, zatrzymał się i wypalił z obydwu luf w stronę rusałki. Sophie wydała przeraźliwy okrzyk i zniknęła w ciemnej toni, posyłając w powietrze fontannę wody. Sporych rozmiarów fala przykryła Deana, który, najwyraźniej wciąż znajdując się pod działaniem zaklęcia, nawet nie próbował z nią walczyć. Sam bez wahania zerwał z siebie kurtkę i wbiegł do jeziora. Na szczęście wiatr ustał tak nagle, jak się zaczął, a fale zmniejszyły się, Sam zdołał więc dotrzeć do brata bez większych problemów i zaczął holować go w stronę brzegu. Chmury znów zasłoniły księżyc i w ciemności Sam nie trafił na łagodne zejście, ale na niskie urwisko, z którego wcześniej wpadł do wody. Wyciągnął rękę, usiłując złapać jeden z wystających korzeni i nagle poczuł mocny uścisk na nadgarstku. Zaskoczony, szarpnął się, wypuszczając Deana, ale na szczęście w tym miejscu było dość płytko, żeby brat nie potrzebował jego pomocy, by pozostać na powierzchni.

– Spokojnie, to ja – dobiegł głos z brzegu i tajemniczy przybysz oświetlił sobie twarz latarką,

– Ed! – wystękał Sam z ulgą.

– Spokojnie, daj rękę, wyciągnę was. – Z pomocą Eda obaj bracia znaleźli się na brzegu. Sam zadrżał, gdy lodowate powietrze owiało jego mokre ubranie, zaraz jednak zwrócił całą swoją uwagę na Deana. Starszy Winchester był na szczęście przytomny, jednak zaklęcie rusałki musiało wciąż działać, gdyż wydawał się kompletnie nieobecny duchem. Ed podał Samowi jego kurtkę, a swoją zarzucił na ramiona Deana, po czym wspólnymi siłami postawili niedoszłego topielca na nogi i ruszyli w stronę Impali.

Samochód Eda stał również na polance. Po ulokowaniu wciąż oszołomionego Deana w Impali chłopak skierował się w jego stronę, Sam zatrzymał go jednak.

– Spokojnie, nie uciekam – roześmiał się Indianin. – Mam w bagażniku dwa koce. Wprawdzie zazwyczaj jeździ na nich Dama, ale podejrzewam, że nie będziecie wybrzydzać.

Sam podziękował mu, a gdy kilka minut później cała trójka znalazła się w Impali, obaj bracia okręceni kocami, ogrzewanie odkręcone na maksa, młodszy Winchester zadał w końcu pytanie, które dręczyło go odkąd znalazł się na brzegu.

– Skąd się tu wziąłeś?

– Po twoim odjeździe przyszło mi do głowy, że możecie potrzebować pomocy, więc wziąłem samochód i pojechałem za tobą. Nie trudno było się domyślić, gdzie was szukać.

– Wiedziałeś o rusałce? – zdziwił się Sam.

– Nie, nie wiedziałem – odparł poważnie Ed.

– Ale widziałeś ją? – chłopak skinął głową. – Nie wydajesz się zaskoczony, a większość ludzi na twoim miejscu by była – na wpół stwierdził, na wpół zapytał Sam.

– Większość białych, chciałeś powiedzieć. – Ed uśmiechnął się. – Mój lud od zawsze wierzy w duchy. Wychowałem się z wiedzą, że każde drzewo, każdy głaz ma także duszę. Dlaczego i w jeziorze nie miałby mieszkać jakiś duch? Tak swoją drogą, nie jesteście kuzynami Chada, prawda?

– Prawda – przyznał Sam. – Jesteśmy łowcami, polujemy na takie rzeczy, jak ta rusałka.

Ed pokiwał głową ze zrozumieniem, zupełnie jakby dowiedział się, że bracia Winchester są murarzami, piekarzami czy kimś równie normalnym.

– Jak ją pokonać? – spytał rzeczowo.

– Znaleźć zwłoki, spalić je i wsypać prochy do jeziora. – Nawet te instrukcje Ed przyjął zupełnie spokojnie, Sam tłumaczył więc dalej. – Rusałka to duch dziewczyny, która zmarła przed zamążpójściem. Ale nie dziecko, tylko panna na wydaniu i do tego obowiązkowo dziewica. Szukałem w starych dokumentach i gazetach, ale nie widzę w okolicy nikogo, kto pasowałby do profilu.

– Popytam starszyzny, może ktoś u nas wie o czymś, co nie zostało zapisane.

Sam poczuł rosnącą wdzięczność wobec tego chłopaka. Na razie jednak, kiedy w końcu przestał się trząść jak w febrze i był w stanie prowadzić samochód, uznał, że tyle wyjaśnień musi wystarczyć. Pożegnał więc Eda, dziękując mu ponownie za pomoc, upewnił się jeszcze raz, że z Deanem było wszystko w porządku i zapalił silnik, marząc o zrzuceniu z siebie mokrych ubrań, gorącym prysznicu i jeszcze bardziej gorącej kawie.

Zanim znaleźli się w motelu Dean niemal całkowicie otrząsnął się już z zaklęcia, siedział jednak w milczeniu z twarzą odwróconą od brata i wpatrywał się w okno z zadziwiającą wręcz uwagą, biorąc pod uwagę fakt, że za szybą było zupełnie czarno. Sam nie naciskał, znając dobrze charakter brata. Zamiast tego pogrążył się we własnych rozmyślaniach. Mając już pewność, że Sophie była rusałką, zastanawiał się, czy sympatia, jaką czuł wobec niej Dean, a także w mniejszym stopniu i on sam, była rezultatem działania magii. Wiedział, że gdyby zdołał to udowodnić, jego brat z pewnością poczułby się znacznie lepiej.

– Co znalazłeś w bibliotece? – Kiedy znaleźli się z powrotem w motelu, przebrali się w suche ubrania i nieco się ogrzali, Dean sam rozpoczął rozmowę. Sam opowiedział mu więc historię, którą usłyszał od bibliotekarki, a jego brat w odpowiedzi pokiwał głową.

– Wszystko pasuje. Ten który został zaatakowany jako trzeci rozwodził się, bo żona dowiedziała się o zdradzie. Mandy kłóciła się z ojcem, bo odkryła, że miał kochankę. Chad też kręcił z kimś na boku. Pozostali pewnie podobnie, tylko nikt ich na tym nie przyłapał. – Przerwał na chwilę. – No i ja. Ja też miałem niejedno na sumieniu – dodał w końcu, odwracając wzrok.

– Dean... – Sam przerwał, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– W porządku. – Dean posłał bratu gorzki uśmiech. – Sam się o to prosiłem. Ostrzegałeś mnie przed nią, właściwie to nawet ja sam się przed nią ostrzegałem

– Rzuciła na ciebie urok, nie byłeś sobą!

– Wiem. – Nie wiedział. Z pewnością był pod działaniem czarów ostatnim razem, pamiętał dobrze, jak opuszczał go wszelki zdrowy rozsądek i nawet instynkt łowcy nie był w stanie przebić się na powierzchnię. Ale wcześniej? Przysiągłby, że był sobą, czuł się zupełnie normalnie, myślał jasno. A jednak był oczarowany tą dziewczyną i przez chwilę naprawdę marzył, że mogłoby coś z tego wyniknąć. Był świadom, że to tylko pobożne życzenie, dopiero kilka godzin temu stracił zdolność do realnej oceny sytuacji, a jednak już przedtem pragnął, żeby im się udało. Potrząsnął głową, starając się odpędzić od siebie wspomnienia. – Nieważne – powiedział zdecydowanie, bardziej do siebie, niż do brata. – Mamy rusałkę do pokonania. I parę nadprogramowych sosenek do przemienienia z powrotem w facetów.

– To nie sosny, tylko modrzewie – zauważył Sam. – Wydaje mi się, że jeśli załatwimy rusałkę, to czar sam się odwróci. Ale nie mogę znaleźć nikogo, czyj duch mógł stać się rusałką. Ed obiecał nam pomóc w poszukiwaniach.

– Ed? On wie co robimy? – Dean spojrzał na brata z zaskoczeniem.

– Dean, on był nad jeziorem, pomógł mi cię uratować, nie pamiętasz? – Teraz to Sam się zdziwił.

– Pamiętam to wszystko jak przez mgłę – przyznał starszy z braci. – No dobrze, Sammy, teraz już nic nie zrobimy, więc proponuję, żebyśmy się przespali. Oddzielnie oczywiście – dodał, szczerząc zęby w łobuzerskim uśmiechu. Sam roześmiał się w odpowiedzi, a następnie rozdzielił resztkę whisky między siebie i brata. Kwadrans później zgasili światło i nareszcie udali się na zasłużony odpoczynek.

Rankiem obudziło ich energiczne pukanie do drzwi. Sam otworzył, ziewając, a rozgorączkowany Ed wpadł do środka.

– Chłopaki, mam ją! – zawołał od progu.

Dean zerwał się z łóżka i utkwił w nim pytające spojrzenie.

– To stara legenda mojego plemienia. – Chłopak opadł na krzesło i rozpoczął wyjaśnienia. – Mówi, że jeden ze sławnych wojowników przywiózł z jednej z samotnych wypraw piękną białą dziewczynę. W przeciwieństwie do wielu jej współbraci, przyszła do nas dobrowolnie i z otwartym sercem. Kochała bardzo tego wojownika, ale powiedziała mu, że nie odda mu się, dopóki on nie przyjmie jej wiary i nie poślubi jej w kościele. On też ją kochał, uczył się więc pilnie o nowym Bogu, ale kiedy zbliżał się dzień jego chrztu i ich ślubu, ona wybrała się nad jezioro, by się wykąpać. Zerwał się wiatr, wzburzył wody i dziewczyna utonęła. Jej narzeczony był zrozpaczony, kiedy znalazł jej ciało. Wkrótce jednak znalazł pocieszenie w ramionach innej i zapomniał o wszystkim, czego go nauczyła. Znałem tę historię od lat i nigdy nie brałem jej serio, ale dziś rano dziadek pokazał mi jej grób. Jest ukryty głęboko w puszczy, trzeba znać drogę, inaczej nie sposób go znaleźć.

– Świetnie, na co czekamy! – Dean zerwał się, gotów do drogi.

– Powoli – roześmiał się Ed. – Pomyślałem, że po nocnych przygodach nie będziecie mieli ochoty znowu włóczyć się po lesie. Opowiedziałem dziadkowi o wszystkim, więc razem rozkopaliśmy grób i spaliliśmy kości. Mam je w samochodzie. Dziadek mówi, że najlepiej będzie spalić je w nocy, dla pewności.

– Zdecydowanie musimy poznać twojego dziadka – Sam uśmiechnął się szeroko.

– To też przewidziałem – Ed wyszczerzył zęby. – Jesteście zaproszeni na obiad. Zbierajcie się lepiej, bo już przespaliście pół dnia.

– Świetnie – ucieszył się Dean na myśl o domowym posiłku. – Daj nam pięć minut.

– Moja – zawołał Sam, rzucając się w stronę łazienki, by zdążyć przed bratem. Wyjątkowo mu się udało i niecałe pół godziny później Winchesterowie siedzieli już w Impali, jadąc tropem Eda wąską, wyboistą drogą.

Obiad był wyśmienity, rodzina Eda wyjątkowo miła i gościnna. Sama możliwość porozmawiania z ludźmi szczerze przekonanymi o istnieniu zjawisk nadprzyrodzonych była zbyt surrealistyczna i zarazem zbyt kusząca, by z niej nie skorzystać, wymiana historii i doświadczeń przeciągnęła się więc do tego stopnia, że chłopcy zostali także i na kolację. Kiedy zapadł zmrok i wreszcie wyruszyli wraz z Edem i jego dziadkiem nad jezioro, zarówno Sam, jak i Dean byli już w o wiele lepszych nastrojach niż rano. Kiedy znaleźli się nad brzegiem, w tym samym miejscu, w którym zeszłej nocy widzieli rusałkę, stary Indianin zaintonował pieśń w swoim języku, zaś chłopcy otworzyli drewniane pudełko z prochami i wsypali je do jeziora. Dean usiłował zażartować w swoim stylu, szybko jednak zrezygnował i podobnie jak dwaj pozostali poddał się nastrojowi chwili. Niebo było bezchmurne, gwiazdy odbijały się w spokojnej tafli jeziora, sowa znów pohukiwała, jednak jej głos brzmiał jakoś tak bardziej optymistycznie. Po zakończonym rytuale odczekali kilka minut, patrząc wyczekująco to na wodę, to na pochylone nad nią modrzewie, nic się jednak nie wydarzyło. Widząc ich rozczarowane miny, dziadek Eda roześmiał się.

– Poczekajcie do rana. Magia to nie komputer, potrzebuje czasu, by zadziałać – powiedział.

Nie mając innego wyjścia, zaufali mu i po chwili rozeszli się, każdy do swojego auta. Z samego rana zadzwonił Ed, informując braci, że wszyscy zaginieni powrócili do miasteczka. Byli wciąż oszołomieni i nie pamiętali, co im się przytrafiło, a przynajmniej tak twierdzili, jednak, co najważniejsze, byli cali i zdrowi. Sam i Dean podziękowali jeszcze raz Indianinowi za jego pomoc i pożegnali się, dając słowo, że kiedyś go odwiedzą. Następnie spakowali się z wprawą, jaką nabyli przez lata życia w drodze, wymeldowali się z motelu i opuścili spokojne jak zwykle miasteczko. Wkrótce czarny Chevrolet Impala mknął już na południe w kierunku granicy, a z jego wnętrza dobywały się słowa rockowej piosenki:

I know she waits below

Only to rise on command

When she comes for me

She's got my life in her hands

Lady of the lake*

KONIEC

* „Lady of the Lake" zespołu Rainbow

Tłumaczenie:

Wiem, że czeka tam dole

Gotowa wypłynąć na żądanie

Kiedy przychodzi po mnie

Moje życie jest w jej rękach

Pani jeziora