Rozdział 2

Z upływem dni Aelita coraz mocniej odczuwała tęsknotę za Jeremiem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jaka pustka ziała tam, gdzie do tej pory był obecny. Kłuło ją w oczy to puste miejsce zawsze gdzieś blisko niej, czy to obok w ławce, za nią, czy też przed nią. Rankami przy śniadaniu bezskutecznie próbowała odszukać jego burzę nie ułożonego siana na głowie. Przechodząc obok jego pokoju podczas wizyt na piętrze chłopców nadaremno oczekiwała, że jego drzwi się otworzą i spotka się z jego zamyślonym, nieco obłąkanym wzrokiem, który dostrzegłszy ją, uspokajał się; pamiętała, jak błękitne źrenice zwykły przystawać w szaleńczym biegu myśli i z tymże wzrokiem na niej utkwionym coś jąkał, by natychmiast mogła go dogonić. Wciąż też zdawało się jej, że słyszała znajome kroki, jakby miał zaraz wpaść do pokoju, by podzielić się z nią świeżo wykrystalizowanym pomysłem.

Od czasu wizyt w szpitalu Aelita żyła praktycznie od jednego do kolejnego telefonu od rodziców Jeremiego, którzy przyrzekli jej informować ją codziennie o jego stanie i ewentualnych postępach, jeżeli takowe nastąpiły. Gdy z nimi rozmawiała, wstępowała w nią radość, że wszystko było w porządku; jednak gdy się rozłączali i odkładała telefon, znów ciężar zawisał jej na sercu. Brak wieści o zmianie jego stanu równoznaczny był z brakiem jakiegokolwiek postępu w leczeniu, co z kolei sprawiało, że nachodziły ją czarne myśli. Jak długo tak będzie? Kiedy się wreszcie obudzi? Czy w ogóle się kiedykolwiek obudzi? Zadanie sobie tego ostatniego pytania zwykle kończyło się kolejnymi strugami łez. Biegła wtedy prędko do Odda i Ulricha, by natychmiast wyperswadowali jej takie przemyślenia.

Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, jak wyglądałoby jej życie bez Jeremiego. Do tej pory nie miała takiej potrzeby. Wydawało się jej, że istniał w jej życiu od zawsze; spędzali ze sobą codziennie tyle czasu, że jego obecność była czymś tak oczywistym i pewnym jak słońce wstające codziennie rano.

Czuła się bardzo samotna. Nie do końca to rozumiała. Przecież miała oddanych przyjaciół, z którymi mogła spędzać czas, do których zawsze mogła zwrócić się ze swoimi problemami i poprosić o radę. Jednak Jeremie był jej pierwszym i najlepszym przyjacielem, tym, który od pierwszych chwil kontaktu ze światem dotrzymywał jej towarzystwa, ostrzegał przed niebezpieczeństwami, wreszcie, pomagał jej realizować marzenia. Tylko między nimi działała ta niewytłumaczalna chemia, porozumienie bez słów, które ją uskrzydlało i dzięki któremu wierzyła, że mogła dokonać czego tylko zapragnęła.

Starała się powtarzać sobie często, że nie mógł odejść, że było na to o wiele za wcześnie... Nie zasługiwał na to, jeszcze tyle mieli spraw do omówienia, zadań do wykonania, rzeczy do powiedzenia. Tych upchanych gdzieś po kątach duszy, niby najbardziej oczywistych, lecz których najbardziej się obawiała... Nie zniosłaby chyba, gdyby miało się okazać, że nigdy nie będzie miała okazji ich wyznać.

Minął kolejny monotonny, szkolny dzień. Aelita weszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi, jednocześnie z ulgą uwalniając się od torby z książkami, która opadła z głuchym pacnięciem na podłogę. Jednak zamiast zagłębić się w robienie niezliczonych prac domowych, które jej zadano, osunęła się powoli na łóżko, opierając się plecami o chłodną ścianę. Jednocześnie wyciągnęła telefon i machinalnie sprawdziła godzinę. Wkrótce, jak zwykle, mieli zadzwonić rodzice Jeremiego.

Aelita ziewnęła przeciągle i poczuła się śpiąca. Jednak nie uznała tego za dobry znak; wcale nie oznaczało to, że faktycznie zaśnie. Często czuła się bardzo zmęczona, lecz niepokój nie pozwalał na zmrużenie oka. Pozostawało jej jedynie leżenie plackiem na łóżku i wgapianie się w sufit w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieści - już nie liczyło się, czy dobre, czy złe - byle nie musiała tkwić w stanie zawieszenia i niewiedzy.

Bardzo zapragnęła zobaczyć Jeremiego ponownie; zamknęła oczy i próbowała odtworzyć w pamięci wygląd jego oddziału, sali, łóżka...

Wkrótce zorientowała się, że stoi pośrodku szpitalnego korytarza, a wokół niej kłębiły się szare, rozmazane w ruchu postacie, które zdawały się nie zwracać na nią zupełnie uwagi. Pewnie ruszyła przed siebie w skądinąd znajomym kierunku, zwinnie omijając sylwetki. Nie potrzebowała niczyjej zgody, by przestąpić próg oddziału intensywnej terapii. W porównaniu z korytarzem, który zostawiła za sobą, było tu wyjątkowo cicho i spokojnie. Powoli przesuwała się wśród sal z przeszkleniami wychodzącymi na korytarz. Z wyglądu przypominały pudełka, w których, otoczeni mniejszą lub większą ilością sprzętu i personelu medycznego, zamknięci byli pacjenci. I tu postaci jawiły się jako srebrzyste smugi; jedynie nieruchomi pacjenci pozostawali kolorowi i wyraźni.

Wreszcie znalazła cel swojej wędrówki i natychmiast zajrzała do środka. W pokoju Jeremiego nie było nikogo i zdawało się, że nikomu nie było po drodze do jego sali. Zaledwie o tym pomyślała, w mgnieniu oka znalazła się po drugiej stronie szyby.

Podeszła do łóżka i usiadła na jego krawędzi, chcąc lepiej przyjrzeć się Jeremiemu. Wyglądał całkiem tak, jak sobie wyobrażała. Ze swoją bladą twarzą i ustami złożonymi w lekkim, błogim uśmiechu przypominał porcelanową lalkę, delikatną i kruchą, a zarazem taką, która kusi, by ją dotknąć. Dlatego też nie była w stanie powstrzymać swej dłoni, która coraz bardziej przybliżała się do niego. Lecz ledwie dotknęła nią jego głowy, jego powieki uniosły się powoli i spojrzały na nią jego jasnoniebieskie oczy.

- Aelita?... – mruknął, z dokładnie takim samym niedowierzaniem jak wtedy, gdy zastawała go w jego pokoju, śpiącego w najlepsze przy biurku.

- Tak, tak, to ja – odparła szybko, zaskoczona, lecz wcale nie cofnęła dłoni. Jeremie się uśmiechnął, gdy lekko dotknęła opuszkami palców jego złocistych włosów.

- Czy to... czy ty przyszłaś... po mnie? – zapytał cicho.

- Nie... przyszłam do ciebie, nie po ciebie - odparła, nie chcąc zaprzątać sobie głowy znaczeniem jego pytania. Jeremie wydał się być bardzo uspokojonym i zadowolonym z jej odpowiedzi.

- Nie odchodź. Jeszcze nie – odpowiedział i błogo się uśmiechnął.

- Nie martw się, nie będziesz sam, nigdy – zapewniła go.

Nie wiedziała, jak długo tak czuwała nad nim, gdy nagle kątem oka dostrzegła pełznący po ścianie cień. Rozejrzała się dookoła i szybko odniosła wrażenie, że cień coraz bardziej się do nich przybliżał; tu i ówdzie dostrzegała jego przesuwające się fragmenty. Ich kształty, jakby zarysy kroczących łap i kołyszącego się w ruchu puszystego ogona, od razu wzbudziły w niej niepokój.

Jeremie zdawał się dostrzegać panikę, w jaką wpadła.

- Cokolwiek to jest, Aelita, nie okazuj strachu. Proszę cię, nie zostawiaj mnie samego – wyszeptał. Nagle silnie się zatrząsł, zaczął oddychać z trudem, desperacko wręcz próbując złapać powietrze.

- Jeremie, co się dzieje? Jeremie! – przeraziła się Aelita. Próbowała krzyczeć, wołać o pomoc, lecz nie mogła z siebie wydusić niczego poza mocno ochrypłym szeptem.

Niedługo potem przez okno dojrzała zaalarmowaną grupkę lekarzy i pielęgniarek, pospiesznie biegnącą do wejścia. Drzwi się otworzyły i do środka wraz z ludźmi wdarły się odgłosy kroków i nerwowych, krótkich poleceń. Aelita odskoczyła pod ścianę, obserwując z rosnącym przerażeniem, jak kilkoro z nich rzuciło się w kierunku Jeremiego, a reszta miotała się po sali, pośpiesznie poszukując potrzebnych leków i sprzętu. Odniosła wrażenie, jakby znalazła się w centrum akcji jakiegoś serialu medycznego i ktoś nagle spowolnił bieg wydarzeń.

Wtedy zobaczyła, że na przeciwległej ścianie zatrzymał się cień o kształcie siedzącego wilka, który strzygł uszami i wydawał się obserwować całą sytuację, oczekiwać na coś. Ten widok spowodował, że Aelita jeszcze mocniej przyparła się do ściany, jakby próbowała się odsunąć od niego jak najdalej.

Chcąc odwrócić swoją uwagę od intruza, skupiła się na tym, co się działo wokół łóżka. Po reakcji zgromadzonych wokół niego ludzi poznała, że kryzys okazał się być tylko chwilowy; część z nich nawet, choć wciąż spoglądała niepewnie, zdecydowała się opuścić salę. Aelita znów spojrzała na ścianę, jednak, ku jej zaniepokojeniu, wilczy cień wcale nie zamierzał opuszczać swego posterunku. Powstał na cztery łapy i zakołysał cieniem ogona. Oniemiała z przerażenia, gdy nagle sylwetka oderwała się od płaszczyzny i pod ścianą stał wilk uformowany jakby z chmury dymu.

- Nie zbliżaj się... – wymamrotała Aelita, lecz wilk tylko potwierdził jej obawy, gdy się znienacka poruszył i zwinnie wskoczył na łóżko. Po chwili się rozdzielił na strugi gęstego dymu, które zaatakowały nieprzytomnego chłopaka, brutalnie wdzierając się przez uszy i nos do środka.

Kiedy znikły całkowicie, pochłonięte przez ciało Jeremiego, stojąca wokół niego aparatura oszalała. Zbierający się do wyjścia medycy nagle osłupieli, gdy piski urządzeń ucichły i zawył jednostajny, ciągły sygnał. "Tracimy go!", dotarł do niej krzyk jednego z lekarzy, którzy znów rzucili się Jeremiemu na ratunek. Niemal klatka po klatce Aelita obserwowała, jak jedna z pielęgniarek zasłoniła pionowe żaluzje, a dwoje innych przygotowywało zestaw do defibrylacji. Wkrótce potem elektrody poszły w ruch; widziała, jak ciało Jeremiego podnosiło się lekko pod wpływem wstrząsów, lecz serce dalej odmawiało współpracy...

Przeraźliwy pisk obezwładniał, dzwonił Aelicie w uszach. Zasłaniając uszy, skuliła się w kłębek na podłodze, zrozpaczona tym, że nie była w stanie nic dla Jeremiego zrobić, jedynie biernie obserwować, jak odchodził na jej oczach...

Wtem we wszechogarniającej rozpaczy zajaśniało jakieś światełko. Przeczuwała, że jeszcze nie było za późno. Nie mogła go przecież zawieść, poddając się swym dziecinnym, irracjonalnym lękom. Powoli, z trudem podniosła się na chwiejnych nogach. Wyprostowała się, rozpościerając ramiona, tak że ich ruch wywołał lekki powiew wokół niej.

- Odejdź! On jest mój! – wypowiedziała ostro swoje żądanie, które nabrało mocy, gdy odbiło się echem w przestrzeni. Wiatr się wzmagał, zaczął wirować dookoła niej coraz szybciej. Omal się nie przewróciła, lecz pęd powietrza sprawił, że uniosła się nieco ponad ziemię; Aelita poczuła się pewniej, gdy to uczucie wydało się jej podobne do wznoszenia się w wieży, ku zwycięstwu...

"Nie poddawaj się, Jeremie... bo ja nigdy," szepnęła. Nagle pomieszczenie wypełniło się jasnym, oślepiającym światłem.

Gdy Aelita się ocknęła, przeszywający pisk nie ustał, lecz wciąż czuła powiew wiatru. Ze zdumieniem wpatrywała się w lekarzy, którzy nie ustawali w wysiłkach przywrócenia akcji serca. Gdy już niemal straciła wszelką nadzieję, że jej wysiłki nie poszły na marne, z na wpół otwartych ust Jeremiego zaczął powoli wydostawać się dym. Przybrawszy formę skaczącego wilka, rozpłynął się w powoli ustającym wietrze.

Wtedy zauważyła, że jeden z lekarzy, trzymający elektrody od defibrylatora, był w połowie drogi między początkową pozycja swych rąk a klatką piersiową pacjenta, gdy na sali zapadła cisza. Podniósł wzrok na monitor pracy serca; jego wykres znów pokazywał wysokie góry i głębokie doliny. Lekarz odłożył urządzenie i wydał z siebie długie, przeciągłe westchnienie ulgi. Pozostałych medyków również opuściło napięcie, a na ich skupionych i zdeterminowanych twarzach pojawiły się uśmiechy. Był to dla Aelity wystarczający dowód, że sytuacja została opanowana, a Jeremie przeżyje...

Aelita obudziła się i zerwała z głośnym, stłumionym okrzykiem. Na zewnątrz zapadł już zmrok, więc musiała spać bardzo długo. Na darmo próbowała się opanować, rozedrgana zupełnie jak po kilometrowym biegu, i wmówić sobie, że sen i rzeczywistość nie mają zazwyczaj wiele wspólnego. Lecz czy na pewno? Wszystko było tak realistyczne. I jak gdyby koszmarnych wizji było mało, dołączył do nich wilk, który pojawił się w jej śnie po raz pierwszy od bardzo dawna. Musiała natychmiast odrzucić swoje złe przeczucia; trudno jej było zapomnieć o tym jednym jedynym wyjątku, gdy sen okazał się boleśnie prawdziwy…

Jakby w odpowiedzi na kłębiące się w niej pytania, rozległ się dzwonek telefonu. Nie patrząc nawet na numer, Aelita odebrała.

- Dzień dob… a raczej, dobry wieczór, pani Belpois. Co słychać nowego? – powiedziała szybko. Serce waliło jej jak młotem, a te kilka sekund między pytaniem a odpowiedzią urosło do wieczności.

- Coś nie tak, Aelita? – usłyszała zatroskany głos mamy Jeremiego.

- Nie, tylko, hm, spałam – odparła Aelita, opierając się o chłodną ścianę. – Ale... co z nim...

- W porządku – odpowiedziała pani Belpois, w której głosie Aelita zauważyła nutę niepokoju.

To tym bardziej pchało ją do wypytania o jakieś szczegóły. Po tym, co jej się przyśniło, zdawkowe "w porządku" jej zdecydowanie nie wystarczało.

- Naprawdę? Nie było... żadnych... problemów? – próbowała dalej.

- Ależ nie, kochanie – zapewniła ją pani Belpois – nie martw się, znasz Jeremiego, on jest taki dzielny... – pod koniec tej wypowiedzi zatrząsł się jej lekko głos.

- Tak – westchnęła Aelita, przeczuwając, że nawet jeśli pani Belpois zna jakieś niepokojące szczegóły, co ujawniał jej głos, to nie była skora się nimi z nią podzielić. – Dziękuję bardzo.

- Ależ nie ma za co, kochanie – zaprotestowała pani Belpois. – Dobranoc, śpij dobrze! – dodała, po czym się rozłączyły.

Aelita znów przewróciła się plackiem na tapczan. Przeczuwała, że wydarzyło się coś niepokojącego, ale wszystko wskazywało na to, że niebezpieczeństwo zostało oddalone. Zamknęła oczy, próbując przypomnieć sobie szczegóły snu. Pozostały tylko pojedyncze sceny, fragmenty zdań, a całość złożonej wizji coraz bardziej zacierała się w pamięci. Znienacka przyszło jej na myśl jedno zdanie, które od razu bardzo przypadło jej do gustu. Jeremie jest mój, i nikt mi go nie odbierze, powtórzył cichy głos w jej myślach, i natychmiast poczuła się dziwnie spokojna.

Następnego dnia Aelita nie mogła nie rozpamiętywać tego, co pozostało w jej głowie z tego snu, czy tez raczej tego, co chciała pamiętać – rozmowy z Jeremiem i zwycięstwa nad potężnym, złowrogim wilkiem. Wspomnienia te dawały jej nieco rozkosznej ulgi i mnóstwo nadziei. Powtarzały się w jej wyobraźni niczym krótkie filmy, które odgrywały się przed jej oczami. Często absorbowały ją do tego stopnia, że ignorowała wszystko, co się działo wokół niej. W przeciągu dni upływających od wypadku Odd i Ulrich nawykli do wybudzania jej w środku lekcji, gdy nauczyciel chciał jej zadać pytanie czy tez pod koniec, by zdążyła zebrać swoje przybory i książki. Jednakże, w przeciwieństwie do tych poprzednich razy, gdy nawet była wdzięczna przyjaciołom za otrząsanie jej z mrocznych rozmyślań, tak teraz wcale nie chciała powracać do rzeczywistości. Raz chłopcy zapytali, dlaczego jest taka szczęśliwa i wciąż się uśmiecha pod nosem. Aelita, jako że nie chciała zdradzać im swego snu, odpowiedziała po prostu „Myślę, że wszystko będzie dobrze". Wyglądali na zadowolonych z tego, że powiedziała to z wielkim przekonaniem i nadzieją. Słusznie zresztą - była pełna nadziei jak nigdy wcześniej.

Po kolacji Aelita pożegnała się z Oddem i Ulrichem i wspięła się po schodach na piętro dziewcząt.

- Hej, Aelita! – usłyszała znajomy głos za swoimi plecami. Obróciła się i ujrzała Williama, który zmierzał ku niej po schodach, trzymając coś w wyciągniętej ręce.

– To twoje, prawda? Leżało na stołówce – dodał, gdy wspiął się do niej i pokazał jej przedmiot. Był to jej telefon.

- Dzięki – odparła Aelita i wsunęła komórkę do kieszeni. – Dzięki wielkie – dodała, gdy zorientowała się, że bez niego nie skontaktowałaby się z rodzicami Jeremiego. Odwróciła się, by skręcić w korytarz, spodziewając się, że William wróci na dół do siebie. Jednak, ku jej zaskoczeniu, William poszedł za nią.

- Możemy pogadać? – zapytał.

- Jasne – odpowiedziała przyjaźnie.

W przeciwieństwie do Yumi i Ulricha, wzajemne relacje jej i Williama były więcej niż poprawne. Odkąd został uwolniony spod władzy XANY, czasem przychodził do niej lub Jeremiego pogadać. Jednakże poważna twarz Williama zdradzała, że wcale nie chodziło mu o miłą pogawędkę. Aelita zaczęła się zastanawiać, o czym chłopak chciał z nią porozmawiać.

Wreszcie razem dotarli pod drzwi do jej pokoju. Aelita wyciągnęła klucz z drugiej kieszeni i próbowała otworzyć drzwi, lecz zamek mimo szamotaniny nie chciał puścić.

- Mogę? – William poprosił ją o klucz. Aelita odsunęła się od drzwi na krok. Mrucząc coś na temat zacinających się zamków, William pomocował się z kluczem i wreszcie otworzył drzwi.

- Martwię się o ciebie – wyznał, gdy wpuścił ją do pokoju. – Nie biorę udziału w waszych sesjach anonimowych wojowników Lyoko, ale chcę wiedzieć, jak sobie radzisz.

Aelita prychnęła śmiechem, słysząc wyrażenie „anonimowi wojownicy Lyoko".

- Ja tam nie miałabym nic przeciwko, gdybyś czasem z nami posiedział – powiedziała, gdy usiadła na łóżku.

- Wolę nie. Ale nie z tym do ciebie przyszedłem. – William zamknął drzwi i oparł się o nie. – Pomogłaś mi się znów odnaleźć w tej budzie. Teraz pozwól mi pomóc tobie.

- Dzięki, ale… Daję już sobie z tym wszystkim radę, William. – Aelita była zaskoczona. Co tknęło Williama, by zagadnąć ją akurat teraz, a nie wtedy, gdy była w naprawdę złym stanie i potrzebowała pomocy? – Jeremie jest w szpitalu i nic nie mogę na to poradzić, mogę tylko czekać, aż wyjdzie. Już się z tym pogodziłam.

- Jasne – odparł z przekąsem. – Pewnie się zastanawiałaś, dlaczego Jeremie zrobił to, co zrobił.

Aelita znów popatrzyła na niego, zdziwiona. Nie spodziewała się, że poruszy ten temat, który do tej pory dyskutowała tylko z najbliższymi przyjaciółmi.

- Może i wiem, ale nie jestem pewna. Mimo, ze tyle się znamy, wciąż jest zagadką, nawet dla mnie.

- Chcesz znać moje zdanie? – Aelita kiwnęła na Williama z ciekawością.

– On desperacko próbował ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.

- A… co to ma być, twoim zdaniem? – zapytała Aelita po chwili niezręcznej ciszy.

- Skąd mam wiedzieć, niech on ci powie – odparł William.

Aelita oburzyła się jeszcze bardziej. Przypomniał się jej niedawny sen – pełen skrytych pragnień, myśli, które trzymała tylko dla siebie. Policzki się jej zaczerwieniły, ręce zaczęły drżeć. Jakby na przekór, William wciąż stał pod drzwiami z dłońmi w kieszeniach i przypatrywał się jej, tak nieznośnie spokojny. Aelita wstała i podeszła do niego.

- Po pierwsze, co ci właściwie do tego? A po drugie, on jest jeszcze w śpiączce! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Prawdę mówiąc, była gotowa pokazać mu, gdzie są drzwi, żeby zostawił ją w spokoju. Jednak William tylko uniósł brew, zupełnie jakby spodziewał się jej reakcji.

- Wiem, ale… zastanów się… tak czy siak, będziesz musiała pogadać z Jeremiem, tak od serca. - William oderwał się od drzwi i spojrzał na wciąż rozzłoszczoną Aelitę z góry. Wyglądał na trochę skruszonego. – Wiem, że to trudne, ale ty się w końcu musisz przestać wahać. Nie rób tego sobie. W końcu, chyba o to chodziło twojemu ojcu… żebyś była szczęśliwa.

Aelita otworzyła usta, lecz nie była w stanie odpowiedzieć Williamowi. Pozwoliła, aby jej świadomość przetworzyła jego słowa. Wciąż się rumieniła, a jej twarz była napięta. Nigdy wcześniej nie czuła się tak odsłonięta, tak brutalnie skonfrontowana z jej przemyśleniami od czasu wypadku.

Cóż, zastanawiała się Aelita, być może potrzeba jej było takiej szczerej rozmowy. Jednak William był ostatnia osobą, od której spodziewała się takiego kazania.

- A skąd ty jesteś taki mądry? – spytała, wciąż niedowierzając w jego gigantyczny tupet. Na jego szczęście darowała sobie wypominanie jego sercowych perypetii, zwłaszcza tej z Yumi.

- Doświadczenie życiowe. Od czasu swego, hm, powrotu sporo zrozumiałem.

- Aha, i to ci daje prawo do pouczania ludzi?

- Jeśli mogę coś zmienić… Oj, wyluzuj. Jeszcze mi za to kiedyś podziękujesz. – William podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce. – Dobra, zmykam, mam trochę swojej roboty. Powodzenia, siostro. – Uśmiechnął się i wyszedł z pokoju, szybko znikając z pola widzenia Aelity. Drzwi się zamknęły, lecz Aelita wpatrywała się w nie jak wryta.

- Siostro? – powtórzyła z niedowierzaniem swoje nowe przezwisko. W końcu usiadła przy biurku. Naturalnie, miała prace domowe do odrobienia, lecz najpierw musiała uporządkować własne myśli.

„Co za bezczelność," prychnęła, choć wiedziała, że William przecież miał dobre intencje. Ale czy pomógł jej, tak jak planował? W głębi serca wiedziała, że nie powiedział jej niczego odkrywczego. Wiedziała, że musiałaby skonfrontować Jeremiego na temat jego zachowania prędzej czy później. Jednakże na myśl o tym, że jego zachowanie miało głębszy sens poczuła się nerwowa. William był przekonany, że znajdzie odwagę, by Jeremiego i o to zapytać.

Wtem dotarło do niej, że jeśli William miał rację, to Jeremie był gotów rzucić swe życie na szalę ponownie, w przyszłości. Musiała go naprawić, powalczyć o niego, zupełnie jak w swoim śnie z ostatniego wieczora, lub po powrocie Jeremie znów rzuci się w spiralę autodestrukcji. Aelita wiedziała, że nie może na to pozwolić, jeśli nie chce go stracić.