Rozdział 3
- Hej, słuchajcie! – Aelita krzyknęła, gdy w podskokach wbiegła do stołówki w porze obiadowej, jednocześnie wymachując swoją komórką.
Odd, Yumi i Ulrich już zaczęli jeść. Aelita była zbyt podekscytowana, by w ogóle myśleć o jedzeniu. Nie dbała o to, że ludzie na stołówce patrzyli na nią jak na jakąś opętaną.
- Co się stało? – Yumi zapytała natychmiast. Aelita nawet nie usiadła, tylko oparła się o stół.
- No nie zgadniesz! Jeremie się obudził! Właśnie jego rodzice do mnie zadzwonili! – wysapała.
Patrzyła, jak twarze jej przyjaciół powoli rozjaśniały szerokie uśmiechy w miarę, jak docierały do nich jej słowa.
- O rany, to wspaniale! – wykrzyknęła Yumi i uściskała Aelitę nad stołem.
W końcu Aelita usiadła przy stole i zapłakała, jednak były to łzy czystej radości. Odd i Ulrich również nie kryli swego podniecenia i zachwytu.
- Dobra, to kiedy możemy odwiedzić tego wariata? – zapytał Odd.
- Oj, powoli, Odd! Jeszcze będą ograniczać odwiedziny. Ale – ja zobaczę go już jutro! – powiedziała, trzęsąc się z emocji.
- Szczęściaro ty! – Odd się zaśmiał. - No to go od nas pozdrowisz w takim razie, co?
- Jasne, że tak! Dobry Boże, już nie mogę się doczekać! – Aelita aż zatupała w miejscu.
- A co my mamy powiedzieć? – wtrącił Ulrich.
Ich stół przykuł uwagę reszty uczniów, niektórzy podchodzili do nich i wypytywali się o przyczynę ich wesołości. Jedną z nich była Sissi, która się rozpłakała, zaledwie dowiedziawszy się radosnej nowiny. Wkrótce Aelita zaraziła swą radością całą stołówkę. Bardzo podniosło ja na duchu to, że choć tyle czasu już minęło od wypadku, to nawet całkiem obcy jej ludzie wciąż pamiętali i troskali się o los tego najbardziej poszkodowanego.
Wychodząc następnego dnia ze szkoły po ostatnich zajęciach, Aelita czuła się tak lekko, jak nigdy wcześniej od chwili wypadku. Na powrót poczuła motyle w brzuchu, tak silne, że zdało się jej, że zaraz ją uniosą w górę. Podskoczyła w miejscu i nogi poniosły ją lekkim krokiem ku bramie, gdzie w samochodzie czekali na nią rodzice Jeremiego. Wreszcie, dotarli do szpitala.
Aelita nie mogła oderwać wzroku od Jeremiego, który wyglądał zauważalnie lepiej. Jedno z ramion, unieruchomione, nadal leżało bezładnie z jego prawej strony, lecz lewe było niedbale złożone na piersi, jakby już było poruszane. Twarz zaś była zwrócona w stronę drzwi, zupełnie jakby oczekiwał stamtąd nadchodzących.
Wkrótce wszyscy troje weszli do sali. Jeremie nie spał, toteż od razu zareagował; otworzył oczy i spojrzał na wchodzących. Oczy zaszły jej mgłą, tak poruszona była jego widokiem.
- Cześć, synu – zagadał pierwszy pan Belpois. Jeremie z na wpół otwartymi oczami popatrzył na obecnych.
- Cześć tato, cześć mamo... – mruknął zaspanym głosem. Nagle otworzył oczy szerzej i wyraźnie się ożywił. – O rany, Aelita! Tylko nie mówcie znowu, że coś zmyślam...
- Nie przejmuj się tym. To leki przeciwbólowe tak na niego działają – pani Belpois natychmiast zapewniła Aelitę. Obie parsknęły śmiechem.
- Jestem tu, głuptasie! – odezwała się Aelita, śmiejąc się przez łzy.
- Uwierzę, jak zobaczę. Gdzie te okulary...? – mruknął Jeremie. Jego wolne ramię zsunęło się w dół, jakby czegoś szukał. Gdy już był gotów wyciągnąć rękę w stronę stojącej przy łóżku szafki, Aelita zatrzymała ją w powietrzu i szybko uścisnęła. W międzyczasie szkła wylądowały na jego nosie za sprawą pani Belpois.
- Dzięki, mamo. Cześć, Aelita – przywitał ją, uśmiechając się szeroko.
Aelita poczuła, że do głowy uderza jej fala gorąca, gdy uświadomiła sobie, że nigdy wcześniej nie trzymała go za rękę w obecności jego rodziców. Wszystko wskazywało jednak na to, że Jeremie nie przejmował się tym ani trochę; wyglądał na bardzo szczęśliwego z tego powodu.
- Zostawimy was na chwilkę samych, zaraz wrócimy – nagle szepnęła do niej rozpromieniona pani Belpois i po chwili drzwi do sali cicho zaskrzypiały.
- Um... jak się czujesz? – to było wszystko, co Aelita potrafiła z siebie wydusić, gdy została sam na sam z Jeremiem.
Jeremie przez chwilę wpatrywał się w nią z nieukrywaną radością.
- Dobrze. Oprócz tego, że otumaniają mnie te prochy... nie ma się co o mnie martwić – dodał po chwili namysłu. Tak w jego stylu, pomyślała Aelita. – Najważniejsze, że ty jesteś w jednym kawałku. Ten samochód, on pędził prosto na ciebie...
- Nie zadręczaj się tym! – zaprotestowała i ścisnęła mu rękę jeszcze mocniej. Nadal nie pogodziła się z jego decyzją, podjętą tak lekkomyślnie, lecz wolała mu tego nie wypominać w jego obecnym stanie.
- A pozostali?– Pytanie Jeremiego obudziło ją z chwilowego zamyślenia.
- W porządku – powiedziała. – Pozdrawiają cię serdecznie.
Jeremie się uśmiechnął. - Powiedz im, że nie mogę się doczekać, kiedy się spotkamy.
- Na pewno powiem.
Aelita poczuła, że odżyła; radość rozgrzewała ją od środka i sprawiała, że nie mogła przestać się uśmiechać od ucha do ucha. Nie mogła w to uwierzyć! Mogła z nim porozmawiać, potrzymać go za rękę... nie spodziewała się, że tak proste rzeczy mogą sprawić jej tyle radości. Kątem oka dojrzała przez szybę jego rodziców; musieli tam stać przez dłuższą chwilę, bo uważnie ich obserwowali, szepcząc coś do siebie jednocześnie. Zauważyła, że byli całkiem odmienieni. Na policzki pani Belpois powróciły dołeczki, a pan Michel się uśmiechał; znowu byli szczęśliwą parą rodziców, taką, jaką Aelita ich od zawsze znała.
Najsmutniejszą częścią tamtego dnia był wyjazd ze szpitala. Aelita mogła przysiąc, że inaczej siedziałaby przy nim cały czas, aż do momentu, gdy wstał i wyszedł ze szpitala na własnych nogach.
Minął już blisko tydzień od powrotu Jeremiego do szkoły. Choć wciąż czuł się osłabiony, nie oszczędzał się za bardzo, jeśli chodziło o nadrobienie zaległości. A było ich sporo, nawet dla Jeremiego, który przecież nie miał problemów z nauką. Jednak szło mu dużo wolniej, niż tego chciał, jako że wciąż męczył się szybciej niż kiedyś. Aelita pomagała mu tyle, ile mogła. On jak zwykle był zbyt uparty, by poprosić o pomoc, więc pomoc musiała przyjść do niego. Aelita zdążyła dawno się uodpornić na jego wytłumaczenia, że poradzi sobie sam i powinna skupić się na swojej pracy, zamiast tracić czas na pilnowaniu go. Nie pozwalała się odgonić od niego tak łatwo; chciała spędzać z nim jak najwięcej czasu.
Wciąż pamiętała o rozmowie z Williamem sprzed kilku tygodni. Od tamtego momentu miała sporo czasu, by ją przemyśleć; także przedyskutowała swoje wątpliwości z Yumi, nie ujawniając jednak, kto ją zainspirował do przemyśleń. Ta rozmowa tylko jeszcze mocniej utwierdziła ją w przekonaniu o słuszności Williama. Aelita była gotowa, musiała tylko znaleźć dogodną okazję.
Pewnego popołudnia podskakując wesoło, Aelita dotarła pod drzwi pokoju Jeremiego i zapukała cicho. Chciała oczywiście sprawdzić, jak mu szła praca. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, nacisnęła klamkę, by się przekonać, że pokój nie był zamknięty.
Wśliznęła się do środka i jednym pchnięciem zamknęła drzwi, tak że zamek zaszczękał głośno. Tak jak się spodziewała, pokój był pusty; wywnioskowała, że musiała się z Jeremiem rozminąć i miał niedługo wrócić. Postanowiła, że na niego zaczeka. Usiadła na fotelu przed jego biurkiem i obracała się wokół, jednocześnie rozglądając się po pokoju, w którym panował zwyczajny rozgardiasz. Na tapczanie i stoliku leżały porozrzucane papiery i gazety, a na obudowie komputera leżała otwarta książka. Jim pewnie by protestował, ale Aelicie bardzo odpowiadał ten bałagan, dobitny dowód na to, że pokój był zamieszkany.
Odwróciła się do monitora; pulpit był pusty, a na pasku zadań dostrzegła kilka zminimalizowanych programów. Było to dość nietypowe, gdyż Jeremie nie miał w zwyczaju tego robić. Spośród ikon jej uwagę przykuł pasek odtwarzacza wideo, podpisany jako mojdziennik234 . Zaintrygowana, Aelita postanowiła wywołać okno na pulpit. Jej oczom ukazała się głowa Jeremiego, która wypełniała większość kadru. Wstrząsnął nią dreszczyk emocji; wiedziała, że być może nie powinna tego oglądać, ale juz wcześniej miała złe doświadczenia z jego wideo pamiętnikiem. Kliknęła na przycisk Odtwórz.
Obraz się poruszył, gdy Jeremie próbował ustawić kamerę. Po chwili zaczął mówić.
Dawno nie nagrywałem wideodziennika. Odkąd skończyła się przygoda z Lyoko, zwyczajnie nie miałem na to ochoty. Od tamtej pory nie wydarzyło się nic, co byłoby godne opisania, ot, życie się toczyło, lekcje, weekendy w domu, nic nadzwyczajnego. Dopóki kilka tygodni temu nie uległem wypadkowi...
...Niewiele pamiętam. Jedynie pędzący prosto na moich przyjaciół samochód. Potem była decyzja, podjęta w ciągu sekund przez jakiś... instynkt, poza świadomością. Bez zastanowienia, bez wahania. Co się działo potem... czarna dziura. Obudziłem się w szpitalu i powiedziano mi, że byłem w śpiączce przez ponad tydzień. Niesamowite, gdy o tym pomyślę – być tyle czasu nieprzytomnym. No, może nie do końca. Jestem pewien, że w którymś momencie miałem sen. Pamiętam go, wprawdzie jak przez mgłę...
…Najpierw z kimś rozmawiałem. Była to kobieta, bo miała taki spokojny, ciepły głos. Potem nagle coś ciężkiego na mnie wskoczyło i zacząłem się dusić. Opadałem w ciemności... Strasznie się bałem, że to już mój koniec. I wtedy zobaczyłem światło i desperacko chciałem się do niego zbliżyć. Udało mi się. To światło mnie uratowało. Byłem spokojny o siebie.
Zastanawiałem się potem, kto to mógł być. Na początku wydawało mi się, że to mama. Jednak dopiero gdy przyszła z Aelitą do szpitala, poznałem ten głos ze snu. To był glos Aelity.
Wkrótce po wyjściu ze szpitala zacząłem szukać więcej na temat snów, bardzo chciałem się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. I na podstawie tego, co znalazłem, wyciągnąłem jeden wniosek. W tamtym momencie byłem w stanie śmierci klinicznej.
Niesamowite, gdy pomyślę, że przeżyłem własną śmierć. Zwycięstwo... Nie, to uczucie wymyka się jakiemukolwiek opisowi. A jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że de facto Aelita mi to umożliwiła. Bo nie pozwoliła mi pójść w ślady jej ojca, który zginął na jej oczach, bez choćby słowa pożegnania, i zostawił w jej życiu pustkę.
Oparł się o fotel i przejechał dłonią po ramieniu, które jeszcze niedawno było złamane i zagipsowane.
Zrobiłem głupią rzecz. Szaloną rzecz. Ale musiałem to zrobić. Nie wyszło tak, jak chciałem, ale… mimo to nie żałuję niczego, co dla niej zrobiłem. Bo gdyby nie to... byłaby tu jeszcze?
Gdy film dobiegł końca, Aelita poczuła, że oddycha coraz szybciej, a do oczu nabiegały jej łzy. Nie mogła uwierzyć w to, że mieli tak podobne do siebie sny. Poza tym, Jeremie naprawdę przeżył to, co widziała w swoim śnie; był na skraju życia i śmierci, a ona w jakiś sposób przeciągnęła go na stronę żywych.
Uświadomiła sobie jednocześnie coś bardzo ważnego. Jeremie zdołał wyjść z wypadku bez większego szwanku dla swego ciała, lecz w głębi nadal był nieuleczony. Słyszała to w jego głosie, kiedy tylko się jąkał; widziała to w jego oczach, gdy tylko o niej wspominał. Wyglądał na zagubionego i niezwykle smutnego. Już wiedziała, że nie może się wahać i ociągać ani trochę dłużej.
Nagle usłyszała odgłosy dochodzące z korytarza i była pewna, kto nadchodził. Szybko zminimalizowała film i obróciła się na fotelu w stronę drzwi, które w tym momencie się otworzyły i do pokoju wszedł Jeremie. Wyglądałby całkiem normalnie, gdyby nie laska, którą pomagał sobie w chodzeniu, gdyż jego noga jeszcze się całkiem nie wyleczyła.
- Cześć Aelita, co tam? – zagadnął tonem zarówno zaskoczonym, jak i pozbawionym entuzjazmu. – Długo na mnie czekałaś?
- Nie, dopiero co weszłam – odparła Aelita tak naturalnie, jak tylko mogła. – Chciałam sprawdzić, jak ci idzie. Widzę, że zrobiłeś sporo matmy i fizyki.
- Tak, prawie skończyłem. Pani Meyer powiedziała wprawdzie, żebym darował sobie prace domowe i przygotował się do testu, ale i tak zrobiłem prawie wszystkie zadania. – Aelita zmarszczyła się mentalnie, słysząc, że mimo wszystko Jeremie próbował pracować na pełnych obrotach. – Została mi jeszcze praca z francuskiego, ale kompletnie nie mam na nią pomysłu. A ty, już ją zrobiłaś?
On się nigdy nie zmieni, pomyślała Aelita. – Jeszcze nie, ale mam pomysł… może pójdziemy do parku? Dobrze nam zrobi, jeśli się przewietrzymy – zaproponowała.
Jeremie wahał się. Aelita zauważyła, że może nie był to dobry pomysł, skoro miał problemy z chodzeniem. Jednak z drugiej strony wiedziała o bardzo pozytywnym wpływie, jaki miały na niego zieleń i natura.
- Hm… w sumie, czemu nie? I tak od czasu do czasu muszę trochę spacerować, żeby wzmocnić mięśnie.
- No to chodźmy! – Aelita wstała żwawo z fotela. Razem wyszli z pokoju i powoli zmierzali ku przylegającemu do szkoły parkowi.
Ze względu na stan Jeremiego zajęło im trochę czasu, zanim zeszli na dół po schodach i wreszcie wydostali się na zewnątrz. Było słonecznie, lecz wiatr dał Aelicie do zrozumienia, że przeliczyła się co do temperatury. Mimo to nie narzekała. Podobnie Jeremie; on jednak rzadko kiedy narzekał, nawet teraz, gdy każdy krok był zmuszony stawiać ostrożnie. Aelitę dręczyło sumienie, widząc, że mogła mu oszczędzić tego dodatkowego wysiłku. Jednak z drugiej strony, sam zgodził się na tę wycieczkę. Nawet teraz się poświęca, zauważyła.
Minęli boisko, na którym kilkoro dzieciaków grało w koszykówkę, i skręcili w długą alejkę, wzdłuż której rosły stare lipy.
- Pamiętasz? Chodziliśmy tędy kiedyś, a ty mi pokazywałeś, jak natura się zmienia na wiosnę – zagadała.
- Jasne, że pamiętam, w końcu nie było to tak dawno temu – odparł Jeremie.
Aelita zauważyła zmianę w twarzy Jeremiego, gdy przypomniała mu o dawno minionych czasach, jeszcze sprzed odzyskania przez nią ziemskich wspomnień, gdy każdy szczegół ją zachwycał, a on był jej przewodnikiem wśród zmieniającej się przyrody. Zupełnie jak w trakcie tamtych wycieczek, uśmiechał się, a jego oczy przestały być wodniste i zmęczone. Odzyskiwał siły z każdym dniem, lecz Aelicie wydało się, jakby Jeremie nagle całkiem wyzdrowiał.
- To były fajne czasy, naprawdę lubiłam te wyprawy – Aelita westchnęła, gdy sama poczuła się nostalgicznie. Jednocześnie chciała utrzymać Jeremiego w dobrym nastroju jak najdłużej.
- Tak, ja też – odpowiedział – choć… prawdę mówiąc, możemy to nadal robić. Słyszysz ten ptasi śpiew? Jestem prawie pewien, że to kos.
Szli przez chwilę w ciszy, nasłuchując ptasiego trelu, dochodzącego gdzieś z wysoka. Jeremie się zatrzymał i chwycił Aelitę za ramię, zatrzymując ją również. Skupił się na piosence i przytaknął.
– Tak, to na pewno kos – orzekł.
- Bardzo pięknie śpiewa – stwierdziła Aelita. Wtem zauważyła, ze twarz Jeremiego znów zdradzała zmęczenie. Nie myliła się.
- Możemy usiąść na ławce? Chyba muszę trochę odpocząć – powiedział. Aelita skinęła na zgodę i z jej niewielką pomocą podszedł do ławki i usiadł. Oparł laskę o ławkę i rozprostował nogi. Aelita przyglądała się mu z uwagą.
- Bardzo boli?
- Nie, tylko jest zmęczona – odparł Jeremie. Jednak Aelita widziała, jak zamknął oczy i oddychał powoli. Było dla niej oczywistym, że męczył go ból.
- Może nie powinniśmy iść tak daleko – zmartwiła się, przeczuwając, że być może nie powinna w ogóle wyciągać go z internatu.
- To naprawdę nic wielkiego – próbował ją przekonać, lecz bez rezultatu.
- Nie chcę, żeby cię bolało, Jeremie.
- Niedługo przestanie, wyleczy się –
- Przestań! – Aelita przerwała mu. – Dość się napatrzyłam, gdy leżałeś nieprzytomny na ulicy, potem w szpitalu… Teraz, odkąd tylko wróciłeś do szkoły, każdy krok to dla ciebie wielki wysiłek. Nie chcę, żebyś cierpiał…
- A ja… nie chciałem, żeby to się tak skończyło – bronił się Jeremie – wiem, że to było mega głupie, ale przecież nie mogłem nie zareagować! To było jak instynkt, chciałbym ci to wyjaśnić, ale nie mogę… nie potrafię… - Mówił tak szybko, jakby bał się, że Aelita znowu przerwie mu w pół zdania. Jednak mimo, że znała już wszystko z nagrania, chciała słuchać. – Aelito, wiem jedno na pewno. Nie mogłem dopuścić, pod żadnym pozorem, żebyś się zderzyła z tym samochodem.
- Ale omal nie zginąłeś, próbując mnie ratować! – odparła, z dużo większą dawką złości, niż planowała.
- Aelita, ja… – zaczął, lecz ona znów mu nie pozwoliła dokończyć.
- Nie, posłuchaj. Miałeś ogromne szczęście, to jakiś cud, że wyszedłeś z tego cało… ale co by było, gdybyś miał tego szczęścia mniej?
Jeremie na nią spojrzał przelotnie, po czym opuścił wzrok. Wyglądał na przygotowanego do bycia ukaranym, jakby oczekiwał z pokorą na to, że Aelita na niego nawrzeszczy i uwolni swoją złość. Widząc to, Aelita przysunęła się bliżej niego i chwyciła za rękę w nadziei, że Jeremie na nią spojrzy. Jednak nie odważył się na to, póki Aelita nie schyliła głowy, by mu spojrzeć w oczy. Był zmieszany, widząc, że wcale nie zamierzała się na niego obrażać.
- Jeremie, naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś, ale nie chcę, żebyś ryzykował swoje życie w tak głupi sposób. Dla mnie ono jest bezcenne – powiedziała cicho. Objęła jego ramię i położyła głowę na jego barku.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś tu ze mną, bo równie dobrze mogło cię tu nie być. Proszę, Jeremie… nie rób mi tego już nigdy więcej. – Mówiła coraz bardziej roztrzęsionym głosem, w końcu zaczęła łkać.
Jeremie siedział, milcząc, pozwalając Aelicie się uspokoić. W końcu, objął ją swymi ramionami i przytulił do siebie. Aelita drżała w jego uścisku; nie tylko z powodu emocji, jakie nią wstrząsały, lecz także z powodu niezbyt ciepłej pogody, która dała o sobie znać, gdy otoczyło ją ciepło Jeremiego. Jednocześnie Aelita zauważyła, że Jeremie również się trząsł; jego oddech był nierówny, a ciało napięte.
- Przepraszam, Aelita. Chciałem dobrze… - szepnął.
- Wiem, że zawsze chcesz dla mnie jak najlepiej – zapewniła go, gdy znów spojrzeli sobie w oczy. – Ale tym razem… przestraszyłeś mnie na śmierć. Nie wyobrażasz sobie, jak się bałam, że cie stracę… że się nie obudzisz i odejdziesz jak mój ojciec, że będę sama…
Obawiając się, że znów się rozpłacze, szybko ścisnęła swymi chłodnymi dłońmi dłonie Jeremiego.
- Przepraszam… Obiecuję, że cie już nie zawiodę – odparł Jeremie. - Ale też nie przestanę cię chronić…
Urwał; ścisnął jej dłonie mocniej, jakby nie chciał pozwolić jej uciec. Poprzez jego trzęsący się uścisk Aelita czuła, że kotłowały się w nim emocje.
- Jeremie? – wypowiedziała jego imię cicho. Jednocześnie poczuła, że jej twarz różowieje, a oddech przyspiesza. – Chcesz mi cos powiedzieć?
Blond grzywka Jeremiego zatrzęsła się, gdy utkwił w jej twarzy swój wzrok. Nagle jego szkliste oczy zapłonęły radością i szeroki uśmiech rozjaśnił jego twarz.
- Tak, Aelito! – rzekł wesoło – chcę, żebyś wiedziała, że… jesteś ważna… bardziej nawet, niż mi się wydawało… najważniejsza.
Aelicie wydawało się, że przestanie oddychać, gdy dystans między ich twarzami nagle się zmniejszył. Jeremie zniżył swój głos do ciepłego prawie-szeptu.
- Dałem radę… dzięki tobie. Jesteś… jak światło, które wskazuje mi drogę. Nie chcę, żeby zgasło. Ono mnie utrzymało przy życiu.
Załkał krótko, lecz nie płakał. Jego oddech był głęboki i spokojny, jakby właśnie pozbył się przyduszającego go ciężaru. Aelita była niezdolna powiedzieć choćby słowo. Dawno nie widziała go tak radosnego i zrelaksowanego. Ją również ogarnął przedziwny, błogi spokój.
Wtem złożyła swe ręce na jego barkach. Jeremie otworzył szerzej oczy, zmieszany i zaskoczony jej nagłym ruchem. Jednak zamiast przyciągnąć go ku sobie, zmusiła go do odwrócenia się i oparcia swego tułowia o nią. Jeremie zrobił jak chciała, nie bez wahania; jednocześnie ułożył swoja słabszą nogę na ławce. W końcu, Aelita uchwyciła głowę Jeremiego i przytuliła do siebie. Odchylił głowę do tyłu i znów spoglądali sobie prosto w oczy.
- Nie martw się, Jeremie. W końcu, znaczysz dla mnie równie wiele – zapewniła go, jednocześnie głaszcząc go po głowie.
Delikatnie przebiegła palcami po jego szczęce i podrapała za uchem. Jeremie zamknął oczy i całkowicie poddał się jej pieszczotliwemu dotykowi.
Aelita ostrożnie oparła policzek o włosy Jeremiego.
- Jak twoja noga? – zapytała z troską.
- Lepiej – mruknął w odpowiedzi.
Być może w innej sytuacji Jeremie zażądałby powrotu do internatu, lecz ku uciesze Aelity wolał pozostać w jej objęciach. Leżał tak spokojnie, że wydawało jej się, iż za chwilę zaśnie.
Odpoczywaj, Jeremie. Naprawdę tego ci trzeba, pomyślała.
Otoczenie zdawało się idealnie pasować do sytuacji. Słońce nadal świeciło, a poza śpiewem kosa siedzącego gdzieś wysoko na drzewie i szumem liści na lekkim wietrze nic nie mąciło ciszy wokół nich.
Gdy tak razem siedzieli na ławce, Aelita nie mogła się nadziwić, jak paradoksalna była sytuacja – jedne z najbardziej dramatycznych wydarzeń w jej dotychczasowym życiu doprowadziły do tego, chyba najszczęśliwszego, momentu. Uśmiechnęła się, gdy pomyślała, że to zaledwie początek nowego, pięknego etapu w jej znajomości z Jeremiem. Zdawała sobie sprawę z tego, że choć pozornie znali się tak dobrze, to wciąż musieli się wiele nauczyć o swych uczuciach i wzajemnych potrzebach. Jednak wierzyła, że od teraz, gdy wreszcie wyznali sobie, co leżało im od dawna na sercach, wszystko zacznie się układać.
