Witajcie. Dziękuje wam za liczne i niezmiernie miłe komentarze, które od was otrzymałam.
Jeśli chodzi o Severusa to cóż... Ciąża i załamanie nerwowe to nie jest najlepsze połączenie. Nawet jeśli mówimy o mugolskich kobietach ;-p. A jeśli chodzi to że wcześniej nikt, łącznie ze Zgredkiem nie zauważył ciąży Sevusia... Odpowiedź jest prosta, każdy widzi to co chce.
Dobra więcej nie marudzę. Ten rozdzialik dedykuje Kasiol. Dzięki, że się zlitowałaś i zgodziłaś sprawdzać moje wypociny. A także Shet, tu już wiesz za co moja droga.
Rozdział czwarty
W tym samym czasie w Hogwarcie, niemal wyrywałem sobie włosy z głowy, zamartwiając się o Severusa. W tej trudnej chwili towarzyszyli mi przyjaciele, którym w końcu przyznałem się oficjalnie do romansu z profesorem eliksirów, a także dyrektor, cicho rozmawiający z doktorem McHellem.
-Nie martw się, Harry, aurorzy na pewno znajdą Severusa. – Hermiona starała się mnie pocieszyć. Na nią zawsze mogłem liczyć.
-Mionka, przestań. Po co Harry'emu ten tłustowłosy głupek. – Ron do tej pory nie przestał nienawidzić mojego kochanka. Szczerze mówiąc, do tej pory zastanawiam się, po co mu powiedziałem. Za co oberwał ode mnie i lekarza. – Ała! Za co?
-Za obrażanie Severusa.
Już miałem coś jeszcze dodać, kiedy płomienie w kominku rozbłysły, a spomiędzy nich wyszła nieznana mi dotąd kobieta. Z gracją stanęła i otrzepała się z pyłu. Uśmiechnęła się do nas i podeszła do doktora i pocałowała go na powitanie. Przez chwilę rozmawiali po cichu, po czym on odetchnął z ulgą, a we mnie wstąpiła nadzieja. Może ona coś wie o Severusie.
-Witam wszystkich. Jestem Deidree McHell, jestem żoną tego tu piekiełka, a także położną.
-Dee, proszę cię!
-Już dobrze, kochanie. Mam nadzieje, że domyślacie się, z jakiego powodu się tu zjawiłam.
-Wie pani, gdzie jest Sev? – Poderwałem się z nadzieją, jeśli tak, to choćbym miał ją zmusić, to powie mi, gdzie on jest.
-Owszem, wiem, ale nie zaprowadzę cię do niego. Najpierw muszę wyjaśnić pewne sprawy.
-Odpowiem na wszystkie pytania. Naprawdę. Tylko najpierw powiedz czy z nim wszystko w porządku?
-Na razie odpoczywa. Nie jest w najlepszym stanie, ale będzie lepiej.
-Dzięki Merlinowi.
-Kim są ci młodzi ludzie?
-To moi przyjaciele: Ronald Weasley i Hermiona Granger. – Szybko przedstawiłem przyjaciół. Nie wspomniałem jednak o niechęci między rudzielcem, a Sevem. Ale ona chyba sama to zauważyła.
-Niestety muszę prosić, żeby wyszli.
-Nie mam żadnych tajemnic przed przyjaciółmi.
-Może powinieneś mieć.
-Nie rozumiem, proszę pani.
-Miej tajemnice przed przyjaciółmi nie przed kochankiem. Teraz jaśniej. Więc wam mówię grzecznie „do widzenia", tam są drzwi. Zostaje tylko pan Potter. A jak ktoś nie rozumie, to powiem wprost „wynocha"! albo przez okno wyrzucę!
-Lepiej wyjdźmy. Jako doświadczony położnik wiem, że lepiej wykonywać polecenia osoby w ciąży – to mówiąc, doktor McHell wyprowadził wszystkich łącznie z dyrektorem z jego, jakby nie było, własnego gabinetu.
-Skoro zostaliśmy sami, to porozmawiajmy spokojnie, o tym co zrobiłeś. – Usiadła z gracją w fotelu Albusa, patrząc na mnie uważnie. Czułem się jak na przesłuchaniu w ministerstwie. – Czemu to zrobiłeś?
-Nie wiem, tak po prostu.
-Błąd. Z doświadczenia wiem, że coś musiało się dziać. Więc bądź grzeczny i odpowiedz, co kazało ci zostawić Seva. Inaczej ja cię zmuszę do szczerości. – Jej słodki uśmiech jest przerażający.
-Wiesz, że on nie lubi tego zdrobnienia. Tak nazywała go jego mama. Zawsze się lekko spina, jak tak na niego wołam.
-Widzę, że trochę go znasz i zależy ci na nim. Dlaczego więc go zostawiłeś?
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem, czemu to zrobiłem. Czasem zastanawiam się, czy jestem normalny. Kocham go, a krzywdzę. Coś jest ze mną nie tak. Może to lepiej, że przebywam z dala od niego.
-Lepiej dla kogo? Dla człowieka, który cię kocha i zadręcza się teraz, co nie jest wskazane w jego stanie? Który teraz zastanawia się, co zrobił źle, czym cię skrzywdził, uraził? Czy dla ciebie? W końcu to jest ucieczka, uciekasz przed czymś: uczuciem, odpowiedzialnością, bliskością...
Patrzyłem na nią z przerażeniem. -Czy to ja uciekam? To znaczy, że nie zależy mi na Sevie? To ja. Znowu wszystko jest moją winą. Jestem zdrowo pieprznięty. Nieważne co robię, zawsze wychodzi tak, że go ranię. Może lepiej jak przestanę go szukać…
-Nawet o tym nie myśl. – Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że myślałem na głos. Zaczerwieniłem się.
-Przepraszam.
-Opowiedz mi o sobie, to może uda mi się wam pomóc.
-Ale wszyscy mnie znają, jestem w końcu słynny Harry Potter, Chłopiec-Który-Przeżył, pogromca Voldemorta.
-Tak znają cię inni. Zapewne Sev i twoi przyjaciele znają cię jako kogoś innego. – Spojrzała na mnie badawczo i znowu uśmiechnęła się tym swoim uroczym uśmiechem, á la kot ze shreka. – Przepraszam, masz coś do picia? Najlepiej truskawkowego?
Dopiero w tym momencie przypomniało mi się, że ona, tak jak Sev, jest w ciąży. Jestem beznadziejny. Tak się użalam nad sobą, że nie widzę potrzeb ciężarnej kobiety. Jak ja niby chcę się opiekować Severusem? Szybko przywołałem Zgredka i poprosiłem o sok i jakieś ciasteczka, a po namyśle jeszcze kanapki. W końcu ona jest w ciąży, może mieć zachcianki. Słyszałem o tym w mugolskim świecie, ale nie wiem jak to wygląda w magicznym.
-Na czym to stanęliśmy? Ach, już wiem. No to opowiedz mi o sobie.
-Moi rodzice zostali zabici przez Voldemorta, a ja trafiłem do rodziny mojej mamy. Jednak tam tylko przeszkadzałem. Wujostwo mnie nie chciało. Przez wiele lat mieszkałem w komórce pod schodami. Potem po listach z Hogwartu przenieśli mnie do najmniejszej sypialni w domu. Często pracowałem ponad siły. Sprzątałem, gotowałem, w nagrodę dostawałem posiłki. Jak tu przyjechałem, moim największym zmartwieniem był właśnie profesor Snape. Nie wiedziałem, czemu mnie nienawidzi. Zawsze mnie upokarzał, ranił, robił ze mnie pośmiewisko. Nienawidziłem go za to. Później okazało się, że jest szpiegiem i musi udawać. Tylko wychodziło mu to nadzwyczaj dobrze. A gdy przyszła ostateczna walka, to on stał przy mnie. On pomógł mi wygrać. Jako jedyny nie dawał mi żadnych przywilejów, uczył mnie walczyć, kombinować. Dzięki niemu wygrałem. Nie przestał jednak być dla mnie nieprzyjemny. Na początku mnie to bardzo bolało, a potem stało się w jakiś sposób pociągające. Zacząłem się za nim uganiać, pojawiałem się tam, gdzie on miał sie pojawić. Chodziłem tam, gdzie on chodził. Co prawda umawiałem się wtedy z Ginny, siostrą Rona, jednak to nie ona śniła mi się nocami. Jeśli wiesz o jakich snach mówię. – Wziąłem głębszy oddech. – Potem... Potem było starcie ostateczne, a on zniknął. Szukałem go, a kiedy go znalazłem okazało się, że w walce z Voldemortem został ranny. Był osłabiony, wymagał opieki, a był sam w obcym miejscu. Zaopiekowałem się nim. Na początku sarkał na to, nie podobało mu się to. Z czasem się przyzwyczaił. Po jakimś czasie zacząłem go uwodzić. Długo to trwało, ale pewnej nocy udało mi się. Od tamtej pory byliśmy razem. Aż do mojej ucieczki.
-A wiesz, co ją spowodowało?
-Myślę, że bałem się.
-Czego?
-Nie wiem. Chyba tego, że jak będzie ze mną, to zginie. Wszystkich, których kocham to spotyka. Giną albo cierpią.
-A twoja ucieczka bez słowa go uchroni? Mężczyźni są czasem tacy głupi. On cierpi dlatego, że ciebie przy nim nie ma. Złe rzeczy się dzieją, nie da się ich uniknąć. Można jednak radzić sobie z nimi we dwoje. A ty pozbawiłeś go wsparcia. Zostawiłeś go samego w najgorszym z możliwych momentów...
-Przepraszam panią, madame. Ale pani gość źle się czuje i potrzebuje pomocy.
Zerwałem się równie szybko, co Dee. Jeśli chcę odzyskać Seva, muszę iść z nią. Szybko wskoczyła w kominek, a ja zaraz za nią. Wypadłem tuż za nią w przytulnym saloniku. Na więcej oglądania sobie nie pozwoliłem, usłyszałem tak dobrze mi znany krzyk.
-Sev!
Wbiegłem do pokoju, w którym leżał. Nie powstrzymując łez, przytuliłem go. Mówiłem mu jak ważny jest dla mnie. Jak bardzo go przepraszam i jak bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Błagałem go o wybaczenie. Próbowałem się wytłumaczyć, ale nie mogłem znaleźć odpowiednich słów. Chciałem go czuć, cieszyłem się, że nic mu nie jest, że jest bezpieczny. Chciałem tylko go tulić, ale Deidree spoliczkowała mnie. Kazała go położyć w łóżku. W końcu musiała go zbadać. Kiedy udało mi się wykonać jej rozkaz i odrobinę odsunąć, Deidree wygoniła mnie z pokoju. Musiałem czekać na korytarzu.
Czterdzieści trzy minuty, dwadzieścia siedem sekund, 1275 okrążeń po korytarzu i 9763 i pół pierdolonego kwiatka na tapecie później wyszła od Seva.
-On chce z tobą porozmawiać. Chociaż mi się to nie podoba. Daje wam pół godziny, po czym ty wynosisz się z tego pokoju.
-Zrobię wszystko, co każesz.
-Nie wolno ci go denerwować, ma być spokojny. Jeśli coś zacznie się dziać, zatłukę cię. Bez litości. Przyniosę wam herbatę i ciasteczka. Severus powinien coś zjeść.
Patrzyłem, jak odchodzi korytarzem z delikatnym, niemal matczynym, uśmiechem. I w tym momencie doszedłem do wniosku, że mniej się boję ożycia Voldemorta i ponownej walki z nim, niż spotkania z ciężarną czarownicą. Ale nie mam czasu do zmarnowania; cicho zapukałem i wszedłem do pokoju.
Leżał na łóżku, patrząc w sufit, w ogóle nie zwrócił uwagi na to, że wszedłem do środka. Musiał nad czymś usilnie rozmyślać, bo co chwila marszczył brwi i się krzywił. Wyglądał na lekko zrezygnowanego, a ja chciałem go trzymać w ramionach, chronić go. Ale się bałem, już raz go skrzywdziłem, na więcej nie zasłużył.
- Mogę cię przytulić?
Bałem się jego odpowiedzi. Bałem się jego reakcji, ale już za późno, teraz on na mnie patrzy, z niedowierzaniem, lękiem. Dawniej jego oczy były pełne pewności, sarkazmu, miał takie twarde spojrzenie. Merlinie, jak ja cię zraniłem, Sev.
- Harry?
To mi wystarczyło za odpowiedź. Chwilę później już tuliłem go do siebie. Napawałem się jego bliskością. Aż nie przypomniał sobie, że jest na mnie zły...
