/Cóż. Widocznie mam słabość do cierpiących braci W.

Enjoy or not /

Za zakurzonym oknem nic nie widać oprócz ciemności tak nieprzeniknionej jak mrok wypełniający oczy demonów. Jak mrok, który pojawi się również w oczach Deana...dość! Dean jest silny, nie złamie się w Piekle! Sam bezskutecznie próbował przekonać siebie. Nie wątpił w brata, tylko widział starszych i bardziej doświadczonych łowców, złamanych przez demony. Nie potrafili z nimi walczyć na ziemi, a co dopiero w Piekle...Winchester zamknął oczy, czując pod powiekami łzy. Dean zginął, żeby on mógł żyć. Dlaczego byłeś takim idiotą? DLACZEGO DEAN?, nie umiał opanować złości. Nie prosił się o nic, nie chciał ożywać! Jedno musiał przyznać. Cierpiał bez brata, jedynej osoby która była mu bliska. Cierpiał tak jak jeszcze nigdy, a od śmierci Deana minęło zaledwie parę tygodni. Czas leczy rany? Ktokolwiek to wymyślił powinien teraz zobaczyć w jakom stanie jest Sam Winchester. Czas leczy rany? Najdoskonalsze kłamstwo wymyślone przez ludzkość. Czas leczy rany?! Makabryczny żart, którego puenty dalej nikt nie poznał. Czas leczy rany? Nie moje!, krzyczał w myślach Sam. Ponownie zamknął oczy i przez chwilę siedział w ciszy. Już wiedział co zaciągnęło Deana na tamto rozdroże. Tej tęsknoty nie dało się pogrzebać z ciałem. Uniósł powieki słysząc kroki. Drgnął, rozpoznając je. Nagła nadzieja zalała go całego. Odwrócił się i natychmiast pogrążył w bólu. Dźwięk który brał mylnie za kroki, był niczym. Jego umysł go zwodził, chcąc choć na chwilę oderwać od ponurych myśli. Znów spojrzał w okno. Po drugiej stronie ulicy dostrzegł znajomą postać. Przez taflę szkła patrzył na kształt. Te blond włosy, pewny siebie uśmiech...mógł się założyć, że skryte przez noc oczy są zielone. Sam wybiegł z motelu, w ruchu ubierając kurtkę.
-Dean!-krzyknął imię brata, rozglądając się panicznie. Był tu, na pewno tu był.
-Dean!-spróbował ponownie. Odpowiedziała mu lodowata, przenikająca na wskroś cisza. Jego brata tu nigdy nie było. Po chwili zrozumiał. Dean odszedł z tego świata, ale nie opuścił Sama. Przecież obiecał, że zawsze będzie przy nim.