Dobry wieczór! Tutaj Skarpetka, jeszcze żyję, ale klasa maturalna to nic fajnego. Postanowiłam wrzucić drugą część opowiadania human!Feliks/country!Taurys. Boli. Indżoj /o/


Zamiast wyczekiwanej ulgi i poczucia, że zrobiłem to wszystko w słusznej sprawie, całą drogę powrotną do domu czułem się źle, tak jakbym uciekał z miejsca zbrodni, chociaż przecież do rozlewu krwi nie doszło, a mnie samego ona też nie zbrukała. Przez moment chciałem zadzwonić, wytłumaczyć mu się ze wszystkiego, błagać o przebaczenie, jednak palce drżały za każdym razem, gdy próbowałem wybrać jego numer z listy kontaktów. Nie byłem w stanie. Bałem się go, jego reakcji, jego słów jeszcze nie wypowiedzianych, a już raniących moje serce jak tysiące małych igiełek. Co ja miałem w ogóle do powiedzenia na ten temat, sam wbiłem mu sztylet w pierś samym ogłoszeniem wyjazdu i chłodnym postępowaniem wobec niego. Czy zobaczymy się jeszcze? Sam Bóg wszechwiedzący zapewne wciąż szukał na to odpowiedzi, inaczej podsunął by mi radę, wskazówkę. Kocha przecież swoje ziemskie dzieci, nieprawdaż? Nawet, gdy grzeszą, tak jak ja.
Gdyby nie ten rozwrzeszczany bachor w jednym przedziale ze mną i jego matka, przepraszająca bezustannie za swojego brzdąca, pewnie bym zasnął i nie zadręczał się tak tym wszystkim. Ale nie, chłopiec musiał wyć jak syrena strażacka, biegać po całym pociągu, ciągnąć za mankiety moich spodni albo rozwiązywać sznurówki trampek, startych niemal do końca. Pierwsze, co nasunęło mi się na myśl było to, że przynajmniej z Taurysem nie mielibyśmy dzieci. Zawsze jakiś pozytyw. Nigdy ich nie lubiłem, irytowały mnie ponad miarę. Albo po prostu studia przemieniły mnie w zgnuśniałego, grymaśnego, strasznie zgrzybiałego staruszka w skórze dwudziestodwulatka. O nie, ten knypek miał jakiś przedmiot wywołujący we mnie przerost irytacji i chęć mordu na nieletnim. Rada dla rodziców od Feliksa Łukasiewicza: nigdy, powiadam, nigdynie nabywaj swojej pociesze żadnego instrumentu zaraz po tym, jak usiądzie na nocnik. Tę plastikową trąbkę byłem skłonny wepchnąć małemu Kacperkowi prosto w gardło. Na szczęście już wkrótce niezwykle jak się okazuje muzykalna przyszłość narodu polskiego zapadła w głęboki sen na kolanach swojej matki. Dzięki Bogu i ja usnąłem, przynajmniej na parę godzin odwlekając powrót do myśli o wszystkim tym, co zdarzyło się w przeciągu nieco ponad doby od chwili obecnej.

Śnił mi się dziwny sen. Siedziałem sam w potężnym domu, wiatr hulał po pustych, ciemnych korytarzach, wyjąc przeciągiem spowodowanym otwartymi drzwiami i oknami. Opatulony w gruby, wełniany koc kuliłem się na kanapie, nie pozwalając skumulowanemu ciepłu uciec przez żadną szparkę. Kominek przede mną nie płonął, chociaż zapewne mógł. Nie wiem, czemu w nim nie napaliłem. Być może moje odrętwiałe z zimna kończyny nie chciały współpracować z systemem operacyjnym, przewody zostały gdzieś przetarte bądź przerwane. Byłbym tak sam jeden jak palec, gdyby nie dużych rozmiarów pies, który podbiegł do mnie i mimo dość agresywnego wyglądu zaczął się łasić zaraz po wskoczeniu na mebel zajmowany przeze mnie. Nie miałem zielonego pojęcia, co ten sen miał oznaczać. Nigdy nie miałem psa, mojej klitki w Krakowie nie nazwałbym szczególnie przestronną, że nie wspomnę o braku kominka w bloku mieszkalnym. Czy w domu Taurysa był kominek? Miał on przecież dalmatynkę, niezbyt pokojowo nastawioną wobec gości Litwina, co zdążyłem zauważyć, gdy warczała na mnie przy postawieniu pierwszego kroku w głąb jego mieszkania, a później tylko bacznie obserwowała swoimi bystrymi, mądrymi, psimi oczami. Ten zwierzak ze snu był jednak dość kudłaty, o brudnej sierści i jasnych źrenicach. Gdybym wierzył w te brednie, sprawdziłbym znaczenie mojego snu. Ale po co i na co to? Jeszcze dowiedziałbym się, że czeka mnie nagła śmierć. Kto w to w ogóle wierzy?

Około południa byłem w Polsce, nie wiedziałem dokładnie gdzie, bo aż tak znakomitym geografem nie jestem, ale sam krajobraz był w stanie powiedzieć mi dość wiele. Żałowałem niewybrania kuszetki, siedzenie zaczęło kolokwialnie mówiąc wpijać mi się w tyłek, a przede mną jeszcze kilka ładnych godzin podróży. Wstałem, by rozprostować kości i otworzyłem okno. Na szczęście byłem już w przedziale sam, więc nikt nie narzekał na wywiej. Dobrze. Chłodny powiew owiewał mi twarz, szarpał włosy, domagające się zastosowania wobec nich szamponu, powodował łzawienie w kącikach oczu. Ale przynajmniej mogłem odetchnąć po całej nocy w duchocie, przysięgam, można było tutaj siekierę powiesić, a wcześniej otwarcie okna było tematem tabu. Przecież chłopiec może się przeziębić. Tak, dlatego trzeba ubierać się cieplej, pani mamo. Nie mogłem ścierpieć widoku matek trzęsących się jak galareta drobiowa na Wielkanoc o zdrowie ich dzieci. Moja rodzicielka nigdy zbytnio nie przywiązywała wagi do mojego samopoczucia, sporadycznie sprawdzała, czy chodzę ubrany stosownie do pory roku. Jedynie kupowała mi kurtki zimowe, jedną na kilka lat. Jeśli ją zniszczyłem, mój problem. Trzeba było dbać. Tak, mamo, spróbuj wytłumaczyć to tym idiotom z gimnazjum, których zdaniem idealną zabawą jest wzięcie nożyczek i pocięcie czyjejś kurtki w szatni. A że moja wydawała się im być idealną do tego typu uciech, nie moja wina. Westchnąłem. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby okazało się, że zamiast dziewczyny jej syn umawia się z chłopakiem. A konkretnie z mężczyzną, nazwanie Taurysa "chłopakiem" było jak nazwanie starego, dobrego wina podrzędnym jabolem. Teoretycznie termin "chłopak" w pewnych okolicznościach do niego pasował, aczkolwiek—

Chłopak. Umawia się. Zakręciło mi się w głowie. Przecież ja praktycznie dałem mu do zrozumienia, iż nie chcę mieć z nim do czynienia po poznaniu gorzkiej prawdy. Gdyby nagrodę Nobla przyznawano w kategorii "Największy Idiota Roku", z pewnością zgarnąłbym ją kilka razy, tym samym zawstydzając panią Skłodowską i jej rekordowe dwa medale za de facto przełomowe odkrycia w dziedzinie przedmiotu, który cudem zdałem w liceum. Malutka część mnie, szepcząc cichutko do mojego ucha, próbowała upewnić mnie o słuszności podjętego kroku. Oszczędzę i sobie i jemu wielu przykrości związanych z moją śmiertelnością. Byłem tylko człowiekiem, kroplą w morzu tych poznanych przez Taurysa w jego długim życiu. Założę się, że miał wiele podobnych incydentów, poza tym nie chciałem być kolejnym, nie chciałem ranić go swoją niedołężnością, gdy siwa pajęczynka z resztek włosów pokryje moją głowę, padnie mi na mózg, a wszelakie dolegliwości zmogą ciało i nie będzie ono na tyle sprawne, by poruszać się samo. Moja babcia w chwili śmierci nie pamiętała, kim jest. Opiekowałem się nią, gdy nie była w stanie oporządzać się sama, staruszka to bowiem jedyna osoba, którą obchodził los biednego jedynaka. Ciężko chorowała, zanim odeszła. Płakałem czasem w poduszkę, coraz bardziej świadom jej postępującej choroby i nadchodzącego końca. Chciałem oszczędzić tego Taurysowi. Wiedziałem, jak serce może boleć, gdy widzi się osobę, niegdyś pełną życia, gasnącą na twoich oczach. Osobę, którą to serce kochało bezgranicznie. Łzy płynące po policzkach chyba nie spowodował wiatr. Otarłem je szybko i dokładnie zamknąłem lufcik. Opadając z powrotem na fotel, zacząłem rozmyślać na nowo. Co miałem lepszego do roboty?

Gdybym hipotetycznie wrócił, czy on przyjąłby mnie z otwartymi ramionami, czy też sztylet wbity w jego pierś nie pozwoliłby mu na to? Summa summarum wciąż kochałem go na zabój, a każdy kilometr dalej od niego bolał bardziej. Same rozstania na kilka tygodni - uczelnia, jego praca, sam dystans między nami - były bardzo bolesne, nienawidziłem ich. Jakaż jednak radość panowała podczas spotkania po długiej przerwie. A przynajmniej ja śmiałem się i cieszyłem otwarcie, publicznie. On często milczał, ale posyłał mi swój mały, szczęśliwy uśmiech. Tyle mi wystarczało by wiedzieć, że jest kontent. Był mężczyzną czynu, nie słowa. A chociaż zdarzały mu się poetyckie momenty, wolał okazywać afekt poprzez małe, znaczące wiele gesty. Pamiętam ten dzień, w którym go poznałem. Grał na skrzypcach przy Kościele Mariackim, zadumany, pochłonięty muzyką. Lekko ściągnięte brwi, zamknięte oczy, skupienie wymalowane na twarzy - artysta pełną parą. Gdybym tego dnia nie zapomniał słuchawek, pewnie nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi, biorąc pod uwagę jak zatłoczone to miejsce być potrafi i jak często zwyczajnie chodzę z głową w chmurach. Przystanąłem, by posłuchać. W tym momencie świat się zatrzymał, po czym zaczął wirować tylko wokół mnie i jego. Grał coś z repertuaru Chopina, jednak nie prosił o datki. Po prostu grał. A ja po prostu patrzyłem. Przychodziłem codziennie, aż w końcu zagadałem. Początki nie były łatwe, ale pewnego dnia zwyczajnie … byliśmy już razem. To się po prostu stało. Nigdy nie posądzałem samego siebie o skłonności do zakochiwania się w osobach tej samej płci, ba. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek kogoś pokocham. Jego zaś pokochałem za osobowość, nie za to, czym go Bozia obdarowała. Za to, że nie umiałem odgadnąć, co kryje się w jego zwykle zmęczonych oczach. Co nimi we mnie widział mój Litwin? Jeden Bóg to wie. Być może już nigdy się nie dowiem.

Kawał czasu później byłem już w Krakowie, ciemnymi uliczkami snułem się z powrotem do swojej tyciej kawalerki na obrzeżach miasta. Logicznym byłoby znalezienie autobusu tudzież tramwaju, w momencie desperacji zadzwonić po taksówkę, lecz kieszenie i portfel piszczały smutno brakiem pieniędzy. Bo dlaczego zabrać ze sobą kartę płatniczą czy coś? Zresztą konto w banku również świeciło pustkami w tym miesiącu. Cóż, czeka mnie mały survival przez dwa tygodnie. Była stolica Polski przywitała mnie dość ładną pogodą, tak się złożyło, że noc już dawno spowiła niebo i jedynie gwiazdozbiory łypały na ludzi swoimi świecącymi oczyma, zdając się śledzić wszelkie ruchy dziwacznych, ziemskich istot. Jakże osobliwi musieliśmy być dla wszelkich ciał niebieskich, zawieszonych w kosmicznym niebycie. Tacy mali, z problemami w skali światowej nie znaczącymi praktycznie nic. I ja poczułem się mały, wszelkie dylematy takie błahe, niemalże żałosne. Spoglądałem w niebo, stojąc pośrodku jakiegoś placyku, stojąc tak właściwie bez celu. Nie powinno mnie tu być. Powinienem zostać w Wilnie. Z Taurysem u boku. Żal ubódł mnie mocno, poczułem jak moje wnętrzności zwijają się w miliardy węzełków, gardło zacisnęło się mocno. Zadzwonić, nie zadzwonić. Jeśli zadzwonię teraz, mój wyjazd okaże się jedynie pokazem mojej bezmyślności i spontanicznego podejmowania decyzji bez ich uprzedniego rozważenia. Pokazem mojego zdziecinnienia, braku dojrzałości do pewnych spraw. Lecz jeśli odłożę tę rozmowę na później, niewiele może być do omawiania. Przełknąłem ślinę. Dłoń bezwiednie zawędrowała do kieszeni bluzy i chwyciła za telefon. Patrząc tępo na jarzący się bladym światłem ekranik nie wiedziałem, co dalej. Napisanie SMSa może i było łatwiejsze niż bezpośrednia konfrontacja z osobą po drugiej stronie słuchawki, lecz w tym momencie byłaby jak najbardziej nie na miejscu. Na Litwie była już godzina trzecia nad ranem. Czy spał? Znając go i jego trudności z zasypianiem, pewnie przewracał stronice jakiejś książki tudzież szukał wygodnej pozycji, by wreszcie ułatwić swojemu ciału przejście w ten błogi stan. Musiałbym mieć serce z kamienia, by teraz przerywać mu te próbę. Zaczekam więc do rana.

Albo następnego tygodnia.