...Dreaming always alone...

Rozdział drugi

"Wiseman said: just walk this way

To the thorn of the light

The wind will blow

Into your face

As the years pass you by

Hear this voice from deep inside

It's the goal of your heart

Close your eyes

And you will find

There's a giant of the dark

Here I am

will you send me an angel?

Here I am

In the land of the Morning Star"

The Scorpions, "Angel"

Kiedy wyszedł, położyła się na kanapie i głęboko odetchnęła. Nie spodziewała się takiego rozwoju wypadków. Nie była także w stanie myśleć o sąsiadach, którzy próbowali dociec jej stosunków z Sharinganem Kakashim. Spróbowała oczyścić swój umysł i pomyśleć racjonalnie. Piąta Hokage była taka tajemnicza... Dlaczego to Kakashi powiedział jej o misji?... Bała się pytać.

Nagle zdała sobie sprawę z hałasu na jej małym balkoniku. Nieco zbyt gwałtownie zerwała się na równe nogi, które momentalnie się pod nią ugięły. Powoli, uważając na każdy krok, doszła do okna balkonowego i wyjrzała na zewnątrz. Mała fretka buszowała po pustym pudle, które zostawiła specjalnie dla bezdomnych zwierząt, które często nocowały u niej i u jej sąsiadów. Przyjrzała się jej uważnie. Gdyby nie wiedziała, czego może się spodziewać, nigdy nie zauważyłaby małego srebrnego krążka przyczepionego do cieniutkiej obroży na szyi stworzonka. Uchyliła lekko okno, a fretka wślizgnęła się szybko do jej mieszkania.

Kai przykucnęła i wyciągnęła rękę w stronę zwierzęcia, ono zaś powąchało jej dłoń i szybko wbiegło na jej ramię. Pogłaskała je po główce i wzięła do ręki krążek.

"Mirri widziała, jak opuszczasz szpital. Spotkajmy się dzisiaj.

Twój Nirai"

Przygryzając z bólu wargę, wstała i podeszła do szafy, skąd wyciągnęła małą drewnianą skrzyneczkę. Otworzyła ją i spośród mnóstwa bibelotów, takich, jak sznury pereł czy różnokolorowe ptasie pióra, wyjęła cienki czarny mazak. Fretka znała ten rytuał i nadstawiła szyjkę tak, by Kai mogła napisać na odwrocie krążka swoją odpowiedź.

"Przyjdź do mnie. Muszę ci wiele opowiedzieć.

Twoja Kai"

- Biegnij szybko do swojego pana! - szepnęła fretce do ucha i zdjęła ją z ramienia. Zwierzątko szybko znalazło drogę do uchylonego okna i zniknęło jej z oczu. Chwilę jeszcze stała w bezruchu, w końcu jednak odłożyła mazak i skrzyneczkę na swoje miejsce. Z powrotem usiadła na kanapie, czekając.

Minuty wlokły się niemiłosiernie. Dopiero po półgodzinie usłyszała chrobotanie małych pazurków. Minutę później drzwi otworzyły się i w progu stanął wysoki granatowowłosy mężczyzna o spokojnych piwnych oczach. Na jego ramieniu siedziała, ciekawie spoglądając na otoczenie, fretka. Miał na sobie zwykły, codzienny strój - czarną koszulkę i tego samego koloru luźne spodnie. Na szyi zawiązał opaskę Konoha, a na jego lewym przegubie widniała bransoletka z drobniutkich muszelek.

Podszedł do Kai i dwornie się ukłonił.

- Stawiam się na twe wezwanie, o pani.

- Nie żartuj sobie ze mnie. - mruknęła i szybko przytuliła się do niego. Objął ją. Znów, jak wiele razy przedtem, poczuła, że matka miała rację. A jednak nie odsunęła się. Wciąż był jedyną bliską jej osobą, z którą mogłaby podzielić się obawami.

Pokrzepiające ciepło płynęło z ciała Nirai; na równi budzące lęk, panikę, jak i pozwalające zapomnieć o bólu fizycznym.

- Braciszku... Ja chc...

- Cii, kruszynko. Nic nie mów. Wiem o wszystkim od Mirri. Cii... - powtarzał, gładząc ją po włosach.

Prawie irracjonalny strach przybrał na sile. Musiała mocno zagryźć wargę, żeby nie uciec. Zaczęła drżeć z wysiłku, jaki czyniła. Rany i obolałe mięśnie sprawiały ból... Oparła dłonie na jego piersi i odepchnęła go. Cofnęła się o dwa kroki.

Objęła się ramionami i spuściła wzrok.

- Żadne z was nigdy nie dowie się wszystkiego.

Zamknęła na chwilę oczy i oplotła się ciaśniej rękoma.

- Ja wam nie powiem.

Fretka na ramieniu Nirai pisnęła przeraźliwie, zwracając na siebie uwagę swego pana. Popatrzył na nią, jakby rozumiejąc każdy, nawet najcichszy pisk. Kai zamarła jak rzeźba, próbując opanować lodowaty przestrach, który opanował ją po odepchnięciu brata.

- Mirri mówi, że się zakochałaś. - oświadczył jej zimnym, oskarżycielskim tonem. Patrzył przy tym na nią swymi piwnymi oczyma tak, jaby miał zamiar przeniknąć jej umysł i serce na wylot.

Nadal nie podnosząc wzroku, odpowiedziała mu:

- Jesteś zazdrosny?...

Jego oczy zwęziły się. W ułamku sekundy uderzył ją w twarz. Jej głowa odskoczyła w bok, a oczy miała szeroko rozwarte. Teraz już miała pewność - nie powinna była zapraszać go do swojego mieszkania. Nawet pomimo to - a chyba zwłaszcza dlatego - że był jej bratem.

- Nie waż się tak do mnie mówić. - wycedził przez zęby.

Kiedy powoli odwracał się ku niemu, jej źrenice były niemal pionowe. Wyzute z wszelakich uczyć, przerażające zielono-złote oczy po raz pierwszy zwróciły się przeciwko niemu. Przeciwko Nirai.

- Nie waż się tak do mnie mówić, wieczny geninie. - powiedziała, a jej głos smagał jego skórę jak bicz. - Jestem joninką, a nie twoją młodszą siostrą.

Fretka wydała świdrujący uszy pisk i rozpaczliwie próbowała wejść swojemu panu pod koszulkę.

Nirai postąpił jednak, pomimo wzbierającego irracjonalnego strachu przed swoją siostrą, krok naprzód.

- Jeżeli uważasz, że ci ustąpię tylko dlatego, że tak cię kocham...

- Jeżeli uważasz, że cokolwiek mnie to obchodzi...

- A więc zakochałaś się!

Nastała chwila głuchej ciszy.

- Zapomniałeś, co matka mówiła o moich oczach?... Patrz, patrz! Przyjrzyj się uważnie! Co w nich widzisz?

- Mówisz prawdę... - zaczął niechętnie. W jednej chwili cały się spiął, jego oczy rozwarły się szerzej. - I... i... krew!... - wrzasnął, a jego ciało zaczęło nagle drżeć. Opadł na podłogę i zasłonił rękoma głowę. - Tak samo... tak samo patrzyłaś na trumnę taty na jego pogrzebie!... Tryumf... tryumf... Zabiłaś!... Widziałem... wróciłaś!... - podniósł na nią wzrok pełen przerażenia, które wyzierało z każdego zakątka jego duszy. - Tylko pięć lat... cała pomazana krwią... włosy... sklejone... krew... zabiłaś... bez skrupułów... Nawet matka nie wiedziała... Tryumf... Ja widziałem!... Zabiłaś... wróciłaś... Oczy... zostały złe... To ty... twoje ręce... zabiłaś... tylko pięć lat... Słyszałem!... Ich krzyki... bez serca... zła... Śmierć... Śmierć!...

- Nie mam pojęcia, dlaczego to sobie przypomniałeś. - wycedziła, a oczy miała jak szparki. - Hokage kazał ci zapomnieć... Zbyt słaba pieczęć?...

On nie słyszał jej słów, wciąż mamrocząc o śmierci, krwi i ojcu. Kulił się na podłodze, a fretka drapała jego skórę, próbując wydostać się spod duszących ją ramion.

Miała rację. Nie wolno było go tutaj wpuszczać. Dlaczego zawsze docierało to do niej poniewczasie?

- Nikt nie dowie się o moim małym sekrecie, prawda? - zapytała, zwracając na siebie jego chwiejną uwagę. Nie czekając na odpowiedź, dodała: - To dobrze. Teraz zostaw mnie samą, starszy bracie, którego myśli napastowały moje ciało, gdy tylko nadarzała się po temu okazja... wyjdź i zapomnij o swoich marzeniach, które często widziałyśmy w twoich błyszczących oczach, jakże odmiennych od moich... Zapomnij o żądzy, która nieraz targała twoim ciałem na mój widok!... Żałuję, że nigdy nie miałam odwagi przyznać pełnej racji matce... Ona widziała... Słyszała wszystko, co mówiłeś do siebie nocami, czytała z twoich ruchów jak z mapy... Wiedziała. Jak dobrze, że była... - przerwała na chwilę, zatrzymując na mgnienie oka nadpływające obrazy z przeszłości. - Gdyby nie ona, pozbawiłbyś mnie ostatniej, niesplamionej cechy niewinności... Matka słyszała...

- Przestań! - wrzasnął, podnosząc się z podłogi. - Rodzice o niczym nie wiedzieli! Kłamiesz! Kłamiesz!

Fretka pisnęła przeciągle, gdy ramiona jej pana rozluźniły uścisk. Wyskoczyła spod koszuli Nirai, drapiąc bezlitośnie jego pierś, lewe ramię i plecy. Dobiegła do drzwi i poczęła się pod nimi kręcić, próbując uciec. Skrobała małymi, ostrymi pazurkami drewno, która nie chciało ustąpić z miejsca. Wtem stanęła słupka i poruszyła nosem. Wydała z siebie jeszcze jeden pisk i uciekła czym prędzej przez nadal uchylone okno.

- Chcesz mi spojrzeć w oczy?... Tej, która zabijała... Tej, której pragnąłeś w każdej minucie, każdej sekundzie swojego życia?... Proszę, to dla mnie przyjemność... - chociaż te słowa płynęły gdzieś z głębi jej duszy, czuła, że lodowate obrzydzenie przed ujrzeniem raz jeszcze piwnych tęczówek jej brata obejmuje ją całą.

- Nie! Nie!... - krzyczał, na oślep wycofując się do wyjścia. - Zostaw mnie! Nie chcę cię znać! Nie!...

Zbliżała się do swojego brata powoli, a jej oczy zmieniły się i znów były oczyma dwudziestotrzyletniej dziewczyny. W dodatku oczyma, w których bolesne wspomnienia były widoczne jak na dłoni. Nirai jednak nie patrzył. Bał się na nią spojrzeć. Bał się, że go zabije, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, będą okrutne zielono-złote tęczówki i pionowe źrenice. Bał się.

- Matka miała rację. Szkoda, że już nie żyje... przyznałabym się do błędu. - wyszeptała niemal do siebie. - Nie wolno mi było ci ufać. Wyjdź.

Uwolniona od nagłego przypływu adrenaliny, który spowodował jej brat, opadła ciężko na kanapę. Jej mózg wciąż pracował na bardzo wysokich obrotach. Poza tym, bardzo rozbolała ją głowa.

"To już osiemnaście lat..." - pomyślała. Minęło osiemnaście lat, odkąd poznała swoją okrutną naturę. Minęły tak szybko... Wojna skończyła się jeszcze zanim matka pozwoliła jej iść do Akademii Ninja. Później lata treningów... aż wreszcie została joninką. I zyskała ogromny znak Konoha na plecach.

Westchnęła głośno i rozluźniła mięśnie. Powoli do jej świadomości przesączał się ból zadanych przed czterema dniami ran. Dochodziła piąta za piętnaście.

"Powinnaś się przespać." - mruknął głos w jej wnętrzu.

Miał rację; czuła się zmęczona. Bardzo zmęczona. Pomyślała, że musi jeszcze posmarować się maścią, którą dostała od pielęgniarki. Niechętnie i z ociąganiem usiadła. W jednej chwili puzderko, przed momentem leżące w kieszeni jej spodni, znalazło się w jej dłoni. Westchnęła raz jeszcze i, odłożywszy maść, zdjęła opaskę Konoha. Dotknęła palcami miejsca, gdzie powinna znajdować się rana zadana shurikenem. "Tylko lekkie draśnięcie". - pomyślała.

"Nieprawda." - szepnął wewnętrzny głos.

Otworzyła puzderko i nabrała na palec cienką warstwę szarawej substancji o konsystencji kremu. Jakby na przekór odstręczającemu wyglądowi, poczuła zapach akacji. Posmarowała prosto przeciętą skórę.

Przez chwilę zapiekło, a potem poczuła przyjemny chłód. Odetchnęła z ulgą. Bała się, że w nocy nie będzie mogła spać. Tymczasem będzie jej towarzyszył kojący zapach akacji i dotyk wiatru.

Zdjęła z siebie ubranie. Po raz drugi tego dnia mogła spojrzeć na swoje zabandażowane ciało. Powoli odsłoniła ramiona i wolnymi ruchami wmasowała maść w zabliźniające się powoli głębokie rany po wbitych w jej ciało kunaiach. Znów to samo uczucie. Próbując nie poddać się ogarniającemu ją miłemu uczuciu odprężenia, odbandażowała nogi. Wcześniej bała się na nie spojrzeć, teraz więc obejrzała je dokładnie. Tętnice nie naruszone, ale za to mnóstwo cięć shurikenami i kunaiami. Łydki miała gęsto poznaczone głębokimi ranami ciętymi. Nie pamiętała już ani nie była w stanie powiedzieć, czym zostały zadane - ważne, że bolały. Nałożyła maść i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że przez swojego brata zupełnie zapomniała o instrukcjach pielęgniarki. Piętnasta... dość dawno, ale zastosuje się do proporcji czasowych. Zatem... za trzy godziny... potem za dwie... czyli dwudziesta... dwudziesta druga... i do dwudziestej trzeciej co piętnaście minut... Stwierdziła, że w przerwach pomiędzy "karmieniami" jej ran maścią będzie spała.

Zostały plecy... "I tak ich nie dosięgnę." - pomyślała, a jej wewnętrzny głos przyznał jej rację. Odbandażowała je jednak, choćby po to, by spojrzeć na ogromny znak. Musiała pójść do łazienki, gdzie na ścianie wisiało jedyne lustro w jej domu.

Omal nie krzyknęła, gdy zobaczyła swoje odbicie. Jeżeli wcześniej liść Konohy wyglądał jak wyryty w jej ciele, teraz był jakby rzeźbiony delikatnym dłutem utalentowanego rzeźbiarza. Wygięła w tył rękę, by dosięgnąć piętna. Oprócz dość głębokich żłobień pod palcami nie poczuła nic. Ani krzty bólu. Ten znak po prostu tam był, tak, jakby się z nim urodziła. Nagle stał się jej częścią, choć nie mogła i nie chciała w to uwierzyć. Jeszcze raz przemknęła po plecach palcami.

- To ja. - szepnęła do siebie. - Piętno mojego okrucieństwa, jesteś mną.

Stuk. Stuk.

Ktoś pukał do jej drzwi. Jej nagie ciało naprężyło się. "Kimkolwiek jesteś, nie masz tu prawa wstępu." - oznajmił jej wewnętrzny głos.

"Jakby ktoś mógłby cię usłyszeć."

Usłyszała szmer rozsuwanych drzwi. Szybkie kroki. I zasunięcie drzwi.

Wzięła głęboki oddech. "Powinnam zamykać za sobą drzwi." "Owszem." - przytaknął jej głos.

Powoli, pełna podejrzeń i obaw, wysunęła głowę zza pozbawionej drzwi framugi. W pokoju nie było nikogo. Jej strój jonina wciąż leżał na kanapie. A jednak... na nim... leżał zwój.

Na wszelki wypadek zasłoniła ręką piersi i ruszyła w stronę kanapy. Rozglądała się niepewnie po swoim mieszkaniu, aż w końcu stwierdziła, że nieznajomy wyszedł zaraz po dostarczeniu zwoju. Wzięła go do ręki i małymi kroczkami podbiegła do drzwi, przyklękając po drodze. W jej dłoni zalśnił metal. Zamknęła je od środka kluczem.

Opierając się o heblowaną powierzchnię, otworzyła wiadomość. Zwój nie był gruby, a jego treść - następująca:

"Przygotuj się. Wyruszasz na misję. Zabierz ze sobą jedynie zwykłe ubrania i podręczne rzeczy. Opaskę shinobi pozostawisz jutro rano u mnie. Instrukcje otrzymasz jutro."

Cały tekst napisany był kobiecym pismem i mogła jedynie odgadywać, czyim - Anko Mitarashi czy Piątej Hokage. Treść jednak była rozkazem - musiała odłożyć pierwszą drzemkę na później.

Nie bojąc się już chodzić nago po mieszkaniu podeszła do szafy, w której chowała różne rzeczy: ubrania oczywiście, szkatułki, buty i... torby podróżne. Jak każdy porządny shinobi, była przygotowana na (prawie) każdą okazję.

Na początek, wyrzuciła na podłogę wszystkie bluzy i bluzki, jakie miała. Nie przebierając w nich zbytnio, wrzuciła kilka do torby. Potem przyszła kolej na spodnie i jedną jedyną spódnicę - był to jedyny strój, który ukazywał jej kobiecość. Nie miała ani jednej sukienki. Uważała, że są zdecydowanie niewygodne, a poza tym źle na niej leżą. Jeszcze tylko bielizna, i była już prawie spakowana.

"Nie zapomnij o przyb..."

"Pamiętam." - przerwała głosowi.

Poszła do łazienki i zabrała z brzgu umywalki bardzo normalne rzeczy - mydło, szampon, szczoteczkę do zębów, pastę... Wróciła do pokoju i je również spakowała.

Kiedy zamknęła torbę, popatrzyła znów po swoim mieszkaniu. Narobiła jeszcze większego bałaganu niż przed egzaminem na jonina. Ale nie było czasu na sprzątanie. Misja!...

Omal nie przegapiła wybicia godziny dwudziestej, kiedy to miała znów nasmarować rany uzdrawiającą emulsją. Powoli powtórzyła cały rytuał, który wykonała przed trzema zaledwie godzinami. Tym razem jednak jej ciało zdecydowanie odrzuciło postanowienia jej silnej woli i zmusiło ją do ułożenia się wygodnie na zarzuconej ubraniami kanapie i do zaśnięcia na następne dwie godziny. Nie było jej jednak dane wyspać się. Wciąż męczyły ją koszmary, ale gdy budziła się, cała zlana potem, nie pamiętała już, co się w nich wydarzyło i dlaczego tak krzyczała. Strach wciąż czaił się w jej duszy, gdy z powrotem kładła głowę na poduszkę i zasypiała, tak naprawdę bojąc się spać. Jednakże jej ciało potrzebowało wypoczynku, wiedziała o tym doskonale. Niestety.

Obudziła się dwadzieścia po dziewiątej wieczorem. Oddychała szybko, a jej oczy obiegały cały pokój w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Delikatny nocny wiaterek poruszył firanką w oknie. Och, zapomniała je zamknąć! To pewnie wszystko przez to.

Niechętnie wstała z wygodnego łóżka, niemal zapominając o koszmarach, które ją dręczyły. Przez cały czas wyczuwała jednak bliżej niesprecyzowane zagrożenie, jakby zewsząd otaczały ją nieprzyjazne twarze i głosy, które wciąż i wciąż przebywały w cieniu i niedostępnym mroku. Szybko zamknęła okno.

Szelest.

Odwróciła się z ogromną szybkością i dzięki temu zauważyła poruszający się po jej mieszkaniu cień człowieka. Odkrycie sprawiło, że lodowaty strach uwiązł jej w gardle. Któż to mógł być, jak nie Nirai?... Głos w jej wnętrzu mruknął coś niewyraźnie i nawet ona go nie zrozumiała. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. "Nie ma mnie tu, nie ma mnie..." - powtarzała w myślach. Gdy jej serce się uspokoiło, powoli ruszyła przed siebie, w kierunku cienia, który zniknął przed chwilą w łazience. Zrobiwszy dwa kroki, zdumiała się na widok swoich gołych nóg. Zupełnie zapomniała, że poszła spać nago. Podeszła do kanapy i ostrożnie rozłożyła ją. Schyliła się do schowka na pościel i wyciągnęła z niego koc. Owinęła się nim. Wiedziała, że gdyby jej brat zobaczył ją tak... To mogłoby się źle skończyć. Bardzo źle.

Próbowała opanować drżenie całego ciała, ale nie udawało jej się. Omal nie szczękała zębami z przerażenia. Nirai mógł zrobić wszystko... ona nie byłaby mu dłużna. Przeciwnie - bała się tylko, co może nastąpić po tym, jak się zobaczą. Choć widzieli się przed paroma godzinami, czuła, że nie będzie mogła na niego patrzeć przez tygodnie, jeśli nie miesiące. Wzbudzał w niej nie tylko obrzydzenie, ale i nienawiść, która wiodła bardzo szybko do przebudzenia okrutnej części jej natury.

Przełknęła ślinę. Jej dłonie zacisnęły się na framudze wejścia do łazienki. Prawie zaciskając oczy, zajrzała do środka. Na obramowaniu wanny siedział...

- Iruka-sensei!... - krzyknęła ze zdumieniem, a głos szepnął, że przecież ją ostrzegał.

- O, hej! To było tylko kwestią czasu, aż mnie zauważysz. - odpowiedział jej, uśmiechając się promiennie.

Przekrzywiła głowę na bok na znak, że w ogóle nic nie rozumie. Iruka za to przekrzywił głowę w bok na znak, że jest skosternowany jej wyglądem.

- Nie spodziewałaś się nocnych gości, co?

- Prawdę mówiąc, nie...

Zapadła krótka chwila ciszy, podczas której Umino wyjął z przegródki kamizelki zwój i rozwinął go, a następnie podał Kai.

- Przeczytaj. To ostatnie sprawozdanie, które dostaliśmy. Dlatego właśnie ciebie Piąta Hokage wysyła do Kraju Chmur.

Zachmurzyła się, czytając pośpiesznie nabazgrane linijki sprawozdania. Ostatni szpieg, który został wysłany na misję, został otruty przez nieznanych zamachowców, prawdopodobnie członków organizacji podobnej do Akatsuki. Po kilku dniach ciało szpiega wyparowało, dosłownie rozpłynęło się w powietrzu na oczach wieloletniej szpieg Konoha-Gakure w Kraju Chmur. Oderwała wzrok od zwoju.

- Co to ma wspólnego ze mną?

Zamyślił się.

- Tak szczerze, nie wiem. Piąta wspomniała o twoich niezwykłych zdolnościach, a Kakashi nalegał, żeby to ciebie wysłać do Chmury. Powiedział, że jesteś najlepszą kandydatką do tej misji, a przy okazji sprawdzisz się... także jako wywiadowca. Z wiadomych źródeł - powiedział, zerkając na zwój, który wciąż trzymała w rękach - wiemy, że przywódcy tego państwa szykują się do wojny z nami... nie możemy dopuścić, żeby ich plany się ziściły. Rozumiesz?

Skinęła głową.

- Ale dlaczego przyszedłeś w nocy, Iruka-sensei?... I wkradłeś się...

- Już w szpitalu zacząłem wbijać ci do głowy, żebyś mówiła mi po imieniu!... Wygląda jednak na to, że masz zakuty łeb...

Żachnęła się, choć te słowa były wypowiedziane z przyjacielskim uśmiechem na ustach.

"Jak mam się w takim razie do ciebie zwracać!? Delfinku!?" - zapytała w myślach, wiedząc, że i tak jej nie usłyszy.

- ...w nocy dlatego, że wcześniej cię nie było...

- Przepraszam, co mówiłeś? - zapytała, wyrwana nagle z zamyślenia.

- Mówiłem, że przyszedłem w nocy i po kryjomu, bo wcześniej nikogo nie było w domu.

- Byłam przecież przez cały czas tutaj! Od kiedy Kakashi-sensei mnie przyprowadził!

Spojrzał na nią krzywo.

- No dobrze... KAKASHI... - odparła z niechętnym westchnięciem, a towarzyszyło temu przewrócenie oczami.

Machnął na nią ręką.

- Już nieważne. Jest, jak jest, nie ma co usprawiedliwiać przeszłości...

- Jakbym słyszała kogoś znajomego... dobrze, że nie zagubiłeś się na ścieżkach życia... - mruknęła.

Zignorował ją albo też nie dosłyszał kąśliwej uwagi. W każdym razie, wstał z obrzeża wanny i skierował się ku wyjściu z łazienki.

- Wszystko, co miałem ci do powiedzenia, powiedziałem, a teraz pozwól, że wyjdę normalnie, drzwiami... - rzucił na pożegnanie i zostawił ją samą, ze sprawdozdaniem w rękach. Po chwili jednak zawrócił.

- Chyba jednak wyjdę balkonem... - mruknął, a parę sekund później usłyszała zgrzyt okiennego zamka i zimny powiew wiatru wdarł się do jej mieszkania. Choć było lato, do jej domu często docierały właśnie takie wiatry.

Szczelniej otuliła się kocem i na powrót zamknęła okno. Było za trzy dwudziesta druga... nadeszła już pora "lekarstwa". Po raz trzeci już wmasowała maść w zabliźniające się rany, a delikatny zapach akacji i przyjemny chłód omal jej nie odurzyły. Musiała zachować przytomność!... Niemal po omacku sięgnęła po budzik i nastawiła go na za piętnaście minut. Opadłszy ciężko na kanapę, zasnęła. Tym razem bez żadnych koszmarów i na krótko. Używała maści zgodnie z zaleceniami, a kiedy wreszcie wybiła dwudziesta trzecia, po raz ostatni jej palce dotknęły kojącego balsamu. Kompletnie wyczerpana zasnęła na kanapie, otulona w koc. Spała tak, nieprzerwanie, aż do drugiej nad ranem, kiedy to musiała wstać i dokończyć przygotowania do wyprawy na misję.

- Idź już. - powiedziała miękko Piąta Hokage, przytulając ją na chwilę. - I uważaj na siebie. Liczymy na ciebie. Cały kraj na ciebie liczy.

Skinęła głową. Wszyscy joninowie i chuninowie zebrali się, aby ją pożegnać. Była to jej pierwsza misja, do tego była niezwykle ważna dla nich wszystkich. Jej niepowodzenie mogło oznaczać dla wielu z nich śmierć i wiedziała o tym. Na koniec, po pożegnaniu z Hokage i oddaniu jej swojej opaski ninja z Konohy, podeszła do Kakashiego. Wpatrywali się w siebie bez słów. Wiedziała, co on chce jej przekazać i również ona mu coś przekazywała.

- Weź to. - szepnęła na odchodnym, wkładając mu w dłoń mały kamień. - To moje podziękowanie. Mam nadzieję, że naprawdę będzie za co dziękować.

- Jeśli tylko nie zginiesz. - odpowiedział lakonicznie. Tak czy inaczej zrozumieli się, nie wypowiadając zbyt wielu dźwięków.

Odeszła kawałek od wszystkich zgromadzonych na galerii Areny Pojedynków. Przyjrzała im się, chcąc zapamiętać ten obraz. Wiedziała, że już długo, długo ich nie ujrzy. Może nigdy. Pomachała im ręką i oddaliła się w kierunku Kraju Chmur, niosąc na plecach torbę podróżną, ubrana w zwykłe, proste ubrania o kolorze trawy.