Rozdział drugi
Wszystkie moje obawy i lęki, nakazujące mi myśleć, że powrót do czarodziejskiego świata okaże się katastrofą o zdumiewających rozmiarach, sprawdziły się w stu procentach. Co do osobistego traktowania mnie przez otoczenie, to z powodu jak najbardziej zasłużonego przydomku mojego ojca jako prawej ręki Voldemorta, prześladowania rozpoczęły się w chwili, gdy wystawiłem czubek nosa na Pokątną. Za jego prawą rękę ludzie często uważali cioteczkę Bellę. To pomyłka. Nie była nią. Dzieliła z nim jedynie szaleństwo i łóżko, do którego wujaszek Rudolf wepchnął żonę z wielką gorliwością. Jednak nikt o zdrowych zmysłach nie kwapił się ze zbytnim zgłębianiem szczegółów tamtego niebezpiecznego układu.
Zwolennicy Pottera gardzili mną za coś, co określali jako niewyobrażalne tchórzostwo, zaś sprzymierzeńcy Voldemorta (tak, nadal istniało kilku jego wielbicieli, którym udało się umknąć przed czystkami i którzy obecnie całkiem nieźle przystosowali się do nowego porządku) przekreślali mnie, ponieważ nie zostałem i nie walczyłem u boku ojca. Założyli, że kierowałem się chęcią pieprzenia Pottera. Co było, no cóż, prawdą. Czułem się kompletnie i boleśnie wystawiony do wiatru. Przeklęty przez wszystkich. W wyniku powyższego Harry i ja wybieraliśmy w Wielkiej Brytanii mugolski styl życia, spotykając się od czasu do czasu z pracownikami redakcji tutejszej edycji magazynu lub umawiając się na sporadyczne kolacje z Pansy (której Harry nie cierpiał, ale dla mnie znosił) i Blaise'em (którego Harry nawet polubił).
Moje życie nabrało cech przywodzących na myśl doktora Jekylla i pana Hyde'a, oczywiście z pominięciem motywu psychopaty. Kiedy przywdziewałem mugolską skórę szefa redakcji, łapałem się na sięganiu po różdżkę, jako czarodziej ciągle kładłem rękę na moim Blackberry. Jedynymi chwilami, w których nie czułem się, jakbym miał na sobie nowe szaty cesarza, były te spędzone z Harrym. Tylko i wyłącznie one utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach. Niestety, dla nich musiałem balansować z narażeniem złamania karku między dwoma światami: miałem wrażenie, jakby solidne podeszwy moich butów bez przerwy natrafiały na wyjątkowo śliską skórkę od banana.
Dzięki Harry'emu zacząłem powoli odkrywać na nowo seksualność mojej młodości, namiętność niedyktowaną banknotami, hormonami lub nudą. Spora ilość mężczyzn może robić to równie dobrze z butelką po mleku: surowość tej pierwotnej potrzeby okazała się dla mnie dobrym wsparciem w ciągu lat sprzedawania ciała. Gdy tylko odbicie w lustrze pokazało mi, że najwyższy czas opuścić scenę, dopóki mogę o tym zadecydować dobrowolnie, a nie pod przymusem upływającego czasu, zacząłem odwiedzać nowojorskie gejowskie knajpy w poszukiwaniu jednorazowych przygód z brunetami o apetycznej aparycji. Po jakimś czasie stwierdziłem, że proste, tradycyjne wypady do barów po zapomnienie na jedną noc stają się nużące. Patrząc wstecz, jasno widzę, że nie zamierzałem oddawać w ten sposób swojego serca. Jedna niepotrafiąca odróżniać kolorów sierota, mająca trudności ze skleceniem porządnego zdania, przyblokowała moje receptory na całe lata. I to nie bez powodu. Ponieważ żaden z moich innych kochanków nie zrozumiał, że chęć posiadania mnie jest sprzeczna z moją naturą. Że to ja muszę posiadać.
Na Boga, obaj umieraliśmy z pragnienia. Pomijając kwestię samego pieprzenia się do nieprzytomności, Harry aż trząsł się z pożądania, ponieważ przez dziesięciolecia wypierał się swojej homoseksualności. Ja zaś skręcałem się z żądzy, ponieważ chodziło o Harry'ego. Wpuszczając go do swojego wnętrza, nie myślałem o jego przyjemności, tylko o mojej własnej. Bo moja przyjemność była jego przyjemnością. Oczywiście, że dawałem z siebie równie dużo, co dostawałem, gdyż w którymś momencie wszystko zamykało się w nieskończonym kręgu brania i dawania, ale mając na swoim koncie dobre dwadzieścia lat zadowalania innych, z rozkoszą stwierdziłem, że jedyne, co muszę robić teraz, to wygiąć się w łuk w odpowiedzi na jego dotyk i poddać uczuciu obłędnego szczęścia. Ponieważ on był w stanie mi je zapewnić. Ponieważ umierałem z tęsknoty za nim. Nie przeszkadzała mu moja podwójna natura. Nadal kochał Dracona i całkowicie stracił głowę dla Dee. Co w zadziwiający sposób sprawiało, że czułem się jednością. Tylko będąc z nim miałem wrażenie, że jestem cały: nie Draco czy Dee, ale połączenie ich obu. Niekiedy dominował Dee, niekiedy Draco. Był to ciągły, płynny proces.
Pomijając te dni, gdy wydawało mi się, że gram główną rolę w jakiejś niesmacznej ekranizacji powieści Roberta Louisa Stevensona* dla czarodziejskiej widowni, trwałem w równym zachwycie co Harry, odkrywający mnie na nowo. Mnie jako Dracona. Rozkoszowałem się możliwością ponownego używania magii bez poczucia strachu. Czyż nie było to bardziej ekscytujące niż wszystko inne? Poza tym nawiązałem kontakt z tym, co pozostało z mojego dawnego życia, choć nie było tego zbyt wiele. Matka, naturalnie, stanowiła mój priorytet. Dalej szła Pansy, z którą udało mi się nawiązać układ przerwany dwadzieścia lat temu, czyli powrócić do przyjaźni, bazującej zasadniczo na dwugodzinnych obiadach, miłości do martini oraz uderzająco zbliżonego gustu co do ubrań. A tam, gdzie znajdziesz Pansy, znajdziesz i Blaise'a.
Tak, pojednanie Ślizgonów odbyło się bez zgrzytów i przeszkód.
Co działo się zaś na froncie Pottera? Tam było już znacznie gorzej.
Skoro Weasley i Granger nie starali się nawet ukryć swojej dezaprobaty w mojej obecności, Bóg jeden wiedział, jak obgadywali mnie za moimi plecami. Dzieci Harry'ego gardziły mną całkowicie. Wiem, że wykazuję skłonność do przesady, ale w tym przypadku nie używam tego zwrotu lekkomyślnie. Bliźnięta — efekt ostatniego, rozpaczliwego wysiłku Harry'ego i Ginny, podjętego w celu ratowania małżeństwa: Morgana i Merlin (czy można nadać komuś bardziej idiotyczne imiona?) — były o wiele za małe, by zrozumieć, co się działo. Jako że nie wyrosły jeszcze z pieluch, większość czasu spędzały z rudą Wiewiórzycą. Za to zgodnie z moimi oczekiwaniami, w mgnieniu oka awansowałem do roli kozła ofiarnego starszych latorośli oraz ich zrozumiałej wściekłości i zaskoczenia rozwodem rodziców. Nasze pierwsze spotkanie w Hogsmeade, w kawiarni pani Puddifoot, okazało się totalną katastrofą i, niestety, jednoczesną próbą Harry'ego połączenia w jedno tak różnych etapów jego życia. Wrogość okazywana przez troje starszych dzieci (obecnie uczniów Hogwartu) była porażająca. Pierwsze zdanie, które wyleciało z ust tego wstrętnego dupka Jamesa, brzmiało: „Na Merlina, tato, skoro już postanowiłeś zostać gejem i wziąć sobie jakąś zabawkę do łóżka, to mogłeś przynajmniej rozejrzeć się za kimś o mniejszym przebiegu". Albus nie odezwał się ani słowem przez całą godzinę, pomijając nieuprzejme „cześć", a Lily nie przestawała kopać mnie po kostkach pod stołem, mrucząc kompletnie nieszczere przeprosiny za każdym razem, gdy jej but trafiał w moją nogę.
Ich rzadkie wizyty w naszym mieszkaniu nie były lepsze. James uparcie trwał przy swoim sarkazmie, Albus nie porzucał obrażonej miny, a Lily nadała nowe znaczenie słowu „diabelskość". Gdy wreszcie dotarło do nich, że nigdzie sobie nie pójdę, a ich ojciec wcale nie cierpi na jakiś zaawansowany kryzys wieku średniego, manifestujący się w nagłym pociągu do ssania kutasów, ich wrogie nastawienie nabrało gigantycznych rozmiarów. Przypisywałem Lily wiodącą rolę w tym najgorszym z sabotaży. Ponieważ nie wolno im było jeszcze używać magii, przenieśli swoje wysiłki na tak ucieszne wybryki jak sypanie soli do cukiernicy, tłuczenie naczyń „niechcący", włażenie do domu w zabłoconych butach, rozlewanie soku dyniowego i temu podobne. Oczywiście, Harry i ja byliśmy czarodziejami, więc owe psikusy mogły nas co najwyżej lekko drażnić, jako że szybkie Reparo i kilka zaklęć czyszczących usuwało rezultaty tego, co wymyśliły ich kretyńskie, smarkate mózgi. Skończyło się na tym, że przez cały czas, od chwili ich przybycia aż po sekundę, w której wynosili się siecią Fiuu do domu, bez przerwy trzymałem różdżkę w pogotowiu. Przesłania, nakreślone pomadką do ust na wszystkich lustrach, były nieco kłopotliwe („Malfoy, wracaj, skąd przyszedłeś!", „Malfoy, ty sukinsynu!", „Nienawidzimy cię" oraz mój osobisty faworyt, „Ty śmierciożercza kurwo!", wszystkie wykonane nieporządnym pismem Lily), ale do zniesienia. Jednak gdy zużyła cały sztyft szminki, tworząc napis „Pierdol się!" na skórzanym obiciu mojego ukochanego fotela od Eamesa**, wybuchnąłem.
— Słuchaj, czy ty nie możesz się za nich wziąć? Nie oczekuję, żeby mnie pokochali. Nie oczekuję nawet, żeby mnie polubili, ale jako twój partner domagam się, by respektowali nasz dom i nasz związek!
W odpowiedzi Harry zaczął się dąsać. Stał, obejmując się ramionami, patrząc na mnie wzrokiem wyrażającym zarazem winę i urazę, jakbym miał prawo stawiać sprawę na ostrzu noża, z drugiej strony jednak, jakim prawem stawiałem ją na jego ostrzu?
— Daj im czas. To tylko nastolatki — wymamrotał.
— Czas? Dobra. W tej chwili stąd wylatuję i pędzę wykupić wszystkie akcje MACa***, ponieważ sądząc po ilościach szminek, którymi twoja córka oszpeca nasze mieszkanie, niebawem będą musieli mocno podkręcić produkcję. Przynajmniej zarobię trochę forsy na jej nieznośnym zachowaniu.
— MAC?
Wycelowałem w niego palcem.
— Nie próbuj zbaczać z tematu. Albo będą się porządnie zachowywać podczas swoich wizyt, albo nie chcę ich tu widzieć. Nie jestem przyczyną rozpadu twojego małżeństwa i nie zamierzam zostać obsadzony w tej roli.
Opuścił ramiona i zacisnął usta w sposób zwiastujący nieuchronne nadejście kłótni.
— Masz rację, ale czy nie rozumiesz, że przez jakiś czas musimy liczyć się z utrudnieniami?
— Z utrudnieniami! — krzyknąłem. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, to nie był mój najlepszy dzień. — Dłużej już nie wytrzymam! Minął rok. Boże Narodzenie było, kurwa mać, najgorszym tygodniem w moim życiu. A pamiętasz te cudowne ferie wielkanocne? Zabraliśmy ich ze sobą do Nowego Jorku, a oni marudzili i jęczeli przez cały pieprzony czas. A raczej robili to James i Lily, bo niech mnie szlag trafi, jeśli wiem, jak w ogóle brzmi głos Albusa!
Wziąłem wtedy tydzień cennego urlopu, tyle samo wolnego dałem Renzowi i Mariowi, wysyłając ich do Miami Beach, a sam udzieliłem gościny piekielnym smarkaczom. Podczas gdy Harry taszczył ich walizki na górę, ja zwróciłem się do całej trójki, mówiąc cichym głosem, przesyconym taką dozą jadu, na jaką mogłem się tylko zdobyć (czyli dawką dość pokaźną):
— Jeśli tylko stwierdzę, że w tym domu coś znikło, zostało rozbite, zniszczone lub nie leży na swoim miejscu, to wtedy, zaklinam się na grób mojego ojca, rzucę na was klątwę tak szybko, że gały zapląsają wam w oczodołach. Zrobię z was kaleki. I gówno mnie obchodzi, że jesteście dziećmi. Jasne?
Zachowali się w miarę porządnie, ale nie przestawali marudzić ani na chwilę. Po pierwsze, jedzenie im nie smakowało. Mówimy o kuchni nowojorskiej! Jak nic musieli żywić się do tej pory pizzą, kiełbaskami i pure ziemniaczanym, ponieważ kręcili nosem na specjały hinduskie, tajskie, burmańskie, panazjatyckie, gwatemalskie, brazylijskie, chińskie, japońskie i hiszpańskie tapas. Poza tym: Central Park. Nuda. Muzeum Historii Naturalnej. Nuda. Piąta Aleja łącznie ze wszystkimi oszałamiającymi sklepami oraz specjalną wyprawą do Saksa**** i MACa. Nuda. Przejażdżka statkiem do Statuy Wolności. Nuda. Nawet dzień spędzony na Gravesend Lane, nowojorskim odpowiedniku Pokątnej, nie był w stanie wywrzeć na nich wrażenia. Nuda.
Podczas każdej wizyty Harry'ego w Nowym Jorku większość wolnego czasu spędzaliśmy właśnie na Gravesend Lane. Byłem zachwycony możliwością spacerowania po ulicy jako czarodziej bez ryzyka, że zostanę opluty lub zmuszony do nieustannego wypatrywania potencjalnej, rzuconej dyskretnie w moim kierunku klątwy. W Wielkiej Brytanii nauczyłem się unikać wszelkich magicznych miejsc. W trakcie ostatniej przechadzki z Harrym po Pokątnej, w przeciągu dziesięciu minut musiałem odbić nie mniej niż cztery zaklęcia upiorogacka. Możliwość plunięcia prosto w twarz była więc ostatnim z moich zmartwień.
Myśl o tym, że lato zbliżało się wielkimi krokami, a wraz z nim wizja ponownego najazdu tych wstrętnych dzieciaków, w dodatku na całe trzy miesiące...
— Albo one, albo ja! — krzyknąłem, kończąc kłótnię i aportowałem się na uliczkę w pobliżu hotelu Connaught, gdzie wynająłem pokój, po czym piłem tak długo, dopóki nie zasnąłem.
Teraz też leżałem na łóżku w swojej sypialni i wspominałem.
Tak mi przykro, Harry, tak bardzo mi przykro, mamrotałem raz po raz w poduszkę.
XXX
— Kończ z tym załamaniem nerwowym, Malfoy. Potrzebny nam jesteś na dole.
Nie miałem pojęcia, ile czasu stał już tak nade mną, przyglądając się mojemu wybuchowi. Podciągnąłem się do góry.
— Pokłóciliśmy się. Przyniósł mi tego kwiatka na zgodę.
Spiąłem się wewnętrznie, spodziewając się, że Weasley zacznie mnie za wszystko obwiniać i rugać. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nic podobnego nie nastąpiło.
— Jeśli nie porwaliby go wtedy, zrobiliby to następnym razem — skomentował rzeczowym tonem. — Czekali tylko na okazję. A teraz jazda na dół albo sam cię stąd wylewituję. Ten cały DavyD zsika się w gacie z podniecenia, jeśli zobaczy cię szybującego w powietrzu.
Racja. W dodatku niedawno zleciłem wymianę tapicerki na krzesłach w pokoju stołowym.
Zeszliśmy już do połowy schodów, gdy zatrzymałem go na krótko, kładąc mu rękę na ramieniu.
— Dzięki, Weasley.
— Nie musisz mi dziękować. Ruszaj się, idziemy do jadalni.
XXX
W międzyczasie sprzątnięto ze stołu. Sam, która zdążyła już rozprawić się z całym opakowaniem Nicorette, obgryzała sobie teraz manicure za czterdzieści dolarów. Pospiesznym Accio przywołałem kolejną paczkę gum z sypialni i rzuciłem jej przez stół.
— Cała reszta potwierdziła twoją wersję wydarzeń, Malfoy. Czar maskujący nie kryje wszystkiego. Co powiecie o wzroście i wadze porywaczy?
— No, jeden z nich lekko utykał — odezwała się Courtney.
Zdrętwiałem.
— Utykał? — powtórzył Weasley. — Nie widziałem ani jednej wzmianki na ten temat w żadnym raporcie. — Jego głos brzmiał spokojnie, ale dłoń zacisnęła się mocniej na butelce z piwem, gdy mówił te słowa.
— Powiedziałam o tym temu innemu, eee, czarodziejowi. Takiemu wysokiemu Szkotowi z wąsikiem i żółtymi zębami.
— Pierdolony McLaggen — wymamrotał Weasley cicho. — Który z porywaczy utykał?
— Ten, który stał w kącie i obserwował. Ruszył się z miejsca, gdy ci trzej atakujący Harry'ego przypadli do niego na krótko przed zniknięciem. Sama mam jedną nogę trochę krótszą od drugiej, więc zauważam to u innych ludzi. Jedno ramię tego faceta opadało przy chodzeniu odrobinę niżej.
To było to.
— Rabastan Lestrange — powtórzyliśmy z Weasleyem jednym głosem.
XXX
Godzinę później, po kolejnej pedantycznie dokładnej relacji zaszłych wydarzeń, było po wszystkim.
Podczas gdy cała reszta zakładała płaszcze, Sam pociągnęła mnie za sobą w głąb holu, zatrzymując się w pewnej odległości od innych.
— W tej chwili przyda ci się to bardziej niż mnie — powiedziała cicho, sięgając do torebki i wydobywając z jej wnętrza niewielki pistolet, jeden z tych, które wyglądają jak zabawka, ale wcale nią nie są. Broń w typie chętnie kupowanym przez kobiety. Z miejsca przyrzekłem sobie, że już nigdy więcej nie podwędzę jej papierosów. Mógłbym przypadkowo stracić oko, grzebiąc w tym przerażającym bagażu podręcznym. — Masz.
— Sam, ja nie…
— Ależ tak, weźmiesz go — nalegała.
— Po co w ogóle, do diabła, nosisz przy sobie broń? — zapytałem podniesionym szeptem, niemniej ciągle szeptem. — Jeszcze zabijesz kogoś niechcący, a najprawdopodobniej samą siebie.
— Nie. A jeśli już, to tylko następnego drania, który będzie próbował mnie zgwałcić. — To skutecznie zamknęło mi usta. Ponieważ wypowiedziane słowa insynuowały, że taka próba udała się już w przeszłości jakiemuś skurwielowi. — Jest zabezpieczony. Umiesz obchodzić się z bronią?
Skinąłem głową, przejąłem pistolet, upewniłem się dwukrotnie, że naprawdę jest zabezpieczony i wcisnąłem go do przedniej kieszeni spodni. Zamierzałem schować go później w którejś z szuflad.
To smutne, ale cóż, z bronią potrafiłem obchodzić się aż nazbyt dobrze dzięki latom spędzonym z Haagenem.
Nadal dosyć młody i nowy na gejowskim „rynku", nie rozumiałem jeszcze, że z pewnym typem mężczyzn lepiej nie wchodzić w długi układ, choćby mężczyźni ci posiadali nie wiadomo jak dużą ilość pieniędzy. Nieślubny syn nieślubnego syna duńskiego króla Christiana X, Haagen, dysponował tak zawrotnie wysokim mniemaniem o sobie samym, że zaszokował nim nawet mnie, osobę, dla której porażająca mania wielkości nie była niczym obcym.
Haagen, chętnie postrzegający siebie samego jako współczesnego Brora von Blixena***** z domieszką Hemingwaya (pisał bardzo złe miniopowiadania), ciągał mnie ze sobą na safari, na których upierał się, żebym jego śladem oddawał się szlachtowaniu zwierząt dla czystej przyjemności. Moje strzały nie trafiały do celu, jego jak najbardziej. Większość roku spędzaliśmy w szykownym mieszkaniu w samym sercu paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, co było cudowne, zaś sezon łowiecki w Kenii, w posiadłości położonej czterdzieści mil od Nairobi, co było torturą. Ściany we wnętrzu domu kolonialnego pokrywały kolekcjonowane przez niego „trofea". Po dziś dzień dostaję białej gorączki na sam dźwięk słowa „lew".
Niestety, jak to często bywa w przypadku mężczyzn, którzy nie potrafią pogodzić się z własną homoseksualnością — typ Terry'ego Boota w tym świecie — niebawem zaczął wyładowywać swoje niezadowolenie na mnie. Po roku jako-takiego spokoju nagle się zmienił. Początkowo rzucał tylko od czasu do czasu jakąś ostrą uwagę. Po jakimś czasie ostrość nabrała cech dziwnego okrucieństwa. Pod koniec drugiego roku już nie przestawał mnie prowokować. Powoli mogliśmy robić zakłady, ile czeków zdołam jeszcze od niego wyciągnąć, zanim nie wytrzymam i odejdę.
Pewnego ciepłego, wiosennego dnia (dlaczego wielkie zmiany w moim życiu muszą dokonywać się właśnie o tej porze roku?) siedzieliśmy na werandzie jego kenijskiej posiadłości. Właśnie skończyliśmy jeść śniadanie. Zastanawiałem się w duchu, czy mam opuścić go jeszcze w tym, czy też lepiej w przyszłym tygodniu, gdy nagle zrozumiałem ze sporą irytacją, że będę musiał zaczekać z zerwaniem do powrotu do Paryża, jako że wszystkie loty z Nairobi za granicę cechowały się zawrotnymi cenami.
— Dee? — odezwał się tym swoim pół-duńskim, pół-podrabianym brytyjskim akcentem, który podebrał ode mnie krótko po naszym pierwszym spotkaniu. — Jesteś naprawdę żałosnym strzelcem, prawda?
Patrzył na mnie sponad czyszczonej i namaszczanej smarem najnowszej zdobyczy: zabytkowej, czterorurkowej broni monstrualnych rozmiarów, z której podobno zastrzelił się Hemingway. Oczywiście nie wierzyłem w ten nonsens, jednak Haagen był całkiem zadowolony z zakupu. Naiwniaków nigdy nie zabraknie na tym świecie. Nie miałem pojęcia, skąd udało mu się wytrzasnąć naboje do tego potwora.
— Hmm, nie wiem. Polowanie to nie moja specjalność. Wolę tenisa — odparłem swobodnie, nie pozwalając wyprowadzić się z równowagi. Moje umiejętności na korcie nie były czymś, co mógłby poddać w wątpliwość, a ja naprawdę chciałem, żeby zapłacił za mój bilet powrotny z tego cholernego kraju. Bezlitosne wyzyskiwanie Kenii i wyciskanie ostatniego grosza z obcokrajowców nie osiągnęło wówczas jeszcze tego drastycznego poziomu, który obecnie czyni Nairobi miastem niemożliwym do zamieszkania, niemniej było już wyczuwalne.
— Nie miałbyś ochoty troszeczkę poćwiczyć do celu? — zapytał, wkładając naboje do komory i blokując zamek. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, krzyknął: — Oba! — Na dźwięk jego głosu z wnętrza domu wybiegł molestowany werbalnie, choć całkiem kompetentny służący. — Odejdź jakieś sto metrów i postaw to sobie na głowie. — Zanurzył dłoń w misie, wydobył z niej pomarańczę i rzucił służącemu. Oba złapał owoc, nie ruszył się jednak z miejsca.
— On tylko żartuje, Oba — wtrąciłem pospiesznie.
— Nie, nie żartuję — zaparł się Haagen i wyciągnął strzelbę w moją stronę. Widziałem wahanie Oby. Haagen był cholernie dobrym strzelcem, ale na odległość stu metrów i to z takiej kurewskiej armaty… — Chyba, że sam wolisz to zrobić? — dodał, uśmiechając się do mnie podstępnie.
— Jasne — zgodziłem się i sięgnąłem po broń. Zwinnie usunął ją poza mój zasięg.
— Hej, hej, hej. A jak nie trafisz? Wtedy poćwiczę na tobie.
Nie był okrutny. Był szalony. Oczy Oby rozszerzyły się z przerażenia. Haagen zwariował do końca, osiągnął ten punkt, w którym mnie nienawidził, nie mogąc jednocześnie beze mnie żyć. Nie byłem pewien, czy rzeczywiście zamierzał mnie zabić, czy też chciał tylko przełamać moją swobodną pewność siebie, ale jeśli naprawdę rozwaliłby mi łeb, z pewnością miał dosyć pieniędzy, by móc zatuszować ów mały wypadek. Poza tym nie wyglądało na to, by nagle zjawił się ktoś przejęty moim nagłym zniknięciem.
Wyciągnąłem rękę po strzelbę.
— Jeżeli mi się uda, wypiszesz mi czek na pięćdziesiąt tysięcy funtów. W sumie to wystaw go już teraz. Nie spudłuję.
— Och, Dee, zabawny jesteś — zachichotał, wyjął książeczkę czekową, wypisał to, czego żądałem, rzucił wyrwany czek na stół i wyszczerzył się do mnie szeroko, wręczając mi strzelbę. Wsunąłem czek do kieszeni.
Podejrzewałem, że jeśli nie zdołam wyjść z tego obronną ręką, zabije nas obu.
Oba doszedł najwyraźniej do podobnego wniosku, sądząc po zagadkowym spojrzeniu, które mi rzucił, zanim się oddalił, zatrzymał w pewnej odległości i odwrócił z ułożoną na czubku głowy pomarańczą. Stał bardzo spokojnie.
— Jeśli wstrzymasz wypłatę tego czeku — zwróciłem się do Haagena — powiem każdemu, ale to naprawdę każdemu, Haagen, że jesteś najgorszą tragedią w łóżku na wszystkich sześciu kontynentach. Przez dziesięć lat nikt się z tobą nie prześpi. — Nie mogłem uwierzyć, że zmarnowałem całe dwa lata na tego faceta. Cóż, kolejna nauczka od losu.
Nie strzelałem jeszcze z tej broni i skłamałbym twierdząc, że nie czułem zdenerwowania. Przez chwilę rozważałem w myślach pomysł skierowania lufy w stronę Haagena i postrzelenia go w prawe ramię, ale słowo moje (czyli kurwy) oraz słowo Oby (czarnego służącego) nie znaczyło w tym świecie nic przeciwko słowu kogoś, kto w czwartkowe wieczory grywa w darta z miejscowym szefem policji. Moja różdżka spoczywała ukryta na dnie walizki. Cholera jasna. Na nic mi się teraz nie przyda.
Przycisnąłem kolbę do ramienia, przez chwilę ważyłem ciężar broni w ręku, w myślach uprawiając coś na kształt błyskawicznej numerologii, po czym wycelowałem. Raz szukający, zawsze szukający. Zdmuchnąłem tę przeklętą pomarańczę z głowy Oby. Upewniwszy się, że go nie zraniłem, nakierowałem strzelbę na Haagena.
— Oba! — krzyknąłem. — Chodź tutaj! — Podbiegł, mamrocząc histerycznie jakieś niewyraźne bzdury, za co absolutnie nie mogłem go winić. Przerwałem mu, podając chusteczkę, żeby otarł nią z twarzy pomarańczowe rozbryzgi. — Masz paszport? Dobrze. Idź spakować najpierw swoje walizki, a potem moje. Jesteś doskonały w tym, co robisz, a mnie przyda się asystent. Nie zostaniesz w tym domu ani minuty dłużej. Łapię pierwszy samolot i zabieram cię ze sobą. Zobaczysz, pokochasz Paryż.
Haagen przymierzył się do protestu, ale uniosłem broń tak, że lufa zatrzymała się o kilka centymetrów od jego otwartych ust.
Oba został ze mną na długie lata, dopóki matka nie nakazała mu wracać do Kenii i się ożenić. Załatwiłem mu pracę w największym hotelu w Nairobi. Haagen posłał sobie kulę w przygłupi łeb pięć lat później.
O tak, umiałem obchodzić się z bronią.
XXX
Z olbrzymią ulgą obserwowałem, jak Sam i Courtney wciskają się do taksówek, a Renzo i Mario zaganiają Stephana i DavyDa do jaguara, zamierzając odwieźć ich z powrotem na Brooklyn, gdzie razem mieszkali. Weasley i ja, pozostawieni sami sobie, udaliśmy się prościutko do salonu. Wyciągnąłem się na jednej ze skórzanych kanap, bohatersko próbując nie zwymiotować, podczas gdy on nawiązał kominkową łączność z Shackleboltem. Po pojednaniu z matką dokonałem w mieszkaniu niewielkich magicznych „poprawek". Trzymając się jedną dłonią za żołądek, by pohamować mdłości (święty Boże, wuj Rabastan, już naprawdę nie mogło być gorzej), jednym uchem wyłapywałem strzępy toczącej się tuż obok narady na temat najnowszych wydarzeń. Miałem nadzieję, że McLaggen dostał już swoje referencje, ponieważ dni jego pracy w biurze aurorów bez wątpienia były policzone.
Po zakończeniu rozmowy Weasley opadł na fotel, wzdychając głęboko z wyczerpania. Zwróciłem głowę w jego stronę.
— Chcesz tu dziś spać, Weasley? Mam sporo wolnego miejsca. Uważam, że w tych okolicznościach najmądrzejszym wyjściem będzie chwilowe odłożenie wzajemnej antypatii na bok.
— Co do antypatii, zgoda. I tak nie mam już nawet siły, żeby cię wkurzać. Za resztę dzięki, Malfoy, ale przenocuję gdzie indziej. Zatrzymaliśmy się u Hezzlewhite'a na Gravesend Lane, Hermiona przybyła tu dziś rano. Będzie przewodniczyć naszym rozmowom z Jankesami. Podjedzie po mnie taksówką. Prawdę mówiąc, próbowała się aportować do twojego mieszkania i nadwerężyła sobie z wysiłku mięsień w oku. Masz rację. Twój dom jest zabezpieczony lepiej od Hogwartu. Zapieczętowałeś nawet całą zafajdaną okolicę.
Nie zadałem sobie nawet trudu, by ukryć uśmieszek, wyobrażając sobie bezgraniczną irytację na twarzy Granger, gdy okazało się, że nie da rady pokonać moich barier.
— No to możesz się stąd aportować — ziewnąłem. Wielkie nieba, mimo potwornego zmęczenia byłem tak spięty, że nie dam rady zmrużyć oka również dzisiejszej nocy, nawet gdybym wziął garść tabletek nasennych i pozwolił walnąć się w czoło jakimś kijem-samobijem. — Nic cię nie zatrzyma. Choć jak się tak dokładniej zastanowię, to może powinienem jednak zmienić kod bariery.
Weasley wykrzywił się z rozbawieniem. Słabym, niemniej jednak rozbawieniem.
— Nie musisz się wysilać, Malfoy. Nigdy nie byłem dobry w aportacji, a dzisiaj jestem tak wykończony, że tylko cudem dotarłbym gdzieś w jednym kawałku.
— To chyba prawda, skoro nie wykorzystujesz materiału szantażowego, który wpadł ci w ręce. Dlaczego McLaggen nie zawarł wzmianki o utykaniu w swoim raporcie?
Weasley jęknął.
— Bo jest arogancką, zasraną świnią. Wymówił się tym, że przesłuchiwani byli mugolami, a co za tym idzie, ich zeznania nie miały żadnej wartości. Jak gdyby ich oczy nie funkcjonowały równie dobrze jak nasze. — Weasley zamilkł na chwilę, po czym podjął cichym głosem: — Planujemy cię wezwać i przepuścić przez krzyżowy ogień pytań w sprawie twojej rodziny.
— Weasley, zrobię co w mojej mocy, ale pamiętaj, że stan wiedzy, którą dysponuję, pochodzi sprzed wojny. — Pojednanie z matką oznaczało, że o pewnych sprawach należało mówić, inne zaś pomijać milczeniem. Jak najbardziej dopuszczalne i mile widziane były rozmowy o mojej wspaniałej karierze redaktora wykonawczego, w rachubę nie wchodziły te krążące wokół lat kariery jako luksusowa prostytutka. Pogawędki o tym, jak żyje się w Szwajcarii, należały do dobrego tonu, ale mowy nie było o wspomnieniu choć słówkiem tego, co robił ojciec w trakcie wojny. — Powiem ci, jak się skontaktować z moją matką. Nie rozmawiamy ze sobą o wojnie lub o tym, co stało się zaraz po niej, ponieważ naprawdę wolałbym nie mówić jej rzeczy w stylu „Dawałem dupy na prawo i lewo przez piętnaście lat. A ty co porabiałaś?" Nie mam pojęcia, co działo się w czasie wojny. Emigracja to emigracja, Weasley.
— Prawda — mruknął, nie starając się ukryć sceptycznego brzmienia głosu.
Cisnąłbym w niego poduszką, ale mój żołądek zaczął wywijać alarmujące koziołki i musiałem przycisnąć do niego obie dłonie, by stłumić ściskające gardło mdłości.
— Nie wiedziałem nawet, że mój ojciec nie żyje, ty palancie. Porozmawiajcie z moją matką — powtórzyłem. — Nie dostała co prawda Mrocznego Znaku, ale ojciec nie miał przed nią żadnych tajemnic. Byli ze sobą bardzo blisko. — Z drugiej strony, w przypadku matki sprawdzało się powiedzenie, że więzy krwi są silniejsze niż małżeńskie. Ojciec wyklął mnie z rodziny w momencie, w którym dowiedział się o mojej dezercji. Matka przywróciła mnie do niej zaraz po jego pogrzebie. W pierwsze święta Bożego Narodzenia, spędzone z nią po pojednaniu, włożyła mi do skarpety z prezentami zapieczętowany akt własności naszego dworu. Odwiedziłem grób ojca, nie byłem jednak w stanie przekroczyć progu domu. Jeszcze nie wróciłem naprawdę. Posiadłość stoi pusta, utrzymywana w porządku przez skrzaty domowe dla rodziny, która nie pojawiała się tam od dziesięciu lat. — Harry stał się jej ulubieńcem. Pomoże wam, na ile będzie w stanie. Mimo tego małe ostrzeżenie: chora ambicja była domeną Lucjusza, nie mojej matki.
Jeśli nie znało się jej dobrze, można było pomyśleć, że lekkie zmarszczki przecinające jej czoło były oznaką zdenerwowania, gdy liczni śmierciożercy, łącznie z Lordem Voldemortem we własnej osobie w charakterze gościa honorowego, panoszyli się w naszych progach. Mając siostrę i męża uwieszonych u ramienia Czarnego Pana, nie mogła otwarcie okazywać im swojej pogardy, ale gdy tylko uciążliwa wizyta dobiegała końca, wszczynała burzliwe dyskusje, zarzucając ojcu ryzykowanie wszystkim, co mamy, ryzykowanie naszym życiem dla wybryków jakiegoś megalomana. Ojciec nie potrafił zanegować manii wielkości Voldemorta (swój swojego zawsze rozpozna), był jednak przekonany, iż Czarny Pan odniesie sukces, a co za tym idzie, Malfoyowie staną się pierwszymi zaraz po nim. W jaki sposób chuderlawa, na wpół ślepa sierota mogła zagrozić najpotężniejszemu czarodziejowi wszechczasów?
Skończyło się na tym, że matka nie mogła nawet patrzeć na Carrowów, nie wykrzywiając przy tym ust z obrzydzenia. Jedyną osobą, z którą rozmawiała z własnej woli, był Snape. Zawsze trzymał się na uboczu, z dala od reszty, a uwzględniając to, co mój mały Harry opowiedział mi o jego kompletnej, bezwarunkowej zdradzie Lorda Voldemorta, postawa ta nagle nabierała sensu.
Matka ledwo tolerowała Avery'ego, Dołohowa, Selwyna, Yaxleya i ojca Grega, podpadających bezpośrednio pod kategorię oznaczoną literą „B" jak brutal: można ich było zaliczyć do naprawdę okrutnych złoczyńców. Następnie szli śmierciożercy dotknięci obsesją czystej krwi: Nottowie, Parkinsonowie, Crabbe'owie, Flintowie oraz wujaszek Rudolf. Kolejną grupę stanowili ci żądni władzy, gotowi sprzedać się oferującemu najwięcej, a którym bardzo odpowiadała waluta używana przez Voldemorta: Macnair, Mulciber, Rookwood, Jugson i Traversowie. Mój ojciec łączył w sobie wszystkie te cechy: jeżeli wymagała tego sytuacja, potrafił okazać brutalność, był też zdecydowanym, uzależnionym od władzy rasistą. Na czele całej bandy śmierciożerców stali zaś ci dotknięci absolutnym, czystym szaleństwem: Voldemort, rzecz jasna, a wraz z nim cioteczka Bella i wuj Rabastan.
— Jak bardzo jest źle, Malfoy?
Usiadłem i spojrzałem Weasleyowi prosto w twarz. Po co owijać w bawełnę?
— Nie wyrzygałem jeszcze kolacji ze stresu jedynie dzięki nadludzkiemu wysiłkowi woli. Po zamordowaniu rodziców Harry'ego, gdy wszystko wskazywało na to, że Voldemort został pokonany, mój ojciec na jakiś czas wycofał się z całej afery. Gdy miałem osiem lat, ponownie zaczął odbudowywać fundamenty swojej władzy. Nie wydaje mi się, żeby szczególnie uginał się pod ciężarem żałoby po rzekomym upadku Voldemorta. Wręcz przeciwnie, odnosiłem wrażenie, że przeżył niemały wstrząs, kiedy okazało się, że ten powrócił. A to dlatego, ponieważ Voldemort nie dzielił się władzą. Wszyscy bez wyjątku byli jego lokajami. Oczywiście wśród służby istniały stopnie w hierarchii, nie mogę sobie jednak wyobrazić, żeby mój ojciec czuł się spełniony na stanowisku pierwszego podnóżka.
— Ależ go musiał żal za dupę ścisnąć.
Nie mogłem powstrzymać chichotu.
— Weasley, przeżyłem już dość niespodzianek jak na jeden dzień. Proszę, nie szokuj mnie udowadniając, że dysponujesz czymś takim jak poczucie humoru. Zresztą nieważne. Wracając do rzeczy, nagle zaczęliśmy wydawać całe mnóstwo przyjęć. Wieczorki towarzyskie. Wiosenne imprezy w ogrodzie. Biesiady bożonarodzeniowe. Bale noworoczne. Ale nawet na zwykłych wieczornych spotkaniach z kolacją, które ja, ukryty za okienną kotarą brzdąc, obserwowałem szeroko otwartymi oczami, nie chcąc uronić ani jednego słowa, większość rozmów prowadzono przy pomocy zawoalowanego kodu lub aluzji. Niemniej dwie rzeczy były zupełnie jasne: Snape uchodził za uznanego geniusza w dziedzinie warzenia eliksirów, zaś wuj Rabastan za geniusza w rzucaniu najczarniejszych z czarnomagicznych zaklęć. Jego jedynym poważnym konkurentem na tym polu był tylko mój ojciec, na którego jednak, szczerze mówiąc, nie postawiłbym ani grosza, gdyby doszło do zakładów, który z nich mógłby wygrać pojedynek.
Rodzinna legenda głosiła, że nikogo nie zaskoczył ślub Rudolfa Lestrange'a z Bellatriks Black. Siedziba Blacków uchodziła za centralę sztuki czarnej magii (nawet bardziej niż dwór Malfoyów, gdyż Narcyza była raczej typem pani domu w przeciwieństwie do ciotecznej babki Walburgi, będącej kimś w rodzaju pani maniactwa), a że Lestrange'owie odznaczali się niezrównanymi zdolnościami do operowania czarną magią, pozostawało jedynie pytanie, któremu z braci przypadnie urocza rączka Belli. Przypuszczam, że cioteczka Bella uznała, iż jeden psychol w małżeństwie wystarczy, tak więc Rudolf wygrał z miejsca.
Rodzina Lestrange'ów, chociaż dobrze znana ze swego podchodzącego pod arystokrację wizerunku, miała ponure, mało chlubne korzenie. Półszlachecki status, którym się chełpili, uzyskali dzięki swojej francuskiej odnodze, nie kryło się za tym jednak nic większego. Ich przodkowie byli francuskimi odpowiednikami Borgina i Burkesa, utrzymującymi się ze sprzedaży czarnomagicznych artefaktów w przypominającym jaskinię sklepie pod mostem Pont de Neuf. Podobnie jak moi malfoyowscy antenaci padli ofiarą wielkiego pogromu czarodziejów w 1794 roku, mającego miejsce podczas Rewolucji Francuskiej, a następnie wyemigrowali do Anglii z workami pełnymi galeonów, nie musząc tłumaczyć się przed nikim z faktu nagłego awansu z pospólstwa na bogaczy. Podejrzewano, że mając za klientelę również wyższe kręgi, udało im się schwytać uciekających mugolskich arystokratów i przekazać ich za wynagrodzeniem w łapy Robespierre'a.
— Pamiętasz, jak aroganckim dzieckiem byłem, Weasley.
— Ach, serio? — zapytał z pokaźną dawką sarkazmu.
Pokazałem mu środkowy palec.
— Nawet ja bałem się wuja Rabastana. — Gdy wuj zjawiał się w pomieszczeniu, śmiechy gasły, a ludzie cichli. Każdy wypatrywał kryjówki. — Patrzył na ciebie, a za jego oczami nie kryło się absolutnie nic. Żadnej iskry, żadnego wyrazu. Nigdy nie widziałem jego uśmiechu. Składał dłonie, przyciskając je do siebie opuszkami palców, a następnie badał cię wzrokiem tak klinicznie sterylnym i wypranym z wszelkiej emocji, iż mogłeś poczuć tylko jedno: że rzeczywiście jesteś pozbawiony znaczenia. Wszelkiego znaczenia. Że gdybyś nawet skręcał się w śmiertelnym bólu, spalał się w ogniu, on tylko przyglądałby się spokojnie, jakby nigdy nie widział, jak ktoś się smaży i czyż to nie fascynujące? W pewnym momencie wydawało ci się, że twoje gałki oczne zaczynają się topić pod jego spojrzeniem! — Weasley nie poruszył się, ale mięśnie jego twarzy i ramion napięły się wyraźnie. — Istniały tylko dwie osoby na całym świecie, których bał się mój ojciec: Voldemort i Rabastan Lestrange.
O Boże.
Harry.
Wpadliśmy w potworne gówno.
XXX
Granger przybyła wkrótce potem. Na niecierpliwy dźwięk dzwonka przy wejściu tymczasowo dezaktywowałem barierę. Rzuciwszy sobie zaledwie jedno króciutkie spojrzenie, jak na komendę wyciągnęliśmy z Weasleyem różdżki i trzymaliśmy je w pogotowiu: trudno o lepszą okazję do niespodziewanej zasadzki niż moment otwierania drzwi. Za nimi nie czyhało jednak nic podstępnego, stała tam tylko Granger z jednym okiem nabiegłym krwią, twarzą o barwie pergaminu i wymownymi bruzdami po obu stronach ust, sygnalizującymi zmęczenie.
— Malfoy — odezwała się w ramach powitania, nie patrząc w moją stronę. Przesuwając dłonią po czole Weasleya, mruknęła: — Och, Ron, czy ty w ogóle spałeś w ciągu ostatnich trzech dni?
Przytulił twarz do jej ręki i westchnął.
— Zdrzemnę się w hotelu. — Odwrócił się do mnie. — Malfoy, odezwę się przez kominek. Porozmawiasz z Shackleboltem jutro rano. — Zawahał się krótko, po czym dodał, nieudolnie wysilając się na nonszalancję: — Jeśli usłyszę coś nowego, dam ci znać.
Skinąłem głową i otworzyłem drzwi szerzej, próbując choć częściowo ukryć fakt, że chcę pozbyć się ich z mojego domu w tej chwili. Miałem coś ważnego do załatwienia.
Niespodziewanie poczułem na sobie szybki uścisk Granger, poprzedzający ich wyjście. Byłem zbyt wyczerpany, aby go przyjąć lub odrzucić. Nieważne. Moje uczucie do Harry'ego było prawdziwe i wierzyłem w nie równie mocno, jak oni mną pogardzali. Tyle musieli mi przyznać.
Odczekałem pięć minut. A potem wywołałem matkę przez kominek.
XXX
Gdy miałem siedemnaście lat, Voldemort zaczął stawiać swoją „armię" na nogi, a że rodowa kamienica Blacków znajdowała się pod kontrolą Zakonu Feniksa, dworowi Malfoyów przypadł w udziale zaszczytny tytuł centrali śmierciożerców. Nie wyglądało na to, żeby moi rodzice mieli w tej kwestii coś do powiedzenia.
Co naprawdę oznaczało bycie śmierciożercą, stało się nagle nazbyt jasne. Pisanie tamtych listów do Harry'ego było szczytem głupoty, zdawałem sobie z tego sprawę z każdym pociągnięciem pióra po pergaminie, nie miałem jednak zbyt wielu możliwości, w których mógłbym przebierać. Zwierzenie się z moich lęków Vince'owi lub Gregowi nie wchodziło w rachubę. Na pewno opowiedzieliby o tym swoim ojcom, którzy z kolei opowiedzieliby mojemu ojcu. Pansy? Uwielbiałem Pansy, ale nie. Musiałem porozmawiać z kimś, kto rozumiał, że wojna zbliża się wielkimi krokami i że wprawdzie nie jesteśmy już dziećmi, ale na pewno nie jesteśmy też dorosłymi, a minięta właśnie na szkolnym korytarzu osoba może okazać się tą, którą będziesz musiał zabić w przyszłym tygodniu. Albo sam zostaniesz przez nią zabity. I choć nienawidziłem Pottera z całej siły (nie wspominając już o zwykłej irytacji na jego widok: te cholerne, niemożliwe włosy!), wiedziałem, że ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie on był kimś, kto nie tylko zdoła zrozumieć mój strach i frustrację, ale i je ze mną podzieli.
Tamtego roku dorosłem. Mniej lub więcej. Jasne, nadal byłem niedojrzałym palantem, zresztą nie wydaje mi się, że wydoroślałem w pełni przed ukończeniem trzydziestego szóstego roku życia. Miałem wtedy za sobą rok kierowania redakcją „Na Gorąco" i nagle doświadczyłem cudownego olśnienia: nie musiałem pieprzyć się z nikim, kogo pieprzyć nie chciałem. Już nigdy. Poskutkowało to czymś w rodzaju życia w półcelibacie, dopóki nie pojawił się Harry. Podejrzewam, że każdy psychiatra posikałby się z radości nad moim przypadkiem. Tak, tamten rok był moim osobistym punktem zwrotnym. Nie tylko stało się coś absolutnie niemożliwego (zakochałem się po uszy w Harrym Potterze), ale nauczyłem się mieć oczy szeroko otwarte.
Pod wieloma względami.
Nawet jeśli nie potrafiłem uporać się emocjonalnie z problemami, to nie mogłem zaprzeczyć ich istnieniu. Nie mogłem zanegować faktu, że mój ojciec, jak bardzo bym go nie kochał, okazał się osobą słabą i tchórzliwą. Przyłapawszy się na tym, że zaczynam myśleć o nim jako o autentycznie złym człowieku, przestałem myśleć o nim w ogóle, bo kto przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pakuje słowa „zło" i „ojciec" do jednego i tego samego zdania? Tym, czego zignorować nie mogłem, było jego parcie ku zgubie pod pretekstem hasła „szlachectwo zobowiązuje". Na szczęście matka, którą ubóstwiałem, ale której za nic nie mogłem zrozumieć tamtego roku, była zrobiona z kurewsko twardej stali. Nawet stojąc u boku ojca i odgrywając z właściwą sobie gracją i bezbłędnym stylem rolę hostessy dla śmierciożerców, zaczynała powoli przelewać swój majątek na konto w szwajcarskim banku. Pieniądze, które wręczył mi Snape wraz z instrukcjami dotyczącymi ucieczki, pochodziły właśnie od niej.
Uczestnicząc w posiedzeniach śmierciożerców, nie trzeba było być geniuszem, by w krótkim czasie pojąć, że jeśli nie rozszarpią się na strzępy sami, to wkrótce uczyni to za nich Voldemort. Na dziesięć dni przed moimi siedemnastymi urodzinami, w przeciągu czterech godzin ujrzałem moje życie takim, jakim właśnie było: pokrywającym się rysami i pękającym w posadach.
Maj dobiegał końca. Wydaliśmy przyjęcie pod gołym niebem, które w istocie było pierwszą naradą wojenną Voldemorta w naszym domu. Wokół unosiła się woń wilgoci i bzu. Od lutego do połowy maja bez przerwy padało i róże zaczynały dopiero pączkować. Stałem na tarasie, przyglądając się zastępowi skrzatów domowych, usuwających pajęczyny i dziewięciomiesięczną warstwę brudu z mebli ogrodowych. Patrząc na olbrzymią przestrzeń naszego ogrodu, który był pasją matki, wdychałem łagodny zapach kwiatów, przymierzających się do pierwszego pełnego rozkwitu. Gdybym wiedział, że jest to ostatni moment spokoju, jaki dany mi będzie zaznać przez kolejne trzy lata, cieszyłbym się nim znacznie dłużej.
Matka posiada nadzwyczajny talent organizacyjny: jakaś część mojej duszy nakazuje mi szczerze wierzyć, że gdyby to ona przewodziła śmierciożercom, Harry przegrałby wojnę jak nic.. Przyjęcie toczyło się więc bez żadnych zakłóceń. Ojciec siedział przy jednym końcu stołu, mając po obu swoich stronach matkę i mnie. Voldemort zajął miejsce naprzeciwko, z cioteczką Bellą i Pettigrewem po prawej oraz wujem Rabastanem i Snape'em po lewej. Świetność tych ostatnich rosła i gasła w zależności od strony, po której usadzał ich ten szaleniec. Najwyraźniej gwiazda wuja Rabastana akurat się wznosiła, a być może Snape popadł tylko w chwilową niełaskę. To, na jakich miejscach wylądowała cała reszta, nie miało znaczenia.
Po wymianie zwyczajowych żarcików na temat, kto został poddany torturom w mijającym tygodniu, a kto ma zostać zaavadowany w następnym, Voldemort wysyczał:
— Lucjuszu. — Sposób, w jaki wymawiał imię mojego ojca, nieustannie przyprawiał mnie o dreszcz. Jego na wpół wężowy język pieścił każdą spółgłoskę szczelinową. Mógłbym przysiąc, że stawał mu za każdym razem, gdy wymawiał „s", „c" lub „sz". — Ufam, iż Draco wie, komu jest winien swoją lojalność?
Uznałem w tym momencie przyjęcie Mrocznego Znaku za fakt dokonany, przed którym nie uda mi się uciec. Prawdę mówiąc, miałem ochotę wyciągnąć przed siebie ramię i powiedzieć: „Och, do kurwy nędzy, zrób to wreszcie i miejmy to już za sobą".
Matka miała jednak zupełnie odmienne plany.
— Panie — odezwała się chłodnym, opanowanym głosem, ignorując ojca, histerycznie gestykulującego pod stołem i nakazującego jej siedzieć cicho. — Z pewnością nie będzie to mądrym posunięciem, dopóki chłopiec uczęszcza do szkoły. Jego obecność w Hogwarcie jest bezcenna. Co się stanie, jeśli niechcący zdradzi, że nosi Znak? Nawet dorośli mężczyźni nie potrafią ukryć swoich reakcji na twoje wezwanie za jego pośrednictwem. Jeżeli zdarzy się to w trakcie lekcji, Draco zostanie wydalony ze szkoły. A to, jak sądzę, nie posłuży raczej twoim celom.
Na tym właśnie polega problem osób dotkniętych kompleksem wielkości: wszystko, co widzą, postrzegają przez swoje skażone megalomanią okulary. Pobielałe knykcie na dłoni matki, obejmującej filiżankę z herbatą, wyjawiły mi, iż zdawała sobie sprawę z ryzyka tego posunięcia, ale Voldemort, zazwyczaj niezwykle przenikliwy, zawsze ulegał swojej własnej próżności. Celne „nie posłuży twoim celom" uratowało mi tyłek.
— Tak, Narcyzo. — Jej imię ten zboczony skurwiel również kochał wypowiadać. — Doskonała uwaga. Poczekasz do dnia, w którym opuścisz Hogwart, Draco.
To był rozkaz.
Reszta siedzących przy stole powróciła do normalnego stanu subtelnego wyrywania sobie z rąk uprzywilejowanych pozycji.
Gdy wszyscy już sobie poszli, skierowałem się do swojego pokoju, rzuciłem na łóżko i zwinąłem w ciasny kłębek. Skołowany i przepełniony gniewem, niezdolny do zebrania myśli, próbowałem się zastanawiać, co dokładnie przyniesie mi zostanie śmierciożercą. Chwałę dla domu Malfoyów? Wątpię. Torturowanie na komendę? Już bliżej.
O zmierzchu w pokoju zjawiła się matka. Zaciągnięte kotary sprawiały, że z trudem rozpoznawałem w ciemnościach kontury jej sylwetki. Usiadła na łóżku obok mnie z kieliszkiem w ręce. Poczułem słodką, ostrą woń koniaku, który pijała razem z ojcem. Obracała szkło w dłoniach przez ponad godzinę, nie odzywając się ani słowem, podczas gdy pokój tonął w coraz to gęstszym mroku, tak że w pewnej chwili całkowicie przestałem ją widzieć. Od czasu do czasu przesuwała mi ręką po czole w czułej pieszczocie i przeczesywała palcami moje włosy, jednak nadal milczała. Gdy wreszcie wypiła koniak do końca, cisnęła pusty kieliszek do kominka.
Nawet teraz, całe lata później, ciągle mam w uszach dźwięk rozbijanego szkła.
Ignorując moje zaskoczone westchnienie, zwróciła się w moją stronę i powiedziała swoim zwykłym, niewzruszonym tonem:
— Dadzą ci ten Znak tylko po moim trupie.
— Ale…
— Żadnego „ale", słyszysz?
— Ojciec będzie…
Złapała mnie za ramiona, szarpnęła, zmuszając do pozycji siedzącej i potrząsnęła mną mocno.
— Twój ojciec jest zaślepiony, Draco. Zaślepiony własnymi ambicjami. Przez rok lub dwa będziesz musiał stąpać po cienkiej linie. Wszyscy będziemy musieli. A jeśli uda nam się zachować wielką ostrożność i ani razu nie pomylimy kroku… — gwałtowny uścisk jej rąk przemienił się w objęcie — … wtedy przeżyjemy — dokończyła szeptem.
XXX
— Matko? — zawołałem donośnie. Chociaż w Lozannie dochodziła właśnie czwarta nad ranem, nie spała. Siedziała przed kominkiem w oczekiwaniu najnowszych wieści. — To wuj Rabastan.
— Niezbyt korzystny obrót spraw — odrzekła. Nie musiałem niczego dodawać, ponieważ oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z ogromu powagi sytuacji. — Shacklebolt i Weasley się zgadzają?
— Tak.
— Powinnam być na miejscu dokładnie za godzinę. Opuść bariery — nakazała, kończąc rozmowę. Płomienie w palenisku przygasły.
XXX
Załamywanie rąk? Skądże. Mimo tego, że od dwudziestu lat nie posługiwałem się na poważnie magią (przywołanie zaklęciem tubki z nawilżaczem, parę czarów czyszczących lub okazjonalna aportacja wyczerpywało obecnie moje siły), kolejną godzinę spędziłem katalogując najpaskudniejsze klątwy, jakich mnie kiedykolwiek nauczono. Owszem, byłem niewiarygodnie skostniały i pozbawiony wprawy, lecz skoro zamiary to połowa sukcesu… Sądząc po natężeniu furii i rozpaczy skręcających mi żołądek, prawdopodobnie byłbym w stanie od ręki rzucić Niewybaczalne, ale nawet o tym nie myślałem. Ta możliwość nie wchodziła w rachubę. Nie byłem synem swojego ojca. Nie oznaczało to jednak, że poza tym jednym, nie zrobiłbym wszystkiego, byleby tylko odzyskać Harry'ego.
Matka przybyła świstoklikiem dokładnie o podanej godzinie. Wyobrażam sobie, jak wielką przysługę musiał być jej ktoś dłużny, skoro zdobyła nielegalny świstoklik do Nowego Jorku o piątej nad ranem.
— Jak…
Machnęła niecierpliwie ręką.
— Wysoko postawieni przyjaciele. Potrzebuję filiżanki herbaty. — Kierując się do kuchni, złapałem po drodze stojącą na komodzie butelkę Napoleona.
Kręciłem się między zlewem a kuchenką, nastawiając wodę na herbatę. Moje nerwy były tak zszargane, że dwukrotnie upuściłem dzbanuszek ze śmietanką, a raz cukiernicę.
— Chciałabym, abyś postarał się o skrzaty domowe, Draco — skomentowała matka z niezadowoleniem, drugi raz naprawiając zaklęciem dzbanuszek i napełniając go na nowo.
— Już je mam — zapewniłem ją i schwyciłem imbryk oburącz, aby donieść go do stołu bez dalszych wypadków. — Po prostu nie są magiczne.
— Mówisz o tych namiastkach Vincenta i Gregory'ego? — zapytała ze sporą ilością dezaprobaty w głosie.
— Lubię ich, a co ważniejsze, oni lubią mnie. Zrobią dla mnie wszystko.
— Miej ich na oku. Vincent dopuścił się kilku naprawdę paskudnych rzeczy podczas wojny. Gregory był… — urwała, wzdychając. — Był taki, jak spora część twojego pokolenia. Uwięziony przez okoliczności. Zostaw, niech herbata parzy się jeszcze przez minutkę. — Zatrzymała dotknięciem moją dłoń, wędrującą ku imbrykowi, a następnie owinęła wokół niej palce i zacisnęła je. Podobnie jak większość drobnokościstych Angielek nie wyglądała na swoje lata. Jej włosy wprawdzie posiwiały, dodawały jej jednak wyłącznie szyku, a nie wieku. Dopiero spojrzenie na ręce, poznaczone wypukłymi żyłami, pozwalało domyśleć się, ile lat może mieć w rzeczywistości. — Nie nosisz pierścienia, który podarował ci ojciec.
— Oddałem go Harry'emu — odpowiedziałem, nie mogąc zapanować nad krnąbrnym tonem. Pierścień symbolizował wszystko, co odrzuciłem. Ojca, magię, kraj. Nosząc go, czułbym się jak oszust.
— Pamiętaj, że niezależnie od tego, co uczynił twój ojciec, a wcale go nie usprawiedliwiam, naprawdę cię kochał.
Sparaliżowany złością, rozżarzony do białości ze wstrząsającego mną gniewu, wyrwałem się z jej uścisku, wstałem i zacząłem krążyć po pomieszczeniu, walcząc o spokój z każdym stawianym krokiem, zanim moje talerze, naczynia i szkło rozsypią się w na drobne kawałeczki.
— Draco, musisz…
— Matko, proszę, zamknij się! — krzyknąłem. — Nic tak jawnie nie wyraża miłości jak wydziedziczenie, prawda? Czy wypalił mnie już na drzewie genealogicznym? Widnieje na nim teraz czarna, spalona dziura w miejscu, gdzie powinno być moje imię? Czy…
W tej chwili zdarzyło się coś, co pokazało, dlaczego matka jest wyjątkowa. Spodziewałem się, że mnie zruga, że udzieli mi ostrej reprymendy za moją zadziorność, a ona tylko wstała, błyskawicznie przemierzyła kuchnię i otoczyła mnie ramionami, biorąc mocno w objęcia i kołysząc, jakbym nadal był małym dzieckiem.
— Mój synu — powiedziała cicho. — Mój biedny, biedny synu.
Wiedziałem, że to się w końcu stanie. Że w którejś chwili, o całe dwadzieścia lat za późno, zacznę szlochać z wściekłości i rozpaczy. Nad tym, że nie miałem wyboru. Ucieczka stanowiła największy akt miłości, na jaki mnie prawdopodobnie było stać. Oczywiście, że ojciec postrzegał to w innych kategoriach. To całkiem jasne. Podczas gdy ja ryczałem jak bóbr, matka poprowadziła mnie powoli w kierunku stołu i posadziła na krześle. Bez słowa wręczyła mi filiżankę wypełnioną w połowie herbatą, w połowie Napoleonem. Opróżniłem ją jednym wielkim haustem i podstawiłem matce pod nos, by nalała kolejną porcję. Wygięła brew w łuk i darowała sobie część z herbatą, napełniając naczynie po brzegi samym koniakiem.
— Harry był moim kochankiem. Jeszcze wtedy, gdy… — Zacisnąłem dłoń. — Zanim opuściłem Anglię. — Mogłem sobie wyobrazić, że zdążyła się już tego domyśleć, ale czas, gdy omijaliśmy niewygodne tematy, teraz zdecydowanie należał do przeszłości.
Z ustami przypominającymi cienką kreskę szczodrze doprawiła własną herbatę.
— Owszem, nie jest to dla mnie niespodzianką.
Nie należy dać się zwieść temu tonowi w jej głosie.
— Słuchaj, nie planowałem stracić dla niego głowy. To się po prostu stało. Pod pewnymi względami to mnie ocaliło, pod innymi uczyniło moje życie niemożliwym do zniesienia. Jeśli nie zrobiłbym tego dla niego, to…
Jeśli nie zrobiłbym tego dla Harry'ego, zostałbym, zgodził się na jakiś kompromis i szukał wyjścia z sytuacji. Jakich „grzechów" bym nie popełnił w ciągu minionych dwudziestu lat, przynajmniej nie miałem problemu ze spoglądaniem co rano w lustro, z czym mógłby być kłopot, gdybym pozostał wtedy w Anglii. Przeklęte „co by było, jeśli bym został", przeklęte to całe gdybanie. Pomagając Harry'emu, zdradziłbym ojca. Pomagając ojcu, zdradziłbym Harry'ego.
— Nie mogłeś…
— Tak mówisz? Nie, nie mogłem. — Mój głos brzmiał zbyt ostro, zbyt piskliwie, ale do diabła z tym.
Bo gdybym opowiedział jej wówczas o wszystkim, ona poprosiłaby, abym został i pomógł Harry'emu pokonać Voldemorta. Postawiłoby mnie to dokładnie w tej samej sytuacji, w tym samym beznadziejnym położeniu, wymagającym wyboru pomiędzy moim kochankiem a ojcem, z tą różnicą, że faktycznie musiałbym go dokonać zamiast nie decydować się na żadnego z nich. I choć opuszczenie Harry'ego i ojca wymagało ode mnie całkiem sporo odwagi, to wątpiłem, czy zdobyłbym się na dezercję, gdyby ona zażądała ode mnie, abym pozostał.
— Widzę — odparła krótko i zgodnie z poszanowaną, wiekową angielską tradycją zapobiegania kłótni dolała sobie odrobinę herbaty. Gdy uciekałem, ledwo wyrosłem z chłopięcego wieku, a teraz byłem zdziwaczałym, więcej niż dorosłym facetem. Nadal zmagaliśmy się z przedefiniowaniem granic między matką a synem.
— Śmierciożercy? — zapytałem.
— Rabastana skazano na dwadzieścia lat. Niektórzy nalegali na pocałunek dementora, jednak w końcu Wizengamot postanowił poprzestać na wtrąceniu go do więzienia. Głupcy. W zeszłym roku zwolniono go warunkowo i od razu przepadł bez śladu. Aurorzy niezwłocznie zwrócili się do mnie, kierowani podejrzeniem o ukrywanie go lub przynajmniej o udzielenie mu pomocy.
— Mam nadzieję, że posłałaś ich do wszystkich diabłów.
Za wstawiennictwem Harry'ego matka uzyskała w końcu dostęp do zamrożonych do tej pory kont bankowych Malfoyów. Połowę ich stanu straciła natychmiast z tytułu wypłaty odszkodowań wojennych, jednak to, co jej zostało, nadal stanowiło całkiem pokaźną sumę. Ministerstwo nie miało już nad nią żadnej władzy.
— Nie bądź niemądry, Draco — odparła szorstko. — W tamtym czasie bywałeś już w Anglii. Nie uzyskałabym niczego, nie godząc się na rozmowę z nimi. Podczas której, prawdę mówiąc, byłam prawie… gadatliwa. — Uśmiechnąłem się, ponieważ „gadatliwa" to absolutnie ostatnie określenie, którym posłużyłbym się do scharakteryzowania mojej matki. — Zasugerowałam im, aby rozejrzeli się za nim w Nowym Jorku. Jedna z odnóg rodziny Lestrange'ów przeniosła się tu po okresie terroru. Rabastan ma tu kuzynów, o ile dobrze pamiętam.
Przestałem słuchać, co mówiła, ponieważ przypomniało mi się pewne zadziwiająco łagodne, grudniowe popołudnie zeszłego roku, które spędziliśmy razem z Harrym na przechadzce po Gravesend Lane i oglądaniu wystaw sklepowych. Spacerowaliśmy i rozmawialiśmy, opowiedziałem Harry'emu kilka pieprznych szczegółów z życia luksusowej kurtyzany (które były o wiele za pikantne, by ukazać się na stronach moich książkowych wspomnień), a on reagował na przemian podnieceniem oraz szokiem. Nie zważaliśmy na to, dokąd idziemy i jakimś trafem znaleźliśmy się nagle na Przeklętym Łuku, amerykańskim odpowiedniku Nokturnu, cieszącym się równie ponurą sławą co jego brytyjska wersja. Zanim zorientowaliśmy się w pomyłce, nie zabrnęliśmy na szczęście zbyt daleko i udało nam się stamtąd dość szybko wycofać. Mimo tego musieliśmy zostać zauważeni i śledzeni aż do kamienicy, w której mieszkałem.
Z pewnością posłużyło to za podwaliny całego planu.
— Draco — powiedziała matka ostrym tonem, jakby powtarzała moje imię już kilka razy z rzędu.
— Przepraszam, właśnie coś mi się przypomniało. Rok temu, w grudniu, zaniosło nas z Harrym przypadkiem w nieciekawą okolicę w czarodziejskiej części Manhattanu. On musiał nas tam zobaczyć. Z pewnością niewiele się zmieniłem.
— Bardzo możliwe — zgodziła się. — Śledzę każdy numer „Proroka" i nigdy nie natknęłam się na najmniejszą wzmiankę o tym, że mieszkasz w Nowym Jorku, tak więc możemy spokojnie założyć, że albo on, albo ktoś wtajemniczony ujrzał was obu. Czy akurat tamtego dnia, czy też kiedy indziej, to nie gra roli. Twoja obecność na Gravesend Lane i tak z pewnością przykuła czyjąś uwagę. Wszystko, co robi twój Potter, pojawia się w wiadomościach. Do rzeczy. Dołohow nie wchodzi w rachubę. Był ostatnią osobą w Wielkiej Brytanii, która otrzymała pocałunek za udział w morderstwie tego wilkołaka, Lupina.
— Fenrir?
— Dosięgła go srebrna kula. W „Proroku" pisano, że jego wrzask można było usłyszeć aż we Francji. — W jej głosie zabrzmiała jawna satysfakcja.
— Ojciec Pansy?
Narcyza zareagowała lekkim prychnięciem.
— Poważnie wątpię, aby Parkinsonowie lub Flintowie brali w tym udział. Wizengamot zmył im głowy, a ich posiadłości zostały zarekwirowane, im samym jednak udało się uniknąć więzienia. I tak nigdy nie należeli do wewnętrznego kręgu, niezależnie od tego, co wygaduje ta łasa na towarzyski awans jędza, Prudence Parkinson. Carrowowie, Macnair, Mulciber, Avery, Rookwood, Selwyn, Travers, Yaxley, Gregory Goyle senior i Hadwyn Crabbe dostali po dziesięć lat. Rudolf powiesił się, zanim został postawiony przed sądem. Nie wydaje mi się, żeby miało to coś wspólnego ze strachem przed powrotem do Azkabanu, już raczej ze śmiercią Belli. Dziwne, swoją drogą. Rabastan jest zbyt inteligentny, aby posłużyć się Carrowami. Nigdy nie byli niczym innym niż podrzędnymi bandytami, w dodatku głupimi, a lata spędzone za kratkami spowodowały u nich degradację umysłową. — Przerwała na chwilę. — Jeszcze większą degradację umysłową. Mulciber umarł w więzieniu, podobnie jak Rookwood. Pozostaje nam więc — zaczęła odginać palce, wyliczając: — Macnair, Avery, Selwyn, Travers i Yaxley. Ilu, mówiłeś, było tych porywaczy?
— Dziesięciu.
— Hmmm. — Zabębniła palcami o blat stołu. — Spodziewam się, że zwerbował nowych pomocników. Może tutejsi kuzyni? Nie wyobrażam sobie, żeby Gregory lub Hadwyn byli w to wmieszani.
Zważywszy, że Vince i Greg byli idealnymi kopiami swoich ojców, brutalnymi, łatwymi do zmanipulowania, choć bezgranicznie lojalnymi, nie mogłem zrozumieć, czemu akurat nie.
— Sądzisz tak, ponieważ…?
— Po pierwsze, nie są szczególnie utalentowanymi czarodziejami, a Rabastan trzyma swoje ego na wodzy. Nie potrzebuje wokół siebie kliki liżących mu buty pochlebców.
— Czy to mniej więcej pasuje? — Wręczyłem jej listę, po raz tysięczny udowadniającą mi w całej wyrazistości, że była to wojna naszych ojców, a nie nasza.
Matka przebiegła oczami po pergaminie i skinęła twierdząco głową.
— Rabastan wykorzystałby tylko tych czarodziejów, którzy mają mózg oraz spore umiejętności magiczne.
— Zawęziliśmy tym samym pole podejrzeń do konkretnych nazwisk. Teraz powody. Dlaczego akurat ja?
Rzuciła pergamin na stół. Zmęczonym głosem, w którym pobrzmiewało „znam to już na pamięć", powiedziała:
— To nie ma nic wspólnego z tobą. Tutaj chodzi o twojego ojca.
XXX
Magia to bardzo specyficzna rzecz. Rzucanie zaklęcia wymaga od wypowiadającej je osoby odpowiedniej postawy oraz skupienia. Transmutując filiżankę w liść, należy wyobrazić sobie z całą dokładnością, jak się w ten liść zamienia oraz co ta zamiana za sobą pociągnie. Wyczarowując patronusa, trzeba myśleć o czymś wspaniałym, o czymś, co uszczęśliwia. Zawsze miałem olbrzymie trudności z rzuceniem tego zaklęcia, co oczywiście zdradzało mi, że nigdy nie byłem naprawdę szczęśliwy. I jeśli do wywołania patronusa niezbędne jest szczęście duszy, tak do rzucenia Niewybaczalnego niezbędne jest jej zło.
Koniec rozdziału drugiego
* Nawiązanie do wspomnianego już utworu „Doktor Jekyll i pan Hyde". R. L. Stevenson jest autorem tej powieści.
** Charles Eames to amerykański projektant mebli.
*** MAC to firma produkująca kosmetyki. Całkiem niezłe swoją drogą
**** Saks na Piątej Alei w Nowym Jorku to amerykański luksusowy dom towarowy, coś w stylu londyńskiego Harrodsa.
***** Bror von Blixen, baron duńsko-szwedzkiego pochodzenia, to mąż Karen Blixen, autorki „Pożegnania z Afryką", którego sportretowała na stronach swojej powieści. Wielki miłośnik safari i broni palnej.
