Rozdział trzeci
— Draco, proszę, usiądź.
— Nie — odpowiedziałem, nie przerywając krążenia po pomieszczeniu. Dlaczego wszystkie drogi zawsze prowadzą do Lucjusza Malfoya? Czy ja już nigdy się od niego nie uwolnię?
— Tak bardzo za nim tęsknię. Nadal — uściśliła matka. — Wracam do domu z partyjki brydża i rzucam rękawiczki na komodę w holu wejściowym. Jestem zniesmaczona faktem, że zawsze znajdzie się partner-idiota, który nie potrafi porządnie licytować, nawet pod groźbą utraty życia. Herbata czeka już na mnie w salonie. Nalewam sobie filiżankę, mówię: „Lucjuszu, nigdy nie zgadniesz, co zrobiła dziś ta kompletna idiotka, Durila von Statenberg" i odwracam się ku niemu. A jego wcale tam nie ma. — Zatrzymałem się na sekundę. Nie miałem na podorędziu żadnej riposty, ponieważ powiedzenie czegokolwiek kazałoby mi przyznać się przed samym sobą, że też myślałem o nim dzień w dzień i to wcale nie przelotnie. Nie, nie prowadziłem z nim wyimaginowanych pogawędek, które, rzecz jasna, można by uznać za oznaki szaleństwa. Wyglądało na to, że będę musiał sprowadzić matkę do Nowego Jorku. I to jak najszybciej. — Zdarza mi się to przeciętnie trzy razy w tygodniu. Nie zaprzeczam, że dopuścił się naprawdę strasznych czynów. Podobnie jak i tych naprawdę wielkich. — Jej twarz kurczyła się powoli, ukazując faktyczny wiek. Była nie tyle pomarszczona, co zatroskana i smutna. A także, o Merlinie, pokonana. A potem jej rysy same z siebie wygładziły się w typową dla niej szlachetną maskę, tchnącą pewnością siebie oraz sporą dozą surowości. — Nigdy nie przestałam go kochać.
Przeszliśmy płynnie na terytorium „zło i ojciec", a raczej „zło i mąż". Podjąłem przerwaną wędrówkę po kuchni, odmawiając przyjęcia do świadomości tego śmiesznego i zarazem bolesnego wyznania.
Choć reszta pomieszczeń w moim domu, wraz z głównym korytarzem, była zapraszająco przestronna, to kuchnia, jako niegdysiejsza domena uciskanych irlandzkich służących, przypominała wnękę wyposażoną w zlew i piecyk. W tygodniu zwykle jadałem kolacje poza domem i w odróżnieniu od moich sąsiadów nigdy nie odczułem potrzeby przebudowania pomieszczenia, gdyż decydując się na remont musiałbym poświęcić znajdujący się piętro niżej gabinet. Cóż ze mnie za idiota. Bo jeśli chce się porządnie krążyć, to udająca kuchnię klitka o wymiarach trzy na dwa i pół metra absolutnie nie spełnia koniecznych wymogów. Czego nie dałbym teraz za kolejne półtora metra!
— Ignorując mnie nie sprawisz, że problem zniknie — odezwała się matka surowo. — Pamiętasz tamto okropne popołudnie w naszym dworze, na krótko przed twoimi siedemnastymi urodzinami? Gdy…
— Jak mógłbym zapomnieć? — odgryzłem się podobnym tonem.
— Gdybym została wówczas wtajemniczona w twój sekretny romans — uniosła brew z jawnym potępieniem — z pewnością uprościłoby to sprawę. Niezależnie od tego i tak nigdy nie dopuściłabym, abyś stał się kolejną ofiarą Czarnego Pana. Straciłam już dla niego męża, syna dostałby tylko po moim trupie. Tamtego dnia zdecydowałam się na ciebie, a nie na twojego ojca. — Napełniła filiżankę koniakiem i jednym haustem opróżniła ją do połowy. — Nigdy nie powiedziałam mu, że to moje pieniądze ułatwiły ci ucieczkę. Nie mogłabym znieść tego, że o tym wie. — Jej głos cichł stopniowo. Musiałem się wysilić, żeby usłyszeć, co mówiła. — I nigdy nie pożałowałam tej decyzji. Byliśmy zmuszeni do dokonania wyboru, Draco. On poszedł swoją drogą, przekonany, że to ona zapewni nazwisku Malfoy poczesne miejsce w czarodziejskim panteonie. Jego marzenie się spełniło — dodała, wykrzywiając twarz. — Tyle że…
— To nie uzasadnia tego, co zrobił — warknąłem, wściekły na nią za próbę usprawiedliwienia ojca. — Nie wiem o połowie rzeczy, które ma na sumieniu i niedobrze mi się robi na samą myśl, że…
Wstała z krzesła, podeszła do mnie pewnym krokiem i chlusnęła mi resztę koniaku prosto w twarz.
— Nie waż się go osądzać — wysyczała. — Ja nie potępiam cię za to, że uciekłeś bez słowa. Nawet bez pożegnania. Za to, że kartki na Boże Narodzenie... jedyne, jakie od ciebie dostawałam, przestały nagle przychodzić. Za to, że wydawało mi się, iż straciłam nie tylko męża, ale i syna. Jedynego syna. Nigdy nie przestałam cię szukać. Pisałam listy. Pielęgnowałam znajomości z ludźmi, którymi gardziłam, w nadziei na najdrobniejszą wzmiankę świadczącą o tym, że nadal żyjesz. Czy ty robiłeś coś podobnego? Czy po prostu pogodziłeś się z myślą, że zapewne umarłam?
Odskoczyłem w tył, jakby mnie ktoś uderzył.
— Ja… ja… wysyłałem kartki, ale one ciągle do mnie wracały i wtedy… — Przypuszczalnie jakiś żądny zemsty ponurak w ministerstwie nie chciał przekazywać ich dalej do Szwajcarii. Jak miło. Ciekawe, ile satysfakcji udało mu się zaczerpnąć z tego obrzydliwego, małego oszustwa. Cóż, założę się, że śmiał się teraz do rozpuku, czytając nagłówki o moim romansie z Harrym Potterem, pojawiające się na pierwszej stronie „Proroka" co najmniej raz w tygodniu. — Nie wiedziałem, co robić, bo nie mogłem… Nie mogłem… wrócić do Anglii i spojrzeć… mu w oczy. Ojcu — wykrztusiłem.
— Och, kochanie — wyszeptała. W jej oczach przez chwilę lśniły łzy. Uniosła rękę, jakby chcąc dotknąć mojej twarzy, zaraz jednak pozwoliła jej opaść z powrotem. — Wybacz— podjęła już znacznie mniej nieswoim głosem. — Nie powinnam była tego robić. — Machnięciem różdżki osuszyła mi policzki i powróciła na opuszczone miejsce. — Usiądź, proszę. To krążenie staje się powoli irytujące.
W tłumaczeniu z języka Narcyzy na zwykły oznaczało to „Jeśli nie przestaniesz miotać się po kuchni, Draco, rzucę na ciebie jakąś klątwę". Opadłem na krzesło tak elegancko, jak tylko było to możliwe.
— Czy twój Potter cię potępiał? — Potrząsnąłem głową. Owszem, Harry czuł się zraniony i zachowywał się czasem jak ktoś pamiętliwy, nie mogąc tak do końca puścić w niepamięć mojego odejścia, ale w momencie, gdy przekroczył próg mojego biura, niósł w ręku metaforyczny bukiet wybaczenia. Wtedy tego nie rozumiałem, ale on, ofiara przeszłości (o ile w ogóle może być mowa o jakichkolwiek ofiarach), nigdy nie pozwolił, aby ta przeszłość go zdominowała. — To weź go sobie za przykład — ciągnęła matka chłodnym tonem. — Latami stąpałam po cienkiej linie, Draco. Całymi latami — dodała ostro. — I ty też to zrobisz. Zaakceptujesz fakt, że twój ojciec miał poważne wady i zaczniesz cieszyć się tym, że posiadał również masę zalet i umiejętności, a ogrom jego gniewu z powodu twojej dezercji był proporcjonalny do miłości, którą do ciebie czuł.
— Zabiłby Harry'ego — odparłem równie zimnym głosem. Ponieważ była to czysta prawda.
— Tak — przyznała. — Podobnie jak twój Potter zabiłby jego.
— Nie, nie zabiłby — zaoponowałem, czując, że w zasadzie powinienem teraz tryumfować. Harry naprawdę by się czegoś takiego nie dopuścił. — Zrobiłby to tylko w ostateczności, a i tego nie jestem pewien.
Tym decydującym o „wygranej" dyskusji argumentem chciałem zaledwie podkreślić, jak strasznie złym człowiekiem był mój ojciec.
Punkt dla mnie.
Matka obserwowała mnie uważnie przez minutę, po czym odezwała się pojednawczo:
— Być może wybrałeś lepszego z nich. Co nie zmienia jednak niczego. Kochałam twojego ojca. A on kochał ciebie. Był jednocześnie osobą cudowną i straszną. I nic tego nie zmieni. Draco, kiedyś będziesz musiał pogodzić się z tym, kim był twój ojciec i zaakceptować, że cię kochał i opłakiwał, jak zrobiłby każdy inny ojciec na jego miejscu. Pod wieloma względami wtedy dla niego umarłeś. Ktoś mógłby powiedzieć, że największą tragedię jego życia stanowiło wystawienie swojego losu na łaskę i niełaskę Voldemorta. Ja zaś uważam, że było nią to, iż nie potrafił uporać się ze swoim uczuciem do ciebie i umarł, zżerany przez olbrzymi konflikt wewnętrzny. — Przerwała, a po chwili powiedziała: — Nie bądź podobnym głupcem, synu.
To się jeszcze okaże, prawda? W cholerę z tym. W cholerę do kwadratu. Ryzykując częściową zapaść płuc, wyciągnąłem rękę po papierosy. Matka zręcznym ruchem usunęła je poza mój zasięg.
— Jak umarł? — wyrzuciłem nagle. To pytanie wisiało mi na końcu języka już od ponad roku.
— Popełnił samobójstwo.
— Co? — Złapałem butelkę z koniakiem, nie kłopocząc się już filiżanką i pociągnąłem solidny łyk.
— Nikt o tym nie wie i się nie dowie. — Przechyliła głowę i obdarzyła mnie wyjątkowo surowym i przenikliwym spojrzeniem, a ja wiedziałem, że nigdy nie pisnę Harry'emu ani słówka. Nie miałem do tego prawa. — Tylko raz w życiu posłużyłam się zaklęciem Imperius, rzucając je na uzdrowiciela, który przybył, aby poddać ciało Lucjusza diagnozie. — Wlepiłem w nią wzrok. Nawet gdybym nie miał za sobą trzech bezsennych nocy, a miłość mojego życia nie padłaby ofiarą porwania zorganizowanego przez szalonego, pełnego zła wujka, to nadal nie byłbym zdolny do całkowitego przetrawienia informacji, którymi mnie właśnie karmiła. — Początkowo uciekał się do czaru kamuflującego przez cały czas, nawet podczas snu. Był w stanie robić tak przez kilka lat, jednak gdy choroba zaczęła zjadać go stopniowo od środka, udawało mu się to z coraz większym trudem. Najpierw zdejmował z siebie zaklęcie, gdy udawaliśmy się na spoczynek. Potem rzucał je tylko wtedy, gdy wchodziłam do pomieszczenia. Wszystkie chwile, poza snem, spędzał przy biurku w bibliotece, prowadząc badania nad możliwymi środkami uzdrawiającymi, przerzucając najciemniejsze z czarnomagicznych woluminów. Pod koniec nie chciał tam nawet światła. Nie odsłaniał okien. Przez dwa lata żyłam w prawie kompletnych ciemnościach, rozświetlanych od czasu do czasu ledwo żarzącym się kominkiem. Mrok nie skrywał jednak, jak coraz bardziej pomarszczony, jak stary, jak chory stawał się z dnia na dzień: z woskową skórą, pozbawiony swoich wspaniałych włosów, z czaszką ledwo okrytą nędznymi, szarymi kosmykami. A potem nie miał już w ogóle siły, by rzucać na siebie zaklęcie kamuflujące. Kiedy to odkrył, dawki eliksiru bezsennego snu, które przyjmował co wieczór, zaczęły rosnąć, aż…
Jej głos cichł stopniowo, aż w końcu zamilkła.
— Nie próbowałaś…
— … go powstrzymać? — dokończyła, splatając oparte o blat stołu przedramiona i składając na nich głowę tak, że nie mogłem dostrzec jej twarzy. — Nie — odezwała się samym kącikiem ust. — Widział, że go obserwuję, gdy co wieczór podwyższał dawkę eliksiru, dopóki nie stawała się wystarczająca. Nadal nie jestem pewna, czego ode mnie oczekiwał: podważenia tego, co robił, czy też akceptacji. Następna ścieżka, którą nie mogłam za nim podążyć. — Merlinie, jak ja go nienawidziłem. Za to, że nie potrafiłem wybrać żadnego z nich. Za to, że zmuszał moją matkę, by stała się świadkiem jego codziennych zabaw w samobójstwo. Za to, że obrał ciemną stronę z taką chęcią, a następnie dostał szokującą nauczkę, że ona nie trzyma się zasad. — Jednak to nie eliksir był prawdziwą przyczyną jego śmierci. Nie mam żadnego dowodu na poparcie swojej tezy, ale myślę, że zabiło go zło.
Wziąłem następny łyk koniaku.
— Słucham? — zapytałem ochryple z powodu fali alkoholu obmywającej mi struny głosowe.
Uniosła głowę i wbiła nieruchomy wzrok w odległy koniec pomieszczenia.
— Zło — odrzekła prosto. — Uzdrowiciele ze Świętego Munga uznali to za zagadkową chorobę, zżerającą go od środka dzień po dniu, godzina po godzinie, ale ja jestem innego zdania. Myślę, że całe zło, jakie popełnił, osiągnęło w którymś momencie punkt kulminacyjny i zwróciło się do wewnątrz, zaczynając go zjadać. — Spojrzała na mnie i wysunęła podbródek w przekornym geście. — Zbrukał swoją duszę.
Nie tylko pomyślałem, że było to stekiem wierutnych bzdur, ale poczułem się totalnie i nieprzyjemnie zaniepokojony faktem, że moja twardo stąpająca po ziemi, nie uznająca nonsensów matka próbowała sprzedać mi te brednie. Usiłowałem nie zabrzmieć drwiąco, ale miałem za sobą kilka naprawdę paskudnych dni.
— Och, proszę. Gdyby ta teoria była prawdziwa, Lord Voldemort nie dożyłby swoich trzecich urodzin.
Jeśli ktoś mógł uchodzić za wcielenie „złego nasienia", to właśnie ten pierdolnięty dupek.
— Myśl sobie, co chcesz — odparła i skwitowała moją wypowiedź krótkim wzruszeniem ramion, co było bardzo we francuskim stylu i absolutnie nie pasowało do jej zdecydowanie brytyjskich barków.
A potem pomyślałem o Harrym. O Harrym, osieroconym, źle traktowanym w dzieciństwie, głodzonym, ale wyposażonym w rdzeń głębokiej prawomyślności, którą przesiąknięte było każde rzucane przez niego zaklęcie. Możliwe, że Harry i Voldemort, na stałe przypisani własnemu losowi, stanowili skrajności, pomiędzy którymi poruszała się reszta z nas. Pozostawiono nam drogę wyboru. Mogłem bez żadnego trudu pójść inną ścieżką — przyznaję to ze wstydem — i stłumić wszelkie wyrzuty sumienia oraz wątpliwości, ponieważ ta właśnie decyzja zapewniłaby mi aprobatę oraz jawnie okazaną miłość ojca. Zdusić w zalążku dylematy moralne, spychając odpowiedzialność za swoje okrutne czyny na jego barki.
Gdyby nie Harry.
Moje nerwy znajdowały się w stanie kurewsko skrajnego wyczerpania i jeśli zaraz nie zapalę… Stoczyłem krótkie starcie między zdrowym rozsądkiem a uzależnieniem od nikotyny, wygrane przez to ostatnie. Jak zwykle zresztą. Nie chcąc nawet spojrzeć w kierunku matki, przechyliłem się ponad stołem i złapałem paczkę z papierosami. Wytrząsnąłem jednego z jej wnętrza, próbując uspokoić rozlatane dłonie na tyle, by móc go przypalić. Ignorując bolesny protest własnych płuc, wessałem w siebie rakotwórczy dym tak mocno, jakby smakował ostatnim kutasem, którego miałbym mieć w ustach. Nikotyno, kocham cię.
— Dlaczego nie trafił do Azkabanu razem z całą resztą? — zapytałem, wiedząc, że właśnie tam było jego miejsce, choć nigdy nie przyznałbym tego na głos przed nikim innym poza matką.
— Oddajesz się absolutnie wstrętnemu nałogowi. Oduczę cię tego, nawet gdyby była to ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię — prychnęła z obrzydzeniem, patrząc oczami zwężonymi w wąskie szparki na papierosa pieszczonego między moimi palcami, po czym wróciła do tematu. — Gdy odszedłeś, nie musiałam się już tak pilnować, co dało mi odrobinę swobody, otwierającej możliwości pomagania ministerstwu w drobniejszych sprawach. Dostarczyłam im tylu informacji, że po wszystkim mogłam złożyć oficjalne żądanie zachowania wolności twojego ojca, nie miałam jednak aż tak silnych wpływów, by powstrzymać ich od zamrożenia większości naszych kont bankowych. Toczyły się pewne… — urwała, jakby szukając słowa — … negocjacje — uzupełniła zdecydowanym tonem. Pomyślałem, że musiała znać jakieś naprawdę pikantne szczegóły zagrażające ministerialnym głowom, ponieważ wrzawa z powodu niearesztowania ojca bez wątpienia była głośna i spektakularna. — Nie powiedziałabym, że przebiegały one w sposób prosty. Twój ojciec zorganizował i ponosił odpowiedzialność za kilka akcji, które na szczęście zakończyły się niepowodzeniem. Niestety Czarny Pan nie uznawał słowa „porażka". Gdy Lucjusz zawiódł po raz kolejny, Voldemort go złamał. Godzinami trzymał u swojego boku we dworze, każąc się obsługiwać: nalewać sobie herbaty, odbierać pocztę od sów. Nie traktował twojego ojca dużo lepiej niż skrzata domowego. Pod koniec wojny Lucjusz nie był już prawie zdolny do rzucania zaklęć, cała jego wiara w siebie legła w gruzach. Większość ludzi uznałaby zapewne, że dostał za swoje.
Przełknąłem olbrzymią grudę zalegającą mi w gardle.
— To musiało być straszne. To znaczy, być zmuszonym patrzeć na to wszystko. — Duma była siłą napędową mojego ojca. Nie mogłem wyobrazić go sobie wdeptanego w ziemię obcasem Czarnego Pana pod obstrzałem nieustannych, rozbawionych spojrzeń idiotów takich jak Carrowowie.
— Nie masz nawet pojęcia — przytaknęła matka bezbarwnym głosem. — Po upadku Voldemorta nasze życie poprawiło się odrobinę. A przynajmniej skończyło się zabijanie. Twój ojciec spędził swoje ostatnie lata w kompletnym i straszliwym osamotnieniu. Nigdy nie opuszczał dworu. Nie mógł znieść pogardy świata, który kiedyś trzymał w garści. Gdy uzdrowiciele ze Świętego Munga poddali się i zaprzestali prób leczenia, złożył do Wizengamotu podanie o zezwolenie na widzenie z Rabastanem.
— Oczywiście nie byli na tyle głupi, by mu je wydać — wtrąciłem z niedowierzaniem.
— Oczywiście, że nie, odrzucili jego prośbę. Wiem jednak, że twój ojciec i wuj przez lata utrzymywali ze sobą coś w rodzaju kontaktu listowego. Myślę, że w jakiś sposób przekupili strażników. Obaj nie mieli sobie równych, jeśli chodzi o znajomość sztuki czarnomagicznej i przypuszczam, iż ojciec prosił Rabastana o pomoc. Nadal wierzył, że czarna magia będzie w stanie mu pomóc. Zakładając to, w co wierzę ja, mogła ona jedynie przyspieszyć cały proces. Zła nie można uleczyć złem.
— Czy on…
Zanim zdążyłem zadać pytanie, tylne drzwi stanęły otworem. Renzo wrócił z Brooklynu. Na Kirke, zajęło mu to całą wieczność.
— Korek na moście? Gdzie Mario?
— Stephan poprosił, żebym ci to dał — odpowiedział zmęczonym głosem. Trzymał w dłoni butelkę Napoleona. Jak miło ze strony Stephana. Wkurzał mnie co prawda, ale czasem potrafił być…
Wyciągałem właśnie dłoń po koniak, gdy matka krzyknęła „Draco!". Na próżno. Renzo zdążył wcisnąć mi butelkę do ręki, a szarpnięcie magii pociągnęło nas za sobą.
XXX
Upadliśmy, a moje kolana uderzyły o zimną, kamienną posadzkę. Zanim zdołałem się podnieść, usłyszałem znajomy głos, mówiący:
— Zabij go.
Oślepiło mnie złowrogie światło Avady Kedavry.
Zdziwiony, że jeszcze żyję, wyprostowałem się i zobaczyłem skurczoną na podłodze sylwetkę Renza, którego twarz zastygła w dziwacznym grymasie bólu.
— Nie — wyjęczałem, rzucając się w jego stronę w nadziei, że wyczuję jeszcze bicie jego serca, cokolwiek. Przechylając się do przodu, sięgnąłem do buta po różdżkę.
— Expelliarmus — rzucił Rabastan znudzonym głosem, jakby od niechcenia. Różdżka wyskoczyła z mojej dłoni, a kolejne zaklęcie cisnęło mną o ścianę. — Nie bądź głupi, Draco.
Otarłem łzy z twarzy i dojrzałem stojących za wujem Yaxleya i Traversa. Rabastan,
wysoki i jak zawsze wyprostowany niczym struna, nie zmienił się ani odrobinę. Nigdy nie był ostentacyjny w ubiorze (jego pasja nie skupiała się na odgrywaniu światowca), teraz też miał na sobie prostą szatę z czarnego jedwabiu, a długie, ciemne włosy, zebrane do tyłu w ciasny węzeł, opadały mu na kark. Gdy byłem mały, przywodził mi na myśl panterę: wysunięte pazury, wyszczerzone kły i ciągła gotowość do zadania śmiertelnego ciosu.
Duże, wilgotne pomieszczenie, w którym wylądowaliśmy, z pewnością stanowiło podziemia jakiegoś podejrzanego pubu. Beczki z winem podpierały jedną ścianę, pod drugą piętrzyły się baryłki piwa. Brak okien i tylko jedne drzwi natychmiast kazały mi zapomnieć o szukaniu drogi ucieczki. Musiałem zaczekać na lepszą okazję. Merlinie, czy to możliwe, że przez mdłą woń taniego wina i chmielu przebijał się słodkawy zapach krwi? Modliłem się, żeby było to tylko wytworem mojej bujnej wyobraźni.
— Wuju Rabastanie.
Zignorował mnie.
— Usuń to stąd — rozkazał Yaxleyowi, z którym ostatnie dwadzieścia lat obeszło się o połowę mniej łagodnie. Zgarbiony i pomarszczony, splunął mi pod nogi, mijając mnie i usuwając martwe ciało Renza z pomieszczenia.
— Harry — zażądałem od Rabastana.
Uśmiechnął się.
— Travers. Przyprowadź tu Pottera — polecił niespiesznym, leniwym tonem.
Travers wlewitował Harry'ego do środka. Byłem w tak wielkim szoku, że nie potrafiłem zareagować. Jedyną rzecz, po której poznałem, że ten unoszący się w powietrzu skulony ludzki strzępek to właśnie Harry, stanowiła odrażająca pomarańczowa koszulka polo — choć przesiąknięta krwią, bez wątpienia była tą samą, którą miał na sobie w piątek tuż przed porwaniem. Kończyny drgały mu spazmatycznie w krótkich odstępach czasu, dłonie, stopy, łokcie, wszystko trzęsło się niekontrolowanie, wyraźnie świadcząc o wielokrotnym bombardowaniu Cruciatusem. Jego piękna twarz była opuchnięta i zmasakrowana nie do poznania. Musieli go kopać bez przerwy, na okrągło. Wisiał przede mną z ramionami uniesionymi do góry, jakby uczepionymi niewidzialnego haka. Podziękowałem w duchu wszelkim bóstwom, że znajdował się w stanie błogosławionej nieświadomości, bo przywrócony do przytomności konałby z męki. Jego ręce były połamane, a każdy palec, wygięty pod dziwacznym kątem, kojarzył się z ostrymi torturami.
— Jesteś wykuty ze znacznie twardszej stali, niż mógłbym przypuszczać, Draco. Spodziewałem się, że będziesz nieco bardziej zrozpaczony. Zważywszy na to. — Wskazał różdżką pokiereszowane ciało Harry'ego i rzucił znaczące, podszyte drwiną spojrzenie najpierw na moje, a potem na jego krocze.
O nie, nie miałem zamiaru dać temu draniowi satysfakcji. Doznałem chwili histerycznej słabości nad martwym Renzem, ale na tym koniec. Musiałem teraz zmobilizować cały mój spryt i inteligencję, żeby wydostać nas z tego monumentalnego gówna. Uniosłem więc nonszalancko brew.
— Oto dowód, jak słabo mnie znasz, wuju. Wygląda na to, że odrobinę przedobrzyłeś. Jeśli koniecznie potrzebowałeś mojej pomocy, wystarczyło po prostu wysłać do mnie sowę. Sposób, który wybrałeś, gwarantuje ci zastępy aurorów z dwóch krajów, mierzących w twój, zapewne już niebawem martwy, tyłek.
Travers krzyknął „Crucio!", a ja upadłem na podłogę, tarzając się przez pięć minut w nieznośnym, pierwotnym bólu, wrzeszcząc tak ostro i przeraźliwie, że z mojego głosu nie pozostało wiele więcej niż chrapliwe rzężenie.
Ból ustał nagle. Zwinąłem się w kłębek, próbując opanować fale mdłości. Bezskutecznie. Koniak, herbata i resztki kolacji na powrót ujrzały światło dzienne. Przez odgłos własnego zmagania się z żołądkiem usłyszałem tego kurewskiego drania, mojego wuja, upominającego Traversa:
— Zabijemy go, ale jeszcze nie teraz. Jest nam potrzebny.
„Jeszcze nie teraz" stwarzało niejaką perspektywę. Miałem więc trochę czasu.
— Jak już mówiłem — wycharczałem kącikiem ust między kolejnymi napadami torsji. — Sowy. Działają jak magia.
Reakcją był, co zadziwiające, śmiech.
— Wyjdźcie stąd — zarządził Rabastan.
Podpełzłem do ściany i wsparłem się o nią. Pomieszczenie opustoszało, zostaliśmy z Rabastanem we dwóch, nie licząc Harry'ego, wiszącego w powietrzu jak półtusza na niewidzialnym haku. Odwróciłem od niego wzrok, stając twarzą w twarz z wujem.
— Przejdźmy do rzeczy — odezwałem się ochryple.
Przechylił głowę, a końce jego ust powędrowały w górę. Nie nazwałbym tego uśmiechem, ponieważ takowy sugerowałoby rozbawienie, a grymas, na który patrzyłem, oznaczał pogardę zmieszaną z odrobiną podziwu.
— Naprawdę jesteś wielką niespodzianką. — Obracał moją różdżkę w lewej ręce, w prawej ściskając własną. — Zapewne odziedziczyłeś to zacięcie po swojej matce. Lucjusz rozczarował nas wszystkich.
— Nie jesteś godzien wymieniać jego imienia — wyszeptałem, przygotowując się na kolejną porcję bólu.
Ku memu zdziwieniu tym razem nie był to Cruciatus. Wuj podszedł bliżej i spoliczkował mnie. I wtedy nagle wszystko stało się jasne, gdyż odniosłem wrażenie, że zostałem uderzony przez dziecko. Rabastan nie rzucił Niewybaczalnego, bo po prostu nie miał na to siły. A to dlatego, że całą jego energię pochłaniało utrzymywanie czaru kamuflującego. Ponieważ umierał. Ginął w oczach. Jak ojciec. Zżerany przez zło.
— Potrzebujesz notatek Lucjusza.
Wciągnął powietrze ze świszczącym charkotem, który dziwnie do niego nie pasował. Pod wpływem szoku wywołanego moimi słowami kamuflaż popuścił w szwach, na sekundę ukazując prawdziwy wygląd Rabastana. Jęknąłem, bo epitet „koszmarny" nie oddawał tego, co było mi dane zobaczyć. Oczy, zapadłe w głąb czaszki. Skóra o barwie mokrego piachu, poznaczona niezdrowymi plamami. Sprawiał wrażenie oddychającego szkieletu.
A potem zaklęcie powróciło na miejsce, przysłaniając straszliwy obraz.
Wuj zaczął krążyć po piwnicy, rzucając mi badawcze spojrzenia i poddając mnie skrupulatnej ocenie, do której nigdy wcześniej nie dałem mu powodów.
— Draco, naprawdę mnie zaskakujesz.
Przerwał, spoglądając na Harry'ego i odłożył swoją różdżkę na beczkę z winem. Uniósł za to moją, tak bym wyraźnie zobaczył, co zamierza z nią zrobić.
Jęknąłem. Cóż za pierdolony skurwiel. Przełamał moją różdżkę na pół i odrzucił jej kawałki w kąt, na wilgotną podłogę. Śmierć różdżki pozbawiła mnie tchu, zalewając całe ciało przenikliwym aż do szpiku kości smutkiem.
— Pokazałeś, że jesteś o wiele lepiej poinformowany niż zakładałem. Tak, chcę jego notatek oraz zawartości waszej dworskiej biblioteki. Wątpię, żebyś się na tym znał, skoro zdecydowałeś się zamienić w mugola — zaszydził — ale zawiera ona najlepszy poza Hogwartem zbiór ksiąg czarnomagicznych. Twój ojciec, choć swego czasu niewątpliwy ekspert, w ciągu swoich ostatnich lat poddał się słabości i zaniedbaniu. Najprawdopodobniej czegoś mu brakowało. Aportujemy się na skraj posiadłości, zdejmiesz bariery, a potem gruntownie przeszukamy bibliotekę. Gdy tylko znajdziemy…
Jego słowa udowodniły mi, że jestem jednak synem swojego ojca, a co za tym idzie, nie mogłem pozwolić wujowi Rabastanowi obrażać się bezkarnie, odwarknąłem więc:
— Umierasz, prawda? Oni o tym wiedzą? Reszta twojej bandy? Wiedzą, jaki jesteś słaby? Że całą twoją energię pochłania utrzymanie kamuflażu? Że…
Rabastan zasyczał, zbliżył się do Harry'ego i wykręcił mu rękę. Słysząc krzyk, natychmiast się uciszyłem.
— Sugeruję, abyś zatrzymał swoje małe, paskudne uwagi dla siebie. W przeciwnym razie połamię mu także nogi — zagroził.
— Dlaczego to robisz? Mogłeś przecież zmusić moją matkę, żeby zdjęła bariery, nie mieszając w to mnie ani Harry'ego.
Przechylił głowę na bok, studiując wyraz mojej twarzy i zapewne zadając sobie pytanie, ile może mi zdradzić. A skoro było jasne, że na koniec i tak zabije nas obu, pewnie uznał, że wyjawienie mi wszystkiego w niczym mu nie zaszkodzi.
— Oczywiście, to mógłby być plan optymalny. Wiedziałem, że twoja matka nie da się zastraszyć, chyba że zastosuję dodatkową motywację. Aby zapewnić sobie jej współpracę, opracowałem nawet szkic porwania ciebie, ale potem nagle wy dwaj spadliście mi z nieba.
Te wszystkie traktujące o nas historyjki w „Proroku". Ten feralny spacer grudniowego popołudnia.
— Widziałeś nas na Przeklętym Łuku?
— Owszem — przytaknął. O ile wiedziałem, wuj Rabastan nigdy nie okazywał radości, jednak teraz z pewnością wyglądał na usatysfakcjonowanego i zadowolonego z siebie. — Od tamtego momentu śledzenie cię nie nastręczyło mi wielkich trudności. No, może z wyjątkiem czasu, który spędzałeś w domu. Nałożone wokół niego bariery okazały się całkowicie nie do pokonania, gratuluję, nawet ja sobie z nimi nie poradziłem. Ustaliłem jednak wzór, według którego się poruszałeś, no i proszę bardzo, z jakim efektem. Ale dosyć tego, Draco. Mam świstokliki, które przeniosą nas pod bramę dworu…
— Wypuść Harry'ego — odezwałem się błagalnie. — Masz mnie. Matka będzie…
Najwyraźniej nie to chciał usłyszeć, ponieważ wyczułem bijącą od niego falę gniewu oraz niestabilnej, wymykającej się spod kontroli magii.
— Czy masz w ogóle pojęcie o totalnym piekle, o absolutnym spustoszeniu w duszy, które pozostawia po sobie rok spędzony w Azkabanie? No to spróbuj wyobrazić sobie dwadzieścia podobnych lat — syknął. — A wszystko z jego winy. Wraz z moimi towarzyszami długo czekałem na taką okazję. Gdy z nim skończymy, będą musieli zbierać jego szczątki pincetą.
Cichy jęk kazał mi spojrzeć w stronę Harry'ego. Usiłował otworzyć jedno oko. Jego usta były opuchnięte i pokryte skrzepami krwi, mimo tego próbował coś powiedzieć. Może „Draco", a może „kocham cię", nieważne, nie grało to najmniejszej roli. Odwróciłem wzrok, bo niech mnie piekło pochłonie, jeśli wbrew całej swojej stanowczości nie straciłbym głowy patrząc na niego dłużej, a za żadną pieprzoną cholerę nie chciałem dać się złamać temu pierdolonemu szaleńcowi. Przycisnąłem obie dłonie do ud, żeby się dosłownie trzymać, uchwycić czegokolwiek, poszukać punktu zaczepienia…
O. Mój. Boże. Sam. Ty kochana, najdroższa kobieto.
Pistolet.
Nadal tkwił w mojej kieszeni.
Czy udałoby mi się wydobyć go stamtąd bez wzbudzenia uwagi Rabastana lub kogoś innego, to już osobna sprawa, niemniej szansa istniała. Pistolet był niewielki. Jeśli zdołałbym go wyciągnąć podczas podróży świstoklikiem do dworu, mógłbym ukryć go w dłoni. A gdy zostanę z Rabastanem sam…
— Chodźmy więc — zwróciłem się do wuja od razu, bo im szybciej dostaniemy się do posiadłości, tym szybciej tego sukinsyna zastrzelę.
— Wiedziałem, że wykażesz rozsądek. Zabierzmy ze sobą pana Pottera jako gwarancję powodzenia. Spodziewam się, że w jego stanie transport przy pomocy świstoklika może okazać się mało komfortowy, ale czasem nie można być zbyt wybrednym. — Uśmiechnął się najpierw do mnie, a potem do Harry'ego.
I wtedy rozpętało się piekło.
XXX
Suchy trzask-trzask-trzask aportujących się do wewnątrz aurorów był ogłuszający. Zewsząd zaczęły latać klątwy, gdy na wołanie Rabastana o pomoc zjawili się pozostali śmierciożercy. Pomieszczenie, oświetlone świszczącymi i rykoszetującymi od ścian błyskawicami z dobrych pięćdziesięciu różdżek, wyglądało jak Times Square w sylwestrowy wieczór. Harry! Nie przeżyje ani sekundy, bezbronny i zawieszony nieruchomo w powietrzu pośrodku piwnicy!
Złapałem go i pociągnąłem za sobą na podłogę. Ignorując jego pełne bólu wrzaski, wcisnąłem go za beczkę z piwem, gdzie było względnie bezpiecznie. Pistolet! Pistolet! Wyjąć… odbezpieczyć… Chryste, musiałem… Liczyła się każda kula. Powalić tak wielu uzbrojonych w różdżki drani, ile to możliwe… Rozglądając się wokół, przyklęknąłem na jedno kolano i uniosłem ramię, kierując je w stronę najbliższego śmierciożercy. Rabastan stał nie dalej niż dwa kroki przede mną. Wycelowałem. A gdy naciskałem spust, wykrzyknął klątwę, której nigdy jeszcze nie słyszałem:
— Sectumsempra!
Och. Ból. O, Chryste. Krew. Zapach krwi. Merlinie, cała pieprzona masa krwi…
XXX
Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek odzyskam przytomność, przeżyłem więc coś w rodzaju miłej niespodzianki. Szokująco tania pościel, nędzna poduszka, woń środków dezynfekujących: wszystko to aż krzyczało, że nie mogłem znajdować się w Świętym Mungu. Musieliśmy być w jakimś nowojorskim szpitalu dla czarodziejów. Kurwa mać, co za ból w piersi. Ostrożnie wsunąłem dłoń pod szpitalną koszulę. Palcami wyczułem grubą bliznę, wędrującą od szyi aż po podbrzusze — auć do sześcianu! — i podziękowałem w duchu Merlinowi za to, że szalone lata mam już za sobą. Spróbuj poderwać kogoś, jeśli wyglądasz, jakby właśnie zrobiono ci przeszczep serca. Mało seksowny obrazek.
Na lustrze wiszącym naprzeciwko mnie widniało wymalowane jaskrawoczerwoną szminką „Dzięki, Malfoy", obramowane pękatym sercem.
Sądząc po kącie światła padającego z okna, musiał być późny ranek. Granger spała na łóżku stojącym po mojej prawej stronie, a Harry po lewej. Na stoliku obok jego posłania królowała wielka butla Szkiele-Wzro. Wydałem olbrzymie westchnienie ulgi na widok równomiernie wznoszącej się i opadającej klatki piersiowej. Jego twarz nadal przedstawiała sobą jedną wielką katastrofę, ale czas oraz uzdrowiciele na pewno temu zaradzą.
— Twoja mama zeszła na dół na herbatę. Powinna być tu za moment — usłyszałem czyjś szept.
Weasley, z moim Blackberry w ręku, siedział obok wsparty stopami o krawędź łóżka Harry'ego.
— Brickbreaker*? — zapytałem cicho.
— Tak, dla zabicia czasu. Jaki masz rekord?
— Czterdzieści pięć tysięcy czterysta dwadzieścia.
— Jesteś zasranym kłamcą, Malfoy — mruknął.
— Byłem szukającym, Weasley — rzuciłem i uśmiechnąłem się pod nosem.
Zapadłem na powrót w lekką drzemkę, z której obudziła mnie wysyczana, dosadna „kurwa". Otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak Weasley rzuca komórkę na kołdrę.
— Poziom szesnasty?
— Cholera jasna, kurwa mać — warknął, po czym rozejrzał się wokół, aby sprawdzić, czy klnąc jak szewc, nie obudził żony. Granger nawet nie drgnęła.
— Zabiłem go?
Po części żywiłem nadzieję, że tak, po części, że nie. Jasne, wkrótce i tak byłoby po nim, już teraz wyglądał przecież jak chodzący trup. Gdybym nie był pewien, że zabije nas dokładnie w tej sekundzie, w której dostanie w swoje łapy notatki ojca, z rozkoszą sam wcisnąłbym mu je do ręki, wiedząc, że każde czarnomagiczne zaklęcie, jakie rzuci na siebie, tylko przybliży go do tego, czego obawiał się najbardziej.
Weasley prychnął.
— Skąd. Spudłowałeś o milę. Za to omal nie pozbawiłeś Dawlisha oka. Lestrange nie żyje, Merlinowi niech będą dzięki. Oszczędził nam tym samym przesłuchania i procesu. Niestety cała reszta będzie musiała stawić się przed Wizengamotem. Chryste, zapowiadają się nadgodziny na cały następny rok. Ten rodzaj spraw zawsze przyciąga jakichś półgłówków. Idiotów, którzy wyobrażają sobie, że są następcami Voldemorta. Jakby nie było, Lestrange'a mamy z głowy. Twoja matka unieruchomiła go Drętwotą, co spowodowało zatrzymanie akcji serca. Sądząc po jego wyglądzie i tak już był jedną nogą w grobie. Mówię ci, gdy kamuflaż się rozpłynął… — Wzdrygnął się. — Przypomnij mi, żebym nigdy nie wchodził jej w drogę. Powiedziałem Kingsleyowi, że powinniśmy zatrudnić ją jako aurora.
Zachichotałem, co zabolało jak jasna cholera.
— Au. Nie zmuszaj mnie do śmiechu. Czego, do diabła, szukała tam moja matka? Czy ten Shacklebolt kompletnie oszalał?
Na wszystkie pieprzone świętości, naprawdę będę musiał zamienić kilka poważnych słów z biurem aurorów i to natychmiast po opuszczeniu szpitalnego łóżka.
— Nie żartowałem. Zresztą nie dała nam wyboru. Rzuciła zaklęcie tropiące w ślad za tobą na ułamek sekundy przed tym, zanim dotknąłeś świstoklika. Nie mieliśmy o tym pojęcia. Wywołała nas przez kominek w chwili, kiedy zniknąłeś. Kazaliśmy jej nie ruszać się z miejsca i powiedzieliśmy, że sami się tym zajmiemy, a ona na to, żebyśmy się odpierdolili i aportowała się Merlin wie dokąd. Przyspieszyło to planowaną operację o sześć godzin, ponieważ ostatnią rzeczą, której potrzebowaliśmy, było czterech zakładników obciążających nasze sumienie. W ciągu dziesięciu minut zebraliśmy tylu aurorów, ilu się tylko dało i aportowaliśmy się na miejsce dokładnie w tej samej chwili co ona. Człowieku, ta kobieta jest niesamowita.
Granger poruszyła się, więc milczeliśmy, dopóki nie znieruchomiała ponownie, zapadając na powrót w głębszy sen.
— Moja matka nigdy w życiu nie wymówiła słowa zbliżonego do „pierdolić". A jak wy nas znaleźliście? — zapytałem szeptem.
Przewrócił oczami.
— Widać, ilu rzeczy nie wiesz. Miałem pięciu świadków, a każdy mówił co innego. Prędzej rzucę się ze szczytu wieży Gryffindoru niż zaufam Malfoyowi. Czar śledzący. To dlatego zaklęcie wyciszające, które nałożyłem na twoją kuchnię, zaskoczyło z taką mocą.
— Powinienem się na ciebie wściec — skomentowałem, unosząc brew w geście sygnalizującym zakłopotanie. — Ale z oczywistych przyczyn nie mogę.
Możliwe, że Weasley pozbył się z biegiem lat niektórych ze swoich szkolnych znaków rozpoznawczych, ale głębokie rumieńce do nich nie należały. Nagle oblał się szkarłatem od nasady włosów aż po czubek brody.
— Dzięki, Malfoy. Wiesz. Harry. Wątpię, czy by mu się udało z tymi wszystkimi latającymi wokół klątwami. Tak czy owak, byłeś tam wręcz nieziemski. — Ostatnie słowa przypominały niewyraźne mamrotanie.
— Ja jestem nieziemski, Weasley. Najwyższy czas, żebyś przyznał to głośno.
— Napusz się jeszcze bardziej z dumy, a puszczą ci szwy. Na razie nie zaszedłem aż tak daleko. Dotarłem zaledwie do punktu, w którym przestałem uważać cię za samolubnego gnojka. — Słowem, rodzaj zwycięstwa. O ile życie mnie czegoś nauczyło, to właśnie rozkoszowania się zwycięstwami, nieważne, jakiego kalibru. Weasley wycelował we mnie różdżką. — Poza tym uważam, że łżesz jak z nut, jeśli chodzi o twój osobisty rekord w Brickbreakera.
Pokazałem mu środkowy palec, ale z uśmiechem na twarzy.
— Mario?
Weasley potrząsnął głową, po czym odparł cicho:
— Pamięć twojego zespołu została już zmodyfikowana.
Zacisnąłem powieki, próbując powstrzymać łzy. Moi chłopcy.
Poczułem dotyk czyjejś ręki. Ręki, którą znałem lepiej niż swoją własną.
— Draco.
Zabrzmiało to bardziej jak „Dua-o" — nadal miał całkowicie spuchnięte usta — ale ten baryton, nawet ledwo słyszalny, rozpoznałbym na końcu świata.
Obróciłem się ku niemu i z wielką ostrożnością uniosłem jego poturbowaną rękę do ust.
— Harry — wyszeptałem i pocałowałem wnętrze jego dłoni. Smakowała Szkiele-Wzro, solą i Anglią. Domem.
XXX
Czas: 17:31
Data: 5 maja 2020
Do: zmieniaczczasu
Od: Draco Malfoy
Temat:
Jak tam prawe oko? Wiem, że mnie okłamiesz, jeśli powiesz, że miewa się świetnie, więc pozwoliłem sobie umówić Cię na kontrolne spotkanie z fachowcem w Świętym Mungu. Jutro o trzeciej. Podziękujesz mi później.
Pozdrowienia od zespołu. Bez chwili wahania kupili bajkę z wypadkiem samochodowym, który Ci się niby przytrafił, więc gdy zjawisz się tu w piątek, twoje siniaki nadadzą wszystkiemu wiarygodnego tła.
Wczoraj dostałem wreszcie nową różdżkę. Muszę się do niej jeszcze trochę przyzwyczaić. Po pierwsze, zdaje się mieć purytański charakter! Typowa amerykańska cecha! Czekają nas trudne czasy, jeśli mam przywoływać za jej pomocą tubkę z nawilżaczem. Idź się pieprzyć, ty beznadziejny, tandetny wyrobie. Naprawdę brak mi zaufania do amerykańskich wytwórców różdżek. Wiem, że zakrawa to na ekstremalną ksenofobię, ale prawdziwa sztuka ich produkcji musi zawierać w sobie angielski pierwiastek. Dam ją do obejrzenia Ollivanderowi, gdy przyjadę do domu za tydzień (swoją drogą nie wierzę, że on ciągle żyje).
Tak, do domu.
Ugiąłem kark przed tym, co nieuniknione. Zbyt wiele czynników sprzysięgło się przeciwko mnie.
Przede wszystkim Ty. Już nigdy nie spuszczę Cię z oczu. Jesteś jednym wielkim obrazem nędzy i rozpaczy! Masz zmiażdżone ręce i o mało nie straciłeś oka! Tylko w Twoim przypadku zakup orchidei może przeobrazić się w międzynarodową aferę zakończoną dwutygodniowym pobytem w szpitalu.
Po drugie, te cholerne przesłuchania. Granger przysłała mi dziś rano sowę z grafikiem kolejnych. Mon dieu, to będzie cud, jeśli uda mi się nie stracić pracy. Nakłamałem Caroline, że w przyszłym roku będę musiał wziąć masę wolnego, jako że cierpię na zagrażającą życiu chorobę. A że nie ufam amerykańskim lekarzom (pod tym względem zgodziła się ze mną bez dyskusji — czy w amerykańskim systemie zdrowia brak czegoś, o czym nie wiem, a o czym wiedzieć powinienem?), muszę leczyć się w Wielkiej Brytanii. Nie powiedziałem, że mam raka, ale dałem jej to do zrozumienia. Jak zwykle nie miałem żadnego problemu z kłamstwem, jednak jej reakcja — nieco przesadzona jak na mój gust — wzbudziła we mnie poczucie winy. A ja nigdy nie czuję się winny. Mówiąc ogólnie, miałem wrażenie, że naprawdę się mną przejęła.
Po trzecie, najwyższy czas zabrać matkę do domu. Ponownie otworzyć bramy naszego dworu. Szwajcaria źle na nią działa. Potrzeba jej ogrodu. Poza tym zamierzam poszczuć ją na Albusa. Kto by pomyślał, że to właśnie on będzie motorem napędowym fanklubu małych Potterów nienawidzących Dracona Malfoya?
Może powinniśmy zmienić kilka rzeczy. Przenieść mój zespół do Londynu. Spędzać większość czasu w Anglii, a w Nowym Jorku pojawiać się sporadycznie. Chciałbym zachować część tamtego życia, tak jak jest nim telefon komórkowy obok mojej różdżki, ale myśl o mieszkaniu, w którym nie ma Renza i Maria...
I może powinienem rzucić palenie.
Cóż, nie ma powodów do narzekania.
Kochający Draco
KONIEC
* Brickbreaker to gra ładowana standardowo na niektóre komórki, między innymi i na Blackberry, polegająca na zbijaniu cegiełek przy pomocy kija i piłki.
