~ 3 ~
- Auuu! Czy to musi tak boleć? - Booth zwrócił się do pielęgniarki, która opatrywała mu ranę na czole.
- Usted necesita atención, y le permiten sentarse en silencio / Potrzebuje pan opieki, proszę siedzieć spokojnie – odparła kobieta.
- Świetnie i tak nie rozumiem co pani mówi. – Agent był bliski załamania.
- Powiedziała, żebyś siedział spokojnie. – Do sali weszła Brennan. Na jej łuku brwiowym widniały dwa szwy. Poza drobnymi otarciami na policzku, nic nie wskazywało, by coś jej dolegało.
- Dziękuję, Bones, możesz robić jako moja tłumaczka – odparł Booth, kiedy pielęgniarka skończyła zakładać mu szwy.
- Jak się czujesz?
- Jak człowiek po wypadku. Mam wybity bark, ale to nic groźnego – odpowiedział Seeley, a Bones usiadła obok niego.
- Si me necesitan, estoy en la Cámara de entretenimiento / Gdybym jeszcze była potrzebna, jestem na izbie przyjęć. – Pielęgniarka zwróciła się do partnerów.
- Gracias / Dziękujemy – odparła Brennan, a kobieta wyszła pozostawiając partnerów samych. – Dzwonił Marc.
- Ten makaroniarz?
- Seeley!
- Oj! No dobra, przepraszam. Tak tylko mi się powiedziało – powiedział Booth. – A czego chciał?
- Pytał się czy nic nam nie jest. Już całe Veracruz wie o wypadku. Dla mieszkańców to jednak nie nowość, co rusz dochodzi do podobnych rzeczy.
- Masz na myśli problemy z tak zwanymi „grupami trzymającymi władzę"? - zapytał, a Bones przytaknęła. – Cóż, taki region. Ale trzeba będzie ustalić kto próbował nas wysłać na tamten świat.
- Dobrze wiesz, że nie istniej coś takiego jak tamten świat. Po śmierci, ludzkie ciało ulega rozkładowi i stanowi pożywkę dla organizmów pasożytniczych...
- Ty to naprawdę masz talent. Ciekaw jestem jak będziesz tłumaczyć różne rzeczy swoim dzieciom. Ale wiesz co, już im współczuję.
- Ale...
- Albo nie. Mam lepszy pomysł. Przyślij je do wujka Bootha. – Seeley uśmiechnął sie i zsunął się z kozetki.
- Moje dzieci? - Bones również wstała i podeszła do swojego partnera, który czekał na nią przy drzwiach. – Ja nie będę miała dzieci...
- Mówiłaś, że nie chcesz mieć domu i proszę... działka czeka na ciebie w Waszyngtonie.
- Działka to nie dom.
- Ale od działki to już prosta droga do domu – kontynuował dalej Booth, kiedy szli szpitalnym korytarzem.
- Wiesz, że czasem potrafisz być bardzo męczący – powiedziała Brennan.
- Ale przyznaj, że za to mnie uwielbiasz. – Seeley uśmiechnął się i spojrzał na Bones. Czy mogła tego nie uwielbiać? Wręcz przeciwnie – kochała to!
- No to co? Jedziemy do hotelu? - zapytał Booth kiedy wyszli ze szpitala.
- Czym?
- Racja. To może spacer? Nasz hotel jest niedaleko.
- A jeśli znów nas zaatakują? - Rozsądek Bones dał o sobie znać.
- Nie pomyślałem o tym. Chyba to uderzenie źle wpłynęło na moją zdolność racjonalnego myślenia. To może...
- Zadzwonię po Marca – przerwała mu Tempe.
- Tylko nie on...
- Nie rozumiem czemu go nie lubisz? Czy on coś ci zrobił?
Tak, przystawia się do Ciebie, pomyślał Seeley, ale zamiast tego powiedział tylko.
- Nic. No dobra, jak chcesz to dzwoń.
Bones zadowolona z wygranej, wyjęła telefon i wykręciła numer do swojego znajomego.
###
- Dziękuję, że zgodziłeś się po nas przyjechać – powiedziała Temperance do Marca Dunottiego, kiedy zatrzymali się przed hotelem. Booth zdążył już wysiąść i otworzył drzwi Bones, niecierpliwie czekając kiedy jego partnerka łaskawie raczy opuścić samochód.
- To żaden kłopot, naprawdę. A wręcz przyjemność. – Włoch uśmiechnął się i dotknął dłoni Tempe.
Seeley zacisnął szczękę. Gdyby mógł, z chęcią pokazałby temu makaroniarzowi, gdzie jest jego miejsce, ale wiedział z jaką spotkało by się to reakcją Bones. Przecież ona była wolną kobietą. Mogła robić co chciała, z kim chciała i gdzie chciała. To nie powinno mu przeszkadzać. A jednak. Uporczywy głos w świadomości agenta podpowiadał mu najgorsze tortury jakie mógłby teraz przeżywać ten archeolog od siedmiu boleści.
- Mimo wszystko, dziękuję. – Temperance zabrała swoją rękę i wysiadła z auta ku wielkiej uciesze Bootha, który nie omieszkał trzasnąć drzwiczkami.
- Do zobaczenia – krzyknął jeszcze Marc i odjechał.
- Arivederci! - rzucił z ironią Seeley i ruszył w stronę głównego wejścia. Bones podążała obok niego.
- Czy coś cię zdenerwowało? - zapytała antropolog, kiedy znaleźli się przy windzie.
- Mnie? Niee… nic. Gdzie jest ta cholerna winda? - Agent ze złością zaczął naciskać przyciski na panelu sterowania.
- Dobrze, że nie widzi tego Sweets – powiedziała Tempe.
- Musisz wyskakiwać teraz ze Słodkim? - odparł Booth już nieco łagodniej.
- Sweetsa tu nie ma, więc jak miałabym wyskoczyć...
- Matko przenajświętsza. – Seeley przewrócił oczami. – Chyba szybciej będzie schodami.
Agent skierował się do schodów przeciwpożarowych. Chcąc nie chcąc Brennan podążyła za nim. W milczeniu pokonali cztery piętra. Gdy znaleźli się na korytarzu, na którym znajdowały się ich pokoje Tempe wreszcie się odezwała.
- Czy myślisz, że FBI będzie chciało byś wrócił do Waszyngtonu po tym co się dzisiaj stało?
- Chyba tak. Meksykańska policja już ich zapewne powiadomiła. Teraz wystarczy tylko czekać na dalsze rozkazy… Zamykałaś drzwi do pokoju?
- Tak, a czemu... - Spojrzała tam gdzie patrzył jej partner. Drzwi od jej pokoju były niedomknięte. – Czy myślisz, że tam ktoś jest?
- Pomóż mi wyjąć rękę z tego temblaka – powiedział szeptem Booth i wyciągnął pistolet.
- Ale twój bark...
- Ale nasze życie, Bones – syknął. – Pomożesz mi?
Temperance wykonała polecenie. Mimo paru stęknięć z bólu Seeley nie pokazał, że nie czuje się za dobrze.
- A teraz trzymaj się za mną. – Odbezpieczył broń i pchnął drzwi. Trzymając pistolet w pełnej gotowości rozejrzał się dookoła. W salonie panowała cisza, wszystko było na swoim miejscu, nic nie zniknęło. Booth przesuwał się po woli, czuł oddech Bones za swoimi plecami. W łazience też było czysto. Pozostała tylko sypialnia. Otworzył drzwi. - No to pięknie – powiedział i schował broń.
- Co jest piękne? - Temperance zajrzała mu przez ramię. Jej oczom ukazał się makabryczny widok. Łóżko było zalane jakąś czerwoną mazią, na środku leżała czaszka. Na ścianie widniał napis wykonany też czerwoną substancją.
- Czy to jest krew? Ludzka? - zapytał Booth.
- Nie wiem, nie jestem w stanie tego stwierdzić. – Bones podeszła bliżej łóżka.
- A to na ścianie? To farba, czy...
Tempe przyjrzała się napisowi i porównała dwie substancje.
- To ta sama ciecz – poinformowała agenta.
- A ten napis, mogłabyś przetłumaczyć? Jakbyś zapomniał to nie miałem szóstki z hiszpańskiego.
- Volver a la casa, los perros de América / Wracajcie do domu, amerykańskie psy. Psy? O co chodzi z tymi psami? - zapytała Brennan.
- Tak się mówi na policjantów – wyjaśnił Seeley.
- Ale my nie jesteśmy policjantami, to znaczy Ty jesteś agentem federalnym ale...
- Bones, mało ważne. Te świry dały nam jasno do zrozumienia, że nie chcą nas tutaj. Jestem pewny, że ta krwawa jatka w tym pokoju jest ściśle powiązana z dzisiejszym zamachem. Najgorsze jest to, że nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób naraziliśmy się tym typom – powiedział Booth. – A na dodatek boli mnie bark.
Temperance podeszła do swojego partnera i pomogła mu założyć temblak.
- Trzeba wezwać policję – powiedziała.
- OK. Ja to zrobię.
- A ja zobaczę tą czaszkę, coś mi w niej nie pasuje – odparła Brennan.
Pół godziny później
W hotelowym pokoju miejscowa policja zabezpieczała ślady. Booth stał oparty o framugę drzwi i bacznie się wszystkiemu przyglądał. Tempe rozmawiała z jednym z techników odnoście czaszki.
- I jak? Dowiedziałaś się czegoś? - zapytał Seeley, kiedy podeszła do niego Bones.
- Tak jak podejrzewałam, czaszka nie jest prawdziwa. To jakiś model, prawdopodobnie służący za jakiś eksponat. Technicy zabezpieczyli ślady – poinformowała Brennan.
- A to czerwone? - Booth wskazał na łóżko i ścianę.
- To krew. Ale nie ludzka. Szkoda, że nie ma tutaj Hodginsa. On na pewno szybko zająłby się cząsteczkami, które zostały znalezione na czaszce – powiedziała antropolog.
- I może wysnułby jakąś teorię spiskową, bo mi nic nie przychodzi do głowy – odparł Booth ponuro.
- Może jutro coś wymyślisz, dziś jest już późno. A ty potrzebujesz odpoczynku.
- A ty nie?
- Ja tu jeszcze zostanę. Poczekam, aż oni wyjdą. – Wskazała na techników. – I wtedy położę się spać.
- Chyba nie zamierzasz spać na tym łóżku. Mowy nie ma! - Booth pociągnął swoją partnerkę za sobą.
- Dokąd ty mnie ciągniesz?
- Do mnie – odparł, a Bones zatrzymała się. – Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci spać samej... to znaczy być samej po tym co się dzisiaj wydarzyło.
- Umiem o siebie zadbać.
- I znów ta sama śpiewka.
- Booth, to naprawdę nie jest konieczne bym potrzebowała opieki.
- A kto powiedział, że ty potrzebujesz. To mój bark jest nadwyrężony – odpowiedział agent i zdrową ręką poprowadził oniemiałą Bones do siebie.
###
- Zgodziłam się, ale tylko dlatego, że może rzeczywiście przyda ci się jakaś pomoc – powiedziała Bones, kiedy jakiś czas później pomagała Boothowi ścielić łóżko w jego sypialni.
- Dziękuję. Mogłabyś podać mi poduszkę?
- A po co ci?
- Bo chcę sobie zrobić posłanie na kanapie – odparł.
- Booth, z takim ramieniem nie powinieneś spać na niewygodnej sofie. To ci może zaszkodzić. Ja pójdę na kanapę.
- Wykluczone. Nie mogę do tego dopuścić.
- No to będziemy oboje spać na łóżku – powiedziała nagle Tempe, a Seeley spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Mówisz poważnie?
- A słyszałeś kiedyś bym żartowała?
- Czy to była ironia?
- Co? - Brennan popatrzyła na niego dziwnie.
- To coś w twoim głosie.
- Chyba rzeczywiście za mocno uderzyłeś się w głowę – skwitowała antropolog. – A teraz zamiast tyle mówić, pomóż mi z tą poduszką.
- Tak jest. – Booth zasalutował i wziął się do roboty.
###
- Łazienka wolna. – Bones weszła do salonu owinięta dużym, hotelowym ręcznikiem.
- Ta... WOW! Bones! Chcesz żebym dostał zawału od nadmiaru wrażeń?
- Nie wiem co masz na myśli. A tak w ogóle to moje ubrania po tym dniu nie nadają się do ponownego użytku, a wszystkie rzeczy zostały w moim pokoju – wyjaśniła antropolog.
- Ale czy ja coś mówię? Jeśli chcesz to możesz wziąć jedną z moich koszul i ewentualnie jakieś bokserki.
- Tak?
- Jasne. Są w szafie w sypialni. – Agent podniósł się z kanapy. – Przebierz się spokojnie, a ja w tym czasie wezmę prysznic.
Seeley zabrał swoje rzeczy i poszedł do łazienki. Po chwili rozległ się szum wody i pogwizdywanie. Brennan uśmiechnęła się i podeszła do szafy. Hmm... coś wybrać?, zagryzła dolną wargę. Dobra.
15 minut później Seeley opuścił łazienkę pachnący niczym niemowlę.
- Teraz znacznie lepiej. – Zadowolony usiadł na kanapie. Chwilę potem, drzwi od sypialni otworzyły się i wyszła Bones. Miała na sobie czarny podkoszulek i bokserki w zielono-czerwoną kratkę.
- Ładnie ci – powiedział Booth, kiedy jego partnerka usiadła obok niego.
- Dzięki. Dzwoniłam do Angeli, poinformowałam ją o całym zajściu jakie miało dzisiaj miejsce.
- I co ona na to?
- Znasz Angelę, mam nie zapakować się w kłopoty...
- Pakować. Mówi się „pakować w kłopoty" – poprawił ją Seeley.
- Tak, o to jej chodziło. No i mam cię słuchać, co biorąc pod uwagę, że mam więcej doktoratów wydaje się absurdalne, gdyż...
- Bla, bla, bla... Tylko nie wzięłaś pod uwagę tego, że w naszym duecie to ja mam broń. I ja robię za obrońcę.
- Stereotypowe podejście mężczyzn. Broń daje im poczucie siły i podwyższa poziom ego...
- Już gdzieś to słyszałem. Mówiła coś jeszcze?
- Masz pozdrowienia.
- Dzięki – odparł Booth. – Ale ja też odbyłem telefoniczną rozmowę...
- Z kim?
- Gdy brałaś kąpiel dzwonił Cullen. Mamy się w nic nie mieszać, to nie nasz sektor. Postara się nas ściągnąć do Waszyngtonu. Nie podał jednak konkretów. Jedno jest pewne; FBI już wie co się wydarzyło.
- A co z tą całą wymianą? Twoim szkoleniem? - zapytała Brennan.
- Nic, po prostu go nie dokończę. Ale w takich okolicznościach twoje bezpieczeństwo jest ważniejsze.
- Moje?
- W końcu włamano się do twojego pokoju i zrobiono z niego miejsce pracy rzeźnika. To chyba o czymś świadczy.
- Ale wiadomość była skierowana do nas obojga – powiedziała Tempe.
- Nieeeech ci będzie – ziewnął Seeley. – A teraz wybacz, ale chyba pójdę się położyć. Jestem wykończony.
Agent podniósł się z kanapy i ruszył do sypialni. Bones dalej tkwiła na swoim miejscu. Przylatując do Meksyku nie sądziła, że zostanie wplątana w coś takiego. Ktoś chciał się ich pozbyć. Ale o co mogło chodzić? Czego dotyczyło to całe zamieszanie? Przecież nic nie robiła poza przebywaniem na wykopaliskach...
- Wykopaliska – powiedziała na głos Brennan.
- Co? - Booth zatrzymał się w pół kroku. – Bones, daj już spokój. Odpocznij trochę, jutro tam pojedziemy.
- Nie, to nie oto chodzi. Wykopaliska, tam wszystko się zaczęło – ciągnęła Temperance, a Seeley kręcił głową z niedowierzaniem. – Zostały wykopane szkielety, w jednym brakowało czaszki i kości piszczelowych, które z kolei zostały znalezione w skrzyni pełnej ziaren kawy.
- Nie przypominaj mi o tym.
- Tu chodzi o przemytników. To oni chcą nas stąd odkurzyć...
- Wykurzyć – poprawił automatycznie Booth lecz Bones nie zwróciła na to uwagi pochłonięta rozważaniem całej sytuacji.
- Niechcący, wtedy w porcie znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.
- Nie wierzę w przypadek – powiedział Booth jednocześnie obserwując jak jego partnerka krąży po salonie łącząc kolejne fakty.
- Booth, tu nie chodzi o przypadek. Gdyby nas tam nie było, o tej czaszce i kościach nikt by się nie dowiedział. Popłynęłaby zgodnie z planem do miejsca swojego przeznaczenia...
- Ale pojawiliśmy się my i powiadomiliśmy policję. A na dodatek zwróciliśmy te fragmenty szkieletu archeologom – dokończył agent.
Brennan przytaknęła. Wszystko było jasne.
- Ale czekaj to znaczy, że rzeczywiście już nic tu po nas – powiedział Seeley. – Archeolodzy mają kości, policja szuka tych co zrobili z twojego pokoju domek Hanibala Lectera...
- Kogo?
- Milczenie owiec, Anthony Hopkins... nic? - Agent popatrzył na Bones lecz ta nadal nie przejawiała oznak zrozumienia. – Jak wrócimy idziemy do wypożyczalni. Ale wracając do tego co mówiłem, nic tu po nas. Cullen nas ściągnie.
- Chyba tak. Rzeczywiście już nic nie zdziałamy – przytaknęła Bones czym wprawiła Bootha w niemałe zdziwienie.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, a czemu pytasz?
- Myślałem, że zaraz zaczniesz mnie przekonywać że musimy dorwać tych co dybali na twoje kości.
- Nie moje, to po pierwsze, a po drugie to sam powiedziałeś, że to nie nasze tereny. Ale i tak zadzwonię jeszcze do Angeli, by poszukała czegoś o przemycie dzieł sztuki i znaleziskach archeologicznych. Ale ty idź już spać, ja też zaraz przyjdę i się położę. – Bones odwróciła Bootha i delikatnie pchnęła go do sypialni.
- Oczywiście. A opowiesz mi bajkę na dobranoc?
Gdy za Boothem zamknęły się drzwi, Temperance ponownie wybrała numer Angeli. Po dwóch sygnałach rozległy się jakieś trzaski i Bones usłyszała głos swojej przyjaciółki.
- Halo?
- Angie, to znowu ja.. - powiedziała Brennan.
- No pięknie. Booth nie daje ci spać? Widocznie jego chrapanie słychać z drugiego końca korytarza.
- Tak po prawdzie to dopiero się położył...
- A ty skąd o tym wiesz? - zaciekawiła się artystka. – Czy ja o czymś nie wiem?
Nie wiedziała. Brennan podczas poprzedniej rozmowy zapomniała jej powiedzieć, że tę noc spędzi w jednym pokoju ze swoim partnerem, a co więcej w jednym łóżku.
- Bren, nie udawaj, że nie zrozumiałaś pytania – powiedziała Angela, kiedy nikt się nie odzywał.
- Mówiłam ci co zastałam u siebie w pokoju, prawda?
- Mówiłaś no i co? Czekaj... chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ty i on... no wiesz?
- Nie wiem co masz na myśli – odparła Tempe.
- Złociutka, nie pogrążaj się. Już po głosie czuję narastające napięcie. Ty i Booth w jednym pokoju... Uuu... robi się gorąco! - Artystka nie ukrywała swojej radości.
- Już kiedyś spaliśmy w jednym pokoju i…
- To było wieki temu. Teraz łączy was dużo więcej.
- A ty znowu swoje. Do niczego nie dojdzie. Booth to tylko mój partner i...
- Najseksowniejszy mężczyzna jakiego znam. Tylko nie mów Hodginsowi bo się obrazi – powiedziała Angela. Bones zaśmiała się.
- Angie, ja nie dzwonię, by omawiać sprawę Bootha.
- A szkoda bo chętnie bym poplotkowała. Brakuje mi pogaduszek z tobą.
- A mi z tobą, ale do rzeczy. Mam prośbę, mogłabyś poszukać informacji na temat nielegalnego przemytu znaleziskami archeologicznymi? Chodzi mi oto gdzie takie rzeczy trafiają – powiedziała Temperance.
- Jasne, zajmę się tym. To wszystko? - zapytała Montenegro.
- Tak. Dziękuję, Angela.
- Nie ma sprawy. A teraz idź do Bootha, pewnie czuje się samotny...
- Angela!
- Dobra, do zobaczenia Tempe.
- Do usłyszenia. – Brennan pożegnała się i rozłączyła się.
Gdy weszła do sypialni w pokoju panował mrok. Światło dawała tylko mała lampka nocna stojąca na stoliku. Booth spał na siedząco, oparty na poduszkach. Bones uśmiechnęła się na ten widok. Jej partner wyglądał tak bezbronnie, a jednocześnie nie tracił przy tym nic ze swojej męskości. Brennan podeszła do śpiącego agenta i spróbowała go ułożyć poprawnie, jego bark potrzebował odpoczynku, a taka pozycja nie zapewniała takiego luksusu. Delikatnie wyjęła jedną poduszkę, Seeley tylko mruknął coś przez sen, ale się nie obudził. Po jakimś czasie, Tempe wreszcie udało się położyć Bootha w pozycji bezpiecznej dla jego nadwyrężonego ramienia. Zgasiła lampkę i położyła się z drugiej strony łóżka.
Światło księżyca przedzierało się przez zasłony. Wzrok Temperance utkwiony był w tarczę elektronicznego budzika, który roztaczał czerwoną poświatę. Sekundy biegły niczym minuty, minuty niczym godziny. Sen nie przychodził. Bones pomyślała o tym co się wydarzyło. Przyjechała do Veracruz, by wziąć udział w wykopaliskach archeologicznych, miało być tak jak zawsze – znajdowanie szkieletów, badania, raporty. To wszystko. Nikt nie planował, że ona i Seeley zostaną wplątani w sprawę związaną z przemytem. Ale sprawy zaszły za daleko. Dziś zostali ostrzelani przez zamaskowanych napastników, w pokoju hotelowym zastali wyraźne ostrzeżenie. Booth miał rację, ta sprawa już ich nie dotyczyła, tym bardziej że kości z portu zostały oddane archeologom.
Bones chciała się przekręcić na plecy, kiedy poczuła opór. Zerknęła przez ramię. Booth znalazł sobie wygodną pozycję, leżał tuż za jej plecami i smacznie spał.
- Świetnie – powiedziała Tempe i delikatnie położyła się na plecy, uważając by nie obudzić swojego partnera. Udało się. Zamknęła oczy, chciała już zasnąć i zapomnieć o tym co się dzisiaj wydarzyło kiedy poczuła lekki ciężar na swoim brzuchu. Podniosła powieki, w ciemności wyczuła, że to ręka Bootha obejmuje ją w talii, po chwili poczuła ciepły oddech na ramieniu. W pierwszej chwili chciała go odsunąć, ale potem zrobiło jej się przyjemnie. Czuła się bezpieczna w jego ramionach. Z takim uczuciem zapadła w sen.
