~ 4 ~

W powietrzu unosił się aromatyczny zapach kawy, który pobudzał do życia każdy zmysł Brennan. Było jej tak wygodnie.

- Jeszcze pięć minut – wymamrotała, nie zdając sobie z tego sprawy.

- Jak dla mnie może być i dziesięć. – Do jej uszu dotarł męski głos. Otworzyła oczy i pierwsze co ujrzała to siedzącego na brzegu łóżka uśmiechniętego Bootha.

- Dzień dobry – powiedział. – Mam nadzieję, że dobrze się spało.

- Dzień dobry, a spało się znakomicie...

- Dziękuję, że wczoraj utuliłaś mnie do snu, bo domyślam się, że to ty pomogłaś mi przybrać pozycję leżącą – powiedział Seeley.

- Drobiazg – odparła i usiadła na łóżku.

- A to w ramach podziękowania. – Agent wstał i podszedł do stolika, po chwili wrócił z tacką. – Śniadanie do łóżka.

Brennan zaskoczyła taka inwencje. Na tacy znajdowały się dwie filiżanki z kawą, rogaliki i dżem. Seeley położył tackę na łóżku i usiadł obok Tempe.

- Dziękuję, a skąd to wszystko wziąłeś?

- Zamówiłem, w końcu jesteśmy w hotelu – odparł. – A, i dzwoniła Angela, ale nie chciałem cię budzić. Ma zadzwonić później, a najlepiej jak ty zadzwonisz i zrobicie tą swoją wideokonferencję.

- A o której dzwoniła? - zapytała antropolog i wzięła rogalika.

- O dziewiątej.

- To która jest teraz godzina?

- Po dwunastej, ale spokojnie. I tak nie masz nic do roboty – dodał widząc reakcję swojej partnerki.

Bones trochę się uspokoiła. Spojrzała na Bootha, który sięgnął po filiżankę z kawą.

- A jak twój bark? Widzę, że już nie nosisz temblaka.

- A bardzo dobrze – odparł Booth i dla potwierdzenia swoich słów poruszył parę razy ramieniem.

- Ja bym go nie nadwyrężała – powiedziała z powagą w głosie Tempe.

W tym momencie zadzwoniła komórka Seeleya.

- Booth... Witam... Tak, w każdej chwili... To nie problem... Załatwimy wszystko... Dziekuję... Tak, jak tylko wrócimy skontaktuję się panem... Dobrze... Tak jest sir, do widzenia.

- Cullen? - zapytała Bones, kiedy Seeley skończył rozmawiać.

- Tak, FBI załatwiło nam bilety na lot powrotny do Waszyngtonu. Samolot mamy o osiemnastej. Dziś.

- Trzeba się spakować. – Brennan odstawiła tacę i zaczęła schodzić z łóżka, ale Booth ją zatrzymał.

- Bones, spokojnie. Mamy dużo czasu, dokończ śniadanie, potem się ubierz i oddzwoń do Angeli.

- Muszę iść po ubrania.

- Już nie. Rano byłem w twoim pokoju i przyniosłem parę rzeczy. Mam nadzieję, że mój dobór garderoby przypadnie ci do gustu. Ubrania są w łazience.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. No dobra, to ty zrób co masz zrobić, a ja wykonam jeszcze parę telefonów. – Booth wyszedł do salonu, a Bones powoli wstała z łóżka. Zaczął się ostatni dzień w Veracruz.

Jakiś czas później Bones i Booth siedzieli w hotelowym pokoju oczekując na połączenie z Instytutem Jeffersona. Po paru sygnałach odebrał Hodgins, a już po chwili mogli podziwiać jego twarz na ekranie laptopa Temperance.

- Witam, doktor Brennan. O! I agent Booth – powiedziała uśmiechnięty naukowiec.

- Hej, Hodgins – odparł Seeley. – Jest gdzieś tam Angela? Mamy do niej sprawę.

- Jest, już idzie... - Obok Jack'a pojawiła się artystka, jak zwykle tryskała dobrym humorem.

- Dzień dobry, sweety, jak tam gorąca noc... o witaj, Booth – powiedziała Montenegro. – Nie zauważyłam cię.

- Nie szkodzi, jak chcę potrafię być niewidzialny. Ale witaj, Angie – odparł Seeley.

- Nie mamy za dużo czasu, więc może od razu przejdźmy do konkretów – powiedziała Bones. – Dowiedziałaś się czegoś odnośnie nielegalnego handlu znaleziskami archeologicznymi?

- Razem z Hodginsem się tym zajęliśmy. Udało nam się ustalić, że jest kilka antykwariatów w zachodniej Europie, chodzi tu głównie o Amsterdam i Berlin, oraz w Stanach Zjednoczonych i Australii, które sprzedają różnego typu zabytki. Bardzo często można tam znaleźć oryginalne rzeczy pochodzące z wykopalisk. Ale zdarzają się też takie rzeczy jak autentyki z prostacko upiększonymi malowidłami. Żałosne. – Wyraziła swoje zdanie Angela.

- Trzeba dodać, że do tych antykwariatów część zabytków trafia legalnie, a druga część, tu ośmielę się podejrzewać istnienia jakiś „kanałów przerzutowych" bo ile można obracać starymi kolekcjami? – wtrącił Hodgins.

- Czyli możliwe jest, że fragment szkieletu, który znaleźliśmy w skrzyni z kawą miał zostać dostarczony do jednego z tych antykwariatów? - zapytał Booth.

- Tak, ale myślę, że tu bardziej chodzi o jakąś prywatną kolekcję. Czaszka i kości nie są tak popularne jak chociażby biżuteria z egipskich grobowców – powiedziała Angela.

- To sprawa została wyjaśniona. Przekażemy te informacje meksykańskiej policji i spadamy do domu – powiedział agent.

- Wracacie? Kiedy?

- O osiemnastej mamy samolot – poinformowała przyjaciółkę Temperance.

- To cudownie, nawet nie wiesz ile rzeczy się wydarzyło podczas Twojej nieobecności.

- Tak?

- Dobrze dziewczyny, porozmawiacie sobie jak wrócimy – przerwał Booth. – A teraz wybaczcie, ale za kilka godzin mamy samolot a musimy się jeszcze spakować.

- Och... Ale cóż, rozumiem. W takim razie do zobaczenia wkrótce. Trzymajcie się – odparła artystka.

- Właśnie, do usłyszenia – dodał Hodgins i połączenie zostało przerwane.

- A my teraz się spakujemy, przekażemy policji informacje, które dostarczyła nam urocza para z instytutu i jedziemy na samolot – powiedział Seeley.

- Tak.

- No, Bones! Głowa do góry. Co prawda to nie były twoje idealne wakacje, ale na pewno je sobie odbijesz.

- Od czego?

- Co od czego?

- Od czego odbije sobie moje wakacje? - zapytała Tempe.

- Może lepiej chodźmy już się spakować – odparł agent i poszedł do sypialni.

###

Niecałą godzinę później walizki partnerów były już spakowane. Bones kończyła zbierać ostatnie rzeczy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

- Ja otworzę, to pewnie room service – krzyknął Booth.

Ledwo nacisnął klamkę, a drzwi otworzyły się z hukiem. Seeley zdążył tylko zobaczyć pięść w kastecie szybko zbliżającą się do jego twarzy. Po chwili leżał już na podłodze. Rozcięta warga krwawiła. Zaalarmowana hałasem Bones szybko przebiegła do salonu. To co tam zobaczyła nie spodobało jej się. Jakiś osiłek właśnie zadawał cios Boothowi, który leżał na ziemi. Chciała pomóc swojemu partnerowi kiedy poczuła, że czyjaś ogromna ręka chwyta ją w pasie.

- No proszę, doktor Brennan też tu jest. – Oślizgły głos rozległ się tuż nad jej uchem.

- No i ten jej agencik – dodał drugi i kopnął Seeleya w bok. Agent przekoziołkował uderzając głową o podłogę. Spróbował się wesprzeć na ramionach, kiedy otrzymał kolejny cios, tym razem w brzuch.

- Nieee! - krzyknęła Bones, lecz mężczyzna, który ją trzymał zakrył jej usta dłonią.

- Patrz i podziwiaj – syknął do jej ucha.

Temperance nie mogła. Kolejne ciosy spadały na jej partnera. Wiedziała, że jest zbyt słaby, by poradzić sobie z napastnikiem. W końcu wczorajszy wypadek nie był zwyczajną stłuczką.

Booth jeszcze raz spróbował się podnieść. Tym razem osiłek postawił agenta do pionu.

- Zobaczymy czy jesteś taki mocny – warknął i wyprowadził cios. Bones patrzyła jak jej partner zostaje wręcz rzucony na lustro, potem pada na kolana a drobne kawałki zwierciadła sypią się na jego plecy. Brennan zaczęła się wyrywać z łap napastnika, by pomóc Boothowi, lecz cały czas tkwiła w żelaznym uścisku. Najwidoczniej napastnikom bardzo podobało znęcanie się nad partnerami. Booth wspiął się na łokciach, lecz nie dał rady.

- Co już, nie mamy siły? Jak szkoda, nie lubię kopać leżącego. – Szyderczy śmiech rozległ się w pokoju.

W Brennan wzbierała wściekłość. Z tej wściekłością jaką czuła chciało jej się płakać. Poczuła jak gorąca łza formuje się w kącikach oczu. Następnie zobaczyła jak przeciwnik wyjmuje broń. Booth leżał na brzuchu, jego plecy unosiły się nieregularnie. Kolejny kopniak. Seeley przetoczył się na plecy.

- Pożegnaj się z dziewczyną – wycedził zamachowiec i wycelował w czoło Bootha.

Rozległ się strzał.

Łza spłynęła po policzku Brennan, która poczuła nieprawdopodobną ulgę. Myślała, że to już koniec, że właśnie patrzy na egzekucję swojego partnera, kiedy stało się wręcz na odwrót. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Niespodziewanie to Booth wyciągnął broń i strzelił. Napastnik, który jeszcze przed chwilą mierzył do Seeleya z pistoletu nie spodziewał się tego. To był błąd. Teraz leżał targany konwulsjami na ziemi.

- Puść ją! - krzyknął Booth i wymierzył do osiłka, wciąż trzymającego Brennan.

Ten jednak nie zamierzał się tak łatwo poddać.
- A co mi zrobisz jak tego nie zrobię? – zapytał buntowniczo, lecz w jego głosie dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie.

- Twój mózg wyląduje na ścianie – odparł agent, wstając z podłogi lecz cały czas celując w przeciwnika.

- Aż tak ci na niej zależy?

- Puść ją – powtórzył Seeley. Widział przestraszony wzrok swojej partnerki a jednocześnie tyle uczuć jakie malowały się teraz na jej twarzy.

Temperace patrzyła na Bootha. Żył, a w jego oczach było widać zdeterminowanie. Był gotów zrobić wszystko. Bones musiała coś zrobić, musiała się uwolnić. Myśl Brennan! jej umysł krzyczał. Nagle coś tak absurdalnego przyszło jej na myśl, coś tak prostego. Nie zawahała się. Z całej siły ugryzła przeciwnika we wnętrze dłoni, którą cały czas zakrywał jej usta. Napastnik zawył z bólu, a uścisk w pasie zelżał. Brennan wykorzystała ten moment i szybkim ruchem wydostała się z łap osiłka. Booth cały czas trzymał zamachowca na muszce, kiedy Bones wykorzystała swoje umiejętności walki wręcz i prostym ruchem wykręciła rękę przeciwnika, przygwożdżając go tym samym do podłogi. Chwilę potem napastnik leżał już skuty, a partnerzy czekali na przyjazd policji.

- Booth – powiedział Brennan i podeszła do partnera, który ledwo stał na nogach.

Słaby uśmiech pojawił się na jego twarzy.

- Tak?

Tempe nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego. Wtuliła swoją głowę w jego klatkę piersiową. Cichy szloch wstrząsnął jej ciałem.

- Ciiii...spokojnie. – Booth przytulił ją i pocałował w czubek głowy. – Już po wszystkim...

- Mogłeś zginąć... Znowu. Ja... nie chcę stracić kolejnej bliskiej osoby.

Powiedział bliskiej?, pomyślał Booth a jego serce zabiło szybciej.

- Nie chcę być sama... nie chcę... - szlochała dalej Bones.

- Nie jesteś, nie byłaś i nie będziesz. Nie pozwolę na to. Nigdy – odparł Booth i jeszcze mocniej uścisnął Bones. Pewność w jego głosie dodała jej sił. Trwając w jego ramionach czuła ciepło, bezpieczeństwo i coś czego jeszcze nie potrafiła nazwać, być może nie chciała... Nie chciała by ktoś taki jak Booth przez nią cierpiał, nie on.

###

Niecałą godzinę później szef miejscowej policji osobiście pilnował aresztowania człowieka, który wraz ze swoim kompanem, który teraz leżał już w czarnym worku, wtargnął do hotelowego pokoju.

- Nie zdziwię się jeżeli okaże się, że to oni strzelali do państwa wczoraj – powiedział Alfredo Gutierrez, głównodowodzący policji. – Ten co przeżył powinien pójść na ugodę, wszystko wyśpiewa.

- Oby. Liczę, że poinformuje nas pan o wyniku śledztwa – odparła Brennan i zerknęła w stronę kanapy, na której sanitariusz opatrywał Bootha.

- Oczywiście. Sądzę, że to co dzisiaj zaszło miało na celu ostateczne wyeliminowanie was z gry. Niestety nie spodziewali się, że po wczorajszym wypadku doszliście już do siebie. Pani partner to naprawdę twardy glina. Niewiele osób potrafi pozbierać się po takich ciosach i jeszcze wyrażać sprzeciw wobec pomocy sanitarnej...

Tempe uśmiechnęła się mimowolnie. Tak, to był cały Booth. Odważny, dzielny, opiekuńczy i zawsze twierdzący, że nic mu nie jest.

- Już starczy! Nie jestem laleczką z porcelany! - Do uszu Bones i Gutierreza dotarł podniesiony głos Seeleya protestującego przeciw dalszym zabiegom pierwszej pomocy.
- Może pójdę załagodzić sytuację – powiedziała Brennan.

- Ma pani rację. Miło było państwa poznać – odparł Gutierrez i odszedł do swoich ludzi wynoszących właśnie zabitego napastnika, a Bones podeszła do swojego partnera.

- I jak się czujesz?

- Dobrze, ale będę cały pozaszywany. Parker mnie nie pozna...

- To dla twojego dobra. Czemu jesteś taki uparty?

- Nie ważne – opowiedział szybko Booth, a Tempe popatrzyła na niego zdziwiona. – Niedługo mamy samolot. Musimy się zbierać.

- Gutierrez ma nas odeskortować na lotnisko – powiedziała antropolog.

- To dobrze. Przekazałaś mu to co usłyszeliśmy od Angeli i Hodginsa?

Bones przytaknęła.

- To dobrze. Dobra, ja się przebiorę bo tak to mnie raczej nie wpuszczą do samolotu. – Booth spojrzał na siebie. Biały t-shirt był cały poplamiony krwią, na spodniach również widniały rdzawe nacieki. Seeley wyjął z walizki czyste ubrania i powoli poszedł do sypialni. Po chwili Brennan mogła usłyszeć ciche przekleństwo. Wstała i zapukała w drzwi sypialni. Gdy weszła do pokoju Booth nieporadnie próbował pozbyć się koszulki.

- Może pomóc? - zapytała i nie czekając na odpowiedź podeszła i ściągnęła poplamioną koszulę. Booth był trochę zaskoczony, ale nie zaprotestował. Nie lubił czuć się nieporadny i być od kogoś zależny, ale teraz był właśnie w takim stanie. Tempe wzięła od Bootha czystą koszulę i pomogła włożyć ją swojemu partnerowi, starając się przy tym nie spowodować kolejnych obrażeń. Mimo ran i zadrapań jakie zdobiły twarz Seeleya, on nic nie stracił ze swojego uroku. To był ten sam Booth.

- Dziękuję – powiedział agent, kiedy Bones skończyła.

- Nie ma za co, w końcu jesteśmy partnerami i musimy sobie pomagać – odparła i uśmiechnęła się, Booth też się uśmiechnął.

- To prawda Bones. To prawda.

W samolocie

Samolot właśnie wjeżdżał na pas startowy. Wszyscy pasażerowie byli już zapięci i czekali, aż cudowna maszyna wzbije się w górę. Temperance Brennan siedziała przy oknie, obok po jej lewej stronie siedział Booth. FBI postanowiło po ostatnich przeżyciach zasponsorować swoim ludziom pierwszą klasę.

- Co zamierzasz zrobić z resztą urlopu? - zapytał Seeley.

- Nic. Chyba wrócę do pracy.

- Ale masz jeszcze tydzień wolnego. To grzech takie marnotrawstwo.

- O ile się nie mylę, grzechem jest złamanie której z zasad z Dekalogu...

- To są przykazania Bones – przerwał jej agent.

- Niech ci będzie, przykazań z Dekalogu. A resztę urlopu wykorzystam kiedy indziej.

- Czyli nigdy – skomentował Booth.

- A ty masz zamiar udać się na urlop?- zapytała tym razem Bones.

- A po co?

- Spójrz na siebie. Nadwyrężony bark, rozcięta warga, szwy na twarzy, złamane dwa żebra...

- Dobrze, Bones, spokojnie. Nie z takich rzeczy się wychodziło... Ale jeśli to cię uspokoi to jak tylko wrócimy zrobię sobie jeden dzień wolnego.

- Na pewno?

- Tak.

- Po prostu uważam, że powinieneś odpocząć – powiedziała Tempe.

- I odpocznę, zobaczysz.

Na tym zakończyła się dyskusja dotycząca zdrowia agenta. Brennan wyjęła gazetę, którą zdążyła kupić na lotnisku, a Booth zasnął ze słuchawkami na uszach.

Uprzejmie państwa informujemy, że za 15 minut lądujemy. Głos stewardessy popłynął z głośników.

- Nareszcie. Bo już znudziła mi się pozycja siedząca na tym fotelu – powiedział Booth.

- Lecimy pierwszą klasą.

- No i co z tego. Jetem cały obolały, a te siedzenia mi nie służą.

- Jako były żołnierz powinieneś być przyzwyczajony do ciężkich warunków – odparła Tempe i schowała gazetę.

- Tak się składa, że służąc w armii nigdy nie miałem okazji strzelać z samolotowego fotela. Ale zostawmy ten temat, bo jak się z tobą zacznie to nie ma końca. Co ciekawego wyczytałaś w gazecie?

- To co zwykle.

- Bones, nie wiem co znaczy to co zwykle.

- Katastrofy, trzęsienia ziemi, kryzys w gospodarce. Nic ciekawego – odparła Brennan, a Booth popatrzył na nią z niedowierzaniem. – No co?

- To ja już nie wiem co powinni napisać, by było to godne twojego zainteresowania.

- Po prostu nie mieli najnowszego numeru Timesa.

- Ach...

Proszę uprzejmie o zapięcie pasów. Podchodzimy do lądowania.