~ 5 ~
Jakiś czas później Booth i Bones siedzieli w taksówce. Po drobnej kłótni jaka nastąpiła przed podaniem taksówkarzowi adresu, pod który ma najpierw się udać, teraz Booth milczał a Bones w duchu tryumfowała.
Ulice Waszyngtonu mimo późnej pory tętniły życiem. Blask ulicznych latarni padał na twarze partnerów, którzy patrzyli na obrazy za oknem. W końcu samochód się zatrzymał.
- Proszę chwilę poczekać – powiedziała Brennan i ruszyła za swoim partnerem, który zdążył już wysiąść.
- Mówiłem, by najpierw odwieźć ciebie. Ja sobie poradzę – powiedział Booth i nieporadnie wziął bagaż.
- Właśnie widzę. Powinieneś się oszczędzać a nie udawać mitologicznego Herkulesa.
- Nie udaję. Po prostu twierdzę, że nic mi nie jest ssssss... - Grymas bólu wykrzywił twarz Seeleya gdy ten założył jedną torbę na ramię.
- Widzisz... Booth, proszę to dla twojego dobra.
- Chcesz mi załatwić pielęgniarkę? Bones, daj już spokój. - Agent skierował się do mieszkania, a Bones stała obok samochodu i patrzyła jak jej partner znika za drzwiami.
Gdy tylko Booth wszedł do mieszkania zrzucił maskę nieśmiertelnego. Nie mógł dłużej udawać, że jest dobrze. Nie było. Nie czuł się tak od dawna i nie było spowodowane to tylko złym stanem zdrowia i bólem fizycznym jaki teraz odczuwał. Było mu źle za takie potraktowanie Tempe. Ona się o niego martwiła, a on nie potrafił tego docenić. Na dodatek cały czas miał w pamięci wydarzenia sprzed kilkunastu godzin. Co by się stało, gdyby nie miał przy sobie broni? Co by się stało z Bones? Postawił walizki i usiadł na kanapie, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
Kogo tam niesie?, pomyślał. Ostrożnie się podniósł i powolnym krokiem podszedł do drzwi. Gdy je otworzył zobaczył Temperance. Stała sama, a obok niej leżał jej bagaż.
- Co ty tu robisz?
- Przepraszam, ale nie mogłam cię zostawić samego.
Booth odsunął się i wpuścił ją do środka. Temperance po raz pierwszy nie wiedziała jak ma się zachować. Chciała pomóc, tak jak to zawsze robił Booth, ale nie była do końca pewna jak zareaguje na to jej partner.
- To miło z twojej strony, ale naprawdę cytując „Umiem o siebie zadbać'' – powiedział Seeley i słaby uśmiech zagościł na jego twarzy. To właśnie chciała ujrzeć Tempe, ten jego uroczy uśmiech.
- Pomyślałam sobie, że może przyda ci się drobna pomoc, na przykład przy zmianie opatrunków, bo wątpię byś sam sobie z tym poradził. Zwłaszcza, że część z nich jest umiejscowiona na plecach.
Agent spojrzał na nią. W jej oczach dostrzegł troskę. Nie chciał jej zranić.
- OK. Jeżeli chcesz możesz zostać, ale chyba nie będziesz miała zbyt dużo do roboty.
- Nie przejmuj sie tym, ja się wszystkim zajmę a ty odpoczywaj. Połóż się do łóżka i proś o co chcesz. – Bones była wyraźnie przejęta. – Właśnie, może chcesz coś do picia, jedzenia, może jakiś film?
- Bones. – Agent położył swoje dłonie na jej ramionach. – Dziękuję, ale na razie mi nic nie trzeba. Ale chyba rzeczywiście pójdę się położyć.
Tempe przytaknęła.
- To ja sobie pościelę na kanapie...
- Bones, nie wygłupiaj się, przecież już razem spaliśmy. Ufamy sobie przecież, prawda?
- Prawda – wyszeptała i uśmiechnęła się.
###
Booth przebudził się w środku nocy. Wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk. Otworzył oczy, spodziewał się że zobaczy zarys sylwetki swojej partnerki śpiącej obok niego, lecz miejsce obok niego było puste. Gdzie Ona jest?, pomyślał i usiadł na łóżku. Nie paląc światła po cichu wyszedł z sypialni. W salonie było ciemno, ale Booth zauważył drobną postać skurczoną na kanapie. Do jego uszu dotarł cichy szloch.
- Temperance – powiedział, a jego partnerka zastygła.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytała starając się, by nie było słychać że płakała.
Seeley podszedł do niej i usiadł obok. Tempe nie spojrzała na niego, wzrok miała utkwiony w podłodze. Booth delikatnie podniósł jej podbródek, zmuszając ją tym samym by spojrzała na niego. Jej oczy były szklane.
- Czemu płaczesz? - wyszeptał. Bones nigdy nie płakała, nie okazywała swoich emocji. Dlatego jej łzy były czymś wyjątkowym, czymś co sprawiało, że Seeley było gotów zrobić wszystko, by im zapobiec.
- Nie ważne, ja... - przerwała, nie wiedziała czy dalej mówić, postanowiła jednak wszystko z siebie wyrzucić.
- Kto jest winny tych łez, Bones? Kto sprawił, że płaczesz...
- Ty.
Seeley zamarł, ale nie odwrócił wzroku. Patrzyli na siebie w milczeniu.
- Ja?
- Nie wiesz co ja przeżywałam kiedy ten mężczyzna celował do ciebie z broni. Myślałam, że to naprawdę koniec, że już nie będzie fałszywego pogrzebu a prawdziwy, którego bym nie przeżyła. Nie zniosłabym tego... - Słowa same przychodziły, a Booth słuchał ich uważnie. - A potem ta ulga, że żyjesz, że nic ci nie jest... Tylko dlaczego nigdy nie chcesz sobie pomóc? Czemu zawsze chcesz być twardy? Czemu? Ja nie chcę znów... Nie chcę żyć w świecie bez ciebie... Już nie potrafię...
Booth był zaskoczony tym co usłyszał. Jego partnerka, jego Bones otworzyła się przed nim. Wiedział jednak, że to za wcześnie.
- Mój świat nie istnieje bez ciebie, Temperance.
Bones wtuliła się jego pierś, a Booth przytulił ją. Wiedział, że zrobili duży krok na przód.
###
Z porankiem przyszła nowa nadzieja, znikła obawa i smutek. Pozostała przyjaźń i zaufanie. Bones i Booth obudzili się, leżąc obok siebie. Ich twarze były zwrócone do siebie, a na ustach widniał uśmiech.
- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytała Brennan, gdy jakiś czas później pomagała swojemu partnerowi robić śniadanie.
- Lepiej, już mnie nie bolą żebra, a rany też pewnie niedługo się zagoją...
- Pokaż. – Antropolog bez żadnego uprzedzenia podeszła do swojego partnera i podwinęła mu koszulkę.
- Bones, co ty robisz? - zapytał zdezorientowany.
- Oglądam twoje plecy – odparła. – Bandaże się trzymają, więc chyba nie musimy ich na razie zmieniać.
- Też tak sądzę...
- Nie wiem czemu tak nie lubisz wszystkiego co ma związek z opieką medyczną. Może mi to wyjaśnisz?
- Tu nie ma żadnego związku...
- Booth! - Spojrzała na niego groźnie. – Możesz mi powiedzieć.
- Tylko, że nic nie ma do mówienia.
- Nie jestem dobra z psychologii, ale jeszcze wiem kiedy kłamiesz. O co chodzi?
Booth zawahał się. Czy to, że jej powie będzie miało jakiś sens? Co to da?
- Po prostu nie lubię jak ktoś się nade mną lituje.
- Booth, pomoc to nie litość.
- Matko! Bones, czy ty zawsze musisz być taka dociekliwa?
- Uczę się od mistrza – odpowiedziała, a Seeley spojrzał na nią. – No więc?
Booth wiedział, że tym razem nie wygra. Zostawił chleb, który właśnie kroił i poszedł do salonu. Tam usiadł na kanapie, po chwili dołączyła do niego Temperance.
- Chodzi o to, że… wiesz kim jest mój ojciec, prawda?
Bones przytaknęła.
- Kiedy byłem mały, czasami zdarzało się, że ojciec wypijał dużo, bardzo dużo i nie panował nad sobą. Wtedy wpadał w szał, amok i nic się nie liczyło... nic... musiał się wyładować na kimś... tak, by pokazać swoją siłę, dominację. Przeważnie trafiało na mnie...
- Booth...- zaczęła antropolog lecz Seeley pokazał je gestem, by pozwoliła mu dokończyć.
- Te jego napady zawsze kończyły się, tym że chodziłem z opatrunkami, z bandażami. Potem wszyscy na ulicy, w szkole wytykali mnie palcami... śmiali się... Ten ich wzrok... Teraz to może śmieszne, ale wtedy wcale tak nie było. Niektórzy patrzyli z litością na mnie... Biedne dziecko... Dlatego tak nie lubię, kiedy ktoś się nade mną lituje, nie lubię tracić kontroli na sytuacją, nie cierpię... - Agent zacisnął dłonie w pięści.
Bones nie wiedziała co powiedzieć, dlatego tylko wzięła dłoń swojego partnera i mocno ją uścisnęła. Booth spojrzał na nią. Nie musieli nic mówić. Doskonale wiedzieli, że ta druga osoba rozumie wszystko.
###
- Leż spokojnie i nie wierć się tak bo wtedy to dłużej potrwa – powiedziała Brennan kiedy jej partner leżał w sypialni na brzuchu, a ona pochylała się nad nim uzbrojona w apteczkę.
- Jak mam leżeć spokojnie skoro wiem, że zaraz coś szczypiącego dotknie moich pleców...
- Booth, to tylko spirytus salicynowy używany do przemywania ran. Nie bądź dzieckiem, to nie szczypie...
- AAAA! Bones! - krzyknął Booth kiedy Brennan dotknęła gazikiem podłużnej rany ciętej, która wynikła z kontaktu Seeleya z lustrem. – Jezu, Bones, miało być delikatnie.
- Naprawdę, Booth staram się, ale nigdy nie byłam pielęgniarką.
- Dobra, nie przejmuj się. I tak jestem ci wdzięczny za to, że tu jesteś i nie zostawiłaś mnie po tym jaki byłem opryskliwy względem ciebie – odparł agent.
- Ty też byś mnie nie zostawił, chociażbym krzyczała, wyzywała cię i nie wiem co jeszcze...
- Na tym polega przyjaźń – powiedział, i miłość, dodał w duchu.
- Skończyłam – powiedziała po jakimś czasie antropolog i schowała watę oraz opatrunki do apteczki.
- Dzięki. Do wesela się zagoi – zażartował.
- Jakiego wesela? Booth czy ty...
- Nie, nie Bones. Spokojnie, póki co jeszcze się nie żenię. Tak się tylko mówi – wyjaśnił agent.
- Ach... Nie zrozumiałam... te wszystkie zwroty, powiedzenia są jakieś dziwne... i niezrozumiałe.
- Dla normalnych ludzi to chleb powszedni.
- Ja jestem normalna. Pragnę przypomnieć, że nie leczyłam się w żadnym szpitalu, ani nie korzystałam z porad psychiatrów...
- Bones, dobrze już. Wiem, że jesteś normalna że aż strach. To może teraz skorzystajmy z tej twojej normalności i póki jeszcze mamy wolne obejrzyjmy jakiś film, co? - zaproponował Booth i razem ze swoją partnerką poszedł do salonu. – To jaki film wybierasz? Mam całkiem sporą kolekcję.
Bones podeszła do szafki, na której w równym rządku stał szereg filmów DVD. Spojrzała na tytuły lecz żaden z nich nie wydawał jej się znajomy.
- Może Tom i Jerry? - zaproponowała.
- To bajka Parkera i wątpię, by ci się spodobało – odparł agent i podszedł do antropolog. – To może ja pomogę. Co powiesz na… kryminały mamy na co dzień, na wojnie już byłem... to może jakiś klasyk... Masz wiadomość.
- Mam? Nie słyszałam, by mój telefon dzwonił.
- To tytuł filmu. – Booth pomachał jej płytą przed nosem. – Komedia romantyczna z Tomem... albo daruję sobie już aktorów bo i tak zapewne nie znasz. To jak?
- Zdaję sie na ciebie – odparła.
- W takim razie zapraszam na seans.
###
Minęło parę dni od powrotu Bootha i Brennan z Meksyku. Agent czuł sie już lepiej i postanowił wrócić do służby, Brennan także nie próżnowała. Postanowili jednak nie rozgłaszać tego, że Bones po powrocie pomagała Seeleyowi wrócić do pełni sił.
W Instytucie Jeffersona wszyscy jak zwykle pracowali. Tempe badała szkielet, który znaleziono przy ujściu jednej z rzek, Hodgins zachwycał się mikroorganizmami znalezionymi w czaszce ofiary, a Angela sporządzała rysunek mogący pomóc w identyfikacji.
- Poza złamaną kością strzałkową i udową nie widzę żadnych poważniejszych obrażeń – powiedziała Brennan.
- Pominęłaś fakt, że ta osoba nie żyje – dodała Montenegro i weszła na platformę. – Zrobiłam rekonstrukcję twarzy.
- I wiesz już kto to?
- John Robbins, pracownik agencji ubezpieczeniowej. Zapalony wędkarz. Rodzina zgłosiła zaginięcie dwa tygodnie temu. Pojechał na ryby i ślad po nim zaginął. – Do platformy zbliżał się Booth.
- Nasz rycerz jak zwykle dobrze poinformowany – szepnęła artystka do Tempe.
- To nie jest żadne morderstwo. Facet widocznie wpadł do rzeki i porwał go nurt...
- Po drodze zaczepił o jakieś konary, co spowodowało złamania – dokończyła za niego Bones. – To wydaje się logiczne.
- Nawet bardzo. To jadę teraz poinformować rodzinę. A, bo bym zapomniał, dzwonili z Veracruz...
- Z Meksyku? - Bones podeszła do Bootha, który nagle zrobił bardzo ucieszoną minę.
- Tak. Gutierrezowi udało się złapać szefa tych przemytników od kawowych kości i osiłków z hotelu. Nie uwierzysz kto nim był... - Seeley przerwał by zwiększyć napięcie.
- Słucham, kto?
- Twój Włoch, Marc Dunotti – powiedział Booth, a Brennan nie wiedziała co o tym myśleć.
- Ale to...
- Niemożliwe? Bones, daj spokój. Od razu nie przypadł mi do gustu. I te jego rozbiegane, szczurze ślepia... Ale już siedzi w areszcie. No widzisz i znów trafiłabyś na nieodpowiedniego faceta.
Odpowiedni właśnie z nią rozmawia, pomyślała Angela, która przysłuchiwała się rozmowie.
- No, ale na mnie już czas. – Agent skierował się do wyjścia, a Brennan wróciła do Angeli. – A! Bones! - Rozległo się w instytucie. Antropolog odwróciła się i spojrzała na swojego partnera.
- Tak?
- Dziś sesja u Sweetsa. Przyjadę po ciebie o 16:00, dobra?
- Jasne.
- No to do zobaczenia – powiedział Seeley i opuścił instytut.
Brennan zebrała swoje notatki i postanowiła się zabrać za raport dotyczący oględzin szkieletu Johna Robbinsona. Poszła do swojego gabinetu, a za nią niczym cień podążała Angela.
- Nie wiesz gdzie jest Cam? Nie widziałam jej odkąd wróciłam – zapytała Brennan.
- Pojechała na urlop.
- Teraz?
- Skorzystała z tego, że ty wróciłaś wcześniej. Jak człowiek jest zakochany...
- Ale ja nie wróciłam wcześniej bo jestem zakochana – odpowiedziała Bones, a Angela spojrzała na nią. Czyżby?, pomyślała.
- Cam się zakochała. – Twarz Angeli rozjaśnił uśmiech. – Facet pracuje dla FBI, nie wiem co tam robi, ale to mało ważne. Nasza przełożona zakochała się jak nastolatka. Co ta miłość robi z człowiekiem...
- To nie miłość tylko związki chemiczne uwalniane przez...
- Tempe wiem. Ale daj się nacieszyć – przerwała jej Montenegro.
- Dobrze już. A co u ciebie i Jack'a? Nie miałyśmy ostatnio okazji porozmawiać.
- Przeprowadziłam się do niego. Uznaliśmy, że należy coś z tym zrobić. Jak to mówią „wóz albo przewóz".
- Nie wiem co to znaczy.
- Zapytaj Bootha, on ci wszystko wyjaśni. No właśnie, a nie opowiedziałaś mi jeszcze o nocy z naszym agentem. – Artystka podniosła jedną brew.
- Nie ma o czym opowiadać. Spaliśmy i tyle.
- Do niczego nie doszło? - zapytała zrezygnowana Angela.
- Nie. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i nie widzimy w każdej osobie, która obok nas śpi, obiektu seksualnego. Nie muszę się od razu na niego rzucać...
- Ja na twoim miejscu bym właśnie tak zrobiła.
- Angela!
- No co? Przecież na kilometr widać, że ciebie i Bootha ciągnie do siebie. Gdy na siebie patrzycie to tak jakby czas się zatrzymał. Jesteście tylko wy – powiedziała artystka.
- Chyba przesadzasz.
- Ja przesadzam? Przypomnę ci, że kiedy ty i Hodgins zostaliście porwani przez Grabarza, Booth o mało co nie rozniósł instytutu. Szalał nie mogąc cię znaleźć. Gdy jacyś psychopaci zagrażali tobie, on miał nerwy napięte do granic możliwości. A pomijam fakt, że kiedy byłaś z Sullivanem to oczy naszego Seeleya nie świeciły swoim blaskiem. Kiedy patrzył na ciebie i Sullivana widać było, że cierpi. Ale nic nie mówił bo pragnął twojego szczęścia – zakończyła Angela, a Bones patrzyła na nią w milczeniu.
- I Ty to wszystko wywnioskowałaś?
- Sweety! Ja już nic nie będę mówić. Ostatnie wydarzenia powinny na ciebie jakoś wpłynąć. Zwłaszcza ta krwawa jatka w hotelu. Przemyśl to co ci powiedziałam. Bo pewnego dnia może być już za późno. – Artystka wyszła z gabinetu pozostawiając Bones samą ze swoimi myślami.
